wtorek, 8 maja 2012

Nostalgiczne Fejø i Skalø


Port na Fejo

       Pamiętacie genialnego gangstera Egona Olsena, w jego kapelusiku, nerwowo przygryzającego cygaro? A dwóch jego strasznie groźnych kumpli: Bennego w przykrótkich spodniach i Kjelda z pięknie wypracowanym mięśniem piwnym? Przeważnie działali w Kopenhadze ale czasami mieliśmy okazję oglądać ich gdzieś poza miastem. Już wtedy, pod koniec lat sześćdziesiątych i na początku lat siedemdziesiątych, nie trzeba było być specjalnie wnikliwym obserwatorem, by zauważyć, że Dania to Kopenhaga i reszta. Dzisiaj te dysproporcje są chyba jeszcze większe. Stolica to prawdziwa światowa metropolia ze swoim gwarem, szalonym tempem życia i biurowcami ze szkła i metalu, siedzibami wielkich koncernów. Gdy wyjedziemy za rogatki tego nader interesującego miasta, świat nagle zwalnia, jak przy zmianie obrotów talerza gramofonu.
        Kopenhaga ma potężną siłę przyciągania, przez co prowincja, szczególnie ta dalsza, w szybkim tempie się wyludnia. W Rødby i Rødby Havn, które są oddalone od Niemiec o niespełna pół godziny rejsu promem, gdzie ma być budowany tunel podmorski łączący wyspę Lolland z Niemcami, jest wystawione na sprzedaż mnóstwo domów po bardzo atrakcyjnych cenach, nawet jak na warunki polskie.  Co tam Lolland. Wyspa, i owszem ładna, z wieloma ciekawymi miejscami, ale połączona pięknym, nowoczesnym mostem z Zelandią, na której znajduje się Kopenhaga, z autostradami i lotniskiem. Nawet gdyby wybudowano w naszym kraju wszystkie zaplanowane na mistrzostwa Europy autostrady i ekspresówki to i tak nie osiągnęlibyśmy takiego nasycenia dróg autostradowych, jaki jest na Lolland. Wyruszamy zatem w poszukiwaniu prawdziwej prowincji na kolejną wyspę. O to, w Danii nie jest trudno, w części zasadniczej tego kraju jest ponad 400 wysp. Z każdej strony wyspa.
Dom na Skalo
        W bezpośrednim sąsiedztwie Lolland, od północy, są dwie „większe” wyspy: Fejø i Femø. A, tak przy okazji, to pokreślone „o”, oznacza właśnie wyspę. Inaczej mówiąc na północ od Lolland jest fejwyspa i i femwyspa, czy coś w tym rodzaju. Wybieramy Fejø, która połączona jest groblą z inną, jeszcze mniejszą, wyspą, ze Skalø. Fejø to ok. 16 km2 i ok. 600 mieszkańców, których liczba z roku na rok wciąż maleje. Kiedyś tych mieszkańców było ponad tysiąc. Są tu dwie wioski Vesterby i Østerby (w języku duńskim „by” oznacza miasto, ha, ha ha! Mamy więc zachodniemiasto i wschodniemiasto). A najwyższe wzniesienie na wyspie ma 13 m n.p.m. Natomiast Skalø to taka większa przybrzeżna piaszczysta łacha, nieco porośnięta i zamieszkiwana przez kilkanaście osób.
Przy grobli z Fejo na Skalo
       Gdy wjechaliśmy na niewielki prom, znowu przypomniał mi się film o Egonie i jego kompanach. Od razu mieliśmy okazję przekonać się, że znaleźliśmy się w innym, zdecydowanie wolniej żyjącym świecie. Prom już ruszał, zamknęły się bramy, gdy na przystani pojawił się jeszcze jeden samochód. Prom się zatrzymał, otworzono bramy i spóźnione auto mogło się z nami zabrać. I, co ważne, ten prom nie kursuje raz na kilka godzin.  On się kręci w tę i z powrotem, i w rezultacie odpływa z Kragenæs na Fejø co pół godziny. Ale cóż szkodzi zaczekać te dwie minuty.
Fragment mariny
       Nie byłbym sobą, gdybym nie odwiedził miejscowej mariny. Nie wiem ile jest w Danii przystani żeglarskich, ale jeśli tylko człowiek znajdzie się gdzieś na skraju lądu, to z całą pewnością, jeśli się dobrze rozejrzy, wypatrzy jakieś miejsce gdzie przycupnęły jachty i inne pływadełka, których jest tam bez liku. Przystań znajduje się w południowo-wschodniej części wyspy i jest naprawdę urocza. Oczywiście jest tam hafenmajester, jest biuro, są sanitariaty. Ale przede wszystkim jest przeuroczo. Nie ma tam dziesiątek hałaśliwych dyskotek i knajp nad brzegiem jak w portach greckich czy chorwackich, ale jest absolutna sielanka.
       Jadąc do mariny, mijamy po drodze inną atrakcję tej wyspy, odrestaurowany wiatrak. Wiatrak oczywiście można sobie pooglądać, warto. Jest w nim również butik ze swego rodzaju cepelią, a przede wszystkim z różnymi wyrobami z jabłek. Dżemy, musy, wina i co tam jeszcze. Bo Fejø to wyspa jabłek. Chyba jedyny rodzaj biznesu na wyspie. Ale jest to eksponowane tak, jak by chodziło o jakieś zupełnie niezwykłe bogactwo. Wyroby z jabłek, które są tu wytwarzane wg tradycyjnych receptur, prezentowane są niczym boska ambrozja. Niesamowite, jak przy odrobinie chęci i fantazji, można coś najzwyczajniejszego w świecie, przedstawić jako wykwintny rarytas. Tego możemy się od nich uczyć.


       Z wiatrakiem związana jest też inna historia, bardzo charakterystyczna dla Dani. Wielu Duńczyków, i tych bardzo zamożnych, i tych mniej zamożnych, podarowało lub zrobiło coś dla kraju lub lokalnej społeczności. Ot, choćby nowa opera w Kopenhadze, której fundatorem był zmarły właśnie A.P. Møller. Otóż, wiatrak na Fejø został wybudowany w 1905 roku przez Gerharda i Pouline Christensen. W 2001 potomek tych państwa, niejaki Karl Agner Kristensen, przekazał go społeczeństwu. Dokładnie tak, teraz wszyscy są właścicielami. Nie wiem czy Karl Agner zrobił to, bo już nie miał siły z powodu podeszłego wieku zajmować się zabytkowym obiektem, czy były inne powody. Faktem jest jednak to, że wspólnymi siłami, a pewnie i przy pomocy jakiś dotacji wiatrak pięknie odrestaurowano i udostępniono do oglądania. Okazuje się, że wcale nie musi tak być, jak to zwykle u nas się dzieje, że jak coś jest wspólne, to oznacza to, że jest niczyje i można to bezkarnie rozkraść. Do środka wchodzimy za darmo. Po schodkach wspinamy się po kolejnych kondygnacjach. Z góry możemy podziwiać panoramę okolicy. Jeśli uznamy, że nam się to podobało, to przy wyjściu stoi stara bańka na mleko, z wyciętym niewielkim otworem w deklu, gdzie możemy wrzucić parę koron na utrzymanie obiektu. Ja tak uczyniłem i to z wielkim przekonaniem.

W takich domach normalnie się mieszka.
       Na wyspie, tuż przy wjeździe na prom, żegnają nas dwa okazałe, rumiane jabłka. Żegna nas Fejø. Jak będziecie gdzieś w okolicy, zajrzyjcie tam, albo na jakąś inną małą wysepkę, gdzie pozostały resztki starej, dobrej Danii. Warto.   


wtorek, 20 marca 2012

SELLARONDA


Punktem kulminacyjnym pobytu w Val Gardena miało być przejechanie Sellarondy. Nie bardzo wiedzieliśmy ile nam to czasu zajmie, więc nie startowaliśmy z Secedy. Od razu pojechaliśmy skibusem do Santa Cristina. Mieszkaliśmy akurat w takim miejscu, że mieliśmy przystanek skibusa tuż przy domu. Kupiliśmy pierwszego dnia bilety na cały tydzień i używaliśmy sobie do woli. Pierwszego dnia, zupełnie nieświadomie, kupiliśmy bilety u tamtejszego kanara, a właściwie kanarzycy, sympatycznej, uśmiechniętej młodej kobiety. Że tak było, zorientowaliśmy się kilka dni później, kiedy jadąc właśnie do St. Cristiny, byliśmy świadkami kolejnego nalotu kanara, wcale nie młodego, ale również sympatycznego, uśmiechniętego jegomościa. Ktoś nie miał biletu. Żaden problem, pan po prostu mu go sprzedał. Czy takie coś jest u nas możliwe?  I wcale nie chodzi mi o postawę naszych kanarów …

       Szlak narciarski Sellaronda zasadniczo można pokonać na dwa sposoby, zgodnie z ruchem wskazówek zegara, czyli szlakiem pomarańczowym lub odwrotnie do ruchu wskazówek zegara, czyli szlakiem zielonym. A co jak zegarek nie ma wskazówek?

       My wybraliśmy wariant pomarańczowy. Aby zamknąć pętlę skorzystaliśmy z 14 wyciągów, kanap i gondolek. W kilkuosobowej grupie zwykle jeździ się nieco wolniej. Do tego, do skowronków, to raczej się nie zaliczamy. A i po drodze trzeba było się zatrzymać na małe co nieco. I to nie jeden raz.  W rezultacie  była to dla nas całodniowa wycieczka.

       Trudność tras na Sellarondzie jest mocno zróżnicowana i to niestety dało się odczuć po ilości i wielkości muld. Co prawda gospodarze bardzo się starali, ale przy +12oC i przy tych tysiącach ludzi, którzy tam jeżdżą, co bardziej strome trasy, w okolicach obiadu były już bardzo trudno przejezdne. Muldy były już takie wielkie, że spokojnie można było bawić się w nich w chowanego. Tego dnia nasza wycieczka nieco grymasiła.

       Jadąc jednym z kolejnych wyciągów, oglądaliśmy parking dla kamperów. Dominowali tam Holendrzy. Ależ to musi być frajda, spędzić zimą cały tydzień w kamperze na parkingu w górskiej dolinie. Już czuję tę cudowną rozkosz, kiedy wracam przepocony po całodziennej jeździe na nartach i się rozbieram w takim kamperze. Ciekawe jak rozwiązują sprawę ogrzewania. Pewnie też niezłą frajdą jest branie gorących pryszniców w takim pojeździe. Bardzo szczególne zamiłowania, bo raczej nie chodzi tu o brak pieniędzy.

   Zrobienie pętli Sellarondy jest tylko jedną z opcji narciarskich harców w tym regionie, bo do Sellarondy podwieszone są różne, mniejsze i większe satelity. M.in. tak znane miłośnikom narciarstwa jak Alta Badia, Araba, Val di Fassa. Można szusować  w różne strony. Jesteśmy przy Mamoladzie, 3343 m n.p.m. Narciarzy wręcz rozsadza radość, niczym zająca wpuszczonego na pole kapusty … dopóki nie pojawi się myśliwy ze strzelbą. Trafiliśmy na Sellarondzie na dosyć trudne warunki z powodu wysokiej temperatury i ogromnej ilości narciarzy. Momentami naprawdę ciężko się jechało. Ale czy można było odpuścić sobie Sellarondę? O nie, w żadnym wypadku. Kiedy dzień zbliżał się do końca, pętla została zamknięta, pojawił się wielki, ogromny, niedosyt. Bo widziałem na własne oczy jak wiele tras pominąłem. Chciałoby się wszystko naraz ogarnąć. Jeszcze tu, jeszcze tam! Może za rok?

wtorek, 13 marca 2012

Seceda - czysta radość z jazdy na nartach.

       Kiedy już się rozjeździliśmy na malowniczych trasach Alpe di Siusi przyszedł czas na poznanie Secedy. Trochę nas nasza gospodyni nastraszyła, mówiąc, że te pierwsze to takie przyjemne a Seceda to już taka bardziej sportowa. Skoro jednak już  podjęliśmy decyzję gdzie jedziemy, to nie ma odwrotu. Nasza drużyna się nie cofa.
       Początek drogi do wyciągu był bardzo przyjemny i sprawił, że znowu byliśmy zachwyceni Ortisei. Otóż, kilkadziesiąt metrów od przystanku Skubisa weszliśmy na ruchome schody, które wyniosły nas wysoko do góry. Gdy skończyły się ruchome schody zaczął się … ruchomy chodnik. I znowu kilkadziesiąt metrów w górę. A później jeszcze kawałeczek ruchomych schodów i znaleźliśmy się przy dolnej stacji gondolek na Furnes (1736 m npm). Można się poczuć, jak niemiecki emeryt, którego z salonu do jadalni podwożą mercedesem. Miło, wygodnie i nic się nie dzieje. Ale nie jest tak źle. Po wjechaniu na Furnes jest przesiadka.

Na Secedę (2500 m npm) jedzie się wagonikami, niczym w świetnym filmie „Tylko dla orłów”. Dwa wagoniki, na sąsiadujących ze sobą linach kursują na zmianę, tworząc wahadełko. Jeden w górę drugi w dół. Samo spojrzenie na te liny, na to jak one się wspinają w górę i jak maleńkie wydają się zawieszone na nich wagoniki, sprawiają, że pojawia się dreszczyk emocji. A kiedy jeszcze obsługa wagoników dopycha pasażerów, niczym w tokijskim metrze, robi się naprawdę interesująco. Raz pan niezbyt starannie upchał narciarzy i drzwi się nie domknęły, co zatrzymało wagoniki. Pan się cofnął, dopchał kogoś wystającego, docisnął drzwi i poszło. A potem już tylko przepaść pod nami i niemal pionowa skała przed nami. Dojeżdżamy jednak na górę szczęśliwie i możemy się rozkoszować widokiem niesamowitej panoramy.

       My jednak nie przyjechaliśmy tutaj tylko po to by napawać się widokami. Przede wszystkim przyjechaliśmy po to by jeździć na nartach. Na Secedzie nie ma zbyt wielu tras, ale te co są, są świetne! Jeśli wdrapiemy się na samą górę, oczywiście niekoniecznie z buta, to możemy pojechać sobie z powrotem do Ortisei, bagatela, 10,5 kilometra fantastycznej trasy. Co za jazda, niewyobrażalna radość z jazdy. Jest czas aby się tym nacieszyć.

       Można też z Secedy pojechać w drugą stronę, w kierunku Santa Cristina. Ta trasa jest krótsza, tylko 6 kilometrów, ale też nic jej nie brakuje. Wręcz przeciwnie trasa jest wyśmienita. Z góry na dół można zjechać piękną, szeroką trasą, oznaczoną jako trasa czerwona. Ale jest tam taka wisieneczka na torcie, alternatywny fragment oznaczony na czarno.

Prosto w dół, stromo, bez wypłaszczeń ale też i bardzo szeroko. Ale jazda! Jazda, jazda i jesteśmy w Santa Cristinie. A tu kolejna niespodzianka. Można wsiąść do gondolki i wrócić na Secedę, ale można też wsiąść do wagonika, niczym minimetro i przejechać pod miasteczkiem by dotrzeć do wyciągów na Sochers i dalej na Ciampinoi, czyli wylądować na Sellarondzie. Sellaronda to jednak zupełnie inna bajka.

       Aby wypad narciarski można było uznać za w pełni udany trzeba zwiedzić przynajmniej jedną górską chatę, a najlepiej kilka. Te w rejonie Val Gardena są godne polecenia. Tylko raz trafiliśmy do przybytku, który nas rozczarował. Na Secedzie najbardziej przypadła nam do gustu Chata Trola. Niewielka, stojąca nieco na uboczu ma świetny klimat i dobre jadło. Przyglądając się zarówno tej chacie, jak i innym odwiedzanym, podziwialiśmy ich wystrój. Starannie dobrane ozdoby, wszystko czyściutkie i dopieszczone. Ileż pracy trzeba włożyć, by to tak wyglądało. 
       Delektując się różnymi specjałami miejscowej kuchni i baru, toczyliśmy leniwe rozmowy. Niestety, nawet wysoko w Alpach napastowały nas telefony. Nie zawsze można było nie odbierać, ale za wszelką cenę staraliśmy się kończyć te rozmowy jak najszybciej. Ja zwykle mówiłem, że jestem daleko od Szczecina. Romek pewnego razu, odebrawszy taki kłopotliwy telefon stwierdził, że jest „na konferencji w Niemczech”. Że na konferencji to jasne. Ale, że w Niemczech? Chyba chodziło o to, że konferencja w Niemczech to musi być coś bardzo ważnego i solidnego, Niemcy to Niemcy!  Wszystkich przebiła jednak Ula, które stwierdziła, że „w ogóle jej nie ma”! O, i już.
       Ortisei to nie jest wielkie miasto. Liczy sobie nieco ponad 4,5 tyś mieszkańców. Mimo to warto się po nim pokręcić. Miasto jest niesamowicie zadbane. Właściwie to nie jest najlepsze określenie. Wszystko tutaj jest tak wycyzelowane, dopieszczone, że powiedzenie, że jest zadbane, to dużo za mało. Nie ma też wątpliwości, że i miastu i znacznej części jego mieszkańców powodzi się bardzo dobrze. Nigdzie jeszcze, do tej pory, nie widziałem tyle Mercedesów R na taksówkach. I to nie jakieś kilkuletnie „starocie”. Nowiutkie, lśniące i śmierdzące jeszcze salonem, samochody. 
       Jak przystało na miasto turystyczne jest tam sporo sklepów. Oczywiście do najliczniejszych należą sklepy obuwnicze. Nie brakuje sklepów sportowych. Najbardziej jednak przyciągają sklepy  z wyrobami regionalnymi. Są atrakcyjnie zaaranżowane a regały uginają się od wszelakiego dobra, mięsa, sery, alkohole, ciasta i rzeźby. No właśnie, na każdym kroku można się przekonać, że jesteśmy w jakimś niezwykłym centrum rzeźbiarskim. Szkoła, pracownie, sklepy. Również nasz gospodarz, Fridrich Rifesser, jak mogliśmy się przekonać, należy do grona bardziej uznanych artystów. Pokazał nam swoją niewielką pracownię. Pokazał też fotografie swoich najznamienitszych dokonań. Byliśmy po dużym wrażeniem.

        Jeden z kolegów, wiedząc że jadę do Ortisei, poprosił aby przywieźć mu nalewkę na poziomkach. Okazało się, że to jeden z miejscowych symboli. Ja, jednak jak przystało na człowieka ostrożnego, postanowiłem, że najpierw zakupimy ten specjał i sprawdzimy osobiście co to jest. No i zaczęło się. Ach nie ma o czym mówić, tego po prostu trzeba się napić.
       Wartym polecenia jest również, odwiedzenie po nartach basenu. Właściwie to jest taki mały aquapark. Jest normalny basen dla chcących popływać. Jest niewielki basenik z atrakcjami typu rwący nurt czy strumień wody lejący się z góry, położony na zewnątrz. Fajne uczucie towarzyszy kąpieli w otwartym basenie zimą, w górach. Jest jacuzzi, sauna i fotele do leżakowania. I co istotne, na basen warto dotrzeć tuż po 19.30. Od tej pory do zamknięcia, tj do 22 wejściówka kosztuje 50 % normalnej stawki, czyli nieco ponad 5 Euro, bez limitu czasu.
       No cóż, w Ortisei, można się wyszaleć, wedle uznania, można się zrelaksować, można po prostu świetnie spędzić urlop.

       Nigdy nie robiłem żadnych filmów, ani aparatem, ani kamerą. Coś mnie jednak podkusiło i ostatniego dnia, na Alpe di Siusi, wzięłem swojego Lumiksa i trzymając w jednej ręce filmowałem jak szusuje moja żoneczka. Dzień był bardzo słoneczny, więc nic nie widziałem na wyświetlaczu. Dzieło z tego nie wyszło. Raczej przypomina to rysunek trzylatka, ale jest zabawne, a przy okazji pokazuje kawałek tych przepięknych gór.


video

środa, 7 marca 2012

Narty w Ortisei

      
 Ze Szczecina do Ortisei, albo jak kto woli do St. Urlich, wszak to Południowy Tyrol, jest ok. 1060 km przyjemnej podróży autostradami. Oczywiście, w dzisiejszych czasach korki na autostradach stały się czymś tak naturalnym i oczywistym jak mgła w Londynie, mróz na Syberii czy kolejka na poczcie. Nic więc dziwnego, że podróż zamiast trwać ok.  10 godzin, zwykle wydłuża się do dwunastu, a niekiedy nawet więcej. Korki zaczynają się przed Monachium i ciągną się do granicy z Austrią i jeszcze trochę dalej. W tej sytuacji bardzo przydatny okazał się zbiór dowcipów i anegdot zgromadzony przez kolegę na laptopie z otrzymanych przez niego e-maili. Uciechy z tego było co niemiara. Jak zwykle, choć świetnie się bawiłem, nic nie zapamiętałem. Pierwsza ulga w przebijaniu się przez korki przychodzi dopiero w okolicy Kuffstein, które jest pierwszym ważnym celem dla wielu miłośników jazdy na nartach. I tak, co dolinka, robi się coraz luźniej. Przełęcz Brenner przejeżdża się już zupełnie normalnie. W końcu zjazd z autostrady, prawdziwa karuzela, można stracić orientację jak na karuzeli w wesołym miasteczku, dalej ok. 20 km normalną drogą i jesteśmy na miejscu. Dojeżdżamy już po ciemku, więc na razie nie mamy pojęcia gdzie się znaleźliśmy.
       Z tymi nartami w Ortisei to oczywiście bujda na resorach. Po miasteczku normalnie się chodzi lub jeździ samochodami. Narty ubiera się dopiero na stokach ciągnących się wzdłuż Val Gardena.

       Pierwszy dzień po przyjeździe rządzi się swoimi prawami. Nieco opóźniona pobudka, nieco dłuższe śniadanie, nieco wolniejsze ruchy …  w rezultacie przy gondolkach znaleźliśmy się koło południa. Przy kasie okazało się, że można kupić bilet tylko na pół dnia, ale trzeba poczekać ok. pół godziny. Ktoś rzucił hasło, że w związku z tym czekamy bo zaoszczędzimy po ok. 15 euro. Reszta grupki przyjęła to bez protestu, wszak zawsze to niezmiernie miło wydać mniej niż więcej. Kiedy jednak wieczorem siedliśmy nad cennikiem skipassów i dokładnie wszystko policzyliśmy okazało się, że za 5,5 dnia zapłaciliśmy  o 3 euro więcej niż gdybyśmy od razu kupili karnet na całe 6 dni!    
        Po wysłuchaniu opinii znajomych, którzy już w tym regionie bywali, na początek wybrałem Alpe di Siusi/Seiser Alm. Lubimy na początek się trochę rozjeździć na łagodniejszych trasach, a z opowieści na takie właśnie wyglądały „Siuśki”, i dopiero później wyruszamy na trudniejsze szlaki. Rzecz w tym, że z samej miejscowości niewiele widać. Ortisei schowane jest w głęboko wciętej dolinie i widać głownie gondole i kolejkę, którymi wjeżdża się na górę. A wjeżdża się faktycznie dosyć wysoko, bo na ok. 1750 m n.p.m.

       Jak już się wjedzie, to widok jest fantastyczny. Niekończące się pasma górskie. Wszędzie wyciągi i trasy narciarskie. Same Alpe di Siusi to 115 km tras, a z najbliższymi przyległościami już 175 km. Do tego przepiękna pogoda. Aż chce się podskoczyć z radości. Ruszamy!
       Trasy są po prostu super. Niezbyt mocno nachylone, bardzo szerokie i długie. Można cieszyć się radością z jazdy do woli. Z wyciągu na wyciąg. I coraz dalej, i dalej. Niesamowite przestrzenie.

       Jeden z wyciągów krzesełkowych ma stację pośrednią. Gdy się do niej dojeżdża jest spora tabliczka z napisami w kilku językach: Uwaga! Kijki trzymać wysoko!  Kolega niespecjalnie zwrócił na to uwagę i stało się. Zahaczył kijkami o próg śnieżny, drugim punktem oporu była ławeczka i kijki zdecydowanie zmieniły swój kształt. Kolega jeszcze nie zdążył dobrze się zastanowić co z tym zrobić, gdy już dojeżdżaliśmy do stacji końcowej, a tam z daleka nawoływał i machał nowymi kijkami pan obsługujący wyciąg. Co ciekawe, cena za te kijki nie była specjalnie wygórowana, raptem 20 euro. Gdy za jakiś czas ponownie wjeżdżaliśmy tym wyciągiem, kolega na widok tabliczki ostrzegawczej, stwierdził ze śmiechem, że powinno tam być napisane : Uwaga! Trzymaj kijki wysoko IDIOTO!

        Jednym z obowiązkowych punktów programu wszelkich wyjazdów, w tym również narciarskich,  jest zwiedzanie knajpek. To jak poranne mycie zębów. Bez tego ani rusz. Pierwszy wybór był raczej przypadkowy. Po prostu lokal znajdował się w miejscu, które nam akurat pasowało. Nazywało się toto Sanon. Jak się szybko okazało trafiliśmy doskonale. Obsługiwał nas jakiś młody, sympatyczny, człowiek z Węgier, który jak się wydawało, mówił wszelkimi potrzebnymi językami, w tym oczywiście orientował się w języku polskim. Dania przyjechały błyskawicznie, a smakowały wybornie. Sięgaliśmy nawzajem do swoich talerzy by popróbować wszystkiego, i trudno było nam się zdecydować co jest najlepsze. Szczególne wrażenie zrobiły na nas podsmażane ziemniaki, które były słodkawe i podsmażana kwaśna kapusta, która raczej nie przypominała tej, znanej nam, z polskiej kuchni. Wszystko było świetnie przyprawione. Ja wybrałem Speckknödel mit Sauerkraut czyli canederli allo speck con crauti cotti. Najbardziej w tej nazwie niemieckojęzycznej zmylił mnie ten speckknödel, który kojarzyłem z kluchami jedzonymi w Austrii. Tymczasem, dostałem coś całkiem smacznego, ale nie był to żaden kluch. Kształtem i konsystencją przypominało to średniej wielkości klopsy, ale do końca pobytu nie ustaliliśmy z czego było to zrobione. A do popicia, szczególnie kiedy mocno doskwiera pragnienie po jeździe na nartach, wręcz wyborny Weissbier.

       Wyjazdy narciarskie, to również miło spędzane wieczory. Nasza ekipa składała się z … hm, powiedzmy pięciu osób dorosłych i jednego młodzieńca, który niebawem kończy studia. Wzięliśmy ze sobą książki oraz różne gry. Pierwszy pomysł to brydż. Niestety, troje spośród nas zna tę grę, lepiej lub gorzej, ale jednak, jedna osoba chętnie by się nauczyła, ale musi mieć odpowiedniego nauczyciela. Odpowiedniego, czyli takiego, który panuje nad emocjami. Kolejna osoba, niby kiedyś liznęła nieco brydża, ale niewiele pamięta więc raczej nie. A nasz młody dżentelmen, po wysłuchaniu kilku wstępnych informacji o brydżu, stwierdził, że musi iść do pokoju, bo ma coś do załatwienia. Przypomniało mi się, jak wiele lat temu byliśmy z Ulą na wczasach z MPGM-u, w którym oboje pracowaliśmy. Wieczorami połowę uczestników turnusu można było spotkać w świetlicy, jak z zacięciem rozgrywali kolejne rozdania. W liceum nawet w czasie niektórych lekcji próbowaliśmy rozgrywać roberki. Jak to się pozmieniało.   

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Okna


       Koniec roku zwykle sprzyja różnym remanentom. I nie koniecznie chodzi mi o te koszmary magazynowe, gdy się przelicza nieskończone ilości śrubek, spinek i gwoździ.  Sięgamy pamięcią do chwil które minęły. Niektóre wprawiają nas w dobry nastrój, inne wywołują zadumę związaną z trudnymi chwilami. Przy tych retrospekcjach zazwyczaj wspieram się fotografiami. Nie tylko wracają wspomnienia, ale jest też okazja jeszcze raz spojrzeć na swoje „dokonania” fotograficzne i zastanowić się nad niezliczonymi brakami tych zdjęć. Czasami pojawiają się zupełnie niespodziewane spostrzeżenia. Ot, choćby to, że mam sporo zdjęć okien. Tak, właśnie okien. Gdy je robiłem nie zastanawiałem się nad tym, co sprawia, że właśnie okna są dla mnie takie intrygujące. Chyba, nie najlepiej to świadczy o mnie, jako o fotografie, ale tak się stało. Coś chciałem przez te zdjęcia  pokazać, ale nie całkiem miałem przemyślaną „ideologię”.

         Co jest takiego niezwykłego w oknach? A, to zależy, z której strony rzeczonego otworu się aktualnie znajdujemy. Idę sobie uliczką maleńkiego, urokliwego słowackiego miasteczka. Wszystko takie piękne, takie dopieszczone, aż nierealne. Wręcz baśniowo. I nagle w ciągu takich wycyzelowanych domów spostrzegam jeden z innej planety. Ledwo się trzyma, odpadający tynk, zapadnięta konstrukcja dachu. I okna … Okna zabite deskami. Zabite byle jak, byle jakimi deskami. A co jest w środku? Jaką tajemnicę kryje ten dom? Co można by podejrzeć przez te okno gdyby udało się cofnąć czas o parę lat? A może nie o parę lat, o kilkadziesiąt lat, albo jeszcze więcej? Jakie powikłane koleje losu sprawiły, że w tym ciągu domów, właśnie ten jeden jest w takim stanie. Jakie dramaty ludzi, może całych rodzin rozegrały się w tej opuszczonej budowli. Kiedyś, ktoś, zainwestował dużo pieniędzy i wybudował piękny, nowy dom. Ileż było radości, a i dumy zapewne też było niemało. A co było dalej?

       Chorwackie wioski nie są obrazem szczególnego dobrobytu. Domy przeważnie są niewielkie i bardzo skromne. Ale ich mieszkańcy starają się, by było ładnie i kolorowo. Przeważnie te chatki otoczone są barwnymi kwiatami. Idąc przez taką wioskę przekracza się bramę czasu. Gdzieś daleko za nami pozostaje zgiełk zwariowanej cywilizacji, szalonego pędu, popisywania się wielkimi lśniącymi limuzynami, przepychanie się przez tłum ludzi w hipermarketach. Tu rytm życia jest inny. Znowu zaczynam się zastanawiać co jest mi, tak naprawdę, potrzebne do życia. Robi mi się trochę głupio, że czasami daję się wpuścić w kanał, że się tak strasznie napinam i  gonię za czymś, co wcale nie jest mi niezbędne. Staję przed jednym z takich domków z innego świata, czystym i otoczonym kwiatami, jakich tu wiele. Ale jest w nim coś, co sprawiło, że właśnie przed nim się zatrzymałem. Przyglądam się przez chwilę. Przecież w tym oknie jest tylko jedna okiennica. I oczami wyobraźni widzę mieszkańców tego domu: dwoje starszych, pogodnych ludzi. Widzę ich promienne twarze. Na swojej ścieżce życia są już blisko końca. Już nie mają siły założyć nowych okiennic. A może już nie chcą tego robić. Nic już nie chcą ani nie muszą zasłaniać przed światem. Ale o swoje obejście wciąż dbają. Nie musi być bogato, nie musi być błyszcząco. Niech będzie jednak schludnie i ładnie.

       Gdy patrzymy na okna z zewnątrz przeważnie trawi nas ciekawość. Koniecznie chcielibyśmy zajrzeć do środka, co też tam się dzieje, co  robią ludzie tam mieszkający. Jakżeż inaczej jest gdy jesteśmy w środku. Patrzę w okno i pojawiają się emocje. W różnych miejscach, w różnych okolicznościach te emocje są bardzo odmienne. Gdy siedziałem w kokpicie jachtu płynącego po wzburzonym Morzu Egejskim odczuwałem po prostu radość żeglowania. W pewnym momencie zszedłem po coś do środka i mój wzrok zatrzymał się na bulaju. Chwilami cały bulaj znajdował się pod wodą. Wyobraźnia zaczęła pracować na zwiększonych obrotach. Nie w kokpicie, zalewany co chwilę falami, ale właśnie na dole, patrząc w ten mały bulaj dojrzałem cały ogromy i groźny majestat Posejdona. A gdyby ten bulaj nagle się otworzył?

        Nie, nie! To już lepiej przenieśmy się czym prędzej w jakieś spokojniejsze miejsce. Może na Biały Krzyż? Jest tam kilka knajpek. Przysiedliśmy w tej położonej najniżej. Zamówiliśmy coś ciepłego. Spojrzałem w okno. Wszystko przyprószone śniegiem, na oknie ozdoby świąteczne. I zrobiło się jakoś ciepło, przytulnie i cicho. Ciszy w zasadzie nie widać, a jednak. Siedząc w góralskiej chatce, patrząc na lekko padający śnieg i popijając grzańca miałem wrażenie, że cisza się zmaterializowała. A może to ten grzaniec?

       Ciągle przenosimy się z miejsca na miejsce. Żyjemy w zwariowanym tempie. Wyrywamy się w końcu, gdzieś ma wieś, i miejsce nie ma znaczenia. Najważniejsza jest przecież ucieczka od miejskiego zgiełku. Wiem, że większość z nas z trudem wytrzymuje jeden dzień na prawdziwej wsi. Wiem, że to tylko takie gadanie zblazowanych mieszczuchów. I nawet jak zamieszkają gdzieś pod miastem, to i tak żyją dokładnie tak jak żyli w mieście. A dla mnie to jest naprawdę coś niezwykłego. Mam swoje Kolechowice, gdzie nie byłem już od lat i do których tęsknię. Też dałem się wciągnąć w tę zwariowaną spiralę gonitwy za własnym ogonem. Spójrz przez te okno. Ileż tu spokoju, napięcie spływa z ciebie, czujesz się odprężony i jakby lżejszy. Słychać śpiew ptaków, gdzieś dalej rżą konie, przez podwórko leniwie przeszedł kot.  Czy to jest ten lepszy świat? Nie wiem, ale dla zdrowia psychicznego, bardzo potrzebny.

        Zdarza się, że niektórzy mają wyjątkowo piękny widok z okna w obiekcie, w którym przebywają. Tylko, że znaleźli się tam, nie całkiem z własnej woli i do tego na ładnych parę lat. O czym tacy ludzie sobie myślą? Co zaprząta ich umysły? Nie wiem. Ale wiem, że w tym przypadku zdecydowanie wolę być po tej zewnętrznej stronie okna.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Weekend na Stogu Izerskim


     Rejon Gór Izerskich nie należy do najpopularniejszych regionów turystycznych w naszym kraju. Daje się to odczuć już po minięciu Gryfowa Śląskiego i wjechaniu na drogę do Mirkowa. Nagle robi się jakby ciszej, nieco tajemniczo. Na drodze nie ma specjalnego ruchu, na szczęście, bo wąskie te drogi. Mimo to jedzie się po nich bardzo przyjemnie. Przypomniały mi się czasy dzieciństwa, kiedy to na większości polskich dróg tak było. Z zadumy i rozmarzenia wyrwał mnie samochód, który wyłonił się zza kolejnego zakrętu i jadący po mojej stronie drogi prosto na mnie. Przyhamowałem, tamten zjechał na swoją stronę. Przeleciały mi przez głowę, wszystkie te sytuacje drogowe, w których uczestniczyłem lub, których byłem świadkiem, które rozgrywały się na pustych lub prawie pustych drogach. Jest w tym coś zupełnie irracjonalnego. Na drodze dwa samochody, dobre warunki pogodowe i dochodzi do kolizji. O co tu chodzi?

       Dojeżdżam w końcu do Świeradowa, gdzie mam się spotkać z pozostałymi uczestnikami imprezy pod nazwą Darbórki. Okazuje się, że do końca II wojny światowej ta miejscowość nie miała polskiej nazwy. Istniała tylko nazwa niemiecka: Bad Flinsberg, a Świeradów Zdrój pojawił się dopiero w 1947 roku w wyniku referendum. Umówiliśmy się przy domu zdrojowym, okazałym i efektowym budynku z 1899 roku. Wszak kurort tu już od bardzo dawna. Pierwsze wzmianki o właściwościach leczniczych tutejszych wód pochodzą z roku 1572. Badania potwierdzające te właściwości przeprowadzono w 1783.

       W samym domu zdrojowym cisza i spokój. Jakieś trzy-cztery stoiska odpustowe, na których dominowały artykuły o charakterze świątecznym. Przecież to raptem dwa tygodnie do Świąt Bożego Narodzenia. No! Przeleciał kolejny rok. A tam na końcu dwóch dżentelmenów gra w szachy, takie duże, na szachownicy na posadzce. Ale fajne. Przystanąłem obok, coraz bardziej wciągałem się w kibicowanie. Magiczny świat szachów. Najpierw jeden z panów zyskał lekką przewagę. Po chwili drugi lekko przechylił szalę zwycięstwa na swoją drogę. Zacząłem analizować poszczególne posunięcia. Gdzieś ulotnił się cały świat. Coś mnie tknęło, spojrzałem na zegarek. Już pora. Rozejrzałem się dokoła i zauważyłem kilka znajomych postaci. Towarzystwo już się zbierało.

       Plan był następujący: gitary i co cięższe bagaże pojadą nowowybudowaną gondolą wraz z czterema osobami, które nie mogły iść na piechotę. Reszta idzie czerwonym szlakiem. Te podejścia to już legenda Darbórkowych imprez. Ludzie są do nich świetnie przygotowani. Co najmniej połowa imprezowiczów ma przygotowane różne niespodzianki w piersiówkach. To prawdziwa rewia najbardziej wymyślnych mieszanek. A ileż przy tym ochów, achów, cmokania i wywracania oczami z ukontentowania. W takich warunkach to można iść, choćby na koniec świata. I dobrze, że jesteśmy w takich radosnych nastrojach, bo z kondycją jest umiarkowanie dobrze. I tylko, dzięki talentowi w piersiówkach i niekończącym się żartom można dotrzeć do Schroniska na Stogu. Położonym na wysokości 1060 m npm. Zajęło nam to 1,5 godziny. Niektórym nieco dłużej, ale jakie to ma znaczenie. A u góry… pyszny chleb rycerski z placu Bema i smalec własnej roboty, niebo w gębie.

       Darbórki to niebanalny pomysł na spędzenie imienin przez moich przyjaciół Basię i Darka. A może odwrotnie, imieniny to pretekst do zorganizowania czegoś takiego? Nie ważne, tak czy owak, to już po raz dziesiąty organizowali swoje imieniny gdzieś w schronisku, w gronie licznych przyjaciół.  To są ludzie, którzy nie idą na skróty, nie są pożeraczami telewizyjnej papki i hamburgerów. Dają coś od siebie, angażują się, myślą. Obcowanie z nimi to prawdziwa przyjemność, to sposób na odreagowanie bólów egzystencjalnych, ucieczki od bezinteresownej zawiści i obezwładniającej głupoty, tak niestety powszechnej. Dają, ale i otrzymują. Przychodzą do nich ludzie równie niebanalni. Na tych imprezach nie ma DJ-ów i disco polo, ale są niesamowicie utalentowani ludzie, którzy grają i śpiewają, niekoniecznie „Hej! Sokoły”. W tym roku było aż sześć gitar. Tradycją Darbórek są różne konkursy. W tym roku był to konkurs na najlepszą fraszkę. Oj! Było uciechy, co niemiara. Jako, że to dziesiąte Darbórki, zaproszeni, w wielkiej tajemnicy prze solenizantami, zamówili wielki tort, na którym było zdjęcie Basi i Darka, nieco „ucharakteryzowanych”. Obdarowani byli wzruszeni, ale i żartów okolicznościowych nie zabrakło.

       Niestety, nie należę do członków założycieli tego bractwa. Z Darkiem znamy się raptem 16 lat. A jest to towarzystwo dosyć szczególne. Znają się od wczesnej młodości. Żeglują, jeżdżą na nartach, chodzą po górach, pływają kajakami itd., itp, a przy tym są niesamowicie kreatywni. Jest to więc społeczność dosyć jednorodna. A tu nagle woła mnie Darek, abym szybko biegł z aparatem, bo trzeba coś uwiecznić. Wychodzę w pośpiechu przed budynek i widzę … zjawisko z innego świata. Co ja mówię, z innego świata, z innej planety. Dziewczyna w różowym płaszczyku, różowej wełnianej czapeczce z kwitkiem, różowych bucikach, z walizką i kilkoma torebkami, machająca do nas energicznie rękoma. Z daleka widać, że energia z niej aż kipi.  Oniemiałem. Kogoś takiego jeszcze w tym gronie nie widziałem. Kontrast między tą damą a resztą, niesamowity. Okazuje się, że nie musimy być wszyscy tacy sami, by móc się dobrze bawić. Świat jest niesamowicie kolorowy.

       Jak towarzystwo jest dobrane, to i trudno mu się rozejść. W niedzielę, schodziliśmy już w stylu dowolnym. Jedni wcześniej, drudzy później. Jedni prosto w dół, inni nieco dookoła. Ale w jakimś momencie, jeszcze przed rozejściem, rzucił, że w Świeradowie jest taka knajpa La Gondola, gdzie dają dobre jedzenie. Ha! Ha! Ha! Wystarczyło. Ponad połowa imprezowiczów zlądowała w La Godola. Zabrakło miejsc. Zmienialiśmy się przy stołach, ale i tak niektórzy zrezygnowali z czekania. A czekać było warto, bo jedzenie było faktycznie pyszne i  w bardzo umiarkowanych cenach. Ja przetestowałem solę w szpinaku. Poezja!

niedziela, 4 grudnia 2011

Ateny - Bogowie w cieniu złodziei.


       Posejdon nie odpuszcza nam do samego końca. Z Poros do Aten znowu pod tężejący wiatr. W rezultacie 30 Mm dzielące te dwa porty pokonujemy w prawie 9 godzin.  W końcu cumujemy w marinie Alimou, z resztą przy wydatnej pomocy Janisa i jego kolegi. Świetni ludzie, żadnego zniecierpliwienia, spokojnie i rzeczowo. Najważniejsze by wszystko odbyło się bezpiecznie.

       To już prawie koniec. Jest po prostu smutno. Chciałoby się płynąć i płynąć. A tu nic z tego, trzeba wracać. Robimy klar, by móc jutro rano oddać jacht. Grecy sprawdzają w jakim stanie oddajemy jacht. Trochę się obawiam o te zarysowania na burtach. Trudno, co będzie, to będzie, przecież głów nam nie pourywają. Ale to dopiero jutro.

       Wieczorem jedziemy tramwajem pod parlament. Słońce zdążyło się już schować. Plac przed parlamentem nie jest jakoś nadzwyczajnie oświetlony, robi się więc nieco tajemnicza atmosfera. Obce, bajkowe miejsce, wokół duchy starożytnych bogów i herosów.  Oglądamy zmianę warty. Mam okazję podziwiać  to widowisko już drugi raz, ale i tak jestem pod wrażeniem. Cóż za szalony choreograf układał te kroki. Tutaj nawet Jaś Fasola odpada w przedbiegach. Stoimy i gapimy się na tych dzielnych wojaków, z pomponami na butach, i za wszelką cenę staramy się zachować minimum powagi, choć przychodzi to nam z największym trudem. Na szczęście nie jesteśmy sami. Grupka turystów z najróżniejszych stron świata robi dokładnie to samo co my. Gapią się zdumieni i chichoczą półgębkiem.

       Gdy dzielni wojacy zakończyli już swój pokaz ruszyliśmy w kierunku Akropolu. Najpierw jakieś magiczne, bardzo kolorowe i tłoczne uliczki. Tutaj aż kipi radością. Pełno śmiechów, głośnych rozmów i mnóstwo najróżniejszych knajpek. Ale gdy rozpoczyna się podejście na wzgórze, uliczki robią się jeszcze węższe, a tłum zdecydowanie się rozrzedza. Robi się jeszcze bardziej tajemniczo i intrygująco. Wspinamy się coraz wyżej. Podziwiamy niezwykłe zabytki  starożytności. Akropol robi ogromne wrażenie, zarówno przez swoją wielkość jak i usytuowanie. A właściwie przez połączenie jednego z drugim. Na cóż, jest już późno, więc na sam Akropol nie wejdziemy. Wszystko pozamykane i dokładnie pilnowane.

       Gdy w końcu weszliśmy na samą górę i przeszliśmy na drugą stronę wzgórza usłyszeliśmy jakieś strzępy muzyki. Poszliśmy jeszcze kawałek i spotkaliśmy całą grupkę ludzi zasłuchanych w dźwięki dochodzące zza muru. To chyba była jakaś opera. Kompletnie się na tym gatunku muzyki nie znam, więc nie mam pojęcia co to było, ale brzmiało absolutnie fantastycznie. A jakież niezwykłe doznania musieli przeżywać ludzie, którzy byli tam w środku ?! Jak ja im tej chwili zazdrościłem, i zazdroszczę nadal. Schodzimy coraz niżej.  Nie pojedziemy jednak tak od razu z powrotem do portu. Trzeba jeszcze przysiąść gdzieś i nacie szych się tą atmosferą. Jutro tu wrócimy, ale to będzie dzień, będzie więc zupełnie inaczej. Siadamy więc w ogródku kafejki, z której możemy podziwiać widok na fragment Akropolu. Ten wieczór mógłby trwać bez końca. Wracamy bardzo powoli. Po drodze do tramwaju, jest jeszcze tyle różnych sklepów, tyle ciekawych rzeczy do obejrzenia. Ale jutro koniecznie musimy tu wrócić.

       W sobotę rano odbiór jachtu nieco się przeciągał, bo musieli oszacować koszty naprawy powstałych uszkodzeń. O dziwo, wcale im nie chodziło o zarysowania na burcie. Interesowały ich uszkodzenia żagli. Nie były one wielkie, ale będzie to musiał naprawić fachowiec. Trzeba go zatem odnaleźć aby mógł wycenić swoją pracę. A jak wiadomo w Grecji nic nie dzieje się zbyt szybko, więc trochę się naczekaliśmy. W końcu wszystko zostało załatwione. Szkody zostały wycenione na 150 Euro, które zapłaciliśmy zadowoleni, że tylko na tym się skończyło. Samolot mieliśmy dopiero wieczorem, było więc trochę czasu aby wrócić na Akropol. Ludzie z MG zgodzili się, abyśmy zostawili u nich nasze bagaże, więc mogliśmy ruszać w miasto.

     Trasę mieliśmy już rozpoznaną. Tramwaj nr 5 zawiezie nas spod mariny ma plac przed parlamentem.  Piękna pogoda, wszystko pozałatwiane, można się cieszyć ostatnimi godzinami urlopu w Grecji. W tramwaju jakoś ciasno. Może tak jest zawsze. Pierwszy raz jadę tramwajem w Atenach w środku dnia. Robi się coraz ciaśniej, ktoś się strasznie rozpycha. No ale ja się nie dam przepchnąć. Mocno się zaparłem i stoję  Jak widać i w Atenach chamstwa nie brakuje. Dojeżdżamy do przystanku i robi się zdecydowanie luźniej. Jakiś chłopak łapie się po kieszeniach i ze zdumieniem na twarzy coś z ożywieniem mówi do stojącego obok mężczyzny. Wsadzam rękę do kieszeni … i stwierdzam brak portfela! Czar ostatnich godzin urlopu w Grecji prysł jak bańka mydlana. Wysiadamy na najbliższym przystanku i pędzimy z powrotem. Łudzimy się, że złodziej zabierze pieniądze a resztę po prostu wyrzuci. Niestety nic nie znajdujemy w okolicach tego feralnego przystanku.

       Trzeba zmienić plany. Pan w pobliskim kiosku pomaga nam odnaleźć numer telefonu do polskiej ambasady. Wszyscy, jak jeden mąż, a może jak jedna żona, wykasowaliśmy z naszych telefonów sms-y z informacją o tym numerze. Nikt nie uznał za stosowne, aby go zachować. Ale jest sobota, czy tam ktokolwiek pracuje? W ambasadzie nie, automat zgłoszeniowy podaje jednak numer, na który można dzwonić w pilnych sprawach, również poza godzinami urzędowania. Wydaje mi się, że moja sprawa taką jest, więc dzwonię pod wskazany numer. Odbiera znowu automat zgłoszeniowy. Zostawiam odpowiednią informację. Naradzamy się co robić. Przecież nie będziemy załatwiać tego w ósemkę. Szkoda aby wszyscy mieli zepsuty dzień. Już chcę dzwonić ponownie, gdy oddzwania do mnie pani z konsulatu. Po głosie poznaję, że nie jest specjalnie szczęśliwa, że zawracamy jej gitarę w sobotę. Jest jednak bardzo rzeczowa. Instruuje mnie, co i jak mam robić. Zacząć muszę od zrobienia zdjęcia. Jest sobota, więc i z tym może być pewien problem. Intuicyjnie, w swoich poszukiwaniach, kierujemy się w kierunku Plaki. Tam gdzie dużo turystów, tam może być czynny jakiś punkt foto. Intuicja nas nie zawodzi i po godzinie mam już „śliczne” zdjęcia do paszportu. Wciąż jesteśmy wszyscy razem, pora się rozdzielić. Młodziaki, Ania z Kamilem, postanawiają zostać z nami, dzielniaki. Reszta wycieczki rusza ku Akropolowi.

       Pani z konsulatu bardzo dokładnie tłumaczyła, gdzie znajduje się budynek naszego przedstawicielstwa, ale dla mnie to i tak czarna magia. Ateny to naprawdę spore miasto. Bierzemy więc taksówkę. Z początku są z tym pewne problemy, bo stojący w pobliżu taksówkarze nie wiedzą gdzie to jest. W końcu, gdy ustalają między sobą gdzie to jest, okazuje się, że to bardzo daleko. Trwają pertraktacje cenowe. Staje na 30 Euro. Jedziemy! Rozmawiamy z taksówkarzem o tym, jak to trudno się jeździ po Atenach, jakie to wielkie miasto. Pan opowiada nam o imigrantach, którzy przywieźli do Aten wiele zła. Gdy jesteśmy już w dzielnicy, gdzie mieści się konsulat, kierowca opowiada o różnych złych ludziach, którzy pobudowali sobie piękne domy w tej dzielnicy, bo to bardzo droga dzielnica. Dojeżdżamy w końcu na miejsce. Hmm, nie było wcale tak daleko.

       Drzwi konsulatu są zamknięte na głucho. Dzwonię na „zaprzyjaźniony” numer telefonu. Po chwili zjawia się pan z ochrony konsulatu. Rutynowe czynności kontrolne i możemy wejść do środka. Pani faktycznie nie jest specjalnie sympatyczna, ale jest bardzo kompetentna. Działa bardzo sprawnie. Po wypełnieniu stosownych formularzy, czekam, aż pani zrobi co do niej należy. W tym czasie oglądam pomieszczenie, w którym się znaleźliśmy. Różne ogłoszenia i informacje urzędowe, które wyglądają bardzo nieprzyjaźnie. Czy język i styl urzędowy naprawdę muszą takie być? Na jednej ze ścian natykam się na tablicę z ogłoszeniami o ludziach, którzy zaginęli w Grecji. Lektura tych ogłoszeń trochę mrozi krew w żyłach. Nagle na zewnątrz słychać jakieś poruszenie. Zjawia się pan z ochrony i wprowadza następną czwórkę. Co się stało? Zostali okradzeni, również z dokumentów! Pięknie.
       Pani z konsulatu zaprasza mnie do okienka. Wszystko załatwione. Dostaję tymczasowy paszport. Mogę wracać do Polski. Ale najpierw jednak pojedziemy na Plaką, chociaż na chwilkę. Z Akropolu już dzisiaj nici, ale chociaż zjemy coś u jego stóp. Wychodzimy z budynku konsulatu. Czuję mimo wszystko sporą ulgę. Idziemy przez całkiem ładną dzielnicę. Faktycznie domostwa tutejsze robią wrażenie. Kierujemy się do jakiejś większej ulicy, by złapać autobus lub tramwaj. Gdy w końcu trafiamy na przystanek autobusowy, spotykamy tam Polkę mieszkającą w Atenach. Okazuje się, że dojazd środkami miejskiej komunikacji jest nieco powikłany, ale taksówki w Atenach są tanie (?). Pani zatrzymuje pierwszą z brzegu taksówkę i pyta o cenę za przejazd na plac pod parlamentem. Pan mówi, że jakieś 5 Euro. Dobił mnie do reszty, ależ daliśmy się nabrać temu poprzedniemu, bardzo miłemu, uczciwemu dżentelmenowi. Tym bardziej, że gdy dojechaliśmy na miejsce, pan zaproponował, że zatrzyma się kawałek dalej, z resztą dla nas korzystniej, ale przy 5 Euro wyłączył taksometr, bo więcej od nas nie weźmie.  Co za dzień. Najpierw złodziej w tramwaju, później złodziej w taksówce. Wróciliśmy do cywilizacji.