niedziela, 30 października 2011

W ODWIEDZINACH U APOLLINA


       Pojedyncze krople deszczu, silny, chłodny wiatr. Ludzie bezwiednie przyśpieszają kroku. Wciągają na siebie wszystko co ze sobą zabrali. Nie wiadomo skąd pojawia się sprzedawca parasoli. Przewodnicy oprowadzający zorganizowane wycieczki próbują realizować swój program. Terkoczą niczym karabiny maszynowe, wyrzucając z siebie niezliczone ilości informacji. Ludzie jednak są nieobecni. Rozbieganym wzrokiem szukają jakiegoś schronienia. A tu, jak na złość za wiele takich miejsc nie ma. Gdzieś tam, sporo dalej, jedna knajpa i budynek z co cenniejszymi eksponatami. Ale to daleko, a przewodnicy swoje…

       Hej! Ludzie! Jesteśmy w niezwykłym miejscu. Jednym z najważniejszych dla historii starożytnej Grecji, jesteśmy na wyspie Delos, w środku Cyklad, którą ją otaczają (gr. kyklos). I te kilka kropel deszczu i wiatr tego nie zmienią. Rozejrzyjcie się dokoła. Może trzeba trochę przymknąć oczy? Zobaczcie na te wazy leżące w nieładzie po murem. Pewnie zaraz przyjdzie właściciel i przywoła do porządku niewolników. Wąskimi uliczkami ludzie podążają w różnych kierunkach, może na targ niewolników, może do jednej z wielu świątyń, może załatwić jakąś ważną sprawę a może do teatru na przedstawienie. Przymrużcie oczy i przyjrzyjcie się dobrze. Oni tu są, ludzie sprzed ponad 2000 lat.

       Delos (ta, która się wyłania) przez wiele stuleci odgrywała bardzo znaczącą rolę w życiu Grecji. Nie mogło być inaczej, bo właśnie na tej niewielkiej wysepce, Leto urodziła Zeusowi Apollina i Atemidę. Wyspa, które do tego czasu tułała się po morzu, w nagrodę została zakotwiczona czterema diamentowymi słupami pośrodku Cyklad. Wg innej wersji wyspa wyłoniła się z morza po uderzeniu trójzębu Posejdona, który spełił rozkaz Zeusa, chcącego przygotować miejsce gdzie Leto mogłaby spokojnie urodzić boskie bliźnięta. Do sanktuarium Apollnina pielgrzymowali ludzie ze wszystkich stron greckiego świata. Te sanktuarium tworzyły trzy świątynie.  Co cztery lata odbywało się wielkie święto ku czci tego boga. Nieopodal znajdowała się świątynia Artemidy, nieco dalej sprośnego opoja Dionizosa. O niezwykłości tego miejsca i ludzi tam zamieszkujących świadczyło też to, że była tam również świątynia cudzoziemskich bogów. Czczono w niej Izydę, Serapisa, Kabirów (podobno dzieci Hefajstosa i nimfy Kabejro, niektórzy utożsamiali ich z Dioskurami, ale dokładnie nie wiadomo o co z nimi chodziło)  i bóstwa syryjskie.

       Jak to zwykle bywa, wątki religijne ściśle przeplatają się z biznesowymi i politycznymi. Miasto przez całe wieki spełniało tak doniosłą rolę, że nikt nie ośmielił  się podnieść na nie ręki. Dlatego nie było otoczone żadnymi umocnieniami obronnymi. Patrząc z dzisiejszej perspektywy wydaje się to zupełnie nieprawdopodobne. Przecież właśnie tutaj był skarbiec Związku Delijsko-Attyckiego (478-454 p.n.e.). Od połowy III w p.n.e. stała się wielkim centrum handlowym. Była jednym z największych ośrodków handlu niewolnikami. Podobno jednego dnia sprzedawano tutaj do 10 000 niewolników. Wyspa słynęła w starożytności również z powodu swego rodzaju czystości. Podobno omijały ją trzęsienia ziemi. Za panowania Pizystrata (540-528 p.n.e.) Ateńczycy usunęli z wyspy wszystkie groby. W 426 r p.n.e. wprowadzono zakaz umierania na wyspie.

       Niestety świat antyczny nie był doskonały. Próbujemy go idealizować widząc niegodziwości świata, w którym żyjemy teraz. Nic z tego. Chciwość i żądza władzy są z nami od najdawniejszych czasów. Upadek Delos nastąpił nagle. W roku 86 r p.n.e. (wg innych źródeł w 88), król Pontu Mitrydates wraz ze swoim wojskiem dokonał najazdu na wyspę. Splądrował ją, zburzył domy i świątynie, wymordował 20 000 mieszkańców. Reszty dopełnili piraci, którzy byli zmorą starożytnej Grecji.

       Błądząc myślami w starożytnym świecie, doszedłem do budynku muzeum archeologicznego. Nasza załoga też jakoś się rozsypała. Dopiero przy muzeum trafiliśmy na Agnieszkę i Marka. Weszliśmy do środka by podziwiać mistrzostwo starożytnych artystów i rzemieślników. Finezja wykonania rzeźb czy mozaik wprawia w zdumienie.

       Gdy wyszliśmy z budynku, okazało się, że bogowie ulitowali się nad  nami i rozgonili chmury. Wyruszyliśmy na najwyższe wzniesienie Delos. Nie jest to wielka góra, ale można się trochę zasapać wchodząc na nią. Wielu turystom, zresztą same wchodzenie na górę nie wystarcza. Muszą zabrać ze sobą z dołu jakiś kamień, by dołożyć go do jednej z dziesiątek, a może setek irracjonalnych piramidek. One tu pasują jak przyczepa z obornikiem do Aston Martina. Kto tym biednym ludziom podsunął taki pomysł? A może to była jakaś znudzona wycieczka ze Stanów, dla której trzeba było na poczekaniu wymyślić jakiś kit, coś co by ich zmotywowało do wejścia na górę, bo samochodem tam się nie wjedzie.  Gdy się już jednak na nią wejdzie, to ma się przed sobą odpowiedź, co sprawia, że ludzie wciąż chcą pływać między Cykladami, że wracają tu wielokrotnie. Cyklady są po prostu magiczne.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz