wtorek, 10 lipca 2012

Wyprawa na Lofoty – Bodö





Dzień trzeci – Wjeżdżamy do Norwegii – Bodö

       I znowu piękny poranek, i znowu ciężko się zebrać do drogi. Zupełnie inaczej wygląda to na papierze, kiedy zlicza się kolejne setki kilometrów, a zupełnie inaczej, gdy trzeba odsiedzieć w samochodzie kolejny dzień, gdy na siedzeniach pojawiają się odciski. Świecące Słońce ma jednak zbawienny wpływ, dodaje nam energii by wyruszyć w dalszą drogę. Do tego ciekawe otoczenie dróg a i na samych drogach też można poczynić różne interesujące obserwacje. Zaskoczyła nas np. bardzo duża ilość jeżdżących starych amerykańskich krążowników szos. Takich ogromnych z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych z mnóstwem chromu i wielkimi skrzydłami. Pojawiały się też modele nieco starsze i nieco młodsze. Niektóre były tak dopieszczone, że można było się w nie zapatrzyć i spowodować wypadek. Osobiście nie jestem miłośnikiem tego typu pojazdów. Zalatuje mi to szpanerstwem i tandetą. Z drugiej jednak strony jest coś fajnego w tym, że tak wielu ludzi ma jakąś „korbę”. Świat jest przez to piękniejszy, bardziej kolorowy. A przy tym ciekawe zjawisko socjologiczne. Ci bogaci Szwedzi, którym niczego nie brakuje, mający swoje doskonałe samochody, chcąc się wyróżnić, może coś zademonstrować, może wyrazić jakieś skrywane emocje przesiadają się do tych kiczowatych pojazdów. Coś jednak w tym jest. My, póki co, mamy swojego VW Tourana, którym wciąż mkniemy w siną dal z prędkością dochodzącą momentami do 110 km/h.
       Mknąć to my sobie możemy po autostradzie, ale gdy tylko ona się kończy, ograniczenia prędkości skutecznie nas wyhamowują. To takie szybkie przebieranie nogami, ale w powietrzu, bo jakiś olbrzym trzyma nas za szelki i jesteśmy kompletnie bezradni. Wymyśliłem sobie, że w pewnym momencie zjedziemy z drogi E 04 na drogę 95, już bez literki E. Droga ta literki co prawda nie ma, ale prowadzi w najkrótszy możliwy sposób, prawie prosto, do Bodö, gdzie chcieliśmy tego dnia dojechać. Przy okazji mogliśmy przekonać się, że jeszcze nie wszystko jest w Szwecji takie idealne na drogach. Ciężko było zauważyć, w którym momencie jest ten zjazd. Ten element oznakowania zdecydowanie lepiej oznakowany jest w Niemczech i Danii.
       Odległości w Skandynawii są całkiem spore, więc i paliwa też potrzeba odpowiednio dużo. O ile przy trasie E 04 nie brakuje stacji paliwowych, to po zjechaniu na drogę nr 95 szybko się zorientowaliśmy, że tu nie ma co specjalnie liczyć na mnogość lśniących z daleka paliwodajni różnych znanych marek. A w baku robi się coraz bardziej sucho. W kolejne osadzie zauważam znak, który prawdopodobnie oznacza stację paliwową, ale takowej nigdzie nie zauważam. Nie chce mi się zawracać, jedziemy dalej. Przecież przejechaliśmy po tej drodze już tyle kilometrów, że w końcu coś musi być. Wskazówka od paliwa niebezpiecznie blisko zera, sygnalizacja rezerwy już od jakiegoś czasu. Dojeżdżamy do kolejnej wioski i ku mojej radości widzę strzałkę kierującą do stacji Shell, co raduje mnie podwójnie. Uzupełnię paliwo a do tego zapłacę kartą euroshell co jest dla mnie wygodne. Tyle, że strzałka była, a stacji jakoś nie widać. Tym razem jednak nie odpuszczam, bo nie mam wyboru. Jadę w kierunku wskazanym przez strzałkę i w końcu na jakimś wielkim placu, ze żwirową nawierzchnią, który wygląda jak wielki skład tarcicy albo węgla znajduję jeden dystrybutor z czytnikiem kart a przy nim jeden niewielki zbiornik z olejem napędowym. Ot i cała stacja. Oczywiście w pobliżu nie ma żywego ducha. Zaczynam wczytywać się w instrukcję obsługi i ku mojemu zdumieniu czytam: włóż do czytnika kartę euroshell … No nie możliwe, patrząc na to z daleka, w życiu bym nie uwierzył, że jakoś tu zatankujemy, a do tego zapłacę euroshellem.  To jest dopiero doświadczenie. A przy okazji, może i w tej poprzedniej wiosce była taka „stacja”, tylko na nią nie zwróciliśmy uwagi, szukając czegoś, co przypominałoby te stacje, jakie znamy z Polski.
       Przy okazji tankowania nieco odsapnęliśmy. W wiosce było też prawdziwe centrum handlowe, więc je przez chwilę pozwiedzaliśmy. Zwiedziliśmy też toaletę w tym centrum i podwójnie zrelaksowani mogliśmy ruszyć dalej. Ponieważ przestało nas niepokoić widmo pchania przez sto kilometrów, wypchanego po dach Tourana, mogliśmy znowu powrócić do delektowania się widokiem za oknami. A było na czym oko zahaczyć. Już nie było drzew jakie znamy z naszych lasów. Wszystko jakoś zmalało. Drzewa jakieś takie delikatne, wiotkie. Sporo wilgoci. A w tle ośnieżone góry. Już na pierwszy rzut oka widać, że wiosna zawitała tu całkiem niedawno, zieleń dopiero się rozwija. Zrobiło się jakoś bardziej surowo. Patrzymy na to wszystko, zafascynowani innością. Zatrzymujemy się by zrobić kilka zdjęć. Schodzę z nasypu, którym biegnie droga, mijam kilka krzaków i wychodzę nad niewielką rzekę a po drugiej stronie rzeki … łosie. Trochę zaskoczyło mnie to spotkanie. Tak, tak, czytałem że tutaj tak jest, ale znowu przekonałem się, że doświadczenie czegoś osobiście to coś zupełnie innego niż czytanie o tym lub oglądanie w telewizji. Nacieszyliśmy się tym widokiem i ruszyliśmy dalej. 


Ale niebawem znowu łosie, tylko, że tym razem na drodze. Kompletnie nic sobie nie robią z naszej obecności. Właśnie postanowiły w tym miejscu przejść przez drogę i już. Ależ ożywienie w samochodzie. Zatrzymałem się, zrobiłem kilka zdjęć przez otwarte okno i gdy tylko stado opuściło drogę, pojechaliśmy dalej. Ale znowu niespodzianka. Tym razem drogę zatarasowały renifery. Znowu stop, znowu kilka zdjęć przez okno i dalej w drogę. Ależ to jest niesamowite, mieć na wyciągnięcie ręki te wspaniałe zwierzaki.


       Widoki widokami, ale od czasu do czasu trzeba coś zjeść. Jechaliśmy przez tereny dosyć mokre, nie było zbyt wiele odpowiednich miejsc na piknik, ale w końcu coś się znalazło. Okazało się, że to kamping. Kilka miejsc dla kamperów i jedna chata. I do tego instrukcja samoobsługi z numerem telefonu do jakiegoś opiekuna. Biwakować nie zamierzaliśmy, ale obiad zjedliśmy tam z prawdziwą przyjemnością, mimo wyraźnego ochłodzenia.

Camping z jedną chatą. 
       Jadąc naszą drogą nr 95 natrafiliśmy na jej remontowany fragment o długości kilkudziesięciu kilometrów. Wyglądało to dosyć interesująco, by nie powiedzieć, że wręcz zagadkowo. Otóż betonowa wierzchnia warstwa, na całej szerokości została zamieniona w swego rodzaju szutrowisko i to z dosyć dużymi kamieniami. Ciekawe wrażenie jechać przez dłuższy czas po czymś takim. Oczywiście były znaki ograniczające prędkość do 30 km/h. Jechało przede mną kilka aut osobowych. Natychmiast wszyscy zwolnili i grzecznie ustawili się w sznureczku. W pewnym momencie dostrzegłem w lusterku doganiającą nasz konwój ciężarówkę.Kierowca tejże ciężarówki, jak tylko zobaczył, że nic nie jedzie z naprzeciwka, natychmiast przyspieszył i zaczął wyprzedzać wszystkich za jednym zamachem, rozpędzając się przy tym do stosunkowo dużej prędkości. Nastąpiła prawdziwa kanonada kamieni wystrzeliwanych spod kół ciężarówki tego idioty. Wyprzedzany konwój natychmiast stanął prawie w miejscu chcąc przepuścić szalonego tirowca. Na szczęście uniknąłem jakichkolwiek uszkodzeń a i inni też chyba wyszli bez poważniejszego szwanku. A mówią, że polscy kierowcy są nienormalni.
       Droga wspina się coraz wyżej. Przepiękne górskie krajobrazy. Prawie nie ma ruchu, żadnych budynków. Jest cudownie. Jedziemy prawdziwą górską trasą. W ten sposób docieramy do granicy szwedzko-norweskiej. Na granicy nie ma nikogo, tylko ograniczenia prędkości.  Jak na razie to tylko one świadczą o tym, że już nie jesteśmy w Szwecji. Władze Norwegii jeszcze mniej mają zaufania do umiejętności i rozsądku kierowców, więc najczęściej jeździ się po Norwegii z prędkością do 60 lub do 80 km/h. Dużo się nasłuchałem i naczytałem o wysokości mandatów w Norwegii, więc bardzo starałem się stosować do podawanych ograniczeń. Szybko się jednak okazało, że sami Norwegowie mają znacznie mniej szacunku do swoich przepisów drogowych i co chwilę byłem przez kogoś wyprzedzany. Postanowiłem się jednak nie dać sprowokować. Nie zarabiam tyle co miejscowi. A może to była wręcz prowokacja? Miejscowa policja zauważyła Polaka i natychmiast wysłała swoich tajnych agentów do przeprowadzenia swego rodzaju „zakupu kontrolowanego”, ale ja się nie dałem, byłem twardy.
       I tak, opierając się norweskim prowokatorom dojechałem w końcu Bodö, naszej bramy do Lofotów. Tu mieliśmy spędzić noc w oczekiwaniu na jutrzejszy prom. Pierwsza próba znalezienia kampingu była nieudana. Owszem była strzałka, ale tylko jedna na początku, bez żadnej informacji o odległości. Pytaliśmy więc po drodze różnych ludzi o ten kamping, ale nikt nie potrafił nam powiedzieć gdzie on jest. Nieco rozczarowani zawróciliśmy do Bodö, gdzie miał być kamping w samym mieście. Tym razem się udało. Kamping raczej niezbyt atrakcyjny, kawał pola, kilka chatek i tyle. A i lotnisko za płotem, na szczęście nie jest to specjalnie wielki port lotniczy. Latają z niego samoloty na Lofoty.  Ceny na kampingu dosyć znacząco odbiegają od tych, które można znaleźć w przewodnikach dostępnych w Polsce. Wzięliśmy najmniejszy domek, za który zapłaciliśmy  370 NKr, co jak na tutejsze warunki i tak było niedrogo. W recepcji po przywitaniu, zaczęliśmy tradycyjnie, że we are loocking  smol … itd. Na co pani w recepcji odpowiedziała, że tak, mają takie coś i zapytała Where are you from? Na co mój przyjaciel,  rozemocjonowany rozmową po angielsku, odpowiedział: Haw much … I zrobiło się wesoło. Okazało się, że pani była z Polski, więc dokończyliśmy rozmowę w naszym ojczystym języku.

Camping w Bodo - godzina 22.
       Coraz zimniej. Kolację jemy już w domku. Z resztą i tak nie ma warunków na zewnątrz aby się rozłożyć z kolacją. Jakiś czas po północy, staliśmy przed domkiem i rozglądaliśmy się po niezbyt ciekawej okolicy. Jedynie górzyste wyspy niedaleko od brzegu urozmaicały krajobraz. W pewnym momencie ktoś mnie zapytał: „Widzisz gdzie jest Słońce?” Akurat tak stałem obrócony, że miałem je dokładnie na wprost przede mną, więc odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, choć nie całkiem w zgodzenie z intencjami pytającego, że „nie widzę, bo mnie Słońce oślepia”. Kolejna całkowicie biała noc przed nami..  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz