niedziela, 5 sierpnia 2018

54 ERT - SŁONECZNE REGATY




Piątek

       Rozpoczynamy 54 Etapowe Regaty Turystyczne. Główna impreza tego rodzaju w sezonie. Spore zmiany w przebiegu trasy a zatem również organizacji w stosunku do minionych lat. Ciekawe jak to wyjdzie, wygląda ciekawie. Choć rozpoczęcie regat w Szczecinie, bez zaproponowania żeglarzom solidnej marchewki wydaje się dosyć ryzykownym przedsięwzięciem. Iza Kidacka, komandor regat dogadała się w sprawie bezpłatnego postoju jachtów uczestniczących w regatach w North East Marina. Zorganizowała wystawę fotografii Gminy Zachodniopomorskiego Szlaku Żeglarskiego na stulecie odzyskania niepodległości w Starej Rzeźni aby nadać całemu przedsięwzięciu wyższej rangi. Na rozpoczęcie przybył prezes ZOZŻ pan Zalewski i kilka innych zaproszonych osób. I tylko żeglarzy zabrakło. Skoro pierwszy wyścig na trasie Trzebież – Świnoujście miał się odbyć w sobotę, to zdecydowana większość uczestników uznała, że trzeba płynąć od razu do rozkopanej Trzebieży. Tak więc ani otwarcie, ani zaplanowana parada jachtów w okolicach Wałów Chrobrego niespecjalnie się udały. Ponieważ nasza załoga uczestniczyła w większości zaplanowanych punktów programu, do Trzebieży dotarliśmy już późnym wieczorem. Radosne powitanie przez kolegów i długa biesiada z nawiązką zrekompensowała nam stres po wydarzeniach w Szczecinie.


Sobota
       Właściwe, oficjalne otwarcie, z wciągnięciem flagi na maszt i odegraniem hymnu odbyło się dopiero w Trzebieży. Te poranne godziny, gdy wszystkich już zżera przedstartowa niecierpliwość, a tu trzeba czekać do południa na zaproszonych gości zawsze są bardzo trudne. Większość coś tam burczy pod nosem. No cóż, co cesarskie to trzeba oddać cesarzowi, nie ma rady. Iza Kidacka stara się jak może aby jakoś to przyśpieszyć, udaje się jednak urwać tylko 15 minut.
       Sam wyścig bardzo przyjemny. Lekki wiatr, piękne słońce, czego chcieć więcej. W takich warunkach nawet ciągłe halsowanie pod wiatr jest przyjemnością. My tradycyjnie przegrywamy etap do Świnoujścia. Płyniemy jak zwykle, jak zwykle swoją droga i wyjątkowo na mniejszym grocie, co kończy się klapą. Chyba trzeba by coś zmienić, tylko nie wiadomo co. Etap w naszej grupie wygrywa Liveli, co raczej trudno uznać za niespodziankę, bo to jacht zupełnie innej kategorii. Konkretnie ośmiometrowy Helsman 26, jacht zdecydowanie lepiej przystosowany do regat do tego o 2 metry dłuższy i tego nie zniweluje żaden przelicznik.
       Co prawda w Świnoujściu nikt nie interesuje Etapowymi Regatami Turystycznymi, ale i tak wydarzył się cud! Po raz pierwszy odkąd biorę udział w tej imprezie udało się załatwić z szefostwem mariny, że zarezerwowano dla uczestników regat cztery keje. Mało tego personel mariny dopilnował, aby faktycznie nikt tego nie zajął. Wielkie słowa uznania, tym bardziej, że nie wszyscy żeglarze spoza regat chcieli to respektować. Żeglarz z Niemiec zrobił nawet awanturę, że on płaci i ma w nosie rezerwację. Ładny przykład kultury zamożnego Niemca. Brawo chłopaki z mariny.


Niedziela
       Iza konsekwentnie organizuje poranne odprawy kapitanów. Chce aby zawsze wszystko było jasne i aktualne. Wydaje się jednak, że żeby nie wiadomo jak się starała i tak do znacznej grupy żeglarzy nie dotrze. Te odprawy to świetny materiał na mocny program satyryczny. Przed wszystkim ludzie nie słuchają. Jak tylko coś im przyjdzie do głowy, zadają pytanie nie czekając na koniec wypowiedzi prowadzącej odprawę. Często zdarza się, że pytania dotyczą tego co już zostało wyjaśnione, tylko pytający nie zauważył, że to już było. Spóźnienia na odprawę to norma. Okej, to się może zdarzyć. Tylko po co tak mocno manifestować swoje spóźnienie jakimś pytaniem od rzeczy. Jak już się spóźniłeś to siedź cicho i na koniec wypytaj kolegów.
       Niedzielny poranek wita nas flautą. Wypływamy w rejon startu i zgodnie z przewidywaniami, start zostaje przesunięty o półtorej godziny. Odpalamy silniki i płyniemy w kierunku Dziwnowa. Kiedy pojawia się cień nadziei na wiatr sędzia ustawia linię startu i ruszamy. Mimo plażowej pogody nie obyło się bez incydentu na starcie. Ktoś tam wymusił pierwszeństwo na Sharkim. O rety, cóż za orację wygłosił kpt. Wolski. Nie wystarczyło krzyknąć prawy, ewentualnie zmienić nieco kurs. Biedny winowajca usłyszał wiele informacji na swój temat. Najłagodniejsze z określeń jakie padło, to kmiot. Gdzie my jesteśmy? Na regatach turystycznych? Przecież oba jachty ze względu na bardzo słaby wiatr miały mocno ograniczoną manewrowość. Część jachtów, chyba większość, popłynęła w morze, nieliczne blisko brzegu, a my środkiem. Nie trudno się domyślić, że mimo bardzo dobrego startu, szybko nasza pozycja ulegała pogorszeniu. W rezultacie byliśmy czwarci, również za Dobrawą, naszym jedynym bezpośrednim konkurentem. Liveli było oczywiście pierwsze.
       Postój przy kei miejskiej w Dziwnowie to totalna porażka. Ale zawsze władze miasta starają się przyjąć żeglarzy przyzwoicie. Jest drobny poczęstunek. Jest ceremonia wręczenia nagród z udziałem burmistrza lub jego zastępcy. Inaczej mówiąc, robią co mogą zrobić w istniejących warunkach. Szkoda, że nie mogą dorobić się porządnej mariny. Ta która niedawno powstała w zasadzie jest niedostępna. A zatem jak co roku, po zakończeniu ceremonii przenosimy się do mariny w Kamieniu Pomorskim. Różnica polega jedynie na tym, że połączyliśmy trzy jachty, Dobrawę, Trzeciego i Rudzika w tratwę i w takim wesołym towarzystwie odbyliśmy tę przejażdżkę.
       Na miejsce przybyliśmy już po zachodzie Słońca. I nie byłoby żadnego problemu, gdyby nie hausboaty, coraz liczniej występujące w naszych marinach. Ludzie w nich mieszkający mają dziwne zwyczaje cumownicze. Dało się to zauważyć wcześniej w Świnoujściu. Otóż oprócz cum do swojego y-bomu, względnie do brzegu, rozciągają cumy do sąsiednich y-bomów. I o ile w dzień, gdy cumy są dobrze widoczne, to co najwyżej człowiek się irytuje, że ktoś tak cenne miejsca parkingowe blokuje, to po zmroku robi się to po prostu niebezpieczne.
       Kamień Pomorski i jego marina to naprawdę piękne miejsce. Chyba najładniejsze na szlaku Etapowych Regat Turystycznych.


Poniedziałek

       Zalew Kamieński oferuje niemal zawsze solidne wiatry. I to się nie zmienia – na szczęście. Do tego naturalny trójkąt z drobnymi przeszkodami w postaci rozciągniętych sieci. Dzięki temu wyścigi na tym akwenie są szybkie i pasjonujące. Bardzo je lubię.
       Tak, tak, wiem. Będzie solidny poczęstunek, jak to w Kamieniu. Ale na rybkę do Zubowicza i tak trzeba iść. Przystawka z łososia marynowanego, bardzo zacna porcja sandacza z frytkami, surówką i kilkoma małosolnymi. No po prostu nie mogę sobie tego odmówić. Na chwilę odwiedziła nas Kasia z Trzeciego, która w tym roku nie płynie lecz opiekuje się wnukiem. Przywiozła dla mnie w prezencie pyszne grzyby marynowane, wyjątkowo trafiony prezent.
       Władze Kamienia Pomorskiego zawsze bardzo się starają, aby zakończenie etapu w ich marinie było przyjemne. Są więc nagrody dla zwycięzców – w naszej klasie ponownie pierwsze miejsce dla Liveli. Jest też poczęstunek: całkiem przyzwoita kiełbasa z grilla i piwo. Iza uruchamia kolejną odsłonę konkursu muzycznego. Reszty dopełniając urocze okoliczności przyrody. W marinowej knajpce zalegamy w leżakach i zamawiamy sobie po drinku. Później po jeszcze jednym drinku. Później po jeszcze jednym. Nie są drogie, ale mamy rażenie z każdą kolejką są słabsze i coraz bardziej białe i przezroczyste bez względu na skład. Skoro tak to zmieniamy miejsce popasu. Żeglarze to wieczni wędrowcy. Szczególnie wieczorami w marinie. Przenoszą się z biesiady na jednym jachcie na biesiadę na innym jachcie, i na jeszcze innym jachcie. W końcu wylądowaliśmy na bardzo gościnnym Hafgolanie, gdzie dotrwaliśmy już do końca tego wieczoru.


Wtorek
       Nowość w przebiegu ERT. Nie ma swobodnego przejścia do Wolina. Ta zmiana bardzo mi się podoba. To zawsze był taki dzień bez sensu. Do tego włodarze tego zacnego grodu, bardzo mili ludzie nie mieli za co wręczać nagród. Co prawda zawsze coś tam wymyślili, ale to nie było to. Owszem, Wolin jest w planie ale nieco później.
       Dzień rozpoczynamy zatem powrotem do Dziwnowa i oczekiwaniem na otwarcie mostu. Zawsze, bez względu na porę dnia, przejście takiej dużej kawalkady jachtów przez otwarty most w Dziwnowie gromadzi sporę grupę obserwatorów. Szkoda, że te setki zdjęć zrobionych w tym czasie, nie trafia do nas.
       Na starcie mamy całkiem przyjemny wiaterek. Niestety tym razem start zupełnie nam nie wyszedł. Gdzieś się zamotaliśmy i w ognie stawki zostaliśmy. Zanim dotarliśmy do boi rozprowadzającej już niewiele jachtów było za nami. Tym razem jednak zmieniamy strategię i płyniemy w morze. Po zwrocie okazuje się, że zaczynamy nawet niektórych doganiać. Tymczasem wiatr słabnie. Jest taki aby-aby. Rywal z naszej grupy Res Navalis, który do tej pory nam dokładał, do tego mający zdecydowanie lepszy przelicznik, nie wytrzymał nerwowo kiedy go wyprzedziłem. Założył spinakera?! Zdaje się, że w świadectwie KWR nie ma zgłoszonego spinakera. I w ogóle ten żagiel jakoś do tego jachtu nie pasuje. Czy ja go kiedyś nie widziałem na jakiejś mantrze? No cóż, szybko nas dogonił i odjechał. Zgłaszać protest czy nie zgłaszać? Oto jest pytanie. Nie zgłaszamy. Albo ktoś ma w sobie to coś albo nie. A przecież to są regaty turystyczne. Nasz spinaker jakoś na tym kursie słabo pracuje. Znowu tracimy do konkurencji. Krótko przed metą Res Navalis zrzucił spinaker. Ciekawe dla czego? Znowu jesteśmy na mecie trzeci.
       A w Świnoujściu znowu czekają na nas zarezerwowane keje. Bardzo to miłe.


Środa

       54 ERT przejdą do historii jako regaty odstępstw od otartej tradycji. Kolejne takie zdarzenie miało miejsce właśnie w środę rano. Po odprawie kapitanów, która odbyła się jak zwykle o ósmej rano, obyła się ceremonia wręczenia nagród za etap z Dziwnowa do Świnoujścia. Nagrody wręczał pan zastępca prezydenta. Towarzyszyło mu kilka osób z urzędu. Piękna pogoda, miła atmosfera i kolejne dziewięć pucharów dla jachtów płynących w klasie NHC. Nigdy jeszcze żadna klasa nie była tak dopieszczana jak NHC w tym roku. Nawet w czasach, gdy w regatach brało udział dużo więcej jachtów niż obecnie. Oj, bardzo komuś zależy na wypromowaniu tej dziwacznej formuły.
       Droga ze Świnoujścia na Zalew strasznie się dłuży. Dwie godziny płynięcia na silniku. Zawartość czaszki wpada w rezonans. To tak mniej więcej jak ingrediencje drinka w szejkerze. Kiedy wreszcie wypływamy na Zalew okazuje się, że wiatru są śladowe ilości. Miny mamy coraz bardziej wisielcze. Coś tam jednak podmuchuje i Iza puszcza wyścig. Próbujemy płynąć za najszybszym w naszej klasie Liveli. Nie jesteśmy jednak w stanie płynąć tak ostro jak oni. Mamy problem, by po ostatnim zwrocie wyjść na boję rozprowadzającą. Ostrzymy na granicy rozsądku. I w stosunkowo niewielkiej odległości od boi po lewej pojawia się jacht idący lewym halsem, ale ani myśli respektować prawo drogi. A któż to jest? Res Navalis – na konkurent z klasy. Jakieś fatum, czy co? Kolega grzecznie kręci karne kółka. Dla nas to jednak marna pociecha. Przy tak słabym wietrze kończy się to dla nas olbrzymimi stratami i koniecznością wykonania kilku dodatkowych zwrotów. Liveli odpłynęło w siną dal.





       Po boi rozprowadzającej przed nami długi hals, prawie spinakerowy. Tyle że siła wiatru jest na pograniczu oddechu konającego gruźlika. Nam mimo wszystko jakoś udało się w tym wszystkim odnaleźć i zaczęliśmy nawet wyprzedzać niektórych konkurentów. Znaleźliśmy się tuż przy Liveli. Choć odrobina radości. Przy tym wietrze załogi snujących się obok siebie jachtów prowadziły wesołe pogawędki. W odpowiedzi na pytanie o prędkość, ktoś odpowiedział: „stoimy tak samo szybko jak wy!”. Kilka jachtów zgłosiło przez radio wycofanie z wyścigu. Wiatr zaczął delikatnie odkręcać, stawał się coraz ostrzejszy. Nie mamy genakera, a nasza genua jest raczej przyciężkawa na takie warunki. Znowu zaczęliśmy tracić. Ale to nie koniec. Wiatr nie tylko zaczął zmieniać kierunek ale i nabrał nieco mocy. Znowu pięknie się żeglowało, tyle że nasi główni konkurencji uciekli nam zdecydowanie.
       W Wolinie przyjmują żeglarzy serdecznie. Na poczęstunek żurek i bigos. Nagrody, upominki i dużo dobrego humoru. Pan burmistrz, gorący lokalny patriota i miłośnik historii, mógłby snuć opowieści bez końca. A robi to tak fajnie, że z przyjemnością się go słuch. Marina w Wolinie to też świetne miejsce dla miłośników wspólnego śpiewania. Nic więc dziwnego, że impreza przeciągnęła się do późna w nocy. A w tak zwanym międzyczasie przyszedł do nas kolega z Res Navalis ze zgrzewką piwa w ramach przeprosin za poranny incydent. Nie da się ukryć, że miłe są takie gesty.


Czwartek

       Patrząc na proponowaną w programie trasę Wolin – Trzebież, można było skrzywić się z niesmakiem – krótka prościzna, a przy wiejących ostatnio wiatrach do pokonania jednym halsem. A tu kolejna niespodzianka. Iza proponuje zmianę. Daleko wysunięta na wiatr boja rozprowadzająca i dodana jako kolejny punkt na trasie boja KWS. I Już jest pięknie, i już jest ciekawie. Brawo pani sędzia! To był naprawdę fajny wyścig, trzeba było się wykazać różnymi elementami wiedzy żeglarskiej. W miarę upływu czasu wiatr się wzmagał. W pewnym momencie wyrwaliśmy się z postawieniem spinakera, bo już, już był prawie baksztag. A tu masz ci babko placek – wiatr wrócił na poprzednie, z góry upatrzone pozycje. Trzeba było wrócić do gieni. I tak sobie spokojnie dopłynęliśmy do Trzebieży, radując się przyjemnością żeglowania. A tu zamieszanie. Po przypłynięciu statku komisji, przeczytaliśmy na tablicy z wynikami, że Res Nawalis ma DNF-a. Jasna gwintałka, to nie my! Nie składaliśmy żadnego protestu. Okazało się, że to Liveli złożył protest techniczny. Po jego rozpatrzeniu został on jednak odrzucony. Po prostu Liveli pierwszy raz w tych regatach przegrał z kimś z naszej grupy i chyba ciężko było mu się z tym pogodzić.
       Ponieważ w porcie już zupełnie nie było miejsca, zacumowaliśmy od strony basenu żeglarskiego. Akurat wiał zachodni wiatr. Mieliśmy okazję przypomnieć sobie co było najsłabszą stroną tej mariny. Nie trzeba było wypływać na wielkie wody, by przy byle wietrze od zachodu poczuć się jak na środku oceanu w czasie sztormu. Ciekawe czy zostanie ten problem jakoś rozwiązany w przebudowywanej marinie?
       Podsumowanie etapu do Trzebieży od kilku lat odbywa się w restauracji Portowa, a dokładniej w jej ogródku. Ten ogród ta taki niemal dosłowny ogród a nie kilka stolików z parasolami ustawionych na chodniku przed lokalem. Kiedyś był tam spory ogród przydomowy, teraz zaadaptowano go dla potrzeb restauracji, pozostawiając jednak sporo drzewek owocowych. Nic więc dziwnego, że chodząc między stolikami zostałem zaatakowany przez jabłonkę. Na szczęście potraktowała mnie łagodnie. Jest to zdecydowanie najprzyjemniejsze miejsce na nasze poetapowe imprezy. Rozdanie nagród odbywa się w bardzo przyjemnej atmosferze. Wszystko połączone jest z poczęstunkiem. Burmistrz Polic, pan Władysław Diakun, tym razem w towarzystwie swoich dwóch zastępców, również była obecny. Pan Diakun jest wielkim przyjacielem żeglarzy. Nie ogranicza się do ufundowania i wręczenia pucharów. Wieloletnią tradycją jest obdarowywanie przez niego prezentami dzieci i młodzieży biorącej udział w ERT. W tym roku znalazły się również upominki dla zwierzaków płynących na jachtach. A że pan burmistrze jest człowiekiem pełnym energii i poczucia humoru, nic dziwnego, że i żeglarze go lubią.




Piątek

       Piątkowy etap to dosyć ciekawy wyścig na Roztoce Odrzańskiej. Co prawda przy tak słabym wietrze jaki był rano, dwukrotne przecięcie toru wodnego było dosyć niebezpieczne, ale na szczęście nic złego się nie stało mimo dużego ruchu na farwaterze. Znalazł się jeden wyjątkowo nerwowy kapitan, który mocno otrąbił kawalkadę ERT, no ale bycie kapitanem statku nie oznacza automatycznie bycia rozsądnym człowiekiem.
       Ruszamy do boi rozprowadzającej ustawionej prawie pod Stepnicą. Pewnie z brzegu to wygląda bardzo ładnie. Wydawało się, że do pierwszej boi będzie kurs spinakerowy. Jak postawiliśmy spinakera, wiatr zaczął odkręcać. Hmm, to już bywało. W końcu płyniemy bajdewindem. No i zaczęła się walka z myślami: ściągać tego spinakera czy nie? Czy to tylko chwilowa odwrotka czy nie? No ale po boi, jeśli kierunek wiatru się utrzyma będzie kurs spinakerowy. Jeśli się utrzyma! Do boi jest już niedaleko, no to piłujemy. Oczywiście sporo tracimy na prędkości, licząc na to że po zwrocie będzie pięknie. My robimy zwrot, i wiatr również. Znowu wykonujemy jakieś dziwne ruchy żaglami. Wiatr, który na moment zawiał nieco mocniej, znowu słabnie. Mimo wszystko całkiem dobrze nam idzie. Ale nie wolno się cieszyć, zanim nie minie linii mety. Szczególnie na akwenie takim jak Roztoka Odrzańska. Nagle wpadamy w wielkie pole kapuchy. Wykonujemy kolejne zwroty, ale coraz mocniej czuć, że jacht nie płynie. W końcu, zupełnie zrezygnowani, decydujemy się zrobić wstecza by zrzucić zielsko. Jacht znowu ruszył do przodu. Tyle, że za nami już prawie nikogo nie było.
       Gmina Stepnica i jej burmistrz również należą do tych sprzyjających żeglarzom. Jest więc bardzo smaczny poczęstunek – karkówka z ziemniakami i surówką, są puchary, jest koncert. Słowem – jest fajnie. Ale przebojem tego dnia, a właściwie nocy jest zaćmienie Księżyca. Wszyscy obserwują, niektórzy próbują fotografować lub filmować. Faktycznie zjawisko niesamowite. Chyba najładniejsze, najbardziej efektowne, jakie do tej pory oglądałem „gołym okiem”. A dla czego nie zrobiłem żadnego zdjęcia? Tego nie wie nikt.


Sobota

       Ostatni dzień 54 Etapowych Regat turystycznych. To był naprawdę świetny pomysł aby kończyć regaty w sobotę. Niedziela będzie dniem powrotu do codziennej rzeczywistości, taki buforek. Bardzo proszę, tak trzymać!!!
       Na sobotę został tylko przelot do Szczecina, gdzie miała się odbyć ceremonia zamknięcia. Fakt, że to tylko przelot, bez żadnego ścigania, sprawił że wiele jachtów już do Szczecina nie popłynęło. Szczególnie koledzy ze Świnoujścia, Kamienia Pomorskiego czy Dziwnowa, mają ze stolicy województwa bardzo daleką drogę. I wydaje mi się, że organizatorzy zauważyli ten fakt. Zobaczymy jak to będzie za rok.
       Droga ze Stepnicy do Szczecina, mimo, że się nie ścigaliśmy, a może również dlatego, nie była łatwa. Długi dystans, upał 30 stopni i zmęczenie wieczorem po ostatnim wyścigu, sprawiły, że było to prawdziwe wyzwanie. Na wszelki wypadek mieliśmy ze sobą dwie 1,5 litrowe butelki gazowane Żywca, które wydatnie przyczyniły się do szczęśliwego dotarcia do North East Marina, gdzie zaplanowana była uroczystość zakończenia.
       No cóż, North East Marina, to bardzo przyjemne miejsce, dobrze położone, szczególnie dla żeglarzy przybywających z daleka i chcących zwiedzić Szczecin. Co prawda otoczenie, to na wyspie Grodzkiej, jeszcze wiele pozostawia do życzenie, ale mimo wszystko jest fajnie. Organizatorzy tym razem postarali się aby było i ładnie i przyjemnie, z tych trzynastu ERT, na jakich byłem, najlepiej. Na wejście kawa, herbata, mnóstwo zimnych napojów owocowych, owoce i ciasto. Były stoli i krzesełka. Zacieniona scena do rozdania nagród. Słowem wszystko jak należy. Byli też oficjele z panem posłem Nitrasem na czele. Prezes Zalewski musiał też odczytać długą listę sponsorów.
       Jeśli chodzi o zwycięzców to raczej nie mogło być niespodzianki bo po prostu niektóre jacht są zdecydowanie szybsze od większości stawki a do tego za ich sterami zasiadają świetni żeglarze. Trochę zasmuciło mnie bardzo lekceważące potraktowanie klas KWR, które dla potrzeb ogólnej klasyfikacji połączono w jedną klasę i przyznano tylko nagrody dla trzech pierwszych jachtów w łącznej klasyfikacji. I tu miała miejsce pewna niespodzianka. Gdy pani sędzia Iza wyczytała jacht Trzeci i skipera Krzyśka Dąbrowskiego był krótki moment dezorientacji. Przecież on nie wygrał swojej II klasy KWR. Dopiero po chwili do wszystkich, przynajmniej tych zainteresowanych, dotarło co powiedziała Iza. To nie nagrody w poszczególnych klasach! Tak czy owak, ogromne gratulacje dla Krzyśka!
       Z jakichś niezrozumiałych przyczyn od jakiego czasu bardzo mocno forsuje się formułę NHC. Jest ona strasznie mętna i nigdy nie wiadomo jaki osiągnie się w danym wyścigu wynik. Dopiero jak komputer poprzelicza, jednemu odejmie, drugiemu doda i zmiksuje człowiek wynik otrzymuje. Skoro jednak na każdym etapie i na zakończenie regat, aż dziewięć jachtów dostawały puchary to kierunek, w którym zmierzamy jest jasny. A że władza może robić co chce, to i pewnie NHC zdominuje wszystko.
       Komandor regat i zarazem główny sędzia, Iza Kidacka przez całe regaty bardzo dzielnie zmagała się z niesfornym towarzystwem i mimo drobnych potknięć bardzo sprawnie poprowadziła całą imprezę. Dobrze, że jeszcze komuś się chce, bo ja nawet za dopłatą bym się tego nie podjął. Gratuluję i dziękuję.
       Pani Laura, właścicielka Starej Rzeźni, bardzo zaangażowana w różne przedsięwzięcia kulturalne i miłośniczka żeglarstwa, zaprosiła do siebie na poczęstunek, wszak z mariny North East Marina do Starej Rzeźni raptem kilka kroków. I tu najbardziej objawiła się nieszczęsność pomysłu na zagospodarowanie soboty. Już tylko kompletne niedobitki skorzystały z tego zaproszenia. A szkoda, bo Stara Rzeźnia to bardzo urocze miejsce, które polecam każdemu, kto zawędruje w tamte okolice. Jak widać zamiany zaproponowana na 54 ERT uatrakcyjniły regaty przez odejście od przez lata powtarzanej trasy ale niektóre punkty programu należałoby jednak zmienić. Rzecz, na którą również zwróciło uwagę wielu uczestników regat, to fakt, że przy tak poprowadzonej trasie, wyjątkowo dużo pływaliśmy na silniku.
       No to koniec 54 Etapowych Regaty Turystycznych. Z niecierpliwością czekam na następne.



czwartek, 19 lipca 2018

KORNATY I OKOLICE





       Nawigacja w żeglarstwie to bardzo ważna rzecz. Można by rzec, jedna z najważniejszych. Co prawda słyszy się zewsząd, że od upowszechnienia się nawigacji satelitarnej, sztuka ta mocno podupadła, to jednak jej rola pozostała bez zmian. Zmieniły się tylko narzędzia. Mimo pewnych braków jakoś sobie radzę w tej kwestii. Nie odbywam przecież wielkich oceanicznych wypraw. Tym niemniej przed każdym kolejnym etapem żeglugi, na wszelki wypadek przyglądam się zwykłej, papierowej mapie. 
       W jeździe samochodem kilka razy zdarzyło się, że urządzenie GPS zawiodło. Jak chociaż w podróży do Toskanii, że nawigacja zakończyła swoją pracę na moście wśród pól i lasów, proponując nam nocleg pod mostem. Były też inne ciekawe przypadki i w rezultacie przykazałem sobie, aby jednak każdą trasę przygotować sobie w sposób tradycyjny, a elektronikę traktować jako coś pomocniczego i ułatwiającego życie. Niekiedy jednak miewam problemy z samodyscypliną i jakoś nie udaje mi się odpowiednio przygotować do podróży i jadę całkowicie zawierzając GPS-owi. I przeważnie to są te przypadki, kiedy życie postanawia zweryfikować jakość przygotowania do drogi, mrucząc sobie pod nosem: „no, chłopie, jakżeś taki mądry to zaraz cię sprawdzę”. No i dostaję mokrą ścierą z prawa, z lewa ...
       Tym razem na nocleg pośredni w drodze do Chorwacji wybraliśmy sobie, a właściwie wybrał Wojtek, hotel Amarilis znajdujący się w Netretić, przy ul. Vinski Vrh 68c, czyli niedalako Karlovaca. No cóż Wojtek jechał z Ustronia i miał jakieś 500 km mniej do przejechania niż my. Dla nas było to 1300 km, czyli zdecydowanie więcej niż zwykle planujemy sami. Początkowo jechałem korzystając z normalnej nawigacji samochodowej Mio. Już był późny wieczór gdy zadzwonił Wojtek z pytaniem jak daleko jeszcze mamy do celu. Wg naszej nawigacji było to już tylko 12 km. Wreszcie  doprowadziła nas do jakiejś wioski i gdy owa się już skończyła, poinformowała nas, że dotarliśmy do celu. Niestety nigdzie nie dostrzegłem ani hotelu Amarilis ani żadnej informacji na jego temat. Ponieważ miejsce wydawało mi się cokolwiek dziwne uruchomiłem zainstalowaną w telefonie nawigację NaviEkspert.  Ta była uprzejma poinformować mnie, że do Netretiċ mamy 58 kilometrów. Dochodziła właśnie północ. Nie pozostało nam nic innego jak zawrócić w kierunku Karlovacza. Pusta, choć dosyć kręta droga, późna pora, więc jechałem sobie dosyć swobodnie. Nawet nie przekraczałem specjalnie dozwolonej prędkości. Co najwyżej 10-20 km/h. A tu za kolejnym zakrętem policja. Oczywiście zostaliśmy zatrzymani do kontroli. Zdaje się, że moja zmęczona twarz i papier z adresem poszukiwanego hotelu sprawiły, że panowie poprzestali na odnotowaniu kontroli. Mogliśmy jechać dalej. Byliśmy już niemal u celu jak znowu okazało się, że nawigacja prowadzi nas nie całkiem precyzyjnie. Musieliśmy znowu się nieco cofać aby znaleźć drogę, która miała nas doprowadzić do celu. Ale droga niepokojąco zaczęła zmieniać swój charakter, by w końcu zamienić się w leśny dukt. Wokół nas dziki las, opuszczone, rozpadające się nieliczne zabudowania i coraz węższa leśna droga. Ale i ona niebawem się skończyła. Rad, nierad, wycofuję się. Po chwili łapię lewą stroną rozmokłe gliniaste pobocze. Stoimy. Bieżnik opon szybko zabił się gliną i tyle było z jazdy. Zaczęłem znosić z okolicznych ruin kawałki desek aby stworzyć jakiś podkład. W tzw międzyczasie  zadzwoniliśmy do Wojtka aby przyjechała nam pomóc. Ponieważ dwie dotychczasowe nawigacje wyprowadziły nas na manowce, uruchomiłem nawigację Google. Zrobiłem zdjęcie dojazdu z hotelu Amarilis do miejsca, w którym się znajdowaliśmy i wysłałem je Wojtkowi aby mógł nas odnaleźć. Okazało się, że i ta nawigacja jakoś słabo radzi sobie z tym miejscem i Wojtek miał problem, będąc bardzo blisko, aby nas odnaleźć. W końcu zaczął trąbić i moja dzielna żoneczka wyszła mu naprzeciw. Ja w tym czasie walczyłem ze stopniowym lewarowaniem. Trzeba było choćby odrobinę unieść samochód aby podłożyć pod lewarek jakąś solidną podstawę, bo inaczej podnośnik po prostu zapadał się w ziemi. Wojtkowi udało się dotrzeć do nas. Pod lewarkiem znalazł się spory kawałek dechy. Można było na tyle unieść Jumpusia, że dało się podłożyć deski pod koło. Zabity gliną bieżnik, mokre deski, nie było łatwo ruszyć z miejsca. Wojtek i Ula dzielnie wspomagali silnik i jakoś poszło. Jeszcze tylko trzeba nawrócić. Z pomocą dwojga uważnych par oczu, mimo ciemności udało mi się drugi raz nie wpakować w błoto i mogliśmy jechać za Wojtkiem do hotelu. Dochodziła 3 w nocy.  A nawigacja, ta trzecia, co chwila: „zawróć jeśli to możliwe”, „skręć w lewo” (w pole), itd. Aż do samego Amarilisa.
       Późna pora przyjazdu i wczesna pora wyjazdu sprawiły, że niewiele mogę powiedzieć o hotelu i jego otoczeniu. Pokoje były o.k., nawet przyjemne. Sala restauracyjna ładna. Śniadanie przyzwoite. Cena za pokój dwuosobowy za noc 395 kun. Niestety nie chcieli nam obniżyć ceny z tytułu przespania jedynie 3 godzin. (oczywiście żart – będąc tam, nawet nie przyszło mi do głowy pytać o coś takiego).



       Niewątpliwym pozytywem tego, że w sobotę przebyliśmy taki kawał drogi, było to, że w miarę wcześnie byliśmy w ACI Marina Trogir. Jakież to przyjemne uczucie, kiedy wreszcie stanie się na parkingu przy marinie i można zanurzyć się w ten żeglarski nieśpieszny rytm życia. Trudy podróży znikają. Już tylko radość z tego co przed nami. Co prawda załoga trochę nieobyta ze zwyczajami w firmach charterowych już by chciała objąć we władanie przeznaczony dla nas jacht i nieco się niecierpliwi. A to trzeba po prostu wyluzować. Załatwić sprawy w biurze, w tym oczywiście wszelkie opłaty, tzw charter pack 250 euro, taksa turystyczna 1,15 euro za osobę, za dzień. No cóż, jak się chce żeglować na tak dużym jachcie, to trzeba się liczyć, że wszystko będzie nieco więcej kosztowało. Później trzeba poczekać na kogoś z firmy czarterowej, tym razem jest to Waypoint. Okazuje się, że jedna z trzech ubikacji jest zapchana. Jedna butla gazowa jest pusta. Trzeba poczekać aż wszystko będzie jak należy. Wtedy można się wnosić. Na powitanie butelka wina od Waypoint. Jedna na dziesięć osób?
       Mamy do dyspozycji Bavarię 50 Cruiser o imieniu Danica. Akurat na 10-cio osobową załogę. Jacht jest dosyć stary, z 2005 roku, co widać gołym okiem. Ma pięć kabin, trzy toalety i obszerną messę. Rolowana genua i grot. Ster strumieniowy. Chartploter niestety tylko w kabinie. Zamówione kamizelki w dziecięcych rozmiarach dostarczone. Jest nawet ogrzewanie Webasto, liczę jednak na to, że nie będzie potrzebne. Wszystko mimo swego wieku działa jak należy. Dzięki doświadczeniu Uli i bardzo sprawnej pracy reszty załogi, nieprzebrane zapasy prowiantu i pozostały bagaż szybko znajdują swoje właściwe miejsce.



       Krótka odprawa przedrejsowa. Rzut oka na prognozę pogody i możemy opuścić 
marinę. Trogir co prawda należy do najładniejszych miast w Chorwacji, ale jego zwiedzanie zostawimy sobie na koniec. Teraz chcemy jak najszybciej opuścić miasto i znaleźć się na łonie przyrody. Jest już 1730 więc daleko nie dopłyniemy. Nie o to wszak chodzi aby dopłynąć na koniec świata. Na razie zależy mi aby spędzić wieczór w kameralnej i relaksowej atmosferze. Prognoza pogody daje nadzieję na spokojny nocleg w Uvala Krknjas przy wyspie Drvenik Veli. Bardzo lubię to miejsce. Może ta zatoka nie jest najlepiej osłonięta, ale w warunkach zapowiadanych na najbliższe 12 godzin nie ma to specjalnego znaczenia. Gdy tam docieramy, jest już parę jachtów. Wszystkie jednak w bezpiecznej odległości, nikt nikomu nie będzie zaglądał do kokpitu. Natomiast woda mieniąca się różnymi odcieniami błękitów, szmaragdów i lazuru jest po prostu obezwładniająca. Część załogi natychmiast po zakotwiczeniu wskakują do wody. Inni z pewnym ociąganiem. Nie jest zbyt ciepło. Jakby zawiła nad nami ogromna, lodowata ośmiornica, która objęła nas swoimi mackami. Tym niemniej radości jest co niemiara. Pozostaję na jachcie aby obserwować jak ustawi się jacht i jak będzie pracować kotwica. Po chwili nasza Danica rozpoczyna myszkowanie na kotwicy w rytmie zgodnym z innymi jachtami. Rufą ustawia się do wysepki Krknjas Veli a dziobem patrzy w morze. Pozwalam sobie zrzucić ponton na wodę i z moim dzielnym Nikonem wyruszam na fotograficzne łowy. Jest pięknie. W końcu wszyscy kończą harce w wodzie lub na wodzie i rozpoczynamy biesiadę. Cisza, spokój, piękne widoki, cudny nastrój. Wyznaczam wachty kotwiczne. Pojawia się jacht o tajemniczej nazwie Mystic. Kilkakrotnie próbuje rzucić kotwicę i za każdym razem robi to tak jakby chciał doprowadzić do zwarcia z innym jachtem, jak rasowy bokser. Jakoś jednak szczęśliwie nikogo nie udało mu się trafić. W nocy wiatr się obrócił o 180 stopni, a razem z nim, jak na komendę obróciły się wszystkie kotwiczące jachty. Zatem oddaliliśmy się od brzegu o ok 30 m. Jak to mawiają, co się odwlecze to nie uciecze. Akurat miałem wachtę od czwartej do szóstej, gdy gdzieś koło piątej zauważyłem ruch na Mysticu. Ocho, szykują się do odejścia. Sternik był tak zaaferowany tym co robi człowiek wybierający kotwicę, że nie zauważył nawet jak ich jacht cichutko skrada się rufą do najbliżej stojącej innej jednostki, rozłożystego katamarana. I buuum! Jest, trafiony. Mała panika. Mocno w przód. Odpłynęli, jednak po chwili zawrócili i zrobili kółko wokół trafionego jacht. Zdaje się, że dziury w kadłubie nie było, przynajmniej widocznej z daleka, więc sobie popłynęli. A swoją drogą, to niezła impreza musiała być na tym upolowanym jachcie, że nikt się nie pojawił na pokładzie.



                    Na wodzie wciąż jeszcze w miarę spokojnie, więc postanawiamy zjeść śniadanie w trakcie płynięcia. Kotwicę podnosimy o 0730 i obieramy kierunek na wyspę Murter. Do przepłynięcia nieco ponad 35 MM. Przed południem pojawia się wiatr. Niestety wieje prosto w nos. Na razie nie stawiamy żagli, powoli oswajamy się z morskimi warunkami. Planujemy także zrobienie przerwy w jakiejś miłej zatoce. Skiper zamyka oczy i palcem trafia na mapie na wyspę Tijat i zatokęTijascica. No może nie zupełnie tak było, ale faktycznie wpływamy w tę zatokę. Są tam boje, przy których można bezpiecznie stanąć i miło spędzić czas. Ku mojemu zaskoczeniu, mimo, że to jeszcze czerwiec, panuje w zatoce spory tłok. Udaje nam się jednak znaleźć ostatnią wolną boję. Mamy skrócony o połowę bosak, więc łapanie boi z dziobu jest mocno utrudnione. Podchodzę więc rufą. Chłopaki łapią boję i klops. Boja ucieka im z ręki, bo jacht sunie do przodu. Bardzo wolno, ale jednak. Tym razem to ja jednak sknociłem manewr. Chcąc przyhamować przed boją dałem silnik wprzód. Jacht nie tylko wyhamował, ale nawet ruszył do przodu. Bardzo, bardzo wolno, ale do przodu, a ja go nie przytrzymałem i boja nam uciekła. Przy następnym podejściu się poprawiłem i już bez problemy zacumowaliśmy.  Na brzegu jest jakaś knajpka, której naganiacze krążą między jachtami zachęcając do odwiedzenia ich lokalu. My jednak nie mamy zamiaru z tego zaproszenia, bo załoga zaplanowała na obiad prawdziwy rarytas – mięso z gilla. Na samą myśl o takiej pychocie dostałem ślinotoku. Wojtek, Krzysiek i Darek zapakowali wszystko co trzeba do pontonu i … chcieli popłynąć na brzeg aby ugrillować wyśmienite mięso. Tyle, że po krótkiej chwili silnik przestał działać i ani myślał dalej współpracować. Mimo usilnych starań Wojtka, sternika pneumatycznej jednostki pływającej, nic się nie zmieniało. Wojtek zawrócił więc do jachtu aby znaleźć rozwiązanie problemu. Na szczęście nie trzeba było długo szukać. Po prostu i ten silnik, jak wszystkie inne silniki spalinowe, zdecydowanie lepiej pracuje jak ma otwarty dopływ paliwa do silnika. Obserwowaliśmy z jachtu jak nasi koledzy znaleźli sobie fajną półeczkę skalną nad brzegiem zatoki, gdzie rozstawili sprzęt do grillowania. Było jednak na tyle daleko, że nie widzieliśmy co tam się dzieje. Czekaliśmy, czekaliśmy i czekaliśmy …. Zaczęliśmy coś tam sobie podjadać, bo wszyscy już fest zgłodnieli. W końcu po dwóch godzinach przypłynął Darek z pierwszą porcją mięsiwa. Zdaje się, że jakoś te grillowanie naszym mistrzom ceremonii nie szło zbyt dobrze. Nic tam, pierwsze porcje dla dzieci i kobiet. Panie były nawet tak miłe, że i dla mnie znalazł się kawałek. Cóż za szczęście! Właśnie wylegiwałem się w salonie, gdy usłyszałem dziwne odgłosy i okrzyki. To chłopaki przywieźli drugą porcję mięsa, tyle że Darek wysiadając z pontonu, wpadł na pomysł aby poczęstować przywiezionymi smakołykami Neptuna. A że Neptun wielki jest, to porcję całą dostał, nawet razem z garnkiem. A co, nie będziemy żałować Neptunowi.  Kiedy dojedliśmy co było do dojedzenia i zaczęliśmy szykować się do dalszej drogi zauważyłem, że kotwicowisko wokół nas opustoszało. Zupełnie jak w restauracjach na stokach narciarskich. Wpada szarańcza koło pierwszej, dziki tłum, gonitwa za miejscami, a o trzeciej jest niemal zupełnie pusto. Znaczy się, żeglarze wpadli do zatoki Tijascica na małe conieco i dalej jazda.
       Neptun dobrze nakarmiony przez Darka wziął się solidnie do roboty. Wiało między 22 a 27 knotów. Co prawda trochę Darek się nie dogadał z potężnym Olimpijczykiem i wiało nam prosto w nos. Trochę nam się już śpieszyło do mariny Jezera, więc pomykaliśmy na silniku. Tym niemniej dla nienawykłej do takich warunków załogi to i tak była wystarczająca dawka emocji. Oczywiście z kulminacją w marinie gdzie nie było łatwo manewrować naszą pięćdziesiątką mając przy podchodzeniu do kei boczny wiatr. Ale załoga spisała się na medal. Z gracją i bardzo skutecznie pracowała wolnymi obijaczami nie dopuszczając do choćby najmniejszego zarysowania Danicy.  Szczególnie Małgosia wykonała doskonałą akcję chroniąc nasz jacht przed kotwicą sąsiada. Dzielniaki!



       Jezera to miejscowość licząca ok 1200 miszkańców, zdecydowanie nastawiona na turystykę. Stąd nie dziwi obecność w tej miejscowości mariny chorwackiego potentata: ACI. A jak ACI to można się spodziewać bardzo przyzwoitego poziomu i adekwatnie wysokich cen. Za Danicę zapłaciliśmy 741 kun, czyli nieco ponad 100 euro. Marina jest całkiem spora może pomieścić 190 jachtów. Mimo, że brak w niej przytulności którą można znaleźć w niektórych innych marinach, to jest całkiem przyjemnie. Drobną niedogodnością było to, że stojąc przy ostatnim pirsie mieliśmy dosyć daleko do sanitariatów.
       Nasz postój w marinie ACI Jezera wypadł na niedzielę 24 czerwca. Tym, którzy choć trochę interesują się piłką kopaną, nie trzeba przypominać, że był to czas mistrzostw świata i dzień meczu Polska Kostaryka. Co prawda nie mieliśmy na jachcie telewizora, ale uruchomiłem laptopa z polskim internetem, dzięki czemu mieliśmy dostęp do TVP Sport. Koledzy przygotowali jak należy stół. Były przekąski i, oczywiście napitki. I tak oto, pełni wiary i optymizmu, zasiedliśmy w saloniku i rozpoczęliśmy oglądanie. Pierwszy wyparował optymizm. Później jakoś chyłkiem umknęła wiara. I ostały się jeno trunki. (Jeśli ktoś nie pamięta, było 0 : 3). Na szczęście w miłym towarzystwie, nie takie smutki można spokojnie ukoić. A z resztą co miał powiedzieć Luigi, rodowity Włoch, którego drużyna odpadła w eliminacjach?



       Na poniedziałek nie mieliśmy specjalnie ambitnych planów. Miejsce docelowe to Veli Iż, czyli ok 32 NM do przepłynięcia.  Nie śpieszyliśmy się zatem rano nadmiernie. Wyruszyliśmy o 1000.  Wiatr wiał z podobną siłą jak poprzedniego dnia, tyle że nieco zmienił kierunek. Tak więc jak tylko wyszliśmy zza cypla Rat Rat (to nie błąd). Ustawiliśmy żagle początkowo na motyla, później przeszliśmy na prawy hals i zasuwaliśmy pięknym baksztagiem, nieco później wiatr doszedł do połówki, w sumie więc można powiedzieć, że niemal całą drogę pokonaliśmy jednym halsem i do tego z prędkością przekraczająca momentami 9 knotów. Żagle wreszcie solidnie wypełnione wiatrem. Dziób dosłownie rozcinał fale. To była naprawdę super jazda. Całkiem spory jacht i taka prędkość. Czy to przypadkiem nie była zasługa Darka, który obdarował Neptuna takimi pysznościami? Do celu dotarliśmy o 1620.



       Po emocjach związanych z cudownym żeglowaniem, Veli Iż jawi się jak oaza spokoju. Bo i tak faktycznie jest. Niewielkie miasteczko, ok 800 mieszkańców, na wyspie Iż. Doskonałe miejsce do relaksu z bardzo długą historią. Niestety, poza pozostałościami starożytnych osad, nie zachowały się świadectwa minionych lat. Jedyny widoczny  obiekt to kościół św. Marii z X wieku. Ale za to są liczne konoby. Nie zwiedziłem ich wszystkich, więc trudno mi się wypowiadać na temat tego, która jest najlepsza. Trzykrotnie za to biesiadowałem w Lanternie i za każdym razem byłem ukontentowany. Tym razem zdecydowałem się na jagnięcinę. Szkoda, że porcja nie była większa. A przecież byłem po smakowitym spaghetti z owocami morza zebranymi na miejscu, przygotowanym przez Luigiego.  Marina, raczej skromna, nie należy do tych wystrzałowych, ale ma wszystko co przeciętnemu żeglarzowi potrzebne, a przy tym za niewygórowaną cenę. Za nasz, w końcu nie najmniejszy jacht zapłaciliśmy 540 kun.   



       We wtorek, mimo że nie było specjalnego pośpiechu, cumy oddaliśmy już o 0900. Mało tego, zdążyliśmy jeszcze rano zrobić prawdziwą sesję fotograficzną w okolicznościowych koszulkach. Wypłynęliśmy przy prawie bezwietrznej pogodzie. Nawet sobie pomyślałem, że wszystko wraca do chorwackiej normy. A tu niespodzianka! Dosłownie po kilku minutach zaczęło wiać. Nieco słabiej niż w ciągu dwóch ostatnich dni, ale 12-17 knotów wystarczyło aby Danica przemieszczała się całkiem żwawo. Do tego zmiany wiatru były dla nas bardzo sprzyjające. Najpierw bardzo przyjemny baksztag, później pełny bajdewind, a po opłynięciu wyspy Brscak i obraniu kursu 180 fordewind, dzięki któremu mogliśmy pożeglować na motyla. Kolejny piękny dzień pod żaglami.



       Około południa dotarliśmy do zatoki Pantera. Trochę mieliśmy problemu ze złapaniem złośliwej, uciekającej boi. Ale jakoś się udało ją złapać. To miejsce jest stworzone do plażowania i biesiadowania. Zrzuciliśmy ponton, zamocowaliśmy silnik i zaczęła się zabawa. Część załogi została przetransportowana na mierzeję oddzielającą zatokę od otwartego morza. Część załogi wybrała się do wioski Veli Rat po zakupy. Dotarli na miejsce 10 minut po czasie i tyle było z zakupów. Trzeba było tę wyprawę ponowić później, po przerwie na sjestę. Niektórzy na mierzeję popłynęli wpław. Wszedłem do wody w płetwach, ale nie wziąłem ze sobą żadnego obuwia i po wyjściu na brzeg poruszałem się niczym bociek brodzący po bagnie, bo chodzenie na boso nie wchodziło w grę. Okazało się, że po drugiej stronie mierzei woda jest nawet cieplejsza. Do tego spore połacie płytkiej plaży z piaszczystym dnem. Jak na Malediwach, Panie! A później pogaduchy przy cudownie kolorowym zachodzie Słońca. I nawet to, że za postój na boi płaci się 340 kun za dobę nie zmieni mojego bardzo pozytywnego nastawienia do tego miejsca.  



       W środę rano opuszczamy niezwykłą Zatokę Pantery. Opływamy naszą lagunę od drugiej strony i wypływamy na otwarte morze po zachodniej stronie wyspy Dugi Otok. Przepływamy w pobliżu latarni, którą poprzedniego dnia oglądaliśmy od drugiej strony. I znowu mamy piękny wiatr. Początkowo 24-26 kn, później 12-18, od tyłu. Mimo, że już wyruszyliśmy, wciąż się zastanawiam, gdzie zrobić następny postój. Kusi mnie Zatoka Mir i kotwicowisko przy wysepkach Donji Skolj i Burnji Skolj na południowo-wschodnim krańcu Dugiego Otoku. Nie byłem tam jeszcze i bardzo bym chciał sprawdzić jak tam jest. Ale z pewnością nie dotankujemy tam wody a wskaźnik ilości wody na naszej Bavarce nie jest, najdelikatniej rzecz ujmując, nie są specjalnie precyzyjne. A załogę mamy mieszaną, plus dwie małe dziewczynki. Jako alternatywę rozważam marinę ACI Žut na wyspie Žut. Byłem już tam. Z drugiej strony jest tam woda a … a miejsce jest po prostu magiczne. Przepadam za nim. No więc Žut. Opływamy cały Dugi Otok od góry do dołu po prawej burcie mając „wielką” wodę. Podziwiamy srogo wyglądające urwiste brzegi wyspy. 



Przeciskamy się między Dugim Otokiem i Kornatem, no tak prawie. Bo tak naprawdę po prawej burcie mamy najpierw małą wyspę o nazwie Aba Vela a później nieco większą Katinę, za którymi to przyczajony jest Kornat. Całe to przejście jest bardzo atrakcyjne dla oka. Kilka wysp, kulminacja zwężenia, czyli Prolaz Proversa Mala i kolejnych kilka wysp.



       W końcu okrążamy północno-zachodni kraniec wyspy Žut, wpływamy do zatoki Žut i stajemy w marinie Žut. No! Zaszaleli Chorwaci z tymi nazwami. Marina znajduje się na końcu dosyć dużej zatoki, otoczonej wysokimi wzniesieniami. Jest niesamowicie przytulna. Dodatkowo tajemniczości temu miejscu dodają napisy informujące w jakich godzinach jest dostępny prąd oraz o tym, że można zatankować tylko 100 litrów pitnej wody na jacht. Tego ostatniego nikt zresztą nie sprawdza. Ba, na słupkach nie ma zainstalowanych wodomierzy. Na szczęście okazało się, że nie potrzebujemy zbyt dużo wody dotankować, więc nie męczyły mnie wyrzuty sumienia. Opłata za postój 50-cio stopowym jachtem 690 kun za dobę.
       W marinie Zut jest też Ristorante Žut. Nikt nie będzie miał wątpliwości gdzie owa ristorante się znajduje. I tu pojawia się piasek między zębami. I wcale nie chodzi o ceny. Trudno się spodziewać żeby w lokalu tak zlokalizowanym ceny były jak w szczecińskim paszteciku. Samo dowożenie zaopatrzenia to spore wyzwanie logistyczne. Ale obsługa … Pani naburmuszona i kompletnie niezainteresowana klientami. Taka samotna czarna, gradowa chmura błąkająca się po błękitnym niebie. I wcale nie byliśmy tam późnym popołudniem kiedy ludzi jest najwięcej. Poszliśmy tam krótko po przypłynięciu, gdzieś ok 15-15.30. Na szczęście jagnięcina, którą sobie zamówiłem była całkiem przyzwoita, co i tak nie zatarło do końca nieprzyjemnego wrażenia z kontaktu z panią kelnerką.



       Žut to też bardzo przyjemne miejsce do kąpieli. W naszej ekipie największym miłośnikiem kąpieli morskich okazał się Wojtek. Nawet dzieci nie mogły z nim w tej kategorii konkurować. Nawet kupił sobie przed rejsem krótką piankę by móc w jeszcze bardziej komfortowych warunkach oddawać się pławieniu w Adriatyku. Pewnie fajnie mu się w niej pływało, tyle że przy skalistych chorwackich plażach szybko pojawiły się na niej pierwsze skazy. Tak czy siak przyjemnie jest spędzić nieco czasu w wodzie morskiej. W Žucie jest też druga atrakcja, która jednak wymaga pewnego wysiłku. Otóż marina otoczona jest, jako się już rzekło, dosyć wysokimi wzniesieniami. To najwyższe ma 161 metrów stromo wypiętrzone tuż za mariną. Koniecznie trzeba na nie wejść i to koniecznie przed zachodem Słońca. O.K. wiąże się to z ryzykiem, że serce wyskoczy nam przez gardło. Trzeba co chwilę robić przystanki aby wyrównać oddech. Tym bardziej, że ścieżki nie są zbyt starannie wytyczone i czasami, trzeba się chwilę zastanowić, czy jeszcze idziemy ścieżką, czy już nie. Tym razem trafiła nam się dodatkowa atrakcja w postaci tęczy rozpościerającej się ponad zatoką Žut. Ale jak już się wejdzie na górę, to widok na  rozrzucone po morzu wyspy, wysepki i zatoki odbijające promienie zachodzącego Słońca jest po prostu fantastyczny. Jedyna rzecz jaką należy wtedy zrobić, to sobie usiąść i cieszyć się tym widokiem. Ja oczywiście tak zrobiłem, do tego jeszcze wciąż łapałem kolejne ujęcia w nieprawdopodobnych barwach. Istne szaleństwo. Jak przyszło do schodzenia, to się zorientowałem, że jest już ciemno. Jak przystało na doświadczonego turystę, oczywiście nie miałem ze sobą żadnej latarki. Ścieżki były już zupełnie niewidoczne, więc maszerowałem na „azymut”.



       Czwartek rozpoczął się nietypowo jak na nasze peregrynacje po Chorwacji. Nie wiem, czy to Luigi, czy Krzysiek, ale ktoś wypatrzył ostrygi. Nasz niestrudzony „wodołaz” Wojtek szybko znalazł się w wodzie i zaczął z mozołem odłupywać kolejne sztuki. Kiedy już „połów” znalazł się na pokładzie okazało się, że nie ma zbyt wielu chętnych do ich spożywania. Oczywiście Luigi zajadał się nimi ze smakiem. Mina Werki gdy wciągnęła ostrygę – bezcenna. Niewiele brakowało, a połowa załogi oddałaby śniadanie Neptunowi. No dobra, to tyle w temacie ostryg. Lepiej już płyńmy do Tribunj.



       I znowu mamy wiatr. I znowu fordewind. Naprawdę Neptun musiał być zadowolony z darkowego poczęstunku, bo jak pływam po Adriatyku od 2008 roku, to jeszcze nie miałem tak wyśmienitych warunków wiatrowych. Wypłynęliśmy z Žutu 0 1000 a na miejscu byliśmy o 1400. Okrążyliśmy grzecznie wyspę Logorum. Jakoś nie miałem ochoty sprawdzać czy Danica przejdzie przesmykiem między Lukovnikiem i Logorum. I tak nie było nam dane spokojnie zacumować.  Wiatr się wyraźnie wzmógł i wiał prostopadle do prawej burty. Przy pierwszym podejściu wyraźnie znosiło nas na sąsiedni jacht, więc się wycofałem. Drugie podejście było zdecydowanie lepsze, ale pojawiły się problemy z łapaniem muringu. Ster strumieniowy miał problemy z przepchnięciem dziobu pod wiatr. Na szczęście mieliśmy już złapany muring. I nagle trzask prask i mamy końcówkę brzegową muringa na śrubie. Teraz dopiero rozpoczęły się zmagania. Kolejne próby. Kolejny wysiłek. Dopiero założenie długiej liny na dziobie i poprowadzenie jej pod możliwie dużym kontem na brzeg umożliwiło wyprostowanie jachtu, tak by stał prostopadle do kei. No to teraz pora na ten nieszczęsny muring. Nasz nieoceniony wodołaz Wojtek na ochotnika się zgłosił, że wyplącze go ze śruby. Długo się biedaczysko męczył. Okazało się, że nawet mimo ucięcia cienkiej końcówki nie było to takie proste. W końcu jednak byliśmy uwolnieni. Niestety, jak się później okazało, Wojtek przypłacił to nieprzyjemnym przeziębieniem. Spisał się jednak na medal.



       Uff. Można wreszcie usiąść, odsapnąć, popatrzyć na Tribunj i wypić szklaneczkę jakiegoś pokrzepiacza. Staliśmy przy miejskiej kei, tuż przy ciągnących się wzdłuż całego nabrzeża ogródkach gastronomicznych. Oczywiście nie ma tu takich udogodnień jak w marinach z prawdziwego zdarzenia, ale prąd i woda są. I jest fantastyczny klimat. Z jachtu dosłownie dwa kroki do stolika, przy którym można się wygodnie rozsiąść i wysączyć piwko. Opłata za postój 450 kun. Kiedy już wszyscy ochłonęli i odsapnęli stwierdziliśmy, że skoro jesteśmy w Chorwacji, to najwyższa poro pójść na pizzę. Koledzy zrobili szybki rekonesans i wybór padł na Cafe-Pizzeria Šuština. Okazało się, że był to bardzo dobry wybór. Na stole wylądowało kilka rodzajów pizzy i wszystkie został spałaszowane ze smakiem. Teraz można wybrać się na spacer po mieście. Najatrakcyjniejsza część, to ta na maleńkiej wysepce połączonej ze stałym lądem kamiennym mostkiem. Chyba w żadnym miejscu nie zjedliśmy tyle lodów co tutaj. Zaraz za mostkiem jest lodziarnia prowadzona przez ojca i syna. Obaj bardzo pogodni, wręcz radośni. I za każdym razem dają większą porcję niż się zamawia. Kolejne odwiedziny w Tribunj i kolejne spotkanie z kapelą chodzącą od knajpy do knajpy i przygrywającą biesiadnikom do kolacji. Robią to naprawdę fajnie. Bardzo miłe miejsce.
      No i przyszedł piątek. Ostatni dzień pływania. Wiatr towarzyszy nam do samego końca. Na początku rejsu obiecałem nagrodę w postaci dużej porcji lodów dla tego kto pierwszy wypatrzy delfiny. Minął już prawie tydzień a tu nic. Ani śladu po tych sympatycznych ssakach. I oto, tego ostatniego dnia gapiąc się w morze z nostalgią, spowodowaną myślami o końcu rejsu, spostrzegłem znajome sylwetki. Gdy zwróciłem na nie uwagę załodze, na jachcie zapanowało wyraźne ożywienie, wręcz radość. A nagroda? No dobra, w Trogirze kupię sobie lody.



       Końcowe manewry w Trogirze, przy stacji paliwowej i w marinie ACI przebiegły już bez większych emocji. Co prawda przypłynęliśmy na tyle wcześnie, że chłopaki z Waypoint nieco się spóźnili. Wysadziłem jednak spokojnie Krzyśka na keję i już. Koniec rejsu!
       Przekazanie jachtu odbyło się równie przyjemnie i bezstresowo jak przyjęcie. Mogliśmy iść w miasto. A warto, bo Trogir jest bardzo interesujący. Jak zwykle zaczęliśmy od targowiska z produktami lokalnymi. Zakupy były na tyle ciężkie, że wróciłem z nimi na jacht, aby móc swobodnie cieszyć się urokami tego zabytkowego miasta. Przysiedliśmy na placu Jana Pawła II na drinka, później jeszcze jednego. I koniec. Do następnego. 




wtorek, 19 czerwca 2018

CHORWACJA NA WIOSNĘ - CZYLI: WYSOKI SĄDZIE A PANI MAŁGOSI TO WCALE Z NAMI NIE BYŁO




       Rzec by można, że żeglowanie w Chorwacji to już zupełna rutyna. Wyjazd za wyjazdem. Te same trasy, te same miejsca. A jednak nie. Jest zbyt dużo zmiennych, by faktycznie mogło być dwa razy tak samo. Przede wszystkim załoga. Wystarczy jedna osoba, która wcześniej nie pływała z pozostałymi członkami załogi a już się robi interesująco. A co dopiero, kiedy połowa ośmioosobowej załogi to nowe twarze, w tym dwóch raczej młodych dżentelmenów. Nie ma mowy o choćby chwili nudy. Właśnie tak było w ostatnim rejsie po Adriatyku. Choć odwiedziłem miejsca dobrze mi znane, nic nie było takie same.
       Te inności rozpoczęły się już od dojazdu na miejsce. Ponieważ ze Szczecina jechałem tylko ja, a cała reszta to koleżeństwo ze Śląska, więc umówiłem się z Weroniką i Tomkiem, że najpierw dojadę do nich, do Bobrownik i w dalszą drogę wyruszymy razem, ich Passatem. To, że będę jechał jako pasażer to też nie jest takie zwyczajne, dopiero drugi raz w historii mojego skiperowania coś takiego się wydarzyło.  Ze względów logistycznych wyruszyłem już w czwartek. No i bardzo dobrze, bo na drogach był istny koszmar. Raptem sześćset parę kilometrów jechałem ponad dziesięć godzin. W dalszą drogę wystartowaliśmy w piątek, niekoniecznie wczesnym ranem. W czasie rozmowy telefonicznej w czwartek Tomek żartował, że limit stania w korkach wyczerpię od razu na całą drogę do Trogiru. Och jak bardzo się mylił. To była długa, wyjątkowo długa podróż do Chorwacji. Wciąż przejazd przez Wiedeń potrafi być prawdziwym koszmarem.  przejazd przez Wiedeń. Trasa przez Czechy i Austrię wciąż jednak nie najlepsza



       Postój w Mariborze. Hotel Lent, ul. Drawska 9, niby trzygwiazdkowy ale jakiś taki mało przytulny. Położony na samą Drawą, przy starym centrum. Niestety bez własnego parkingu, a w piątkowe popołudnie akurat wszyscy mieszkańcy Mariboru zapragnęli zaparkować przy bulwarze na Drawą. Kolacja w przytulnym zaułku. Restauracja Bascarija. Jedzenie dobre, choć bez fajerwerków. Fajna przystawka z serów i wędlin. Coś w rodzaju pączków tylko nie na słodko i bez powideł w środku. Zestaw grillowanych mięs.

       Przejazd z Mariboru do Trogiru minął wyjątkowo przyjemnie. Tomkowy Passat elegancko i równiutko sunął po chorwackich autostradach. To naprawdę dobre auto. Całą drogę towarzyszyła nam „Achaja” Andrzeja Ziemiańskiego czytana przez Joannę Jeżewską. Szczęśliwie nie mieliśmy dłuższych przestojów, ani na granicy słoweńsko-chorwackiej ani na wjeździe na autostradę E 71. Wystarczyło więc czasu aby na krótką chwilę zjechać z autostrady i odwiedzić Szatana, czyli Krzyśka Kotlewskiego, w marinie Dalmacja w Sukosanie. Jakoś nie przepadam za tą mariną mimo bardzo przyjemnych wspomnień. Ogromna i nieprzyjazna niczym huta Lenina w Nowej Hucie. Ale móc przez parę minut porozmawiać z Szatanem to zupełnie inna sprawa. Na pożegnanie obdarował mnie specjalnym lekarstwem własnej roboty na wypadek jakiegoś kryzysu. Jeszcze w Trogirze ostatnie zakupy w Kauflandzie i do mariny Baotic.



      Na parkingu w marinie obie ekipy zameldowały się niemal jednocześnie. Od razu zrobiła się miła atmosfera. Trudno żeby było inaczej, wszak wszyscy nastawieni bardzo pozytywnie. Z całego towarzystwa najwięcej obaw, to zdaje się, że ja miałem. Dosyć nietypowy skład załogi sprawiał, że całe stada różnych myśli ganiały mi po głowie. Na szczęście zaraz po wejściu do mariny trzeba było się wziąć do roboty i nie było czasu na dzielenie włosa na czworo. Marina Baotič w ostatnich latach bardzo się zmieniła. Z dużym uznaniem przyglądałem się wszystkiemu wokół mnie.  Aby od razu zaangażować naszych młodszych członków załogi, Wojtka i Krzysia, powiedziałem im jakiego jachtu mają szukać. Nie zajęło im specjalnie dużo czasu odnalezienie s/y Amadi. Sam tym czasem udałem się do biura Navigare Yachting. Pierwszy raz korzystałem z usług tej firmy. Pierwsze wrażenie, bardzo dobre. Przyjemnie, przyjaźnie – no dobra, zobaczymy jak będzie na koniec. W końcu mamy wykupiony pakiet VIP, który zawiera kilka drobnych udogodnień, m.in. brak odbioru po rejsie, brak kaucji, brak dodatkowej opłaty za sprzątanie końcowe i drobny pakiet powitalny. S/y Amadi, Bavaria 46 Cruiser przy pierwszym kontakcie robi dobre wrażenie, szczególnie na tych co jeszcze nie pływali. Więc było: wow! Ale prawdziwe wow! w upale, jaki nas powitał w Seget to było schłodzone piwo w lodówce, część pakietu VIP. Czy jest odbiór jachtu, czy go nie ma, ja jednak w miarę dokładnie obejrzałem sobie naszą jednostkę.  Bavaria 46 Cruiser to całkiem spore i eleganckie coś, pływający hotel. Ale szybko wpadły mi w oko drobne, tym nie mniej, irytujące braki. Swobodnie przemieszczające się drzwiczki do zejściówki, brak miejsca na korbę od kabestanów, nie ma miejsca na liny, itp. No i brak tradycyjnej nawigacyjne. To mnie trochę zaskoczyło, skiper nie ma swojej świątyni. O.K. przy takim rekreacyjnym pływaniu, i przy spodziewanej leniwej pogodzie, nie powinno to mieć większego znaczenia, no może poza tymi nieszczęsnymi drzwiczkami. Już oczami wyobraźni widziałem jak ktoś w taki czy inny sposób się zaczepia i …
AMADI - nasz dom na najbliższy tydzień
        Z podziałem kajut nie było najmniejszego kłopotu, bo załoga nie zgłaszała żadnych specjalnych roszczeń. Zatem Michał z Kasią i chłopakami zajęli dwie kabiny dziobowe, Tomek z Werką jedną rufową, Małgosia drugą, a ja w salonie.  Natomiast przetransportowanie ton bagażu i jego zaształowanie, to już było spore wyzwanie. Jednak po paru chwilach gorączkowej krzątaniny wszystko udało się jakoś poupychać. Zasiedliśmy więc do tradycyjnej odprawy. Krótkie omówienie planowanej trasy, podstawowych zasad bezpieczeństwa z przymierzaniem kamizelek ratunkowych, instruktarz obsługi toalet morskich i można było wznieść toast „za rejsa”

       Wszystko sklarowane. Kabel prądowy zwinięty. Trap na pokładzie. Diesel równiutko klekocze. Możemy ruszać. Nie zwróciłem jednak uwagi, że zbyt delikatnie wcisnąłem włącznik steru strumieniowego. W ostrym słońcu diodowa kontrolka była zupełnie niewidoczna. Dopiero jak chciałem nadrzucić dziób, to zorientowałem się, że coś jest nie tak. Tylko nie zaskoczyłem od razu o co chodzi. Ale nie byłem tym zbytnio zaskoczony. Wręcz przeciwnie, prawie zawsze na czarterowanych jachtach coś nie działa, taka ich uroda. No dobra, ale jakoś trzeba wypłynąć, a tu już mi znosi dziób na lewo, a ja chciałbym w prawo. Jak to uczyli, zawężanie cyrkulacji. Co prawda na wsteczu znosi rufę na prawo, nic nie szkodzi wypłyniemy tyłem. Pewnie ludziska na sąsiednich jachtach trochę się dziwili, ale jakie to ma znaczenie. Najważniejsze aby bezpiecznie wyjść z mariny, a to w pełni się udało. Godzina 1810. Zadanie prowadzenia dziennika jachtowego zostaje powierzone Wojtkowi. Co prawda w nieco uproszczonej wersji, ale jednak, wszak to porządny jacht. Kierunek Bobovišce, wyspa Brač.



       Piękna pogoda. Nawet mamy trochę wiatru. Na Trogirskim Zalewie ruch, niczego sobie. Nie tylko ja jestem stęskniony pływania. Inni też uciekają jak najszybciej z marin. Trochę późno, biorąc pod uwagę, że słońce w tych szerokościach szybciej chowa się za linią horyzontu. U nas odbywa się to leniwie, z ociąganiem. Można nacieszyć się ostatnimi promieniami słońca. Narobić mnóstwo kiczowatych zdjęć i nieco się rozmarzyć. A tu – ciach, ktoś wyłącza prąd i jest ciemno. Ale puki co płyniemy, a Tomek nie byłby sobą, gdyby natychmiast nie rozpoczął swoich harców w kambuzie. Na powitanie żurek!  Oczywiście z jajem i kiełbasą. Wyśmienity, mimo że nie byłem na kacu.

       Tak jak się spodziewałem, do zatoki Bobovišce dopływamy już po ciemku. Wspieramy się potężną, zaczepno-obronną amerykańską latarką MAG-LITE. Na szczęście z poprzednich pobytów pamiętałem jak tam się cumuje. Trochę mnie zaskoczyła spora ilość jachtów, które przycupnęły tu wcześniej. Przecież to dopiero 19 maja. Jeszcze kilka miejsc było jednak wolnych. Upatrzyłem sobie odpowiednią boję i do niej się skierowałem. W Bobovišce cumuje się trochę nietypowo jak na Chorwację. Jeden koniec muringa jest przy boi i ten łapiemy na knadze dziobowej, drugi koniec zamocowany jest na brzegu i ten łapiemy za knagę rufową. I już stoimy sobie. Przepłynęliśmy ok 16 MM, jest 2140, trochę późno. Opuszczamy jednak rufę, aby chociaż móc pomoczyć sobie nogi. Rozpoczynamy pierwszy wieczór przy świecach i różnych smakołykach.



       Następnego dnia obudziłem się gdy tylko pierwsze promienienie słoneczne zaczęły zaglądać przez bulaje. W domu, bez pomocy budzika, nie ma najmniejszych szans abym wstał o tak wczesnej porze. A tu nawet było jakoś tak radośnie. Z resztą nie tylko ja wstałem. Werka nawet wcześniej się obudziła, ale jak przystało na prawdziwego nowicjusza, nie śmiała zakłócać snu „kapitanowi”. Szkoda, że tylko nowicjusze wyzazują tyle atencji wobec „kapitana”. Nie ma co bujać w obłokach. Załoga przygotowała pyszne śniadanie. Zasiadamy do stołu. Jak zwykle robimy klar i rzucamy muring. Niewiarygodne, jest dopiero 0740. Poprzedniego wieczora nikt nie przypłynął skasować opłaty za postój – pewnie było za późno. Rano - też nikt nie pofatygował się do nas w tej sprawie – pewnie było za wcześnie. Dziwne, czy my aby na pewno jesteśmy w Chorwacji?



       Tym razem obieramy kurs na wyspę Vis, by szukać miejsca Komizy. Tym razem ani Euros, ani żaden inny z bogów, nie był uprzejmy zesłać nam choćby niewielkiego zefirka.  Wsłuchiwaliśmy się więc w monotonny klekot kataryny. Morze gładkie jak stół przykryty wyprasowanym obrusem. Słońce prażyło jak w środku lata. A my zalegaliśmy po kątach. A tu, ni z tego, ni z owego pada pytanie: czy możemy się wykąpać? Połączenia nerwowe w moim mózgu bardzo powoli zaczęły się rozkręcać. Że co? Wykąpać się na środku morza? Pod nami ponad osiemdziesiąt metrów głębokości. No ale w zasadzie jesteśmy poza szlakami żeglugowymi, dookoła zupełna pustka. No dobra, stajemy. Jacht z wolna wytracał prędkość po odstawieniu silnika. Korzystamy z kolejnego udogodnienia jakie oferuje nasz jacht: elektrycznie rozkładanego i składanego pokładu kąpielowego. Fajna zabawka, pierwszy raz mam coś takiego. Załoga błyskawicznie w gotowości do kąpieli. Ze względu na różnicę temperatur proszę tylko o schłodzenie się przed wejściem do wody. I zaczyna się zabawa. Jak to niewiele potrzeba aby móc się radować.



       Tomek nie zwalnia tempa. Tym razem uraczył nas pysznymi roladami wołowymi. Nie da się ukryć, że spożywanie smakowitych posiłków, do tego w miłym towarzystwie to też ogromna przyjemność. Gdyby tylko te efekty uboczne i przednie nie pojawiały się tak szybko i tak okazale

       Po przepłynięciu 28 MM i dłuższej kąpieli, docieramy do Komižy ok. 1430. Komiža to liczące sobie ok 1800 mieszkańców miasteczko nad Zljevem Komiža leżące po zachodniej stronie wyspy Vis. Nazwa miejscowości pochodzi od łacińskiej nazwy wyspy. Pierwsze zapiski o tej miejscowości pochodzą z 1145 roku. Nazywała się wtedy Val Comesa. O długiej historii miasta poświadczają zachowane zabytki: klasztor benedyktynów z X wieku, kościół Matki Boskiej Pirackiej z XVI wieku, cytadela w porcie. Turyści doceniają piękne plaże, i tę w mieście, i tę położoną nieco dalej. Dla mnie jednak pobyt w Komižy nie może się obyć bez spaceru ulicą Ribarską, wąską, klimatyczną uliczką, biegnącą półkolem niemal równolegle do brzegu zatoki. No i te knajpki nad brzegiem. Te na bulwarze są takie zwyczajne, typowe fabryki gastronomiczne, nastawione na obsługę tysięcy turystów, gotowych nieco przepłacić za możliwość zjedzenia pysznej kolacji w promenadowym zgiełku i gwarze. Ale tu, między Ribarską a brzegiem, dzieją się rzeczy magiczne.
       Lubię też port w Komižy, kameralny, wręcz zachęcający do zawierania znajomości. Każdy pobyt tam to jakieś pogaduchy z przypadkowo spotkanymi żeglarzami z całej Europy. Oczywiście jest prąd i woda. I tylko te sanitariaty i ich szefowa trwająca na swoim posterunku od niepamiętnych czasów. Straszny zgrzyt, jakbym miał piasek między zębami. Wielokrotnie już tam byłem i jakoś nie widać widoków na zmiany. Opłata za postój – no cóż, tu już wracamy do chorwackiej rzeczywistości – 600 kun.     



       Komiža ma jeszcze jeden niewątpliwy walor, bliskość do Modrej Špilji, położonej na malutkiej wyspie Biševo. To jest prawdziwy cud natury, który koniecznie trzeba zobaczyć. Co prawda Chorwaci ograniczyli dostęp do jaskini mianując go chronionym pomnikiem przyrody, a co za tym idzie wprowadzając opłaty za wstęp w wysokości 70 kun (osoby dorosłe), ale i tak warto się tam wybrać. Więc jeszcze w niedzielę umówiłem się z właścicielem bardzo szybkiego pływadła, aby i sama trasa do Biseva była jakąś atrakcją, na kurs następnego dnia rano. W poniedziałkowy poranek wiatr się nieco wzmógł, dobra czwóreczka wiała i pilot naszej motorówki musiał bardzo starannie sterować aby przy prędkości ok 30 węzłów nas nie katapultować lub nie zrobić jakiegoś, nie do końca kontrolowanego salta. Jazda była całkiem niezła. Już na Bisevie przesiadka do oficjalnych łódek mających uprawnienie do wpłynięcia do groty. Fale już zdążyły się zbudować, więc wpływając do grotu musieliśmy przysiąść na dnie łodzi aby nie nabić sobie guza. A później już tylko niesamowity błękit światła wpadającego do środka po odbiciu od dna morskiego i rozświetlającego wnętrze jaskini. I gdzieś w tym czasie, po szalonej jeździe motorówką – prawdopodobnie - kiedy to omawialiśmy możliwość „przypadkowego” wypadnięcia Małgosi, szefowej Michała, do morza narodziło się powiedzenie, które jak się później okazało, stało się szlagwortem tego rejsu: Ależ wysoki sądzie, pani Małgosi wcale z nami nie było!



       Kiedy się odwiedza jakieś wyjątkowe miejsca, zwykle jest pokusa do przedłużania pobytu, bo tak fajnie. I nie myśli się, że tam za rogiem czeka kolejne wyjątkowe miejsce, może nawet jeszcze bardziej atrakcyjne. Trzeba więc podjąć męską decyzję i ruszać. To już 1050. Tym razem wyspa Lastovo, czyli ponad 40 MM. Niestety wiatr zaczął słabnąć i w końcu znowu musieliśmy uruchomić diesla. Zrobiło się nawet trochę późno i wbrew sobie podkręciłem obroty do 2300. Nasza Amadi omal nie uniosła się nad wodę. Jednak na wszelki wypadek wziąłem telefon i zadzwoniłem do konoby Santor w zatoce Zaklopatica, przy której chciałem się zatrzymać na kolację i na nocleg. Do celu dopłynęliśmy kwadrans po dziewiętnastej. Pewnie za sprawą mojego telefonu, na prywatnej kei nie czekała na nas jeden dyżurny, zwykle machający zachęcająco ręką do przypływających jachtów, ale prawie cała rodzina plus osoby towarzyszące. Pomagają zacumować jacht, informują gdzie co jest. Na razie nie wiedzą, że już u nich byłem. Teraz już nigdzie się nie śpieszymy. Wszystko jest tak jak miało być. Po długim, słonecznym dniu wszyscy chcą przede wszystkim się odświeżyć. Kasia przy okazji testuje przy pomocy swojej suszarki do włosów stan bezpieczników elektrycznych. No, nie są najwyższej klasy. Wywalają ze 3-4 razy, zanim udało wysuszyć się włosy. Dzień był mimo wszystko dosyć leniwy, więc nic dziwnego, że wszystkich rozpiera energia. Źle to się skończyło dla klucza od ubikacji, który został ułamany tuż przy dziurce od klucza. Na szczęście udana akcja ratownicza w wykonaniu Michała zapobiegła wyważaniu drzwi. Podziwiamy magiczny zachód słońca. Trudno nie sięgnąć po aparat w takiej chwili. Wiem, wiem, pewnie znowu wyjdzie jakiś kicz. Ale to takie ładne. I wreszcie punkt kulminacyjny: kolacja. Zamawiamy różne różności, zupełnie inaczej niż poprzednim razem. Moja cielęcina jest wyśmienita, sałatka warzywna też niczego sobie. Bardzo udana uczta, oczywiście z chorwackim winem, bardzo przyzwoitym. Komuś jedynie przytrafiło się przesolone danie. Pewnie kucharz zakochany. Pod koniec biesiady Tomek pokazuje właścicielowi zdjęcie sprzed roku, na którym nasz gospodarz oprawia murenę. Spore poruszenie. A później jeszcze długie wieczorne rozmowy w kokpicie. W tej dyscyplinie Małgosia i Kasia były nie do pokonania. Ja wytrzymywałem maksymalnie do drugiej, inni odpadali wcześniej, a dziewczyny dalej!



       Planując ten rejs najbardziej zależało mi na pokazaniu załodze Modrej Špilji oraz Korčuli. Pierwszy punkt został już zrealizowany. Dlatego na kolejny dzień zaplanowałem przelot na wyspę Mljet położoną w niewielkiej odległości od miasta Korčula. Jeśli wypłyniemy o w miarę przyzwoitej porze z Mljetu, to pewnie będziemy mieli miejsce w marinie ACI i pozostanie wystarczająco dużo czasu na snucie się uliczkami starego miasta. Z pewnym niepokojem patrzyłem na prognozę pogody. Na środę zapowiadano solidne burze. Prognozę sprawdzę za kolejne kilka godzin, a tym czasem płyniemy na Mljet. Start bez pośpiechu. Cumy oddaliśmy dopiero za dziesięć dziesiąta.

       Gdy opuszczaliśmy Zaklopaticę towarzyszyło nam duże stado mew, jak za kutrem rybackim. Kiedy zaczęliśmy je częstować chlebem jeszcze ich przybyło. Natychmiast przyszedł nam do głowy film Alfreda Hitchcoca Ptaki. Ach te schematy, czasami trudno jest im się oprzeć. Etap Lastovo – Mljet rozpoczął się bardzo miło. Wiatru było wystarczająco dużo aby można było pożeglować. Co prawda kierunek niekoniecznie taki jak by nam pasował, ale możemy sobie przecież pohalsować. Bawiliśmy aż do ostatnich podmuchów. A co? Śpieszy się nam gdzieś? W końcu jednak musieliśmy się poddać i uruchomić silnik. Około czternastej kolejne sprawdzenie prognozy pogody na następny dzień. Dalej podtrzymują burzę wczesnym popołudniem. Wieczorem jeszcze raz sprawdzę. Tymczasem, zupełnie niespodziewanie dotarliśmy do Mljetu. Brzeg wyspy od północy jest bardzo atrakcyjny. Cała masa zatoczek, wysp i efektownych skał. Aż kusi, żeby się natychmiast zatrzymać. Już teraz, od razu. Gdzieś tam podpłynąć i rzucić kotwicę. Ale, nie. My mamy swój plan. Płyniemy do zatoki Polace. Nie ma tu żadnej mariny. Owszem są keje będące własnością knajp. Można też tu i ówdzie stanąć cumując do czegoś na brzegu. Można też po prostu stanąć na kotwicy. My wybieramy ten ostatni wariant, bo w to miejsce przypływa się dla nastroju. Kiedy jacht  myszkuje sobie leniwie wokół kotwicy, słońce powoli zbliża się do linii horyzontu a w szkle można znaleźć jakiś zacny płyn, to nietrudno zapaść w melancholijne, pogodne zadumanie. A jeśli do tego komuś (Kasi) przyjdzie do głowy zapalić kilka świeczek, to … ech. Na moment spadamy na ziemię, i to z wielkim hukiem. Podpływają sympatyczne dziewczyny zbierające opłaty za postój. Tak, tak, za postój na kotwicy w Chorwacji też się płaci. Tutaj płaci się ekstra, bo jesteśmy na terenie objętym ochroną dziedzictwa naturalnego – 300 kun za noc! A niech ich diabli … Wracamy do naszego błogostanu. 



       Zanim jednak popadniemy w przedwieczorne zadumanie można jeszcze trochę nacieszyć się dniem. Można sobie popływać, można zrzucić ponton. Ponton wszystkim dostarcza uciechy i starszym i młodszym. Przy okazji dzielna ekipa desantowa płynie do sklepu, uzupełnić najpilniejsze potrzeby. A prognoza pogody niemal bez zmian. Gdzieś koło 1500 – 1600 ma być burza. Bardzo być chciał moim przyjaciołom pokazać Korčulę. Podzielić się z nimi moim zauroczeniem tym miejscem. Ale też nie chciałbym narażać ich na pływanie w czasie burzy, szczególnie tych co pierwszy raz. Na ile można wierzyć prognozie pogody? Och! Już nie raz się przekonałem jak bardzo są one zwodnicze. Tym nie mniej perspektywa czasowa tej ostatniej prognozy nie jest specjalnie odległa. Trzeba więc potraktować ją z należytą powagą. Jeżeli chcemy płynąć, to musimy wystartować odpowiednio wcześnie, gdyby przypadkiem okazało się, że burza pojawi się nieco wcześniej niż przewidywali to synoptycy. Nieco wcześniej? Czyli? Mamy do przepłynięcia ok 20 MM, więc może wstaniemy o 0400? A czemu nie? Przecież nie wszyscy muszą się zrywać w środku nocy. Wystarczy jedna, ewentualnie dwie osoby i możemy płynąć.  O.K. tak robimy. Kotwica na pokładzie o 0430.      



        Odcinek Mljet – Korčula mija nam bardzo przyjemnie. Podziwiamy wschód słońca. Brakuje tylko wiatru. Załoga stopniowo, powoli, bardzo powoli, pojawia się w kokpicie. Leniwe wakacje. Podziwiamy z lewej burty wyspę Korčulę wraz z licznymi niewielkimi wysepkami tuż przy niej. Po prawej burcie Półwysep Peljesac z jego wysokimi wzniesieniami. Zszedłem na dół na chwilę i zaraz usłyszałem że koledzy już dostrzegli jakąś marinę. Byłem przekonany, że to dopiero Lumbarda. Coś mi jednak nie grało, więc na wszelki wypadek wyjrzałem i ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłem w niewielkiej  odległości Korčulę. Trudno ją pomylić z czymkolwiek. Ale przecież jest dopiero chwila po ósmej.  No, no. O tej porze jeszcze nie wpływałem do tej mariny. Przybyliśmy za wcześnie! Brać żeglarska dopiero się budziła po trudach minionego wieczoru i nocy.  Z trudem wypatrzyłem jedyne wolne miejsce w basenie. Co prawda było to miejsce na skosie kei, więc niezbyt komfortowe do cumowania, ale nie ma co grymasić. Stoimy! Trochę było ciężko się wcisnąć. Tym bardziej więc mogę wygodnie rozsiąść się w kokpicie z puszką piwa i głęboko odetchnąć. Mamy cały dzień na Korčulę, miasto znane z cudownej starówki i jej najbardziej znanego syna: Marco Polo. Jest czas na wypad na plażę, na porządną toaletę i na włóczenie się po uliczkach pełnych tajemniczego uroku. Najpierw jednak sobie posiedzę i podelektuję się urokiem chwili. Coś w powietrzu zaczęło się zmieniać. Niebo się zaciągnęło, upał gdzieś nagle znikł. W końcu dało się słyszeć odgłosy nadciągającej burzy. Na niebie pojawiły się błyskawice. Więc jednak. Ale my od kilku godzin bezpiecznie stoimy w marinie. Przygotowałem się nawet na robienie zdjęć burzy. A tu niespodzianka. Burza zatrzymała się gdzieś za wzgórzami Peljesaca. Owszem padało, ale burza do nas nie podeszła. Spojrzałem na www.lightningmaps.org i faktycznie całkiem niedaleko nas i nie tylko, natura dawał ostry pokaz z cyklu światło i dźwięk, a my gdzieś na obrzeżach tych gwałtownych zjawisk, patrzyliśmy jak to wszystko zatrzymało się tuż przed nami. Tak po prostu sobie stanęło. Wyraźnie się ochłodziło. Część załogi w tzw. międzyczasie zrobiła zakupu. Jeden z kolegów kupił whisky o nazwie Embassy Club.  Nikt z nas wcześniej nie miał okazji spotkać się z tym napojem. Nie pozostało nam zatem nic innego niż zrobić rozpoznanie bojem. Okazało się, że całkiem przyzwoity trunek.



       Spacerowanie po starówce Korčuli to niezwykłe przeżycie. Można sobie zrobić jakiś plan, można iść gdzie nogi poniosą. Ja zazwyczaj zaczynam od XVIII-wiecznych schodów, które zastąpiły wcześniejszy most zwodzony. Radośnie wkraczam do miasta. Wita mnie wykuty w kamieniu wenecki skrzydlaty lew. Znaczna część wysp chorwackich była pod panowaniem weneckim blisko 400 lat. Da się to zauważyć niemal na każdym kroku. Idę prosto przed siebie główną „arterią starówki” ulicą św. Roka. Mijamy placyk św. Marka. Jak ktoś ma ochotę i odpowiednią kondycję może wejść na wieżę w katedrze św. Marka. Warto, sprawdziłem to któregoś razu osobiście. Widok wart jest wylanych paru kropel potu. A później czas na wąziutkie, tajemnicze odnogi. I w prawo, i w lewo. Zawsze wyjdzie się jakoś nad morze. M.in. na piękny nadbrzeżny bulwar Šetalište Petra Kanavelica. Ciąg najróżniejszych knajp i knajpeczek. Tam też można zjeść świetne lody. Oczywiście trudno liczyć na kameralny nastrój, bo turystów zawsze jest tutaj co niemiara. Nawet w połowie maja. Trzeba to sobie jakoś w głowie poukładać, odciąć się mentalnie od tłumów i cieszyć się z niezaprzeczalnych uroków tego miasta. A kiedy już robi się ciemno, to dopiero jest nastrojowo.     



       Prognozy pogody już zapomniały o burzach. Nam się nigdzie nie śpieszy. W końcu jednak ruszmy, o dziwo jest jednak bardzo wcześnie, 0645. Może staniemy gdzieś po drodze na kąpiel, może popłyniemy prosto do Palmiżany. Zobaczymy.  Wcześniej oczywiście uregulowaliśmy rachunek za postój – 676 kun. Nie jest to mało. Ale w porównaniu do 300 kun na Mljecie za nic, to wręcz rewelacja! Naprawdę trzeba zwiewać z Chorwacji. Chorwaci kroją turystów bez opamiętania. Dzień mijał wyjątkowo leniwie, do przepłynięcia było ok 40 MM. więc przez głowę przewalały mi się takie różne myśli. Im bliżej końca rejsu, tym jakoś mi mniej wesoło. Trochę to irracjonalne, bo przecież to dopiero początek sezonu. Rok zapowiada się bardzo interesująco. Jest zatem dość powodów do dobrego humoru.



       W niemal pustej marinie ACI w Palmižanie meldujemy się ok 1330. To duża marina, na sto osiemdziesiąt jachtów, więc te kilkanaście jachtów bujających się przy kejach sprawia raczej smutne wrażenie. W zatokach, na kotwicowiskach stoi całkiem sporo jachtów. No cóż, kolejny raz niewątpliwe wielki urok miejsca zderzają się z ceną za postój w marinie. To najdroższa marina na tej trasie – płacimy 830 kun. Żeby jednak zejść na ląd, pospacerować między egzotyczną roślinnością, okazałymi sukulentami, posłuchać krzyku nieuchwytnego pawia, pokąpać się w uroczej zatoczce, skorzystać z eleganckich sanitariatów i jeszcze sprawnie przemieścić się do Hvaru, to trzeba przycumować w Palmižanie. Tam jest naprawdę pięknie.



       Jak Palmižana, to oczywiście musi być wieczorny wypad taksówką wodną do Hvaru. Przedłużające się oczekiwanie na transport, również przypomina o tym, że do rozpoczęcia właściwego sezonu jeszcze daleko i panowie przewoźnicy lekko przysypiają. Po dłuższej chwili bezowocnego oczekiwania, spontanicznie rozpoczynają się zawody w puszczaniu kaczek. Nasi młodzi załoganci i, chyba, jakiś holender. Mały tłumek oczekujących z zainteresowaniem przygląda się wyczynom współzawodników. Nie brakuje fachowych komentarzy. No ale my chcemy do Hvaru. W końcu pojawia się taxi i oczywiście nie jest w stanie zabrać wszystkich chętnych. Robi się nieco szumu. My jednak wsiadamy i jeszcze zabieramy ze sobą młodego Amerykanina podróżującego po Europie z plecakiem.

       Jest już dosyć późno i załoga nie pała specjalnym zapałem by zdobyć Spanjolę, monumentalną twierdzę górującą nad miastem. Pierwsze informacje na jej temat pochodzą z końca XIII wieku. Ostatecznie ukończona w połowie XVI w. Chwile chwały przeżyła w 1572 w czasie najazdu tureckiego. Krótko później, w 1579, na skutek uderzenia pioruna w prochownię, twierdza uległa poważnym uszkodzeniom. I mimo, że została odbudowana, jej znaczenie militarne, stopniowo zaczęło maleć. Byłem tam już kilkakrotnie i uważam, że warto się tam wspiąć. Sama Spanjola jest interesująca, a widoki wręcz zapierające dech w piersiach. Istny raj dla miłośników fotografii.



       Skoro nie idziemy do góry, to pokręcimy się po urokliwych uliczkach Hvaru. Oczywiście jest tutaj sporo interesujących zabytków, wszak przez długie lata był to port zimowy floty weneckiej, jak chociażby: najstarszy teatr miejski w Europie z 1612 roku (robimy sobie zdjęcie pamiątkowe na balkonie), mury miejskie z XIII wieku – rozbudowane w XV w., wieża zegarowa (1476), arsenał, katedra św. Stefana, studnia miejska (1529), kościół św. Marka, rezydencja Lucica, klasztor Franciszkanów (XV w) i wiele innych. No i te uliczki!  Ach można się w nie zanurzyć i bujać w obłokach fantazji. Przystanęliśmy na chwilę aby napić się jakiegoś drinka. Obsługa nie specjalnie się nami interesowała. Posiedzieliśmy chwilę, wstaliśmy i poszliśmy sobie. Litościwie nie wspomnę nazwy tego lokalu. Może kiedyś dam im drugą szansę i wtedy spiszą się lepiej. Póki co mam w Hvarze dwa ulubione lokale: Macondo – ul. Marije Maričiċ 7 i Pizzeria Kogo – trg svetog Stjepan. Pyszne jedzenie, miła, pogodna obsługa. Tym razem wahadełko wychyliło się w stronę Kogo. To był wieczór na zaproszenie Małgosi – dziękuję, było bardzo, bardzo miło i bardzo smacznie. Szkoda tylko, że takie wieczory tak szybko mijają.



       No i ostatni etap naszego rejsu: Palmiżana – Trogir. Ten dzień zawsze staram się jakoś wydłużać. No, nie lubię kończyć rejsów. Dla tego zarządzam brak pobudki, jak wstaniemy, to wstaniemy. Rano jeszcze kilka zdjęć, niestety nie udało mi się „upolować krzyczącego pawia. Cumy oddajemy o 1000. Po drodze mijamy flotyllę jachtów biorących udział w jakichś regatach. Wiatr jest słabiutki i do tego wieje nam w nos. Rezygnujemy z żagli i wolniutko pyrkamy naszym dieslem. A tam chłopaki dzielnie się regacą. Płyną pełnym baksztagiem, ale i tak bardzo wyraźnie widać różnicę miedzy jachtami prawdziwie regatowymi a pozostałymi. Przepaść. Gadu, gadu, winko raz, winko dwa, a tu hop, jak zajączek z kapelusza wyskakuje Zatoka Susula. Tam zaplanowałem postój na kąpielkę. Fajna zatoka, z różnymi zakolami. Tym razem zaskoczyli mnie knajpiani naganiacze na motorówkach. Kiedy byłem tam poprzednio, nie było tego. Dla tego, kiedy pierwszy podpłynął, to myślałem, że płyną poborcy opłat, dopiero po chwili zorientowałem się o co mu chodzi.  Popłynąłem w głąb zatoki, nie było tam zbyt wiele jachtów, ale stały tak, że nie pozostawiały zbyt wiele miejsca dla innych. Podpłynąłem do kolejnego zakątka, tam był tylko jeden jacht, ale dokładnie na środku wejścia. Pomyślałem o kierowcach parkujących tak, że potrafią zablokować trzy miejsca parkingowe. Ludzie, co z wami? Mimo wszystko próbuję zaparkować. Kotwica w dół. Czekam. Jacht zaczyna myszkować. W skrajnym położeniu jesteśmy ok trzy metry od brzegu, ale głębokość ok sześć metrów. Drugie, trzecie wychylenie, jest o.k., stoimy mocno. Można się kąpać. Oj, było dokazywania, a dokazywania. A że po zabawie w wodzie chce się jeść… Tomek oczywiście stanął na wysokości zadania i przygotował obiad. Szczęśliwi, rozradowani i najedzeni ruszamy do Trogiru. Ho! Ho! Ho! Nawet wiatr zaczął wiać i to nawet momentami przekraczał prędkość 20 kn. Pięknie!  



       Dopłynąwszy do Trogiru, najpierw oczywiście podpływamy pod stację paliwową. To już chyba trzeci, albo czwarty sezon jej funkcjonowania, a ja wciąż się nią cieszę. Pamiętając tę starą, pamiętając koszmar w Biogradzie, czy inne kłopotliwe tankowania, tu jest naprawdę super. No może tylko ilość paliwa wlanego do zbiornika nie jest zbyt radosna. Po raz pierwszy, po tygodniowym pływaniu zatankowałem ponad 100 litrów. Co prawda minimalnie przekroczyłem „setkę”, ale jednak. No cóż, wilki okręt, to i wypił odpowiednią ilość paliwa.  A teraz już do kei i koniec. Oczywiście jeszcze tego samego dnia zjawił się nurek i chłopak z Navigare Yachting. Obejrzał, posprawdzał, popytał co i jak i tyle. Po chwili dostałem e-mailem potwierdzenie check-outu. Sympatycznie, przyjaźnie, bez zbytecznej napinki. Nie wiem czy to Navigare Yachting ma takie standardy, czy to kwestia naszego pakietu VIP ale bardzo mi się podobało.

       I w takim momencie schodzi ze mnie powietrze. Wszystko jest o.k., nikomu nic się nie stało, możemy spokojnie wracać do domu napakowani świetnymi wrażeniami niczym chłopski wóz sianem. Polako! Polako! Jeszcze przed nami wieczorny wypad do miasta. Z mariny Baotič do centrum jest spory kawałek i nikt nie ma ochoty na taki spacer. Płyniemy taksówką wodną. Te taksówki wodne to zawsze dodatkowa atrakcja.



       Trogir to jedno z najładniejszych miast na wybrzeżu Chorwacji. Piękne stare miasto z atrakcyjnym bulwarem nad wodą. Do tego targowisko z różnymi naturalnymi produktami. Trochę za późno tam docieramy i niewiele stoisk jest jeszcze otwartych. Coś tam jednak kupujemy i obładowani jak wielbłądy zapuszczamy się w labirynt starego miasta. Trogir z racji swojej atrakcyjności oraz łatwości dojazdu zawsze jest pełen turystów. To nic, niech sobie będą. Prawie mi to nie przeszkadza. Nie ma szans na robienie zdjęć bez jakiś postaci, to niech będą z ludźmi. Po drodze przystaję na lody. Chorwaci robią całkiem przyzwoite lody. Trogir to też ogromna ilość restauracji. Najbardziej rzucają się w oczy te przy promenadzie, zawsze też nie brakuje tam turystów. Ale też ceny w tych lokalach są zdecydowanie wyższe niż w głębi starego miasta. Niemal w każdej uliczce jest jakiś  magiczny zakątek, z uroczym ogródkiem, gdzie jest nieporównanie przyjemniej niż na bulwarze. Jest też niewielki placyk Obrov przy którym jest kilka klimatycznych knajpek. Najczęściej stołuję się w Top Baloon i tym razem też tam przysiadamy. To jest bardzo dobry wybór.
      
       Czasami zdarzają się chwile, gdy człowiekowi dech zapiera. Gdy zaczęliśmy zajmować w miejsca w Top Baloon, podszedł do mnie Krzyś, najmłodszy członek załogi, w obstawie mamy, taty i starszego brata. W rękach krzepko dzierżył drewniany model statku z żaglem w postaci woreczka z lawendą. Myślałem, że chce mi się pochwalić swoim nowym nabytkiem. Już miałem zamiar docenić jego wybór. A tu słyszę, że to prezent od niego dla mnie. Żeby nie było, kupiony za własne, zaoszczędzone pieniądze. I co tu powiedzieć poza banalnym: dziękuję? Kurczę, musiałem wziąć głębszy oddech, załatwił mnie ten mały urwisek. Krzysiu! Bardzo, bardzo, bardzo gorąco dziękuję! To dopiero radość, zostać tak obdarowanym.



           Powrót na jacht. Jeszcze trochę posiedzieliśmy w kokpicie. Na wielu innych jachtach też odbywały się takie pożegnalne spotkania. Na niektórych nawet były jakieś gitary i śpiewy. Ale już wyraźnie czuło się atmosferę powrotu. Rano załadunek do samochodów i jazda do domu. Miło było, bo przede wszystkim, była świetna ekipa, radosna przyjazna i dobrze współpracująca. Z takimi to można pływać.