wtorek, 18 stycznia 2011

Zapuszkowani ułani.

Jeżdżę sobie po naszym pięknym kraju. Czasami też wypuszczam się gdzieś poza granice. A  drogie mojemu sercu, czerwone wozidełko, służy mi wiernie i niezawodnie. Mogę więc spokojnie i z dystansu obserwować różne ciekawa zjawiska na drogach. Obserwuję i nieodmiennie się dziwuję.
Taka sobie ulica w moim mieście, niezbyt szeroka, dziurawa i z torowiskiem po środku, do tego dosyć mocny "S". Słuszę, że gdzieś tam za zakrętem jedzie na sygnale karetka. Lekko zwalniam i czujnie się rozglądam co się będzie działo. Tymczasem kierowca za mną nie wytrzymuje ciśnienia. A co się będzie wlókł 40 na godzinę! Przydepnął i wyprzedza. Wyprzedza i mnie, i tego przede mną. Wychodzi już prawie z drugiej części "esa" i ... trafia prosto na karetkę.
Przejechałem dzisiaj ok 700 km. Ruch na drodze niewielki, pogoda fantastyczna jechało się więc doskonale. Długimi odcinkami włączałem tempomat i delektowałem się cudowną polską złotą jesienią. Ależ uroczo. W pewnym momencie doganiam jakiegoś fiata bravo. Jego kierowca, jak się później okazało młoda dama, gdy mnie dojrzał w lusteru zaczął przyspieszać. Gdy bravo przyspieszyło do mojej prędkości ustawionej na tempomacie, zaczęłem znowu jechać swoją prędkością, a tamten zaczął mi odjeżdżać. Niech sobie jedzie. Ale za jakąś godzinę znowu dogoniłem ten samochód i znowu to samo. Odjechał mi. W końcu gdzieś tam na A 4 go wyprzedziłem. Ciekawe o czym ta młoda dama myślała? Ee.. czy na pewno myślała?
Na krętych odcinkach między Skwierzyną a Międzyrzeczem dogoniłem i wyprzedziłem elegancką "eskę". Podobają mi się, szczególnie ten poprzedni model. Fajne auta. I jeszcze sobie rozmyślałem o urodzie i klasie tych aut, gdy rozpoczęła się obwodnica Międzyrzecza. Okazało się, że chyba mocno uraziłem dumę kierowcy tej czarnej limuzyny bo gdy tylko zaczęła się prosta ów dżentelmen tak przydepnął, że nawet nie zdążyłem powąchać jego spalin.
Kilka dni temu wracałem z Warszawy. Byłem zmęczony i gdy tylko wykaraskałem się z warszawskich korków i jechałem spokojnie ekspresówką w kierunku Płońska mogłem wreszcie się wyluzować. Miałem na liczniku jakieś 115 km/h (ups! czyli nieco więcej niż dozwolone, przepraszam). Przede mną jechało jakieś auto wyraźnie wolniej niż ja, zaczęłem je wyprzedzać. Niestety, nie przyśpieszyłem zbytnio a tu już za mną pędzi vito. prawie wskoczył na mój zderzak. Ależ musiał być wzburzony tym czerwonym zawalidrogą. Wyobrażam sobie jakie słowa kierował pod moim adresem. Myślę, że "ty gamoniu" byłoby zbyt delikatne, by mogło mu przyjść do głowy. Skuliłem więc potulnie uszy po sobie, a mam je całkiem duże, i jak tylko skończyłem wprzedzać zjechałem na prawy pas i zwolniłem bo zobaczyłem przed sobą znak z ograniczeniem prędkości do 70. Usłyszałem groźne warknięcia vito, którym jego kierowaca jeszcze raz przypomniał mi, że w zasadzie to powinienem jechać po poboczu a nie drogą, i vito pomknęło w siną dal. To znaczy, niezupełnie pomknęło. Bo jak już chciał tak sobie pomknąć, okazało się, że auto, które za nim jechało, to był nieoznakowany radiowóz. Panowie policjanci uznali, że należy zwrócić uwagę dżentelmenowi z vito, włączyli więc co trzeba i zatrzymali jegomościa.
I tak dalej, i tak dalej. Takie różne opowieści można by ciągąć bez końca. Przejazd przez nasz kraj kilkuset kilometrów zawsze dostarcza wielu emocji. Dla czego tak się dzieje? Co chcemy udowodnić? Ułani na koniach mechanicznych, w blaszanych zbrojach karoserii. Młodzi i starzy, kobiety i mężczyźni. I odrębna kategoria, przedstawiciele handlowi. Czy nasze drogi to miejsce gdzie rozładowujemy nasze frustracje? Łatamy nasze ego? Zamknięci w metalowych puszkach jesteśmy anonimowi, możemy więc pozwolić sobie na więcej.
Porównanie do ułanów chyba nie jest najlepsze. Ułani szarżowali na niemieckie czołgi z odsłoniętą twarzą, nie byli schowani w blaszanej puszce. Zachowujemy się raczej jak średniowieczni rycerze zapakowani w metalowe zbroje i do tego te zakute łby. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz