poniedziałek, 31 października 2011

Pomyłka Posejdona



       Żeglując po mniejszych i większych kałużach, szybko nauczyłem się, że co jak co, ale o prognozę pogody to trzeba dbać, a przede wszystkim trzeba ją mieć. Dla tego, nie będąc pewnym dostępu do prognoz w Grecji, poprosiłem moją córcię o przesyłanie mi wieści z Posejdona , czyli strony internetowej, która podaje m.in.  prognozy dla żeglarzy pływających po greckich morzach. Oczywiście można pilnować prognoz na UKF-ce, ale skoro jest takie dobre źródło informacji jak Posejdon, to czemu z  niego nie skorzystać? Na miejscu okazało się, że zarówno Marek, jak i Zenek, mogą wchodzić na stronę Posejdona. Zenek po prostu zabrał ze sobą komputer i korzystał z dostępu do internetu w knajpkach a Marek robił to za pomocą swojego telefonu. Ach ta współczesna technika! Meteorologicznie byliśmy więc obstawieni ze wszystkich stron. Co prawda, to co mogliśmy odczytać w podawanych informacjach nie było przeważnie nazbyt optymistyczne ale przynajmniej byliśmy świadomi sytuacji.

       Z Mykonos wyruszyliśmy z zamiarem dopłynięcia do Naksos. Był to kolejny dzień z prognozą 5-6 N. No cóż, nie tego oczekiwaliśmy wybierając się we wrześniu do Grecji, ale z tym jakoś da się żyć. Tym bardziej, że początkowo, płynąc między wyspami Mykonos i Delos, byliśmy nieźle osłonięci. Zmienialiśmy się więc przy kole, jak zwykle, co pół godziny, by każdy miał możliwość nacieszenia się prowadzeniem 39 stopowego jachtu. Gdy jednak wychyliliśmy się z opiekuńczych objęć Mykonos i Delos poczuliśmy, że faktycznie wieje. Fale coraz większe. Dzielnej załodze coraz trudniej było utrzymać właściwy kurs. W końcu przestaliśmy się zmieniać przy sterze. Kolejne refy na żaglach, a jacht gna jak szalony. W pewnym momencie  wskaźnik prędkości wiatru przekroczył 40 knotów. Na takie coś, to szanowny Posejdonie, się nie umawialiśmy. O.K. Duży może więcej, z koniem kopać się nie będę. Tymczasem port w Naksos zbliżał się bardzo szybko. Nawet jak wpłynęliśmy do zatoki Naksos, nie odczuliśmy zbytniej ulgi. Jedynie fale się zmniejszyły. Pomny problemów z manewrowaniem na wsteczu i biorąc pod uwagę siłę wiatru, zdecydowałem, że nie będę ryzykował wejścia do Naksos. Grzecznie i z pokorą skierowałem jacht w kierunku Paros, licząc, że tam znajdę lepiej osłonięte miejsce.
Piso Livadhi

       Pierwszym miejscem, które wydawało mi się odpowiednie do szukania schronienie było Piso Livadhi. Gdy zwijaliśmy foka podchodząc do zatoki zauważyłem, że mniej więcej w połowie liku przedniego żagiel zaczyna się drzeć. Będzie problem aby go wymienić przy tym wietrze. Na razie to jednak nieistotne. Sama zatoczka bardzo ładna. W porcie ciasno, ale rzucimy kotwicę na kotwicowisku przy plaży. Kamil nie mógł się powstrzymać, jak tylko rzuciliśmy kotwicę, skoczył do wody. Ku naszemu zaskoczeniu jacht w pewnym momencie zaczął się przemieszczać. Zdaje się, że kotwica nie trzyma. Ponawiamy próby raz po raz, wydając coraz więcej łańcucha. A tu lipa, jacht płynie sobie jakby nigdy nic. Zatoczka bardzo ładna, ale raczej nie spędzimy tu nocy.  Wg locji, na samym południu wyspy są dwa kotwicowiska. Skoro wiatr wieje z północy, to tam powinniśmy jakoś sobie przycupnąć. Bierzemy więc kurs na Ormos Faranga. Póki co, mocno zredukowany fok nie stanowi większego problemu.    

        Słońce już zachodzi gdy dopływamy do Ormos Faranga. Zatoka nie robi na nas specjalnego wrażenie. Na brzegu nieliczne zabudowania, nic specjalnego. Pewnie to wina zmęczenia wielogodzinnymi zmaganiami z silnym wiatrem i szaroburej pogody, że nie odczuwamy doznań estetycznych. A może, faktycznie, to miejsce nie zbyt ładne? W tym momencie nie ma to jednak znaczenia. Marzymy tylko o tym by wreszcie bezpiecznie zakotwiczyć. Miejsce wydaje się być nieźle osłonięte. Niewielkie fale, wiatr przelatuje, gdzieś wysoko nad nami. Podpływam bliżej brzegu, głębokość ok. 5 m. Rzucamy kotwicę, wydajemy ok. 25 m łańcucha. Z uwagą i napięciem obserwujemy co się dzieje. Do zatoki wpływa kolejny jacht, też szuka schronienia. Dobrze, że przypłynął, bo jego światło topowe, będzie dla nas dodatkowym punktem odniesienia. Na wszelki wypadek przygotowuję drugą kotwicę. Wydaje się jednak, że wreszcie stoimy. Skoro tak, to szykujemy kolację. Pora wreszcie się zrelaksować.

       Wiatr nie słabnie. Choć w samej zatoce wieje z prędkością 15-20 knotów, to mamy świadomość, że na otwartym morzu musi być znacznie silniejszy. Wyznaczam wachty, i gdzieś koło północy kładę się spać.

       Chyba płyniemy. Głos Beaty wyrywa mnie ze snu. Nie wiem jak długo spałem, ale to był prawdziwie kamienny sen. Jestem jak ogłuszony. Wychodzę na pokład i dłuższą chwilę próbuję złapać kontakt z rzeczywistością. Po pierwsze, dookoła sporo wody, więc jest o.k, żadne skały nam nie grożą. Sonda pokazuje 32 m głębokości. Nie ma wątpliwości, że zdryfowaliśmy. Rozglądam się dokoła i … Skąd te światła w oddali na trawersie lewej burty? Przecież w naszej zatoczce, było raptem kilka słabych światełek. Powoli wraca pełna świadomość. Wypchnęło nas z zatoki i to co widać, to światła na sąsiedniej wyspie Andiparos. W zejściówce pojawia się Marek, którego obudziła nasza rozmowa i uruchomiony silnik. Marek wciąga kotwicę i podpływamy znowu pod brzeg. Wyrzucamy tym razem dwie kotwice. Jedna z 30 metrami łańcuch druga z 30 metrami liny. Dłuższy czas przyglądamy się sytuacji, wydaje się, że tym razem nas trzyma. Kładę się znowu spać. Gdy wstałem o 04 00 na swoją wachtę, jacht znajdował się dokładnie w tym miejscu gdzie go zostawiłem idąc do koi.      
Wschód Słońca nad Ormos Faranga

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz