piątek, 10 maja 2013

CZECHY MAŁOMIASTECZKOWE.

VRCHLABI



     Układanie planu wycieczki, to świetna zabawa sama w sobie. Czasami u podstaw takiego planowania leżą jakieś konkretne założenia a czasami po prostu intuicja lekko wsparta jakąś wizją. I często tak się dzieje, że te planowanie intuicyjne okazuje się tak bardzo trafione, jakby były poprzedzone wielodniowymi studiami strategicznymi. Sprawdziło się to tak wiele razy, że zaczynam wierzyć, że działa tu jakieś tajemnicze prawo. Prawo skutku bez specjalnej przyczyny. Tak też stało się przy okazji naszego ostatniego dnia pobytu w Czechach. Ponieważ rano popadywał deszcz, prognozy były nie za ciekawe, zrezygnowaliśmy z pójścia w góry i przygotowaliśmy plan awaryjny: intrygujące małe miasteczka – Hostinne, Jilemnice, Vrchlabi. Dla czego intygujące? Nie wiem, tak mi się wydawało. Dla czego w takiej kolejności? Robiąc małą pętlę, tak jest po kolei. Dla czego rozpoczynamy  od Hostinne a nie od Vrchlabi? Tak mi pasowało. Prawda, że argumenty mocne?

HOSTINNE
       Zaczynamy więc od Hostinne, historycznego miasta, założonego najprawdopodobniej przez Przemysława Ottokara II w XIII wieku. Pierwsza wzmianka o tym mieście w dokumentach pochodzi z 1270 roku. Miasto zostało pierwotnie obwarowane drewnianą palisadą a następnie kamiennym murem typu śląskiego z fosą. Obwarowania świetnie się sprawdziły w czasie wojen husyckich, kiedy to w 1424 roku miasto oblegane było bezskutecznie przez husytów pod dowództwem samego Jana Žižka. Okres największego rozkwitu przypada na lata panowania rodziny Wallensteinów (Valdsteinów). W 1610 miasto zostało zniszczone przez pożar i odbudowane za sprawą Hansa Krzysztofa z Wallensteinu. W okresie tym zaproszono tu wybitnego budowniczego włoskiego pochodzenia Carla Valmadi, który osobiście kierował rekonstrukcją wszystkich wyznaczonych renesansowych budowli.  Mamy tu gotycki zamek, przebudowany w XVI wieku w stylu renesansowym. Od XIX wieku znajduje się na jego miejscu papiernia! Miasto Hostinné znane jest ze swojej długoletniej tradycji produkcji i przetwórstwa papieru. Pierwsza papiernia została założona przez braci Kiesling w roku 1835 właśnie w budynkach dawnego zamku. Trzy lata później kupił ją kupiec papierniczy Franciszek Lorenz, który przystąpił do spółki z nowo przybyłymi ekspertami w produkcji papieru Juliusem Eichmannem oraz Gustawem Lorenzem. Wspólnie stworzyli nowoczesną oraz dobrze prosperującą firmę. W kolejnych latach Julius Eichmann usamodzielnił się i założył własną papiernię w dolnej części miasta, która stała się podstawą budowy współczesnej nowoczesnej firmy Karkonoskie Papiernie S.A. Duże znaczenie dla rozwoju przemysłu w mieście miało uruchomienie trasy kolejowej Velký Osek - Trutnov, zbudowanej w latach 1869 - 1871 przebiegającej przez Hostinné. W roku 1872 powstała gazownia oraz browar parowy, w roku 1881 fabryka skrobi, w roku 1884 fabryka maszyn i żeliwa. W roku 1893 zbudowano przędzalnie jedwabiu a w roku 1894 mechaniczną tkalnię. Obecnie w mieście oraz jego okolicach rozwinięty jest przemysł papierniczy oraz przemysł włókienniczy.


       Do miasta, dokładnie na jego rynek, dojeżdżamy posiłkując się nawigacją. Nawigacja, jak to nawigacja, lubi od czasu do czasu wyprowadzić w pole, ale tym razem doprowadziła nas do rzymskich kolosów, najbardziej charakterystycznego elementu tutejszego rynku. Co prawda te posągi bardziej przypominają Shreka, niż rzymskich legionistów,ponieważ jednak mają po 5 metrów wysokości od razu rzucają się w oczy. Przy okazji odwracają w pierwszej chwili uwagę od samego ratusza, którego są ozdobą, a który to budunek należy do najciekawszych w mieście. Renesansowy ratusz znajdujący się na zachodniej stronie rynku zbudowany został na fundamentach dwóch gotyckich domów. Pierwsze wzmianki o budowli pochodzą z pierwszej połowy XV wieku. W roku 1525 do budynku ratusza dobudowano renesansową wieżę ratuszową. Po pożarze w roku 1610 została ona odbudowana przez włoskiego budowniczego Carola Valmadina oraz ozdobiona techniką sgraffito. Technika ta polega na nakładaniu kolejnych, kolorowych warstw tynku i zeskrobywaniu fragmentów warstw wierzchnich w czasie, kiedy one jeszcze nie zaschły. Poprzez odsłanianie warstw wcześniej nałożonych powstaje dwuwarstwowy lub wielowarstwowy wzór. Na przedniej stronie wieży w jej narożach znajdują się wspomniane wyżej postacie olbrzymów o wysokości 4,80 m. Są to rycerze w rzymskich zbrojach. Zostali oni tam umieszczeni w roku 1641. Do górnej części wieży zamontowano w roku 1789 zegar. Ratusz był kilkakrotnie przebudowywany i z biegiem czasu zmieniał swój wygląd. Ostatnia i najbardziej znacząca przebudowa została przeprowadzona w roku 1912, kiedy odrestaurowano sgraffito mocno uszkodzone w poprzednich latach. Fasada wieży ozdobiona jest malunkiem herbu miejskiego z roku 1759. Wieża zwieńczona jest galerią oraz barokową kopułą z świetlikiem. Ostatnia rekonstrukcja budynku miała miejsce w roku 2002. W pasażu ratusza zachowało się okno do mazhauzu domu z późnogotyckim portalem. W cokole głównego wejścia umieszczono łokieć czeski i łokieć śląski, które są dowodem bogatej działalności gospodarczej miasta w dawnych czasach. Warto wspomnieć również o dużej mapie Karkonoszy z roku 1933 stworzonej przez R.Bienerta z Liberca, w skali 1: 25 000.


     Będąc na rynku warto też zwrócić uwagę na znajdującą się na środku rynku wczesnobarokową kolumnę morową pochodzącą z roku 1678. Poleciła ją zbudować żona właściciela ziemskiego Sibylla Lamboy jako ochronę miasta przed zarazą. Podstawa kolumny morowej jest sześciokątna, a jej naroża ozdobione są figurami świętych: Św. Antonina, Św. Jana Nepomucena, Św. Rocha, Św. Franciszka, Św. Sebastiana oraz Św. Ignacego. We wnęce w dolnej części umieszczona jest rzeźba Św. Rozalii – patronki chorych na zarazę. U stóp kolumny znajdują się herby rodziny Lamboy oraz figura Maryi Panny chroniącej dzieci swoim płaszczem. W najwyższej części słupa umieszczona jest kolejna figura Maryi Panny.
       Opuszczamy rynek i zaczynamy kręcić się po okolicy. To co widzimy, jest bardziej niż przygnębiające. Jakkby wszystko się rozpadało. Jakby miasto nie miało, całej tej wspaniałej historii. Tutaj trzeba mieć bardzo silny charakter by znaleść w sobie nieco optymizmu.
       Idziemy kawałek dalej, do dawnego klasztoru franciszkańskiego, w którym obecnie znajduje się muzeum. Już w roku 1651 ówczesny właściciel majątku Hostinné, zubożały holenderski szlachcic William Lamboy, zamierzał zaprosić do miasta Hostinné któryś z zakonów. Po nieudanej próbie z Jezuitami wybór padł na zakon Franciszkanów. Otrzymali oni małą kaplicę cmentarną z roku 1598 za dolną bramą miejską. Z biegiem lat rozbudowali kaplicę i dostawili do niej własny klasztor. Kamień węgielny pod budowę obiektu położono w roku 1678 a jego budowę ukończono w roku 1684. Z czasem klasztorny kościół nie był w stanie pomieścić coraz większej liczby pielgrzymów, z tego też względu podjęto decyzję o jego dalszej rozbudowie. W roku 1743 wyburzono północną ścianę kościoła i dobudowano drugą nawę. Pod nawą główną świątyni znajduje się krypta ze szczątkami członków roku Lamboy. Współczesna dwunawowa budowla jest unikatowa i nie ma odpowiadającego stylu w Europie Środkowej. Dziś na terenie dawnego kościoła klasztornego znajduje się unikalna kolekcja gipsowych odlewów antycznych rzeźb pochodzących z roku 1912.  Trochę nie  wykazaliśmy się refleksem, niby doświadczeni turyści, a wybierają się do muzemum w poniedziałek. Kto to słyszał. Wszystko pozamykane na cztery spusty. Oglądamy więc budynek z zewnątrz i wchodzimy do przyklasztornego parku, w którym wciąż jeszcze można dostrzec ślady dawnej świetności.


       Okrężną drogą  wracamy do rynku. Tuż obok ratusza wypatrujemy maleńką, skromą cukiernię. Zdaje się, że została ona zrobiona w dawnej bramie. Zamawiamy dwa desery i espresso. Chwila odpoczynku i zadumy nad tym co widzieliśmy. Nie liczą się dawne zasługi, ważne jest tylko to, co znaczysz w danej chwili. Przegrani nikogo nie interesują.

JILEMNICE
             Ruszamy do miejscowości Jilemnice. Nazwa miasta wywodzi się od znajdującego się w herbie drzewa, które po polsku znaczy wiąz a po czesku jilm. Nawigacja znowu doprowadza nas prosto na rynek. Wysiadamy i od razu zauważamy, że tu jest jakoś inaczej. Elewacje zdecydowanie bogatsze, bardziej gwarno. Tu też widać liczne ślady długiej historii ale jakoś inaczej. Powstało na początku XIV wieku jako gospodarcze centrum rozległych dóbr stepanickich, będących w posiadaniu rodu Waldsteinów. Rozwój Jilemnicy uległ zahamowaniu po roku 1492, kiedy Waldsteinowie miasto i resztę dóbr rozdzielili na dwie samodzielne części.
Z XV wieku pochodzą pierwsze wzmianki o jilemnickich kopalniach, w następnym stuleciu wspominano o rozwiniętym tu płóciennictwie.
W roku 1634 miasto zostało spalone przez Szwedów. Skutki wojny trzydziestoletniej dla miasta i okolicy były katastrofalne. Jilemnice straciły wielką część swojego zaplecza gospodarczego, na długie lata zerwaniu uległy kontakty handlowe. Miasto tak zubożało, że budowa skromnej drewnianej szkoły w roku 1638 i ponownie w 1683 wymagała współpracy obu części rozdzielonych dóbr i odsprzedania części gminnego majątku.
       Zdecydowany zwrot ku lepszemu nastał dopiero w roku 1701, kiedy obie części ziemskiego majątku z powrotem zostały połączone z miastem w rękach jednego właściciela - magackiego rodu Harrachów, którego członkowie potrafili prowadzić prężną i progresywną politykę gospodarczą. Harrachovie postawili przede wszystkim na włókiennictwo.Muzeum Karkonoskie w Jilemnicy do dziś przechowuje próbki ręcznej przędzy z początku XIX w. Aż trudno uwierzyć, że 296 metrów tej przędzy waży tylko jeden gram! Do dziś jest to jedna z najdelikatniejszych przędzy lnianych na świecie.
       Po rozejrzeniu się po rynku, zaczynamy zataczać kręgi wokół niego. Trafiamy na Zvedawą Uličkę (ciekawską), nazywaną tak, ze względu na ustawienie wszystkich domów pod pewnym kątem w stosunku do ulicy. Miało to ułatwić obserwowanie tego co się na niej dzieje. Bardzo przytulny zaułek.


       W pewnym momencie naszą uwagę przykuwa bardzo okazały i efektowny budynek. Okazuje się, że to szkoła. Przypomnieliśmy sobie, że i w tym mieście i w innych wcześniej zwiedzanych, budynki szkolne sprawiały na nas dobre wrażenie. Szacunek i uznanie.
       Krążąc po Jilemnicach nie sposób nie dotrzeć do dawnego pałacu Harrachów a obecnie Muzeum Karkonoskiego. Poniedziałek! Dziękujemy bardzo, pospacerujemy po parku. Ale budynek jest piękny.


       Przestawiamy nawigację i jedziemy do Vrchlabi. Tu wszystko jest inaczej. Nawigacja nie doprowadza nas do celu. Główna ulica centrum totalnie rozkopana. Gdzieś w pobliżu znajdujemy jakiś parking, najdroższy ze wszystkich, z których korzystaliśmy w Czechach. Dookoła pełno ludzi, ruch, gwar, łomot maszyn drogowych. Mimo, że nie jest to bardzo duże miasto, liczy sobie ok. 13500 mieszkańców, jest największe z odwiedzanych tego dnia. Nie jest takie ładne jak Jilemnice. Jakieś takie bałaganiarskie ale tętniące życiem. Punktem dominacyjnym miasta jest zamek umieszczpny w miejskim parku, którego budowę rozpoczął w 1546 roku Krzysztof Gendorf z Gendorfu. Zamek został zbudowany w stylu renesansowym. Obok niego znajdują się inne zabytkowe budowle, w jednej z nich, bezpośrednio sąsiadującej z zamkiem, siedzibę ma policja. Niewątpliwą atrakcją jest przypałacowy park. Podobnie jak reszta miasta tętni życiem, widać jak ludzie są stęsknieni słońca i ciepła. Pełno w nim babć z wnuczkami i mam z dziećmi. Pełno młodych ludzi.

VRCHLABI
       Pierwotnie zamek był otoczony rowem o szerokości 12 m. Do zamku wtedy moża był dostać się za pomocą trzech mostów. Dla turystów udostępniona jest tylko sień wejściowa obok której można podziwiać przepięknie zdobione drzwi. Obecnie pomieszczenia zamkowe wykorzystuje Rada Miasta. W wielkiej sieni zamkowej na ścianach zobaczymy cztery malowidła przedstawiające cztery ostatnie niedźwiedzie upolowane po czeskiej stronie. Ostatni z nich został zabity 16 września 1726 roku. Upolowano go w Sedmidoli, głębokiej i malowniczej dolinie, której dnem płynie Łaba oraz Biała Łaba. Dolina Sedmidoli jest ze wszystkich stron otoczona wysokimi górami, jedynie na południu, wraz z wodami Łaby można przebić się do Szpindlerowego Młyna. Jedyną pozostałością z tamtych czasów jest renesancyjny piec kaflowy pochodzący z sali rycerskiej a dziś stojący w sali narad i posiedzeń. Piec jest zdobiony metodą majoliki jako pierwszy w ziemiach czeskich. Kafle mają biblijną tematykę i wyryty rok budowy tego pieca-1545.
       Pierwsze wzmianki o czeskiej osadzie pod nazwą Vrchlabi pochodzą z XIV wieku. Wtedy wieś należała do władyków noszących nazwisko Hasek z Vrchlabi, którzy mieli swoją siedzibę w drewnianej twierdzy z wałami ochronnymi i fosą.
Na początku XVI wieku, kiedy te tereny były pod panowaniem Krzysztofa Gendorfa miasto otrzymało z rąk cesarza Ferdynanda I prawo szybu odkrywczego. 6-go października 1533 roku Vrchlabi otrzymało również z rąk cesarza Ferdynanda I dyplom górniczego miasta z własnym herbem i prawami miasta. Górnictwo wyniosło w tamtych czasach Vrchlabi na wyżyny rozwojowe. Krzysztof Gendorf wybudował nowy kościół z kamienia i plebanię. Zorganizował cerkiew, zbudował szkołę i przytułek dla ubogich. Sprowadził do miasta niemieckich fachowców w dziedzinie górnictwa i hutnictwa. W latach 1546-1548 wybudował renesansowy zamek. W 1624 roku cały ten rejon został kupiony przez Albrechta z Waldsztejna. W czasach jego panowania Vrchlabi przeżywa swoje najlepsze lata rozwoju. Po jego śmierci cały majątek uległ konfiskacie. W 1635 roku rejon ten został podarowany przez cesarza Ferdynanda II hrabiemu Rudolfovi Morzinovi jako wynagrodzenie za służbę w armii w wojnie przeciw Turcji i Szwecji. Także w 1882 roku całe włości przechodzą w ręce rodu Czermin-Morzin. Na życie w Vrchalbi miała ogromny wpływ wojna o Śląsk w latach 1740-1745 oraz wojna 7-letnia w latach 1756-1763. W okresie wojny o dziedzictwo bawarskie pomiędzy Marią Teresą a Józefem II przeciw Prusom w latach 1778-1779 wyżyny leżące na wchód od miasta stały się punktem oporu przeciwko pruskim wojskom starającym się przeniknąć w głąb Czech. W drugiej połowie XIX wieku Vrchlabi należało do grupy najbardziej rozwiniętych miast w monarchii austro-węgierskiej.


       Tak więc Vrchlabi zdecydowanie różni się od zdecydowanie mniejszych i bardziej przytulnych Hostinne i Jilemnice. Trzeba jeszcze sprawdzić jak z tutejszą gastronomią. Rezygnujemy z eleganckich i nowoczesnych lokali. Szukamy czegoś bardziej tradycyjnego. Malutkim domu wypatrujemy wejścia do dwóch lokali. Jeden z nich reklamuje się, że oferuje tradycyjne czeskie dania. Wchodzimy, a przed nami tylko jakiś ponury 4-5 metrowy korytarz, na końcu którego są drzwi, w powietrzu unosi się silny zapach papierosów. Wycofujemy się. Wchodzimy w kolejne drzwi, prowadzące, jak informuje tabliczka przy wejściu, do Labe Restaurace. I znowu to samo, długi, wąski korytarz, tyle że jaśniejszy. Ula nie  wierzy, że trzeba iść do końca tym korytarzem i otwiera pierwsze drzwi z prawej, bez żadnego oznaczenia. I wchodzi prosto do … kuchni. Chyba jednak trzeba iść do końca korytarza. Otwieramy kolejne drzwi i mamy przed sobą malutką salkę z pięcioma stolikami, a za oknem podwórko na które również można wyjść. Całość urządzona bardziej niż skromnie sprzętami, chyba z lat sześćdziesiątych. No dobra, prosimy kartę. Nazwy dań wyglądają jakoś znajomo, tyle, że nie brzmią jak nazwy dań czeskich. Ponieważ pan, który obsługuje wydaje się być sympatyczny i jeszcze wzywa szefową na pomoc, gdy pytami co poleca tutejsza kuchnia, decydujemy się skosztować tutejszych dań. Zamawiamy, a jakże, ruskij barszcz, pelmeni, manty, čeburek i piwo. Serwują tu piwo Bernard. Czy ktoś słyszał w Polsce o takim browarze? Ja, przyznaję, że do tej pory nie miałem okazji jego spróbować. Już pierwszy łyk pokazuje, że mamy do czynienia  z bardzo dobrym piwem. Ale odkrycie. Zanim pojawiają się dania, kelner przynosi miseczkę orzeszków ziemnych. Niebawem pojawiają się też zamówione dania. Wyglądają smakowicie i takoż smakują. Bardzo dobre i wystarczająco obfite. Nie tylko nazwy brzmią z rosyjska ale smaki również nawiązują do tych znanych z kuchni rosyjskiej. Może są nieco ostrzej przyprawione niż tego, które do tej pory mieliśmy okazję konsumować. Wszystko warte polecenia. Na koniec jeszcze jedna niespodzianka: to zdecydowanie najtańszy lokal jaki przez cały tydzień odwiedziliśmy w Czechach.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz