piątek, 30 maja 2014

Penetrujemy Dalmację - cz. 1 Trogir - Komiża - Palmiżana - Hvar



       Droga ze Szczecina do Chorwacji, jak się okazuje, może wyglądać bardzo różnie. Na szczęście Ziemia jest okrągła i nawet jeśli pojedzie się dokładnie w odwrotnym kierunku niżby należało, i tak w końcu dojedzie się do celu. Tym razem jednak, droga nie była aż tak długa. Najpierw do Jaworzna, gdzie miała czekać na mnie załoga i skąd mieliśmy, już wszyscy razem pojechać dalej. Na ulicę Moździerzowców, do zaprzyjaźnionej firmy BEST-PEST dojechałem ok 2 w nocy. Dzięki uprzejmości przyjaciół z BEST-PEST-u, mogłem zostawić tam swoje Berlingo. Czterech członków załogi mieszka w Jaworznie, ale Ula i Andrzej przylatywali z Londynu. Mieli lądować w Krakowie, ze względu na gęstą mgłę na lotnisku Balice, samolot został przekierowany do Katowic. Powstało lekkie zawirowanie, w wyniku którego londyńczycy dotarli zaledwie kilka minut przede mną. Koło trzeciej Michał podjechał po mnie użyczoną przez Małgosię, szefową firmy, Hondą Odyssey, wielkim amerykańskim smokiem, który miał zawieść nas wszystkich na miejsce. Kiedy zaczęliśmy ostateczne pakowanie pod domem mamy Michała, okazało się, że jednak ten smok nie jest aż taki wielki, przynajmniej biorąc pod uwagę wielkość zapasów, jakie zamierzaliśmy zabrać ze sobą. Zrobiło się bardzo wesoło. Gdy wszystkie bagaże zostały spakowane, zreflektowaliśmy się, że trzeba by jeszcze upchnąć ludzi. Nie mieliśmy co prawda do pomocy upychaczy z tokijskiego metra, ale jakoś się udało i o 4 nad ranem wyruszyliśmy na spotkanie przygody.
 
       Do mariny Seget pod Trogirem dotarliśmy bez problemów. Michał gnał po autostradach, jakby prowadził prom kosmiczny, a nie zwykły samochód. Choć pewien niepokój  pojawił się, najpierw gdy dojechaliśmy do przejścia granicznego Słowenia-Chorwacja, a później do bramek autostradowych. Prawie nie było ludzi, żadnych kolejek!!! Zwykle na tym przejściu kłębiły się tłumy zniecierpliwionych turystów, niemogących się doczekać chwili, gdy wreszcie dotrą do celu i będą mogli cieszyć się urokami Chorwacji, popijając winko lub coś innego. Czyżby coś się stało o czym nie wiedzieliśmy? Przez całą drogę raczej nie słuchaliśmy radia. Może jakiś kosmiczny kataklizm, a może jakaś wojna. Ale wokół nas panował zupełny spokój. To już lepiej się nie zastanawiajmy, tylko jedźmy czym prędzej do celu.


       W marinie czuję się jak u siebie. Wszystkie kąty znajome. I zapach, i gwar, i biuro Adriatic Charter. Już jest dobrze. Przyjmuję łódkę, bavaria 36 – s/y Electra, rozdzielamy koje, pakujemy zaopatrzenie i bierzemy głęboki oddech. Zasiadamy przy stole w messie. Krótkie wprowadzenie, rozdaję okolicznościowe koszulki i wznosimy toast za rejs. Niestety nie jestem miłośnikiem trawaricy. Do tego mam bardzo złe wspomnienia sprzed dwóch lat. Zatem toast wznosimy metaxą. Alibi trochę naciągane,  trzeba jednak dochować tradycji i szklaneczkę czegoś mocniejszego wychylić. Weseli, lekko podekscytowani, idziemy do Trogiru. Zanurzamy się w wąziutkie uliczki starego miasta. Od czasu do czasu wynurzamy się na placu Ivana Pavla II lub jakimś innym, mniejszym, gdzie można spojrzeć na niebo. Od czasu do czasu przelatuje tuż nad naszymi głowami samolot podchodzący do lądowania na pobliskim lotnisku. W końcu odczuwamy przemożną ochotę aby gdzieś przysiąść. Nie jest to jednak takie proste. Trogirska starówka to przecież lokal przy lokalu. Można dostać oczopląsu. Z każdej strony atakują naganiacze. Decydujemy się na Top Balloon Pizzeria przy ulicy Obrov 7. Wygląda zachęcająco, położona przy niewielkim placyku. Pan, który zaprasza, sympatyczny, uśmiechnięty człowiek dopełnia dobrego wrażenia. Choć w nazwie jest słowo Pizzeria, można tam zamówić zdecydowanie więcej dań, niż w tradycyjnej pizzerii. W rezultacie po krótkim oczekiwaniu stół zapełnia się najróżniejszymi smakołykami: zupy, owoce morza, sałatki, mięsiwa z grilla no i kolejne dzbanki domowego białego wina. Nie trudno się domyślić, że powrót do mariny odbywał się w wyjątkowo radosnej atmosferze.

 
       O mały włos, a zapomnielibyśmy, że do Chorwacji przyjechaliśmy aby pożeglować. Zatem w niedzielę, prawie z samego rana, wyruszamy do Komiży na wyspie Vis. Plan rejsu jest taki, że przez pierwsze dwa dni mamy pływać po znanych mi już miejscach, a później odbijamy ze znanych szlaków i eksplorujemy terra incognita.

       Załoga, raczej nie ma dużego doświadczenia żeglarskiego. Dokładniej rzecz biorąc, poza Kasią, pozostała czwórka, jest na jachcie pierwszy raz w życiu. Uciechy mamy co niemiara. Płyniemy w kierunku pierwszych wysp, mijamy Otok Kluda, Drvenik Veli i Drvenik Mali, jest lekki wiaterek, kolejne osoby zmieniają się przy sterze co pół godziny. Wypływamy na otwarte morze, wiatr delikatnie tężeje, jacht przyśpiesza. Nawet trochę chlapie. Gdzieś, po 2/3 trasy mamy piękne 4 oB, a pod koniec dobre 5. Załoga dzielnie się trzyma. Niektórzy, może nieco są skołowani, ale nikt nie chce podzielić się ostatnim posiłkiem z Neptunem. Co za ludzie! W końcu widać Komiżę. Odpalamy katarynę i zrzucamy żagle. Grot poszedł bez większych problemów, ale genua ani myśli się zwinąć. Kasia za kółkiem a ja idę na dziób. Już na pierwszy rzut oka widać, że coś jest nie tak z rolerem. Nie wiem o co chodzi, ale nie mogę zwinąć genuy. Z pomocą przychodzi mi Michał. Ze sporym trudem, jednak udaje się zwinąć żagiel. Jak dopłyniemy, zadzwonię do AC, żeby coś z tym zrobili.
 
      Podeście do Komiży jest łatwe. Gdy minie się półwysep zasłaniający port, całe miasto mamy jak na dłoni. Przy kei już stoi trochę jachtów, ale jeszcze połowa nabrzeża jest wolna. Na kotwicowisku, raptem 3-4 jachty. Udało się nam przypłynąć o odpowiedniej porze. Z brzegu macha do nas człowiek z mariny, karząc wpłynąć w głąb zatoki. Przy końcu kei, od strony miasta, są jeszcze 2 wolne miejsca. Świetna miejscówka. Parkujemy spokojnie. Załoga mimo braku doświadczenia, poradziła sobie z manewrem cumowania jak należy. TAK STOIMY! Jak na pierwszy dzień, bardzo przyzwoicie, ok 30 MM w 7 godzin. A wiatr tężeje dalej. Wanty zaczynają grać. Ho, Ho, 6, 7 B. Klarujemy jacht. Na kąpiel w morzu nie ma chętnych. Poprzestajemy na kąpieli pod prysznicem. W porcie, w ciągu ostatnich dwóch lat nic się nie zmieniło, nawet szefowa sanitariatów. Cena za postój, jak na warunki chorwackie, w miarę przystępna, 488 kun za jacht 36 stóp.


       Załoga zabiera się za łagodzenie skutków całodziennego pobytu na słońcu. Choć się tego nie czuło, bo niebo nie było zupełnie bezchmurne i mieliśmy dosyć silny wiatr, to promienie słoneczne zrobiły swoje. Próbujemy dodzwonić się do Adriatic Charter. Nikt nie odpowiada. No tak, jest niedzielne popołudnie, a tam przecież też pracują ludzie. Dobrze byłoby jednak coś z tym rolerem zrobić, żeby jutro się z nim tak nie szarpać. Na jednym z jachtów, wśród wielu naszych rodaków, spotykam dwóch doświadczonych żeglarzy, którzy oferują pomoc. Roler jest jakoś dziwnie przekoszony. Rozwijamy i układamy linki, jakoś zwijamy żagiel, z zakończeniem prac musimy jednak poczekać, aż przycichnie wiatr. Może będzie dobrze, choć widok rolera nie napawa optymizmem.


       Pora jednak ruszyć „w miasto”. Komiża to niewielkie miasteczko, ale kilka ciekawostek ma: Kaštel w porcie (1585), kościół Gospa Gusarica, (XVI w), kościół Sv. Nikola, wieża i mury obronne, kościół Sv. Mihovil, Muzeum Rybołówstwa. Pamiętając o przykrej przygodzie sprzed dwóch lat nawet nie myślę o zakupie jakiegokolwiek alkoholu na ulicy. Spacerujemy nadbrzeżną promenadą, później wchodzimy w główną ulicę Riva Sv. Mikula, okrążającą zatokę. Wreszcie dochodzimy do celu wyprawy, do konoby BAKO, przy ulicy Gunduličewa 1. Kapitalny lokal, nad brzegiem zatoki, z uroczym widokiem, stylowym wnętrzem, no i przede wszystkim z wybornym jedzeniem. I tym razem również się nie zawiedliśmy. 

       Jedną z głównych atrakcji w okolicach Komižy jest Błękitna Jaskinia (Modra špilja) położona na sąsiedniej wysepce Biševo. Swoją urodę zawdzięcza niezwykłej grze światła, wpadającego przed południem i rozświetlającego jej wnętrze. Jaskinia ma 18 m długości i 6 wysokości. Otwór wejściowy ma 1,5 m wysokości i 2,5 m szerokości, nie jest więc specjalnie duży, ale pontonem da się spokojnie wpłynąć. Jest jednak pewne ale … Gdy wstaliśmy w poniedziałek rano, wiała właśnie 7 z S-E, więc impet wiatru i fal był skierowany do wnętrza jaskini.. Co prawda, prognozy zapowiadały stopniowe słabnięcie wiatru ale dopiero od południa. Czyli już po porze oświetlenia jaskini. No cóż, obejdziemy się smakiem, nie widzę przyjemności w walce o życie na pontonie przy wietrze 7-6 B. Opóźniamy wyjście z Komižy, wiatr faktycznie nieco się uspokaja. Kierujemy się do Palmižany na wyspie Św. Klementa w archipelagu Pakleni Otoci. Na samym grocie lecimy ok 6 knotów.  
 
       Pakleni Otoci i marina Palmižana to jedne z najładniejszych miejsc w Chorwacji. Płynąc od strony Visu trzeba być jednak bardzo czujnym ponieważ kolejne wyspy częściowo siebie wzajemnie przysłaniają, przysłaniają również przejścia między nimi. Nie chodzi tylko o skrócenie drogi, ale również o niezwykłe doznania estetyczne związane z kluczeniem między wyspą Marinkovač z prawej burty, a wysepkami Borovač i Planikovač z lewej burty. Widoki jak z bajki, zawsze pełno tam różnych jednostek stojących na kotwicy i ludzi kąpiących się w uroczych zatoczkach.

      
       Po przepłynięciu 19 MM cumujemy w  niezbyt zatłoczonej Palmižanie. Zdecydowanie się wypogodziło, zrobił się piękny letni dzień. Gdy już zrobiliśmy klar i załoga mogła rozejrzeć się dokoła, pierwsza reakcja u wszystkich była taka sama: Boże, jak tu pięknie! Już nigdzie dalej nie płyniemy. Zostajemy tutaj. Ja nie byłem tam pierwszy raz, a mimo to, w pełni podzielałem zachwyty nad urodą tego miejsca. Mimo, że marina do najtańszych nie należy, 612 kun za dobę, to warta jest swojej ceny. Gdy poszliśmy na plażę, na drugą stronę wyspy, zmiana planów stała się nieuchronna. Załoga zamarzyła sobie dnia leżakowania na plaży. (!?) No dobrze. Tracimy jeden dzień, co w jednotygodniowym rejsie ma dosyć istotne znaczenie, ale pewnie to nie jest mój ostatni rejs po Adriatyku.
 
      Leżakowanie to nie jest moja specjalność. Po kilku chwilach prażenia się, nie mogłem się powstrzymać od  wejścia do wody, mimo, że nie znoszę wody o temperaturze poniżej 24 oC, a tam woda miała 18-19 oC. Straszne. Wskoczyłem więc do wody i  … zapomniałem, że mam na nosie okulary, i to bez sznurka. W sytuacji zorientowałem się dopiero po wyjściu z wody. Na szczęście mieliśmy w załodze Michała, miłośnika pływania w krze lodowej. Dzielny bosman ubrał maskę i fajkę i po chwili wynurkował moje patrzałki. Nawet na South Island w Nowej Zelandii słychać było, jak w tym momencie spadł mi kamień z serca. Dogorywając na leżaku pod parasolem zaczynałem już odczuwać poparzenie łydek, które wystawały poza cień rzucany przez parasol. A tu druga niespodzianka. Coś tam rano bąknąłem o melonie, coś o szynce. Nasz kuk, Przemko przywędrował na plażę z dużym talerzem pełnym kawałków melona zawijanych w plastry szynki. No dobra, jednak świat jest piękny, mimo leżakowania.  Po kolejnych kilku chwilach, przenieśliśmy się do restauracji Toto’s, ulokowanej kilka metrów nad nami, na skarpie sterczącej nad plażą. Jej lokalizacja to coś zupełnie nadzwyczajnego, widok na zatokę z jachtami na kotwicy, ocienienie palmami i innymi egzotycznymi roślinami. Kapitalne, zupełnie jak na jakiejś wyspie tropikalnej, a do tego okazało się, że jedzenie, które tam podają też jest niczego sobie. Ze względu na pogodę i porę dnia poprzestałem na sałace greckiej, która podobnie jak w Polsce, jest tylko luźną wariacją na temat dania, które znam z rejsów po morzu egejskim. Do tego panna cotta z dżemem z czarnych porzeczek i pyszna kawa, jak we Włoszech.


       W błogim lenistwie czas upłynął niepostrzeżenie. Szybki prysznic i przygotowania do wycieczki do Hvaru. Przyglądałem się tej krzątaninie i stwierdziłem, że bohaterem dnia wcale nie jest Michał, któremu udało się odnaleźć moje okulary, ani Przemko, który przygotował i przyniósł na plażę wyśmienitą przekąskę. Okazało się, że jest nim panthnol, środek na oparzenia słoneczne. Krążył z rąk do rąk, niczym bezcenny amulet. Wydawało się, że nie będzie końca smarowania poparzonych ciał. Na szczęście moje wizje całonocnego smarowania  nie spełniły się i w końcu wylądowaliśmy w taksówce wodnej, która za jedyne 100 kun wozi żeglarzy do Hvaru i z powrotem.

 
       Płynę do Hvaru kolejny raz i znowu wieczorem. Znowu nie będzie szansy obejrzenia tych wszystkich cacuszek historycznych, których w tym niewielkim mieście jest takie nagromadzenie. Chociażby wieża zegarowa (1476), arsenał (1579-1611), teatr nad arsenałem, stale czynny od 1612, rezydencje znamienitych obywateli Hvaru (XV-XVI) czy wyjątkowo urokliwy i pięknie położony na cyplu, klasztor franciszkanów (1461-64). My jednak, najpierw kierujemy się do góry, na wzniesienie dominujące nad miastem. Tam, na wysokości 109 m n.p.m., znajduje się fort Španjol (1551). Na wytrwałych, którzy zdecydują się na wspinaczkę, na szczycie czeka nagroda w postaci wspaniałej panoramy. Patrzy się z góry na miasto, na port, na pobliskie Pakleni Otoči, na jachty i statki przepływające w pobliżu. W końcu i my docieramy na szczyt. I jakież rozczarowanie, twierdza jest zamknięta. Gdy byłem tam poprzednio, już zapadł zmrok, a my snuliśmy się po twierdzy dłuższą chwilę zaglądając do wszystkich zakamarków. W końcu zrobiliśmy sobie grupowe zdjęcie przed zejściem na dół. Tym razem nic z tego. Potężne drzwi twierdzy zamknięte były na głucho. Zrobiliśmy więc sobie pamiątkowe zdjęcie u podnóża muru twierdzy.



      


        Płynąc motorówką do Hvaru spotkaliśmy dwóch niemieckich turystów. Krótka konwersacja zahaczyła również o kulinaria. Okazało się, że panowie znają dobrze okolicę, w tym również lokale gastronomiczne. Jako miejsce na kolację polecili nam konobę Macondo. Nie jest tam łatwo trafić, ale dla chcącego nic trudnego. Szliśmy uliczką Kroz Grodu niepewnie rozglądając się na boki, w końcu wypatrzyliśmy to czego szukaliśmy. W bocznej uliczce Marije Maricič, no może, w bocznym chodniku, bo uliczka to zbyt wiele powiedziane, była konoba Macondo. Na zewnątrz wszystkie stoliki były zajęte, weszliśmy więc do środka. Wnętrze przytulne, z marynistycznym wystrojem, zachęcające do zajęcia miejsca. No to je zajęliśmy. Karta była bardzo interesująca, zdecydowałem się na steka Big Mamma. Co tu dużo gadać, był wyśmienity.
 

wtorek, 13 maja 2014

MAJOWE PRZELEWICE



       Długi weekend majowy w tym roku niestety nie rozpieszczał nas pogodą. Jednak ku mojej wielkiej radości, w sobotę, kiedy to zaplanowałem wypad do ogrodu dendrologicznego w Przelewicach, była całkiem przyzwoita pogoda. Jedyne co wzbudzało mój niepokój, to nieco zbyt silny wiatr. Owady nie przepadają za mocnymi podmuchami. No i robienie zdjęć makro, też nie jest łatwe gdy wszystko wciąż się rusza. Najważniejsze jest jednak pozytywne nastawienie. Przecież w Przelewicach zawsze coś ciekawego da się sfotografować. 
         Pakuję więc swój plecak Lowepro Pro Runner 350 AW. Całkiem spora waliza, na lotniskach bywają z nim problemy, a jednak muszę starannie zaplanować co ze sobą zabiorę. Jak co do czego, to i tak okazuje się za mały. W końcu mój Nikon 300 D się w plecaku nie mieści i muszę go zawiesić na szyi. Średnia przyjemność. Biorę ze sobą kilka obiektywów, ale główną rolę ma odgrywać Nikkor AF-S Micro 60, wszak nastawiam się na owady (?) i kwiaty.


        Będąc w Przelewicach kolejny już raz, mam ustaloną kolejność oglądania. Ruszam w lewo od wejścia i rozpoczynam od  Alei Drzew Polskich. Piękna parkowa aleja, gdzie spotykamy drzewa i krzewy dobrze nam znane z wielu innych miejsc. Ale to jest takie miejsce gdzie najłatwiej znaleźć ciszę i spokój. Ludzie jednak biegną do tych bardziej egzotycznych i efektowniejszych miejsc, nie zwracając uwagi na dyskretny urok tej części ogrodu. 


       Choć i tu nie brakuje niezwykle efektownych o tej porze roku rododendronów, które potrafią oczarować każdego. Niestety, moje obawy, związane ze zbyt silnym wiatrem okazały się uzasadnione. W tych warunkach każdy owad, nawet najbardziej pospolity, wydawał się być wielką atrakcją. W pewnym momencie, chcąc sfotografować jakieś pięknie kwitnące drzewo, wychodzę na otwartą przestrzeń rozpościerającą się przed pałacem i wychodzę niemal na wprost popasającego bociana. Bociek nie reaguje na moje pojawienie się. Spokojnie zdejmuję plecak i wyciągam nieco większe szkło, Sigmę APO DG 70-200 Macro HSM. A ptak, jakby na to czekał. Gdy byłem gotowy, zaczął pozować. Ustawiał się i en face i z profila i z pół profila. Dokończyłem sesję i zająłem się pakowaniem do plecaka Sigmy. Jak skończyłem, podniosłem głowę do góry i … boćka już nie było.


       Kolejny etap, to trzy stawy. Jakże inne środowisko, inne rośliny. A przy pięknej słonecznej pogodzie, po prostu kolejny uroczy zakątek Parku Dendrologicznego w Przelewicach. Trafiamy tam na parę łabędzi. Pani łabędzica siedzi „ukryta” na gnieździe, a pan łabędź atakuje każdego intruza, który ośmieli się podejść zbyt blisko wody. Niektórzy próbują przekupić go czymś do jedzenia, ale nie przynosi to spodziewanego efektu. Podarunek, owszem zostaje przyjęty, ale o żadnej poufałości mowy być nie może. W sprawie ochrony gniazda, pan łabędź nie uznaje kompromisów.


       Ogród w Przelewicach jest na tyle duży, że za każdym razem dokonuję w nim kolejnych odkryć. Jest to tym łatwiejsze, że jestem kompletnym laikiem, jeśli chodzi o znajomość świata roślin. Moje kryterium oceny jest bardzo proste: albo mi się coś podoba albo nie, albo coś mnie zauroczy, albo nie. Nie ma znaczenia, czy mam do czynienia z jakimś niezwykle rzadkim egzemplarzem, czy wręcz przeciwnie, zupełnie pospolitym, bo zwyczajnie się na tym nie znam. Tym razem też przytrafiły mi się takie odkrycia. Pierwsze z nich pojawiło się właśnie w drodze od trzech stawów do pałacu, gdy postanowiliśmy zrobić sobie przerwę na małe co nieco. To była ściana zapachu. Początkowo nie mogliśmy się zorientować gdzie jest jego źródło. Nie było to żadne z drzew, ani żaden krzew, znajdujące się w bezpośrednim sąsiedztwie. Jakieś dziwne zawirowanie powietrza przyniosło ze sobą ten zniewalający zapach. Jednak, po kilku metrach, odnajdujemy „winowajcę”, to kalina koreańska, niepozorny krzew z dużymi kulistymi kwiatostanami.


       Kiedy wreszcie uwolniliśmy się z objęć magicznego zapachu kaliny koreańskiej, dotarliśmy do Kawiarni Zamkowej, by nieco odsapnąć i podelektować się miejscowymi smakołykami. A tam, jak zwykle, między stolikami ustawionymi na zamkowym tarasie, przechadzały się pawie. Wśród kilku dorosłych pawic były też trzy młodziaki. Ale jak pan paw rozłożył swój imponujący ogon, większość ludzi rzuciła się w jego stronę, robiąc zdjęcia czym tylko się dało. Myślę, że nawet Michał Wiśniewski nie wywołałby większej euforii. Nie rozumiem tylko, dlaczego pan paw, nie wziął jakiegoś kapelusza i nie zrobił rundki, wśród gęstego wianuszka zachwyconej publiczności.


       Po nabraniu sił ruszamy w kierunku ogrodu japońskiego. To zdecydowanie moje ulubione miejsce w przelewickim ogrodzie. Co prawda, długi weekend majowy, to nie jest najlepszy czas na kontemplowanie uroków tego miejsca, ale jednak to jest to. Tu koniecznie trzeba na chwilę się zatrzymać i wyłączyć. 


       Później można iść dalej, dla podtrzymania nastroju, najlepiej w kierunku mauzoleum. To drugi, owiany nimbem tajemniczości zakątek ogrodu. Ze względu na nasłonecznienie, najprzyjemniej jest tutaj wczesnym, lub nieco późniejszym, popołudniem.


       Z zacisza okolic mauzoleum wracamy do „cywilizacji”. Jeziorko, skalniak, a za nim, w pewnym oddaleniu, plac zabaw dla dzieci. Ten ostatni, przynajmniej tym razem, sobie darujemy. I w tej okolicy trafiam na moje kolejne odkrycia. Trzy odkrycia, trzy różne rośliny, a jednak mające ze sobą coś wspólnego. To coś, to niezwykła delikatność, wręcz subtelność, zachwycające. 
       

       Najpierw judaszowiec kanadyjski, drzewo występujące w Ameryce Północnej. Te jego kwiaty!


       Później klon palmowy, drzewo rodem z Japonii i Korei Południowej. Jego liście cieszą oko i swoim kolorem i zjawiskową zwiewnością. 


       I wreszcie czwarte „odkrycie” tego dnia, floks szydlasty, malutka roślinka, tworząca niezwykłe kobierce, pochodząca również, jak judaszowiec, z ameryki północnej.  O tej porze roku większość roślin wygląda jeszcze świeżo i delikatnie, ale ta trójka jest zupełnie niezwykła.



       Kręcimy się po ogrodzie, to tu, to tam. Co chwilę coś przykuwa naszą uwagę. Pełen, wyśmienity relaks. Stajemy się jakby lżejsi, nieomal płyniemy nad ziemią. Trochę mniej ludzi, ciszej, głosy jakby się oddalają. Piękne otoczenie, doskonały nastrój, mięciutkie późnopopołudniowe światło, czyż można wymarzyć sobie lepsze warunki do zrobienia kilku zdjęć portretowych? Sięgam do plecaka po Nikkora AFS 50 f 1.4.  Aparat ustawiony na statywie i próbujemy. W jednym miejscu, w drugim, w trzecim. W końcu jest ujęcie, które wydaje mi się całkiem udane. Nie tylko dobrze oddaje nastrój chwili, ale też będzie świetnie się sprawdzało jako psychoterapia w bardziej pochmurnych chwilach życia. To jest jedno z tych magicznych oblicz fotografii, kiedy kawałek papieru z utrwalonym na nim obrazem, w jednej chwili odmienia nastrój człowieka, atmosferę w domu. Na twarzy pojawia się uśmiech, ożywienie czy zaduma.



       Jeszcze trochę kręcimy się po parku. Robię kilka kolejnych zdjęć. Nie mogę oprzeć się urokowi młodych pędów paproci. Wiem, już milion pięćset tysięcy ludzi fotografowało je przede mną. Nic na to nie poradzę. Musiałem to zrobić. Aż tu nagle jeszcze jedna ciekawostka: kwiatostan, który z pewnej odległości wygląda niczym wielka, włochata, barwna gąsienica. Z bliska okazuje się jeszcze bardziej atrakcyjny. Niestety nie znalazłem w pobliżu tabliczki z informacjami co to jest. Ot, taka sobie mała tajemnica. Może jak przyjadę tu następnym razem uda się ją wyjaśnić?


Postaw mi kawę na buycoffee.to

Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...