czwartek, 12 lipca 2012

Wyprawa na Lofoty – Borge



Żegnamy Bodo



Dzień czwarty – dojeżdżamy do celu.

Nawet ja, stary śpioch, nie miałem problemu z porannym wstawaniem. Która godzina by nie była, zawsze był dzień. Wstałem więc sobie, zanim jeszcze inni rześko wyskoczyli z koi i powędrowałem po chleb. W bezpośrednim sąsiedztwie żadnego sklepu spożywczego nie było, a ja myślałem, że kupię moim kompanom świeży chleb w piekarni. Znalazłem niebawem jakieś centrum handlowe, ale byłem pół godziny przed otwarciem pierwszego z otwieranych sklepów. To nie Polska. Pierwszy sklep jest otwierany o godzinie 9. Chcąc nie chcąc idę na krótki spacer po mieście. Przechodzę obok muzeum lotnictwa, podobno to spora atrakcja, niestety nie mamy czasu aby tu pozostać dłużej i sprawdzić czy faktycznie tak jest. W końcu otwierają sklep, robie zakupy. Cóż za radość kupić bochenek chleba za jedyne 26-28 NKr.

Śniadanie upływa na w błogiej atmosferze. Pogoda jest nie najgorsza, może niezbyt ciepło, humory jednak dopisują. Kolejne samoloty przelatują nam nad głowami. Upychamy nasze tobołki i … i nie możemy ruszyć. No tak, od początku podróży ani na moment nie wyłączyłem lodówki a do tego w czasie ostatniego postoju cały czas ładował się jakiś telefon. W końcu akumulator pokazał nam gest Kozakiewicza i odwrócił się do nas tyłem. Pamiętacie syrenki, trabanty i inne takie, zapalanie ich na pych nie było niczym niezwykłym. Tyle, że tym razem mamy do czynienia z autem, które waży prawie 1400 kg, jest wypchane po dach, a do tego to diesel. Nie będzie lekko. Kiedy rozpoczynaliśmy nasze zmagania, akurat obok przechodziła nasza zaprzyjaźniona recepcjonistka i zaoferowała się, że zapyta swojego szefa, czy jakoś nie może nam pomóc. Super! Najpierw pan Norweg pyta czy mamy startkable. No, nie mamy. Ostatni raz woziłem je ze sobą, kiedy miałem dużego fiata. Z różnych zakątków kampingu obserwuje nas parę osób w wyraźnym zainteresowaniem. Co też zrobią te śmieszne Polaczki? Uda im się, czy nie uda? Chwila zastanowienia i nasz Norweg błysnął prawdziwym geniuszem. Pokazał nam, w którą stronę mamy pchać auto, aby było z górki! No, po prostu rewelacja! Na szczęście nasza czwórka jest silna i zwarta i w końcu udaje nam się uruchomić naszego Touranika.

W czasie zmagań z zapłonem nikt nie patrzył na zegarek. A tu się okazało, że zajęło nam to znacznie więcej czasu niż nam się wydawało. Nagle okazało się, że mamy niewiele czasu do odejścia promu. Ruszamy więc żwawo, a tu się okazuje, że droga pokazywana przez nawigację właśnie jest w przebudowie i nie ma nią przejazdu, a jakoś tak dziwnie się składa, że nie znam zbyt dobrze Bodö. Mimo wszystko docieramy na przystań promową przed promem. Jest tu już całkiem sporo różnych pojazdów. Robi się trochę gorąco. Z niepokojem obserwuję chłopaka, który sprzedaje bilety. Bardzo długo do nas nie podchodzi. W końcu jest, kasuje swoje drobne 1180 NKr. Skoro kasuje to znaczy, że się załapiemy. Okazuje się, że jesteśmy jednymi z ostatnich, którzy mieszczą się na promie. Przyznaję, że gdy wreszcie wjechaliśmy na pokład poczułem sporą ulgę. Było trochę emocji, bo promy z Bodö do Moskenes nie kursują zbyt często. Skoro wszystko skończyło się szczęśliwie, to ruszamy do baru. Aha, aha. Spokojnie, luzik. Jesteśmy w Norwegii. Poprzestajemy na kawie, paskudnej skandynawskiej przelewajce, za 27 NKr za kubeczek. Zaczynam tęsknić za Włochami, gdzie za 1,5 Euro można napić się pysznej espresso. Zderzenie z cenami norweskimi jest bardzo mocne. Odpuszczamy konsumpcję. Książki zostawiliśmy w samochodzie. Plener fotograficzny też już się skończył. Co robić, podróż z Bodö do Moskenes trwa około 3,5 godziny. Niespodziewanie z pomocą przychodzą nam telefony komórkowe. W każdym są jakieś gry. Więc jak szalone małolaty wpatrujemy się w maleńkie ekraniki i przebieramy kciukami.


Zbliżamy się do Lofotów

Docieramy do Moskenes. Już samo podejście do portu sprawia, że jest się zauroczonym widokiem. Zupełnie fantastyczny krajobraz gór schodzących wprost do morza. Już na starcie jest pięknie. 


Widok na Moskenes

Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów i docieramy do Borge. Do oznaczeń miejscowości i ulic w Norwegii trzeba się przyzwyczaić. Są inne niż te, które znamy z Polski, czy choćby z Niemiec. No, ale o to, to raczej trudno mieć jakieś pretensje. Sprawia to jednak, że nie za pierwszym razem trafiamy na Bjørnsand, gdzie jest nasz domek. Na szczęście pamiętamy ze zdjęć jak on wygląda i bez trudu go namierzamy. Wjeżdżamy w końcu na właściwą drogę, ot tak sobie polna, szutrowa droga. I nagle stop. To droga prywatna i trzeba wrzucić do puszki 20 NKr za przejazd.

Docieramy do celu, kilkanaście minut później przybywają gospodarze, z którymi wcześniej kontaktowaliśmy się telefonicznie. Dwoje sympatycznych, starszych ludzi. Przekazanie domku przebiega szybko i sprawnie, bez zbędnych formalności. Jedynie wpłacone przeze mnie pieniądze: kaucja 900 NKr i 1100 NKr za końcowe sprzątanie odnotowują skrupulatnie i zostawiają nam pokwitowanie. I jeszcze miła informacja, za przejazd prywatną drogą, jako mieszkańcy tego domku, nie musimy płacić.


Nasza baza na najbliższy tydzień

Dom wewnątrz jest zdecydowanie sympatyczniejszy niż można by się spodziewać po jego wyglądzie zewnętrznym. Na dole kuchnia i salon, u góry trzy sypialnie. Gospodarz mówi, że jeśli będziemy mieli ochotę, to możemy rozpalić kozę stojącą w kuchni. W środku lata rozpalać kozę? To chyba przesada. Na pewno zaś przesadą było powiedzenie, że u góry są trzy sypialnie. Owszem, są trzy pomieszczenia. Jedna sypialnia, z porządnym podwójnym łożem i dwa niewielkie pokoiki nadające się na sypialnie dla dzieci. Magda i Witek byli na tyle uprzejmi, że sami zadeklarowali, że będą spali w jednym z tych małych pokoi. Oczywiście dokonaliśmy całkowitego przemeblowania, aby choć w niewielkim stopniu to coś mogło być namiastką normalnej sypialni dla dwojga dorosłych ludzi.



Nasza plaża

Pożegnaliśmy gospodarzy, zagospodarowaliśmy się, zjedliśmy pierwszy posiłek w nowym miejscu, a tu ciągle widno. Nie ma innej rady, tylko trzeba się gdzieś przejść. Ze wstępnego rozpoznania wynika, że gdzieś niedaleko powinien być cypel wyspy, z którego będzie można obserwować Słońce wędrujące nad linią horyzontu. Wyruszamy więc w drogę. Najpierw piękna plaża w zatoczce (jaka szkoda, że jest tak zimno), później jakieś dziwne ogrodzenie, przez które po prostu przechodzimy i gigantyczne rumowisko skalne. Skaczemy z kamienia na kamień podążając za Słońcem. Wciąż jednak nie widać ani końca rumowiska ani naszego cypla obserwacyjnego. Gdzieś koło północy dajemy za wygraną i zawracamy. Niestety, nie jesteśmy prawdziwymi twardzielami. Koło pierwszej wracamy do naszego domu. Można by położyć się spać. Przynajmniej tak podpowiada rozsądek. Tymczasem wciąż jest zupełnie widno. Zakładamy na okna koce. Postanowiliśmy, że pora spać, więc pora i koniec!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz