poniedziałek, 17 stycznia 2011

Moje zmagania z Kanałem Kilońskim

Płynąc z Holandii do Świnoujścia mamy do wyboru dwie możliwości. Albo skierujemy się na północ i opłyniemy Półwysep Jutlandzki albo skierujemy się do Kanału Kilońskiego. Kiedy zaczyna brakować czasu decydujemy się oczywiście na kanał, a tu opinie są różne. Na pewno z żeglarskiego punktu widzenia nie jest to zbyt pasjonująca trasa. Wybudowany w latach 1887-1895 kanał, nazywany początkowo Kanałem Cesarza Wilhelma, liczy sobie 98,6 km długości. Niewiele się tam dzieje a do tego prędkość maksymalna jest ograniczona do 8 węzłów. Oczywiście dla jachtów jest to dosyć duża prędkość i niewiele z nich pływa z takimi prędkościami. Tak więc chcąc pokonać kanał w jeden dzień trzeba wystartować wcześnie rano i uzbroić się w dużo cierpliwości.


Płynąc od strony Morza Północnego kierujemy się do estuarium Łaby i w kierunku Brunsbüttel, niewielkiego miasteczka, raptem 13,5 tyś mieszkańców, w Szlezwiku-Holsztynie. Uwaga, miasteczko, może i małe, ale z elektrownią atomową. Przed wpłynięciem do śluzy pilnie obserwujemy światła aby nie podpaść kierującym ruchem. Natomiast po wpłynięciu już do kanału warto zatrzymać się w niewielkiej marinie po lewej stronie aby uzupełnić zapasy przed wielogodzinną, nudną żeglugą. Z niewielu ciekawostek na brzegu warto zwrócić uwagę jak niesamowicie wysoko zawieszone są mosty. Minimalny prześwit pod mostami wynosi 40 m. A skoro już jesteśmy przy tych konstrukcjach to nie sposób przeoczyć podwieszonego pod jednym z mostów wiszącego promu. Podobno na świecie jest tylko kilka takich.


Zwykłych promów, spinających brzegi kanału jest znacznie więcej. Ciekawym jest to, że nazwane są nazwami polskich miast. Jest wśród nich i Stettin. Zastanawialiśmy się czy to z wielkiej sympatii do naszego kraju i polskich miast czy też z innego powodu.


A podróż trwa i trwa. Część załogi zaczyna nudzić się niemiłosiernie, części załogi zaczynają przychodzić do głowy różne figle. Nasz kapitan przewidział taki rozwój sytuacji i zostawił na tę część rejsy chrzest kolegi, który był pierwszy raz na morzu. Padło hasło i na jachcie zawrzało jak w ulu. Przygotowania ruszyły pełną parą. Nie mogło zabraknąć Neptuna i Prozerpiny, diabłów i całej stosownej oprawy z torem przeszkód włącznie. Może pominę szczegóły na wszelki wypadek, ale przez pewien czas załoga miała co robić i zupełnie zapomniała o nudzie. Chrzest się jednak skończył a kanał wciąż nie.  Powoli powróciła dziwna atmosfera. Na szczęście po kanale pływa sporo naszych rodaków. Kiedy zauważyliśmy że doganiamy zaprzyjaźniony jacht, który odbywał podróż na podobnej trasie jak my, postanowiliśmy przedzierżgnąć się w piratów. Każdy złapał co miał pod ręką aby choć trochę upodobnić się do morskich rozbójników. Następnie przygotowaliśmy woreczki śniadaniowe, które napełniliśmy wodą. Gdy zbliżyliśmy się na odległość kilku metrów przypuściliśmy zmasowany atak na naszych „przeciwników”. Bitwa była krótka ale bardzo intensywna. Tamci chcieli nam odpowiedzieć kontratakiem z gaśnicy. Jednak, czy to z powodu zbyt małych umiejętności, czy też wadliwego działania gaśnicy ich plan się nie powiódł a my spokojnie sobie odpłynęliśmy.


Powoli rejs przez Kanał Kiloński dobiegał końca. Na horyzoncie pojawiły się śluzy w Holtenau, dzielnicy Kilonii. Spokojnie, bez pośpiechu wpłynęliśmy do śluzy, dopełniliśmy formalności i czekaliśmy na otwarcie drogi na Zatokę Kilońską. Nie mieliśmy, żadnych przykrych doświadczeń z obsługą kanału, choćby takich o jakich wspominała kpt Krzysztof Baranowski. Znaczy się, Niemcy też ludzie i swoje humory miewają. Ledwo wpłynęliśmy na do zatoki a tu, w całkiem niedużej odległości wynurza się okręt podwodny niemieckiej marynarki wojennej. Niesamowite wrażenie. Na kiosku okrętu otwarły się włazy i pojawili się ludzie. Tak, trochę dla żartu, ale też dla zachowania fasonu oddaliśmy im honory i wyobraźcie sobie, że oni z pełną powagą odpowiedzieli na nasze pozdrowienie. Prawdziwi ludzie morza.
W końcu pojawiły się przed nami mariny Kilonii. Dla żeglarzy to ważne miejsce. Kieler Woche to przecież jedna z największych imprez żeglarskich na świcie. Bierze w niej udział ok. 5000 żeglarzy, rywalizujących ze sobą w ok. 30 klasach. Jest to impreza jedna z największych ale też i najstarszych, gdyż jest organizowana od 1882 roku z przerwami na obie wojny światowe. Tę atmosferę tam na prawdę czuć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz