niedziela, 9 stycznia 2011

Stopnie żeglarskie

Ruszyły przygotowania do kolejnego sezonu żeglarskiego. W Internecie roi się od ogłoszeń o kursach i czarterach. Jest w czym wybierać, można sobie zaplanować wspaniałe wakacje, można się rozmarzyć. Ja też już zacząłem robić wstępne przymiarki. Chodzi mi po głowie, by w tym roku głównym punktem programu był dwutygodniowy rejs po Cykladach. Wiem, nic oryginalnego. Sam już też tam żeglowałem, ale greckie wyspy, to dla mnie synonim żeglarskiego raju.
Natomiast, gdy czytam ogłoszenia o kursach żeglarskich nachodzą mnie różne refleksje, niekonieczne przyjemne. Znowu nastąpiła zmiana w regulaminie stopni żeglarskich. Znowu, ktoś, coś kombinuje. Nie od dziś wiadomo, że jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to z całą pewnością chodzi o pieniądze. No i dobrze, wcale nie zamierzam kwestionować potrzeby szkolenia się żeglarzy, bo tego nigdy nie jest za wiele. A jeżeli ktoś szkoli innych to należy mu się za tę pracę wynagrodzenie. Byłoby jednak dobrze, by głównym celem szkoleń było jednak podnoszenie umiejętności uczestników owych szkoleń i by odbywały się one we właściwej atmosferze. Przecież zdecydowana większość żeglarzy nigdy nie będzie prowadziła jednostek komercyjnych, robią to dla własnej przyjemności, by móc samodzielnie prowadzić niewielkie jednostki. A im kto bardziej wgłębia się w tajniki żeglarstwa tym staje się pokorniejszy, nabiera szacunku dla morza.
Pamiętam mój egzamin na sternika jachtowego. Koszmar! Razem z dogrywką trwał prawie dobę. Nasz egzaminator, może i dobry żeglarz, ale jako egzaminator kawał zwykłego bydlaka, cały czas się nad nami znęcał argumentując to tym, że będziemy mieli takie same uprawnienia jak kapitanowie wielkich tankowców. „Ludzie na Akademii Morskiej przez cały rok uczą się nawigacji a wy skończycie taki kurs i już”. I tak co chwilę. Staremu pierdole było po prostu żal, że kolejni ludzie będą mogli cieszyć się radością żeglowania i nie będą musieli prosić takich jak „doświadczonych kapitanów” o poprowadzenie rejsu po Zalewie Szczecińskim. Czy on na prawdę uważa, że ktokolwiek da sternikowi jachtowemu poprowadzić jakikolwiek statek, nawet całkiem niewielki? Jest w naszym kraju wielu doskonałych żeglarzy z zacięciem instruktorskim, wielu doświadczonych i mądrych ludzi, czy nie można stworzyć jakiegoś rozsądnego systemu szkolenia i stopni żeglarskich? Tym bardziej, że są kraje gdzie te tradycje żeglarskie są znacznie dłuższe i moglibyśmy skorzystać z ich doświadczenia.

Jakiś czas temu byłem na szkoleniu żeglarskim w Chorwacji zorganizowanym przez polską firmę i prowadzonym na miejscu przez Polaków, dwóch świetnych gości: Szatana i Geografa. Żeglowaliśmy i uczyliśmy się niemal bez przerwy, a przy tym w sympatycznej atmosferze. Już drugiego dnia popłynęliśmy do miejscowości Prvic Luka jednego z dwóch miasteczek, na wyspie Prvic. Świetne miejsce do wypoczynku. Na tej wyspie żył Faust Vrancic, konstruktor spadochronu. Bardzo sympatyczne, przytulne miejsce, mieszka tam raptem kilkaset osób. Co najważniejsze, nie było tam zbyt wielkiego ruchu jednostek  pływających. Po przypłynięciu i cały następny dzień poświęciliśmy na ćwiczenie manewrów portowych. Do znudzenia dobijaliśmy do kei i odbijaliśmy. A po południu w uroczej knajpce nad brzegiem zatoczki poznawaliśmy światła jakimi posługują się okręty, statki, żaglowce, jachty itp. Szatan starał się to tak pokazać, aby jak najłatwiej było zapamiętać. Kiedy żeglowaliśmy nocą mogliśmy zweryfikować naszą wiedzę teoretyczną. Geograf w czasie pływania wymyślał różne zadania, byśmy poznali zasady pracy z mapą i nawigacją elektroniczną. Kurs zakończył się w kapitanacie portu Zadar, gdzie zdawaliśmy egzamin przed urzędnikami kapitanatu. Może nie był to zbyt rygorystyczny egzamin pod względem formalnym. Nie było testu, nie było listy pytań, ale panowie podeszli do sprawy dosyć poważnie. Oczywiście podstawą były zagadnienia związane z szeroko pojętym bezpieczeństwem żeglugi, posługiwanie się mapą i znajomość podstaw posługiwania się UKF-ką. Jeżeli egzaminatorzy już po kilku pytaniach uznawali, że mają do czynienia, z kimś kto ma pojęcie, szybko kończyli. Jeżeli pojawiały się wątpliwości, egzamin się przeciągał. Nie zależało im na oblewaniu kursantów, raczej starali się pomóc. No cóż, jeżeli jednak, okazywało się, że ktoś faktycznie nie zasługuje na patent, nie zdawał. Z całą pewnością nikt nie czuł się upokorzony.         

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz