wtorek, 22 sierpnia 2017

53 ETAPOWE REGATY TURYSTYCZNE



       Mimo wielu zmian jakim podlegały Etapowe Regaty Turystyczne na przestrzeni lat, wciąż są one ważnym wydarzeniem w kalendarzu imprez żeglarskich w województwie zachodniopomorskim. Wynika to m.in. ze specyficznej formuły tych regat, gdzie znajdą miejsce dla siebie zarówno miłośnicy regatowej rywalizacji jak i zwolennicy żeglarskiej turystyki. Impreza ma już swoją bardzo długą tradycję, ale z całą pewnością nie jest samograjem. Wciąż trzeba o nią dbać, wciąż uatrakcyjniać, aby nie tylko utrzymać stałych bywalców, ale też zachęcać tych, którzy jeszcze nie zasmakowali w atmosferze Etapowych Regat Turystycznych. Z całą pewnością nowinka tegorocznych regat, czyli rezygnacja z formuły Open na rzecz formuły NHC była wyjściem naprzeciw tym, którym znudziło się podziwianie wciąż tych samych jachtów, wygrywających po kolei wszystkie etapy. Jak ktoś chce się ścigać na sportowo to jest przecież formuła ORC, natomiast nie ma powodu, aby prawdziwie regatowe jednostki psuły zabawę jachtom turystycznym. Oczywiście gdzieś po środku jest jeszcze formuła KWR. Niestety zabrakło nieco działań informacyjnych i wyjaśniających. Tym bardziej, że formuła NHC w większości przypadków dotyczyła prawdziwych amatorów.
       Uczestnicy regat przypływają już w piątek. Mimo, że pogoda w żadnej mierze na to nie wskazuje, jest środek sezonu letniego. Marina wciąż jest nieczynna, wszyscy więc cisną się w porcie. Long side, jeden do drugiego i tak po trzy, cztery jachty. Na szczęście większość ludzi się tutaj dobrze zna, więc każdy stara się jakoś pomóc następnym przypływającym. Mimo wszystko, do wieczora, jest cicho i spokojnie. W końcu rozpoczynają się wędrówki i odwiedziny na zaprzyjaźnionych jachtach. Po zmroku port ożywa. Rozgrzewamy się od środka. Robi się wesoło.

przed pierwszym startem
       Zupełnie niespodziewanie okazuje się, że nie ma II grupy KWR, jeszcze niedawno najsilniej obsadzonej grupy na ERT. Tym razem zgłosiło się zbyt mało chętnych do rywalizacji w tej grupie i ci co przypłynęli zostali wcieleni do grupy III KWR. Miny nam mocno zrzedły. Carinom przyjdzie się ścigać z Trzecim Krzyśka Dąbrowskiego (ha!, ha! ha! – będziemy go oglądać przed startem i w portach po mecie), Accu – Piotra Sosnowskiego, Belatrix – Mirosława (Jacka) Wójcickiego, Liveli – Bronka Zimnickiego. Żaden przelicznik nie jest w stanie wyrównać naszych szans, byśmy mogli na dystansie siedmiu wyścigów z nimi rywalizować.

Czekamy na start
       Już na pierwszym etapie, pani Iza Kidacka, sędzia główna regat, stara się urozmaicić, choćby w niewielkim stopniu trasę wyścigu. Trochę niefortunnie wychodzi, że mamy dwukrotnie przecinać tor wodny do Świnoujścia. Nie pozostaje nic innego jak liczyć na zdrowy rozsądek żeglarzy. Ale sam wyścig okazuje się dosyć ciekawy. Długa trasa, po rozległym akwenie, pod wiatr. Jedni wybierają lewy hals, inni prawy, w rezultacie flotylla jachtów startujących w regatach rozsypała się po całym Zalewie. Dopiero przy boi zwrotnej okazywało się, jak kto popłynął. Nasz pomysł nie okazał się najlepszy, więc zgodnie z wieloletnią tradycją pierwszy etap kończymy w ogonie. Patrząc na nasze wyczyny, nawet pogoda się załamała.


       Świnoujście wita nas pogarszającą się pogodą i tłokiem w marinie. No cóż, szybko okazało się, że nowa marina jest niewystarczająca w stosunku do zapotrzebowania. Duża ilość jachtów z Niemiec, Szwecji i Danii, plus trochę innych, bardziej egzotycznych. Wpływając do mariny stajemy się zupełnie anonimowi, giniemy w tłumie. Tutaj nikogo regaty nie interesują. Nawet dla statku komisji nie zarezerwowano jakiegoś sensownego miejsca. Łapie jedno z ostatnich miejsc, gdzieś na  szarym końcu. Przynajmniej żeglarze będą mieli okazję trochę pospacerować. A swoją drogą, to szkoda, że uczestnicy ERT nie mają jakiegoś wyróżnika, choćby efektownego, przyciągającego wzrok, proporca. Pogoda dokłada swoje pięć groszy i robi się smętnie. Nic tylko sięgnąć po jakieś szkło.

Przed wyścigiem na Zatoce Pomorskiej
       W ramach wprowadzania urozmaiceń, pani Iza w robi z jednego wyścigu na Zatoce Pomorskiej, dwa wyścigi, up and down. W pewnym sensie są to dwa wyścigi, ale w innym znaczeniu jeden. Ot, tak, aby było kolorowo i nieco tajemniczo. Oczywiście znowu jest trochę grymaszenia, ale to pewnie wina ponurej pogody. Bo właściwie o co się czepiać?  Że warunki nieco trudniejsze, że dwa wyścigi, przecież przybyliśmy tu na regaty. Im więcej tej zabawy, tym lepiej. Im więcej wyścigów, tym sprawiedliwszy wynik końcowy. Tym razem zakończenie etapu zyskuje nieco bardziej uroczystą oprawę. Żeglarzy zaszczyca swoją obecnością pani Barbara Michalska, v-ce Prezydent Świnoujścia.  Jest błękitna wstęga, są puchary ufundowane przez prezydenta miasta. Jest bardzo miło i nieoczekiwanie wesoło. Bo oczywiście, jak stwierdziła pani Iza, wszyscy wiedzą, że Fujimo zdobyło Błękitną Wstęgę Zatoki Pomorskiej. Co równie oczywiste, trzecie miejsce w I grupie KWR zdobył jacht … „Trzeci”. Są gratulacje, puchar, sesja zdjęciowa i zdziwiona mina Krzyśka Dąbrowskiego. I grupa KWR? Przecież ścigam się w III grupie. Po chwili również pani sędzia orientuje się, że chyba coś jest nie tak. Z wdziękiem i uśmiechem, obracając wszystko w żart, zwraca się do Krzyśka: „Oddaj puchar.” Następuje wręczenie pucharu właściwej załodze. Później drugie miejsce, no i pierwsze .. Jacht „Trzeci”. Zdziwiony Krzysiek odbiera puchar za I miejsce w I grupie KWR. Uściski, gratulacje, zdjęcia … Oddaj puchar! Pomyłka, to nie ty. Po paru minutach Krzysiek jest wyczytywany po raz trzeci (nomen omen). Pierwsze miejsce w III grupie KWR. Chwila zawahania. Puchar, gratulacje, sesja fotograficzna … Uff! Udało się, tym razem wszystko się zgadza. Po zakończeniu ceremonii, pani Iza zaprasza kolejny raz do wspólnego śpiewania. Trochę opornie to idzie, mimo, że na zakończenie regat przewidziane są nagrody za popisy artystyczne. Zdaje się, że nie jesteśmy specjalnie rozśpiewani.

Oddaj puchar!
       Start do wyścigu na trasie Świnoujście – Dziwnów jest dwukrotnie odraczany. Nie ma wiatru. Płyniemy godzinę na silnikach, później drugą godzinę. Wszak nie możemy sobie pozwolić na spóźnienie na spotkanie z panem burmistrzem Dziwnowa i na ceremonię rozdania pucharów. W końcu wyścig rusza. Bardzo słaby wiatr, a przede wszystkim brak fali dają nadzieję Rudzikowi na dobry wynik. Tak też się dzieje, płyniemy w czołówce. Pełna koncentracja aby nie popełnić jakiegoś błędu. Pod koniec wyścigu wiatr się wzmaga. Większe jachty szybko nas doganiają. Na szczęście meta już blisko. Z bezpośrednich naszych rywali przed nami tylko Trzeci, Accu i Belatrix. Ale ten ostatni wyprzedził nas bardzo nieznacznie, więc dzięki lepszemu przelicznikowi będziemy przed nim. No i stała się rzecz niemożliwa, jesteśmy na pudle, co prawda to tylko klasyfikacja etapowe, ale i tak jesteśmy bardzo zadowoleni. Tym razem i my mamy przyjemność odebrać puchar, w tym przypadku z rąk pana burmistrza Grzegorza Jóźwiaka. I obyło się bez pomyłek. Nawet Trzeci nie usłyszał od pani sędzi: „Oddaj puchar”. Nie usłyszał, bo początkowo, pani Iza po prostu go pominęła. Dopiero po chwili się zreflektowała, że czegoś jej brakuje. Na szczęście na wysokości zadania stanęli uczestnicy regat i spontanicznie zaczęli skandować tę dźwięczną mantrę „Oddaj puchar”. Ceremonia wręczenia nagród w Dziwnowie wraz z drobnym poczęstunkiem zawsze jest sympatyczna. Widzimy, że coś się zmienia, ale jakże powoli, oj jak powoli. Nie ma jednak zbyt wielu chętnych na spędzenie nocy przy miejskiej kei. Zaplecze takie sobie, bezpośrednie sąsiedztwo bardzo ruchliwej drogi, absolutny brak nastrojowego klimatu. Tak więc, podobnie jak w poprzednich latach, po zakończeniu uroczystości, zdecydowana większość jachtów, mimo późnej pory, przenosi się do Kamienia Pomorskiego.

Przeprowadzka z Dziwnowa do Kamienia Pom.
       Pogoda niestety wciąż się pogarsza. Niebo płacze rzewnymi łzami, wiatr się rozkręca. I staje się to, czego zdecydowana większość bardzo nie lubi. Zostaje odwołany wyścig na Zalewie Kamieńskim. Snujemy się to tu, to tam. Puchary przygotowane, poczęstunek u rybaka czeka a tu lipa! Pan burmistrz  Stanisław Kuryłło zgadza się aby puchary przez niego ufundowane przyznać na koniec całych regat za klasyfikację generalną. No a na zupę rybną i tak idziemy. A później jeszcze raz, już za swoje objadamy się pysznym marynowanym łososiem i smażonym w cieście piwnym sandaczem. Najlepsza smażalnia w układzie warszawskim. Ależ rozkosz. Wbrew smętnej pogodzie, nie kończymy dnia ze zwieszonymi nosami. Wszak jest Krzysztofa! Nie może być inaczej, jest biesiada, i są kolejne nieśmiałe próby rozśpiewania żeglarskiej braci. Niestety struny głosowe są słabo naoliwione i tylko nieliczni podejmują wyzwanie.
       Przejście do Wolina też odbywa się przy silnym wietrze, tym razem sprzyjającym, i spadających z nieba żabach. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak często korzystałem ze sztormiaka. W Wolinie smętne grupki turystów w pelerynach przeciwdeszczowych snują się po nabrzeżu. W żaden sposób nie można poznać, że to środek wakacji w całkiem sympatycznym mieście. W Wolinie zawsze ciepło nas witają, zawsze jest przyzwoity poczęstunek, pan Eugeniusz Jasiewicz, burmistrz miasta zawsze ufunduje jakieś upominki, mimo, że nie ma wyścigu, no i jako wielki lokalny patriota, zawsze w swoim wystąpieniu zawrze jakieś ciekawostki o Wolinie.

Wolin
       Wyścig Wolin – Nowe Warpno pani sędzia też ustawiła nieco inaczej niż zwykle, do tego z dodatkowym punktem zwrotnym. I znowu przed żeglarzami spore wyzwanie. Już sama rozległość akwenu sprawia, że wszyscy zaczynają kombinować, jak tu przechytrzyć konkurentów. Pod którym brzegiem się schować, gdzie zrobić górkę, jak ominąć sieci. Również pogoda nie ułatwiała zadania. Okazało się, że w tych skomplikowanych rachubach, trzeba jeszcze uwzględnić… ciszę. Kto zbyt daleko szukał swojej drogi, srodze się rozczarował. I było nerwowe oczekiwanie, z której strony przyjdzie wiatr. Czy od przodu stawki, czy od tyłu. Kto pierwszy ruszy. W końcu zaczęło wiać, i to całkiem przyjemnie. I nagle minąwszy kolejne sieci, mając przed sobą ostatni znak zwrotny, orientujemy się, że bardzo niewiele jachtów jest przed nami. Konkurencja gdzieś się pogubiła. Ostatecznie w tej naprawdę trudnej dla Carinki stawce zajmujemy drugie miejsce! Nawet o tym nie marzyłem. Ha, ha, ha.

W poszukiwaniu własnej drogi
       A w Nowym Warpnie jak zwykle świetna atmosfera. To ciekawe, ani marina, ani miasto nie oferują nic specjalnego, a jednak to jest moje ulubione miejsce na trasie ERT. Jest przytulnie. Jest miło. Mimo ewidentnych braków w infrastrukturze sanitarnej, powiedzmy wprost: jest ona fatalna, to podejście ludzi związanych z tym miejscem do żeglarzy i urok samego miejsca, niezwykły spokój, sprawiają, że czuję się tutaj wyśmienicie. Któregoś roku, jeszcze za poprzednich dzierżawców, rano na kei czekało na nas świeże pieczywo. Tym razem wcześnie rano, zmęczeni nocnymi zmaganiami żeglarze częstowani byli pyszną jajecznicą. W tym miejscu jest coś niezwykłego. Oczywiście, był też poczęstunek i puchary ufundowane przez pana burmistrza Władysława Kiragę. Dla nas w tym roku wyjątkowo miła ceremonia, bo po ogłoszeniu decyzji o połączeniu grupy II i III KWR nie liczyliśmy na jakiekolwiek miejsca na podium. A jednak coś się udało wyrwać.

W Nowym Warpnie
       Piątek, przedostatni dzień zmagań, to wyścig Nowe Warpno – Stepnica. Od rana słaby wiatr. Boja rozprowadzająca, jak należy na wiatr, więc nieco zamieszania i przepychanek. Po boi spinakery i tak przez ok 4,5 godziny. (Oczywiście czołówka zdecydowanie krócej.) Nie pamiętam czy kiedykolwiek tak długo miałem okazję żeglować pod spinakerem. Ku naszemu zdumieniu całkiem dobrze nam szło. Kto miał odjechać to odjechał, ale nie było takich zbyt wielu. 

Bardzo długi przelot na spinakerach
       No ale przyszło przejście z Zalewu na Roztokę i wydarzyła się tragedia. Źle wybraliśmy stronę po której płynęliśmy i w rezultacie trwało to całe wieki. Bezradnie patrzyliśmy jak jedni nam odpływają a inni nas doganiają. Strasznie irytujące uczucie i nic już nie można było zrobić. A na Roztoce wiatr się wzmógł i większe jachty zyskały jeszcze większą przewagę. No lipa, lipa, lipa! Nie trudno się domyślić, że do mety podążaliśmy w wyjątkowo marnych nastrojach. Straciliśmy szansę na dobry wynik na własne życzenie. To jest chyba najgorsza opcja; złość i bezsilność. Ale do samego końca staramy się płynąć jak najlepiej. Rywalizujemy z tymi, którzy płyną w naszym sąsiedztwie, bez względu na to czy są w naszej grupie czy nie. Duch rywalizacji jednak nie ginie. Na tym ta zabawa polega.

Stepnica
       Stepnica zawsze przygotowuje na przyjęcie żeglarzy wielki festyn. Jest poczęstunek, jarmark rozmaitości, jakieś występy na scenie. Ogólnie atmosfera wesołego pikniku, nawet jeśli pogoda nie jest specjalnie udana. Pan burmistrz Andrzej Wyganowski osobiście się we wszystko angażuje. M.in. wręcza ufundowane przez siebie puchary. Wszyscy siedzą przy solidnych stołach pod parasolami rozstawionymi przed sceną. Konsumujemy najlepszy na tych regatach poczęstunek. Sączymy chmielowy napój. A pani Iza wyczytuje kolejnych nagrodzonych. I nagle słyszę: „Wiktor Protas – jacht Rudzik; trzecie miejsce w grupie III KWR”. Aż mnie zatkało! Okazało się, że przypłynęliśmy jako czwarty jacht w grupie, a do tego przeliczyliśmy Accu Piotra Sosnowskiego. To dopiero dla nas niespodzianka. No a wieczorem intensywne zajęcia w podgrupach. Bardzo intensywne. No ale jak mogłoby być inaczej skoro schodzą się załogi zaprzyjaźnionych jachtów Dobrawa, Wench, Jamanito, Mi Alegria, Popeye, Rudzik i paru innych. Domowe przetwory z Popeye’a znikały w mgnieniu oka. I tylko ten dzień po …

W Stepnicy też nie zabrakło deszczu
       A „dzień po” był bardzo ciekawy. Trasa wyścigu w całości została ustawiona na Roztoce. Była bramka, były dwa punkty zwrotne. No i do tego całkiem rześki wiatr. Nam niestety ten etap nie wyszedł. Ukończyliśmy go dopiero na piątym miejscu, ale muszę przyznać, że było on pod względem żeglarskim bardzo udany. I co ciekawe w poszczególnych grupach KWR i ORC wygrały ten wyścig jachty, które ostatecznie zajęły pierwsze miejsca w klasyfikacji generalnej tych grup. KWR I – absolutny hegemon w tej grupie Janusz Frączek na jachcie O’Dana. KWR II/III – Krzysiek Dąbrowski na jachcie Trzeci. ORC – Marek Krzysztoszek na jachcie Res Navalis.

Janusz Frączek - zwycięzca I KWR
       Pożegnalna impreza w Trzebieży odbyła się tawernie Portowej tuż przy porcie. Ich ogródek jest wyjątkowo sprzyjający tego typu przedsięwzięciom. Była też kolejna próba rozśpiewania braci żeglarskiej i finał konkursu muzycznego. Niestety ostatecznie nie było zbyt wielu chętnych do artystycznych popisów. Mimo, że trudno było coś usłyszeć, szum tła był znacznie mocniejszy niż głosy żeglarzy, to wydaje mi się, że pomysł z konkursem na śpiewanie pieśni okołożeglarskich, to całkiem dobra inicjatywa. Może za rok będzie więcej chętnych?
             Jak zwykle najtrudniejsze chwile następują w niedzielę rano. Większość z nas chciałaby jak najszybciej płynąć do domu, a tu trzeba czekać aż do 12, kiedy rozpoczyna się ceremonia wręczenia nagród i zakończenia regat. Niby wszyscy są roześmiani, wyluzowani, a jednak ukradkiem spoglądają na zegarki, nie mogąc doczekać się końca. A to jednak trochę trwa. Pan prezes Zalewski zawsze powie kilka słów, pani sędzia ogłosi wyniki, są specjalne upominki dla dzieci ufundowane przez pana Władysława Diakuna, burmistrza Polic, są upominki dla zwierzaków biorących udział w regatach. W końcu losowanie upominków dla każdej załogi. A nasza droga pani Iza do końca nie mogła się przyzwyczaić, że tym razem to nie Marek Stoeck jest wpisany jako prowadzący Rudzika. I na dyplomie za zajęcie IV miejsca w łącznej klasyfikacji  widnieje właśnie on. W zasadzie nic dziwnego, chyba wszyscy na hasło Rudzik odpowiedzą Marek Stoeck. Czas robi swoje.
       I skończyły się 53 Etapowe Regaty Turystyczne. Mimo, że pogoda tym razem była taka sobie, to i tak było bardzo przyjemnie. Bo te regaty to piękne żeglowanie i ciekawi ludzie. Już czekam z niecierpliwością na kolejną edycję. 

Nagroda Fair Play dla Krzyśka Dąbrowskiego - on tak ma
P.S.

Dalej nie do końca rozumiem jak jest skonstruowana formuła NHC. Tym nie mniej jest mi bardzo miło, że jacht Rudzik z załogą Wiktor Protas, Marek Stoeck zajął w nieoficjalnej klasyfikacji wszystkich 57 uczestników 53 ERT 4 miejsce. Pierwsze miejsce zajął jacht Guesswork ze skiperem Januszem Skrzeczem – Gratulacje!. 


poniedziałek, 20 marca 2017

KARNAWAŁOWE SZALEŃSTWO W MADONNIE




1.    Gaia Welness Residence Hotel
           Nazwa hotelu jest nieco pretensjonalna, choć jak najzupełniej prawdziwa. Wszelkie wątpliwości czy wahania ustępują natychmiast po przekroczeniu progu recepcji. Czekają tam na gości przesympatyczni, wiecznie uśmiechnięci ludzie. Dla nich nic nie jest problemem czy kłopotem. Wszystko jest do zrobienia. Służą wszelkimi potrzebnymi informacjami i pomocą. Do tego nauczyli się sporo słów po polsku. Krótko mówiąc natychmiast zjednują sobie każdego kto do nich przybywa.
       Pokój studio, który sobie wynajęliśmy, okazał się bardzo przyjemny. Przestronny, z łazienką i aneksem kuchennym wyposażonym w lodówkę, kuchenkę mikrofalową i nieco naczyń. Widać nawet pewne udogodnienia dla osób niepełnosprawnych. No i, co jak dla mnie najważniejsze, w całym obiekcie jest naprawdę ciepło. Rewelacja! Jeżdżąc od kilkunastu lat na narty do różnych ośrodków w Alpach włoskich i austriackich, nie trafiliśmy na tak przytulne miejsce. Tu nie ma potrzeby rozgrzewania pościeli przed udaniem się na spoczynek. Przykłada się głowę do poduchy i można zapaść w cudowny błogostan. Pod prysznicem, czy w kranie umywalki nigdy nie brakuje ciepłej wody. Zdecydowanie jest to miejsce godne polecenia jako baza wypadku narciarskiego. Tym bardziej, że darmowy skibus podjeżdża dosłownie pod same drzwi hotelu co piętnaście minut i podwozi miłośników narciarskich szaleństw pod dolną stację gondolki Marillewa 900. By jednak nie było zbyt różowo, to na skibusa pod drzwi Gai można liczyć tylko rano, kiedy jest się wypoczętym i pełnym zapału do szusowania po nartostradach. Popołudniu, gdy się wraca ze stoków powłócząc nogami, nie ma co liczyć na takie udogodnienie. O tej porze skibusy zatrzymują się jedynie przy głównej Via IV Novembre, skąd do hotelu jest ok. 100 – 150 metrów.


       Hotel Gaja ma też i inne istotne walory. Duży parking tuż przy budynku. Z wielką przyjemnością zostawiłem nasze autko na cały tydzień, aby sobie odpoczęło a ja bezstresowo podróżowałem skibusem. Polecam również śniadania serwowane w hotelu. Nie ma niewiadomo jakiej obfitości ale wszystko jest świeżutkie i pachnące. Pyszna kawa, a jakby mogło być inaczej, wszak to Włochy. No i chyba przebój tych śniadań, pyszne naleśniki, co chwilę donoszone, bo znikają w niesłychanie szybkim tempie. Koszt na osobę to 6 euro, które warto wydać. Inna rzecz, ważna dla fanów szusowania po białym puchu, to duża narciarnia z pomysłowymi uchwytami i przechowalnia butów narciarskich, gdzie naprawdę działa podgrzewanie tych piekielnych skorup. Gdy skoro świt, z takim bólem, znowu trzeba się w nie wbić, one są rzeczywiście cieplutkie, co znacząco zmniejsza poranne katusze. Oczywiście jest też Wi-Fi, myślę, że w dzisiejszych czasach jego brak byłby raczej zadziwiający, a wręcz dyskwalifikowałby obiekt. Niestety nie jest ono zbyt mocne.  
       O.K., niech będzie, nie wszytko jest idealne. Ściany są zrobione z najcieńszej możliwej dykty. Wielojęzyczna dzieciarnia, hasająca po korytarzach, jest tak dobrze słyszalna, jakby brykała tuż obok. I bez znaczenia z jakiego są kraju, wszystkie są jednakowo głośne. Równie dobrze słychać też wszelkie inne dźwięki. Na szczęście większość gości hotelowych po powrocie ze stoku po prostu pada ze zmęczenia, więc wieczorem niewiele się już dzieje.


       Inną rzeczą, która nieco razi, na tle tak pozytywnego obrazu całości, to aranżacja wnętrz. Absolutnie nie widać tu ręki jakiegokolwiek projektanta. Jest prawie wszystko co potrzeba, ale wygląda to tak, jakby ktoś zrobił listę niezbędnego wyposażenia i po prostu wrzucił do każdego pokoju przygotowany zestaw. Ani specjalnej dbałości o detale ocieplające wizerunek ani też specjalnej troski o funkcjonalność i ergonomię, co najbardziej daje się zauważyć w kuchni i łazience. Nie przypadkowo napisałem, że jest prawie wszystko, co potrzeba. Podobnie jak w większości takich miejsc, nie ma wygodnego miejsca do czytania! Zawsze na takie wyjazdy zabieram ze sobą jakąś zaległą lekturę, z nadzieją, że właśnie w czasie urlopu nieco nadrobię te zaniedbania. A tu masz ci babo placek, nie ma gdzie wygodnie usiąść. 
       Na szczęście gospodarze są cudowni i robią wszystko aby pobyt w Gaia Welness Residence Hotel upłynął bardzo przyjemnie.


2.    Mezzana

       Mezzana, gdzie znajduje się hotel Gaja, to miejscowość w prowincji Trydent
zamieszkała przez niespełna 900 osób. Położona jest na wysokości 940 m n.p.m. I nie ma co liczyć na jakiekolwiek atrakcje dla turystów. Gdy któregoś popołudnia wybrałem się na spacer po mieście, to natrafiłem przede wszystkim na niezwykłą ciszę. Bardzo rzadko mija się jakiegoś przechodnia, od czasu do czasu pojawia się zabłąkany samochód. Tak więc, choć miasteczko jest całkiem sympatyczne i posiada Piazza Trentino, czyli miejsce z dużym potencjałem, to tak na prawdę nic tam nie ma. Widać, że miejscowi włodarze starają się nawet coś robić, widać to choćby na przykładzie prób zagospodarowania przepływającej przez Mezzanę rzeczki Rio Spona. Ale na razie jeszcze daleko do stworzenia jakiegoś ciekawego punktu zaczepienia. Odchodząc od głównej, przelotowej ulicy, czyli Via IV Novembre, liczyłem, że trafię na jakieś urokliwe zaułki, niezwykłe miejsca, coś z wyjątkową atmosferą, nic z tych rzeczy. Jeszcze większe rozczarowanie spotkało nas, gdy chcieliśmy po powrocie z nart zjeść obiad. Owszem jest restauracja w hotelu Ravelli oraz pizzeria Al Sole, ale zgodnie z dobrym włoskim obyczajem, czynne od dziewiętnastej. Przerwa obiadowa to rzecz święta, nawet w markecie De Spar. Choć, trzeba przyznać, w tym ostatnim zdecydowanie krótsza. Niestety byliśmy zbyt głodni by czekać około dwóch godzin i, chcąc, nie chcąc przyrządziliśmy sobie posiłek sami.


3.    Ośrodek narciarski
       Wielkim atutem tej lokalizacji są połączone ze sobą bezpośrednio trzy ośrodki narciarskie Marilleva, Folgarida i Madonna di Campiglio. Stwarza to świetne warunki do bardzo przyjemnej, ciekawej, całodziennej jazdy. I właśnie z tego zamierzamy korzystać w całej pełni. W związku z tym kupujemy karnet o dźwięcznej nazwie Skiarea Campiglio Dolomiti di Brenta za jedyne 263 euro za osobę. Nie jest to mało, ale liczymy na dobrą zabawę. Razem z Pinzolo, położonym nieco z boku, jest to ok. 150 km tras i 60 wyciągów.
       No to zaczynamy! Najpierw gondolki z Mrilleva 900 do Marileva 1400. Nawet nie ma specjalnej kolejki. Później przesiadka do gondolki na Malga Panciana (1886 m n.p.m.). No i tu widok kolejki do kolejki dech zapiera. Przemierzając drogę między jedną gondolką a drugą, warto rzucić okiem w bok, na wyciąg krzesełkowy nr 16 w kierunku Orti (również 1886 m). Czasami, z bliżej niewyjaśnionych powodów, do gondolki czeka tłum ludzi, a do krzesełek jest całkiem niewielu chętnych. Tymczasem jest to dobra alternatywa, bo z Orti też można dojechać do Malga Panciana. Niestety, aby móc jechać dalej w kierunku Madonna di Campiglio, trzeba zabrać się na wyciąg nr 19 na Monte Vigo (2197 m n.p.m.). Tu to dopiero jest tłum oczekujących. Pierwszego dnia decydujemy się stanąć i okazało się, że czas oczekiwania przekroczył 20 minut. W kolejnych dniach decydowaliśmy się na różne alternatywne rozwiązania pozwalające przeczekać ten szczyt kolejkowy. Najciekawszym z tych rozwiązań wydaje się zjazd nieco niżej do wyciągu nr 18 wiozącego na Dos Della Pesa (2155 m n.p.m.) i nacieszyć się jazdą mniej uczęszczaną, ale bardzo ładną trasą nr 20 prowadzącą oczywiście do doliny Panciana. Zdecydowanie przyjemniej było zjeżdżać, nawet do Marilleva 1400, raz czy dwa, niż stać w koszmarnej kolejce.



     Docieramy w końcu na Monte Vigo. Tu robi się jeszcze ciaśniej bo znaleźliśmy się w miejscu gdzie łączą się wszystkie trzy ośrodki. Chociaż formalnie i biletowo, Madonna di Campilio rozpoczyna się dopiero po zjeździe trasą nr 10, od kanapy nr 35. Można też pojechać trasą nr 12 do Folgaridy. My jednak, zgodnie z przyjętym planem jedziemy "dziesiątką". Kanapa nr 35 wywozi nas na 2143 m n.p.m. Skąd już można zjechać "prosto" do Madonny. Oczywiście jest kilka wariantów tego zjazdu, więc w kolejne dni można sobie urozmaicać zjazdy na różne sposoby.
     Przed nami mostek nad drogą przecinającą miasto. Jego powierzchnia jest lekko nachylona w kierunku Groste, czyli tam gdzie my jedziemy. Dla podążających w przeciwnym kierunku jest ruchoma taśma podwożąca zmęczonych narciarzy. Gdy zjeżdżamy z mostku naszym oczom ukazuje się wielce imponujący , częściowo schowany w wiacie stacji gondolek, tłum oczekujących na wjazd na Passo Groste (2444 m n.p.m.). Jak to zobaczyłem, to trochę mnie osłabiło. Przecież nie po to jechałem taki kawał drogi i nie po to wydałem tyle pieniędzy na karnety aby spędzać większość czasu w kolejkach do wyciągów. Tuż przy stacji jest knajpa, więc przysiadamy na małe conieco, grzane wino na pierwsze danie i calimero na drugie. Pokrzepieni w ten sposób zdecydowanie lepiej znosimy wyczekiwanie w kolejce i liczne pokazy bezczelności narciarzy chcących na różne sposoby, niezbyt eleganckie, skrócić sobie czas oczekiwania. Nieważne czy to Włosi, czy Niemcy, czy Holendrzy, czy Szwajcarzy, czy Polacy czy też ktokolwiek inny. Z ludzi wychodzi ich prawdziwa natura. Bo ci bogaci i bardzo kulturalni przedstawiciele "starej" Europy nagle zostają odarci ze swoich masek. Bo już nie jest miło i komfortowo. I nagle wielu z nich okazuje się zwykłymi burakami. No tak, gdy wszystko jest dobrze, gdy nic się nie dzieje i można się chwalić swoją zamożnością łatwo jest pokazywać jakim jest się wspaniałym. Nieco gorzej jest gdy życie nie rozkłada przed nimi czerwonego chodnika. Ale nich im tam, poczekam chwilę dłużej. Pogoda jest piękna, góry jeszcze wspanialsze.



       Udaje nam się w końcu zapakować do wagonika. Uwaga! Nie wysiadamy na stacji pośredniej, jedziemy dalej. Gdy już się wjedzie na Groste najpierw trzeba na chwilę przystanąć i rozejrzeć się dookoła. Jak tu jest pięknie! A teraz decyzja: czy jechać mocno w dół, czy poprzestać na zjeździe do kanapy nr 47, która może nas wynieść na Passo Groste, czyli na 2504 m n.p.m., najwyższy punkt w okolicy? No oczywiście, chcę wjechać jak najwyżej. Bo góry lepiej widać z góry. Jazda na kanapie to także dobra sposobność do zrobienia paru zdjęć. Leżące pod wyciągiem różne przedmioty przypominają o konieczności zachowania szczególnej ostrożności. Nie zależy mi zbytnio by stać się mimowolnym udziałowcem tego składowiska. Co prawda Słońce nie zawsze chce współpracować i czasami nie ustawia się pod właściwym kątem, ale coś tam udaje się zdjąć. Widoki są jak z folderów turystycznych, tylko jak to przełożyć na ciekawe zdjęcia?


       Zjazd z Groste to wyjątkowa przyjemność. Trasa jest długa, szeroka i z cudownymi widokami. Ludzi jest bardzo dużo, ale daje się jeździć. Po drodze są też punkty wsparcia, gdzie można uzupełnić płyny ewentualnie nieco się posilić. Nie polecam jedynie wyboru zjazdu dolnego odcinka trasą nr 66. Początkowo nawet nie jest najgorzej, ale później następują długie wypłaszczenia a po nich okropny odcinek od dolnej stacji wyciągu nr 40 do mostka na drugą stronę. Od razu można zapomnieć o wszystkich przyjemnościach, które przed chwilą się przeżyło. Jeżeli już jednak się tu zabłądziło, to jedyne rozsądne wyjście to wsiąść na ten wyciąg nr 40 i wjechać nim na Monte Spinale (2101 m n.p.m.). I dopiero stamtąd poszusować do Madonny. Do wyboru czerwienie i czernie, na co kto ma ochotę. A zjeżdżając z Groste, jeśli chcemy zjechać prosto do Madonny, pamiętajmy pojechać w lewo do wyciągu 41, który odrobinę nas podwiezie i będziemy mogli śmignąć sobie trasą 73 i 77 lub 74 (czarna). Tak, Groste i Monte Spinale daje możliwość nacieszenia się jazdą na nartach.


       Pora wracać w kierunku Marillevy-Folgaridy. Przez chwilę zapomniałem o koszmarnych kolejkach, jednak tu następuje ponowne bolesne zetknięcie z rzeczywistością. Co prawda w kolejce do taśmy przewożącej przez most nie trzeba czekać, można po prostu podejść pod to niewielkie wzniesienie, to jednak kanapę 32 trudno jest ominąć. Odstaliśmy tam 35 minut. Owszem jest okrężna droga, można dotrzeć, choć niebyt komfortowo, do kolejki gondolowej nr 31. Później już całkiem przyjemnie zjechać trasą nr 50 do kanapki nr 34 i ... dowiedzieć się, że właśnie ten wyciąg, zupełnie wyjątkowo, nie działa. A zatem pozostaje powrót do Madonny i pokorne odczekanie swojego w kolejce do kanapy nr 32. Dopiero stojąc w takiej ogromnej kolejce człowiek się irytuje widząc, że nie wszystkie miejsca na kanapie są zajmowane. Bo państwo chcą jechać tylko we dwoje, bo ktoś tam nie może się rozdzielić, itd. itd. I nic na to nie można poradzić.



       Czy ja coś narzekałem na długie oczekiwanie w kolejkach? Gdy dotarliśmy do wyciągu nr 6 mającego nas wwieść na Monte Vigo skąd można skierować się, w zależności od kaprysu, do Marillewy lub do Folgaridy, szczęka mi opadła. Tylu ludzi oczekujących w kolejce, to jaszcze nigdzie i nigdy nie widziałem. Gospodarze próbują pocieszać kolejkowiczów wielkim plakatem z informacją, że już w przyszłym sezonie, będzie nowa, większa kanapa, ale puki co, nie ma wyjścia trzeba czekać, ok 45 minut. Przy tak długim oczekiwaniu, to już nawet człowiek nie ma siły się złościć. Macham ręką na buraków przepychających się w kolejce. Ale za to jak już w końcu wjadę ...
       No co? Co, jak w jadę? To skieruję się w stronę Folgaridy (trasa nr 9 itd.) Bo tam, jest kilka fajnych miejsc do zakotwiczenia i ochłonięcia. Nic tak nie koi skołatanych nerwów jak dobra biesiada. Nam najbardziej przypadł do gustu lokalik położony na Malghet Aut, o zachęcająco zaczynającej się nazwie "szalet ...", a dokładniej Chalet degli Angeli (chatka aniołów). Są tam też i inne knajpki. Wszędzie można przyzwoicie zjeść. Wszędzie jest gwarno i gra jakaś muzyka. No i kapitalne widoki przez okna. Do tego w "Szalecie" od lat pracuje Polka, pani Ewa. Gdy tylko szef zorientował się, że jesteśmy z Polski, nie omieszkał pochwalić się znajomością kilku polskich słów oraz właśnie tym, że zatrudnia naszą rodaczkę. Oczywiście skorzystałem z okazji i zamieniłem z panią Ewą kilka słów. Co ważniejsze, od kilku ostatnich lat wyraźnie daje się odczuć, że Włosi zaczęli zauważać, że jednak całkiem sporo Polaków spędza u nich ferie i coraz bardziej to doceniają. Zdaje się, że stajemy się dla nich ważną grupą klientów. Całkiem to sympatyczne. I tak sobie siedząc przy niezłym jadle i jeszcze lepszych napojach, tym razem najlepiej wchodził mi aperol spritz (drink na bazie proseco i aperolu), ochłonąłem po kolejkowych emocjach.
  


     Powrót popołudniową porą do Marilewy, szególnie trasa nr 23, jest dosyć wymagający. Najpierw pojawiają się MULDY. Po chwili MULDY. A  za kolejnym zakrętem, zupełnie niespodziewanie MULDY. Można się świetnie bawić w chowanego, bo bez trudu można ukryć za setkami kolejnych garbów śnieżnych.
       Marilleva 1400 to spore centrum narciarskie, z knajpami, hotelami, sklepami i serwisami narciarskimi. Osobiście miałem okazję przekonać się, że w tych serwisach pracują fajni i kompetentni ludzie. Pierwszej nocy odświeżyli nam narty. Przez kolejne dwie walczyli ze skorupą mojego nowego prawego buta. Nie wiedzieć czemu okazał się zdecydowanie za wąski w części środkowej, co mocno utrudniało rozkoszowanie się jazdą po naprawdę pięknych trasach. Po dwóch kolejnych nocach kształtowania skorupy na specjalnym urządzeniu, w końcu but nadawał się do jazdy. Fajną rzeczą są też przechowalnie butów narciarskich i nart. Dzięki temu na dół można już zjeżdżać gondolką w normalnym, wygodnym obuwiu. Och! Jak miło. Bo jak to mawiają starzy, doświadczeni narciarze, w narciarstwie najprzyjemniejszym momentem jest ten, kiedy w końcu zdejmujemy te cholerne buciory narciarskie. Wtedy świat jest najpiękniejszy.



       Jak te ferie szybko minęły! Trasy w rejonie Dolomiti di Brenta są wspaniałe. Co prawda mogłoby być odrobinę mniej ludzi na stoku, ale i tak już nie mogę się doczekać kolejnego wyjazdu na narty. A co do tłumów, to jak nam wyjaśnili właściciele naszego hotelu, przyjechaliśmy w okresie włoskiego karnawału, kiedy włosi masowo wyruszają na urlopy, a tego nie należało robić pod żadnym pozorem.



Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...