niedziela, 3 lipca 2011

JASKINIE, WODOSPADY I PYSZNE CIASTA

       Co można zrobić w górach gdy pada deszcz? Oczywiście zwiedzać jaskinię. Ponieważ w dolinie Saalach takowe również są, więc wyruszyliśmy spenetrować jedną z nich, Jaskinię Lamprechta, która wzięła swoją nazwę od nazwiska rycerza, który bardzo dawno temu z niej korzystał.



     Dla zwiedzających udostępniony jest tylko niewielki fragment z ok. 35 kilometrów labiryntu jaskini. Ale za to fragment bardzo starannie przygotowany. Trudno z resztą się dziwić, skoro rozpoczęto penetrowanie jaskini w latach 1822/1823. Pierwszy fragment dla zwiedzających udostępniono  30.06.1905 roku. Podobno początkowo nie tyle sama jaskinia wzbudzała zainteresowanie, co sposób oświetlenia. Otóż zainstalowano tam, już wtedy oświetlenie elektryczne, do tego z własną elektrownią.  Dopiero zimą 1974/1975 podłączono instalację jaskini do otwartej sieci energetycznej. W penetrowaniu Jaskini Lamprechta swój udział również polscy grotołazi, którzy w 1993 roku odkryli dodatkowe wejście do niej.



       Zwiedzanie polega na pokonywaniu kolejnych stopni schodów, których jest bardzo wiele. Nie liczyłem, ale na prawdę dużo, bo różnica poziomów między wejściem a najwyższym punktem wynosi 65 m (przeciętne mieszkanie ma niespełna 3 metry wysokości). Jaskinie wywierają na ludziach ogromne wrażenie, i trudno się temu dziwić. Żaden normalny człowiek nie czuje się specjalnie pewnie, gdy nie widzi nawet skrawka nieba, a nad głową nieprzebrane zwały skał. A jednak ich tam ciągnie. Ach ta ciekawość, co też tam jest? Jest też pewnie i trochę romantyki. Wszak  to jedna z tych sytuacji, gdy najmocniej odczuwamy bliskość natury. Dotykamy ją dosłownie i w przenośni.



     Zdaje się, że pogoda doceniła naszą determinację w poznawaniu doliny Saalach i gdy wychodziliśmy z jaskini zaczęło się przecierać. Ruszamy więc do kolejnego wołającego nas miejsca, do Seisenbergklamm. To kolejne absolutnie niezwykłe miejsce. Niezwykłe jest też to, jak tutaj na każdym kroku obcujemy z historią: zamek w którym mieszkamy, wioska St. Martin, kościół Maria Kirchental, Jaskinia Lamprechta, to tylko pierwsze z brzegu przykłady. Tu wszystko ma swoją ciągłość, i Austriacy bardzo o to dbają. Różne odwołania do historii, tablice pamiątkowe, portrety protoplastów, stare zdjęcia powywieszane w widocznych miejscach.



       Wejście do Seisenbergklamm jest raczej niepozorne. Niewielki budynek w którym jest m.in. kasa, a obok niej kołowrotek z automatami do kasowania biletów. Gdy przybyliśmy, wielkiego tłumu nie było. Prawdę powiedziawszy raptem parę osób, z których żadna nie wchodziła bezpośrednio przed nami. Nie mogłem więc zdać się na instynkt stadny i po prostu podążać za poprzedzającą mnie osobą. W rezultacie stojąc przy kasie, raptem metr od tego kołowrotka, nie zauważyłem go. Przez chwilę intensywnie się rozglądałem, gdzie jest to wejście? A może wystarczyłoby pójść do okulisty i sprawić sobie mocniejsze okulary?

      

Tak więc, nie bez pewnych problemów, wkroczyliśmy w końcu na szlak. Od początku nie ma wątpliwości, że obcujemy z czymś niezwykłym. Na początku pierwszy wodospad i instalacja, która kiedyś, dawno temu, zasilała w wodę wykorzystywaną do napędu maszyn znajdujący się tu tartak. Tartak funkcjonuje z resztą nadal, tyle, że zmieniło się zasilanie w energię. I znowu obcujemy z historią i to bardzo dosłownie, bo i tartak i sam szlak to bardzo szacowne konstrukcje. Szlak turystyczny udostępniono zwiedzającym w 1831 roku. Seisenbergklamm to 600 metrowe przejście specjalnie zbudowanymi kładkami, mostkami i schodami przez bardzo wąski wąwóz, zmieniający się momentami w szczelinę skalną, a pod nami płynie z wielkim łoskotem wzburzony górski potok, co chwilę spadający kolejnym wodospadem o ileś tam metrów niżej. Spada ta woda i spada i nic jej nie jest. Gdyby człowiekowi zdarzyło się spaść z takiej wysokości pewnie by niewiele z niego zostało. No, chyba, żeby miał we krwi odpowiednią ilość promili. My tym czasem wciąż pniemy się do góry, podziwiając zapierające dech w piersiach widoki.



       Gdy skończył się Seisenbergklamm, rozpoczął się normalny górski szlak, z nader obiecującą informacją, że za 30 minut będzie Gasthof Lohfeyer. Nie można nie skorzystać z takiego zaproszenia. Co ciekawe, wzdłuż szlaku, co jakiś czas ustawione były ławeczki. Niektóre z oparciem, niektóre nawet z podnóżkiem. Tylko, dla czego, nikt obsługi nie biegał ze ścierką i nie wycierał tych ławek. Przecież dopiero co padało i ławki były mokre. W końcu za wejście na Seisenbesrgklamm zapłaciliśmy całe 3,79 € od osoby więc mamy prawo wymagać. A może nikt nie biegał ze ścierką bo ta część szlaku już nie należała do Seisenbergklamm?



       Dotarliśmy w końcu do Gasthof Lohfeyer. Jakież milusie miejsce. Można dobrze zjeść, coś się napić, oglądać przytulne wnętrze lub podziwiać otaczające to miejsce góry. Moja żoneczka przetestowała apfelstrudel, bardzo jej smakował. Ja poprzestałem na wieprzowinie w sosie musztardowym z czym co oni nazywają krokietami, ale co nie ma nic wspólnego z tym, o czym myśli zdecydowana większość Polaków. To były po prostu takie wałeczki ziemniaczane, smażone na głębokim oleju.



     Po zakończeniu wędrówki po górach (i jaskini) ogarnęliśmy się nieco w hotelu i wyruszyliśmy na zwiedzanie znajdującego się po sąsiedzku miasteczka Lofer. Pogoda już na dobre się wyklarowała, było bardzo późne popołudnie i Lofer. Gdy weszliśmy do centrum tego miasta, miałem wrażenie, że właśnie przed chwilą zostało ono specjalnie przygotowane do zwiedzania, budynki poodnawiane, ulice pozamiatane, mnóstwo kwiatów. Bardzo ładne miasto.

       No i znowu kłopot, bo choć miasteczko niewielkie, interesujących lokali w nim nie brakuje. W końcu przywabiło nas   Cafe-Konditorei Dankl. Dankl to oczywiście nazwisko rodziny prowadzącej lokal, podobno od 1904 roku. Jakie tu pyszne ciasta mają!!! Jeśli będziecie w tej okolicy, koniecznie musicie spróbować. Rewelacja. Do tego miła obsługa. Poprosiłem kelnera, młodego człowieka, o adres e-mailowy, tak na wszelki wypadek, bo mają tam również hotel w dosyć przystępnych cenach. Ale czy to z powodu mojej kiepskiej dykcji czy też z innego powodu pan nie zrozumiał o co mi chodzi i podał mi ich login do Internetu. Miło z jego strony, niestety, nie noszę komputera ze sobą na wieczorne spacery.       

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz