piątek, 22 lipca 2016

Marina Frapa -muśnięcie wielkiego świata

       



       W Vodicach o poranku bez zmian, cisza i spokój. Woda w zatoczce jak wyprasowana. Dopiero koło ósmej przepłynęły dwie motorówki i zarysowały nieskazitelne lustro wody. I dalej nikt z mariny nas nie odwiedził. W zasadzie można by odpłynąć po cichutku i pewnie by nikt tego nie zauważył. Ale to by było nie po krasnoludzku. Biorę papiery i idę do biura. Długo musiałem tłumaczyć pani w recepcji, że ona nie ma naszych dokumentów, że przypłynęliśmy wieczorem i nikt nas nie odwiedził. W końcu udało mi się ją przekonać i raczyła przyjąć ode mnie zapłatę za postój w wysokości 546 kun, czyli 73euro. Sama marina ACI w Vodice jest całkiem przyjemna i niemała. Oferuje 290 miejsc postojowych, choć jak zwykle jest to niestety ściema. Większość miejsc jest stale zajęta, Fajny budyneczek klubowy, przyzwoite zaplecze socjalne, zadbane skwery, obsadzone kwiatami. Tyle, że świat za płotem jest zupełnie inny. Jakoś tak, byle jak, bałaganiarsko, nie widać gospodarza. Przez to traci również marina, bo brakuje klimatu, nie ma tego czegoś, że ma się ochotę usiąść ze szklaneczką czegoś dobrego w ręku i po prostu sobie posiedzieć i pogapić na świat.
       A Vodice? Eee? To taka bardzo lokalna metropolia, ok 4500 mieszkańców. Na pierwszy rzut oka nic specjalnego. Trochę dużych hoteli.  Może następnym razem będę miał więcej czasu i jednak coś ciekawego znajdę. Uzupełniamy zatem zaopatrzenie i płyniemy dalej, tym razem do Marina Frapa. Pierwsza część drogi, ta którą wczoraj pokonywaliśmy po ciemku, wymaga uwagi zarówno w nocy jak i w dzień. Bardzo dużo niewielkich skalistych wysepek, często wystających z wody zaledwie na kilkadziesiąt centymetrów. Niczym grzbiety stojących w morzu olbrzymich dinozaurów. Przy spokojnej wodzie nie ma problemu, ale gdy tylko pojawia się fala, momentami te skałki znikają z pola widzenia. Na wszelki wypadek omijamy je w bezpiecznej odległości. Mamy wiatr w nos, więc po prostu odpływamy od brzegu i niebezpieczeństw czających się w jego pobliżu. Mimo, że w nos to jednak jest bardzo przyjemnie, bo dmucha dosyć rześko i stosunkowo równo. Mamy więc kawałek naprawdę fajnego żeglowania z odrobią adrenaliny. Od czasu do czasu coś przeleci z jednej burty na drugą. Morze testuje jakość zaształowania elementów ruchomych i bezlitośnie obnaża wszelkie niedociągnięcia.


       Marina Frapa schowana jest w dużej, głębokiej zatoce Rogoznica. Doskonałe schronienie dlajachtów przy kiepskiej pogodzie. Do celu dopływamy ok 1530, więc stosunkowo wcześnie. Dzięki temu nie ma problemu ze znalezieniem wolnego miejsca. Z resztą jak przystało na porządną chorwacką marinę, już z daleka ktoś tam do nas machał pokazując abyśmy podążali za nim. Pokazał miejsce, pomógł przycumować. Z uśmiechem na ustach. Chwilę po nas przypłyną niesamowity regatowy jacht Austria One z zawodowym skiperem. Pełna powaga. Na sugestie człowieka z mariny przy cumowaniu, skiper odburknął żeby gościu się nie wtrącał bo nie zna procedury cumowania. Atmosfera nieco się zmroziła. Na szczęście szybko pojawiły się kolejne jachty, którymi mogła zająć się obsługa mariny i wszystko powróciło do pogodnej, przyjaznej normy. A marina? Spora. Przy kejach może się zmieścić nawet 500 jachtów. Zaplecze rozbudowane. Pierwszy budynek z zapleczem socjalnym i knajpką już na kei. Całkiem fajnie to wygląda. Do tego spore akwarium wygrodzone siatką z zatoki, w którym pływają dorodne ryby. Podejrzewam, że jest to zaplecze kuchni lokalu znajdującego się powyżej. Dalej kolejne knajpki, zaplecze socjalne, liczne sklepiki, minipark, basen (niestety chwilowo nieczynny), jeziorko otoczone pionowymi skałami. Faktycznie atrakcyjne miejsce. A patrząc na parking, to chyba lubiane przez bardzo zamożną klientelę. A cena za postój nie odbiega od innych chorwackich marin, 70 euro, czyli 525 kun.


       Marina Frapa leży po zachodniej stronie zatoki a miasteczko Rogoznica dokładnie po przeciwnej stronie. Kiedyś będąc w środku sezonu miałem okazję przejechać się z mariny do miasteczka „ciuchcią”, ale na początku czerwca jeszcze większość Chorwatów nie obudziła się z zimowego snu. Chcąc więc zobaczyć co tam jest trzeba się przejść. Może to i dobrze, bo żeglowanie nie daje zbyt wielu okazji do poruszania się i raczej nie ma co marzyć o wyrobieniu normy 10 000 kroków zalecanej przez doktorów.


        Rogoznica to niewielka miejscowość, około 1500 mieszkańców. Oczywiście żyje przede wszystkim z turystyki. Niewiele ma do zaoferowania jeśli chodzi o zwiedzania, ale nawet tego niestety nie dane mi było obejrzeć, choć to już moja druga wizyta w tym miejscu. Spacer nadbrzeżnym bulwarem to całkiem przyjemna rzecz. Oczywiście wszystko jest tak zrobione aby podobało się turystom i aby mogli oni zostawić tutaj jak najwięcej pieniędzy. Dominują więc tutaj bardzo liczne knajpki i sklepy z pamiątkami. Przy brzegu cumują różne wycieczkowe pływadełka i parę jachtów. Skusiliśmy się aby przysiąść w jednej z owych restauracji. Przyjemnie, klimatycznie, smacznie, czyli dokładnie tak jak ma być. W drodze powrotnej jeszcze lody. Słońce już zaczęło chować się za horyzontem. Zrobiło się nastrojowo. Marina Frapa efektownie podświetlona. Jutro jeszcze tylko powrót do Trogiru i koniec kolejnego rejsu po Adriatyku. Im więcej czasu tu spędzam tym bardziej mi się podoba, choć nie ukrywam, że tęsknię za Grecją. Może w przyszłym roku?



       Ten rejs to jednak przede wszystkim nowe doświadczenia żeglarskie. Pierwszy raz w życiu pływałem na Elanie. No cóż nasz Elan 444 Impression mnie rozczarował. Może zbyt dużo oczekiwałem. Gdy wyszło, że będziemy pływali na niemal nowym jachcie, całkiem dobrze wyposażonym a do tego świetnie prezentującym się na zdjęciach, wydawało mi się, że to będzie takie wielkie Ach!!!! A tym czasem, poza ładnym wyglądem okazało się, że jest to wciąż niedopracowana konstrukcja, niektóre elementy wyposażenia to tylko atrapa, biedny Zygmunt musiał sporo się natrudzić aby udrożnić odpływ z kuchennej umywalki i doprowadzić do ładu odpływ w dziobowej łazience, z której dobywał się smród jak z nieczyszczonej przez lata chlewni. No a awaria steru była wręcz kuriozalne. Ciekawostką jest również to, że i za taką awarię opowiada czarterujący. Gdybyśmy nie wykupili ubezpieczenia kaucji popłynęlibyśmy na 1500 euro. Trzeba przyznać, że czarterodawcy bardzo korzystnie, dla siebie, sformułowali umowy. Cokolwiek się nie dzieje i tak płaci czarterujący. Duży może więcej! Ubezpieczajmy się.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz