poniedziałek, 31 stycznia 2011

Uroki Pomorza Zachodniego - Kamień Pomorski

Północno-zachodni kraniec naszego kraju to świetne miejsce do uprawiania żeglarstwa. Połączone akweny Jeziora Dąbskiego i Zalewu Szczecińskiego stwarzają pod tym względem ogromne możliwości. Do tego jeszcze możliwość wyjścia na Zatokę Pomorską. Nic tylko żeglować.
Sam Zalew Szczeciński, laguna przybrzeżna,  to spory zbiornik wodny. W zależności od poziomu wody jego powierzchnia waha się od 666,5 km2 do 687 km2. Natomiast średnia głębokość wynosi ok. 3,8 m. Zarówno po polskiej, jak i niemieckiej stronie znajduje się kilka ciekawych przystani żeglarskich. Jeszcze kilka lat temu sporym problemem była granica państwowa, pilnie strzeżona przez obie strony, mimo że podobno żyliśmy w wielkiej przyjaźni. Pamiętam jak jednego roku szykując się do startu w regatach właśnie w okolicach Nowego Warpna, tuż przy granicy, obserwowaliśmy niezwykłe manewry naszych pograniczników na niewielkiej łodzi patrolowej. Tak jakoś dziwnie się krzątali, że jednemu z nich spadła czapka do wody. Wiadomo, czapka ważna sprawa, my też nie raz gwałtownymi manewrami ratowaliśmy czapki spadające do wody. Ale dzielni pogranicznicy te manewry wykonali aż tak gwałtownie, że jeden z nich wylądował w Zalewie. Wtedy już akcja ratownicza rozkręciła się na dobre i nie było czasu na pilnowanie, czy przypadkiem któryś z tych niesfornych żeglarzy nie przekroczy granicy państwa.
Zalew Szczeciński nie jest wcale takim łatwym i bezstresowym akwenem. Przede wszystkim wynika to z licznym mielizn, które uprzykrzają życie żeglarzom. Często trzeba ściśle trzymać się wyznaczonych torów wodnych aby nie utknąć.  A i wiatry też potrafią tu wiać całkiem przyzwoicie, co w połączeniu z wielkością Zalewu sprawia, że fale też bywają niczego sobie.   
Do moich ulubionych przystani po naszej stronie należą Kamień Pomorski i Nowe Warpno.

Do Kamienia Pomorskiego można podejść od morza, od strony Dziwnowa, lub od południa Dziwną.  Ani jedno, ani drugie podejście nie jest specjalnie komfortowe. Płynąc od północy najpierw trzeba wejść w główki Dziwnowa, co przy silniejszych wiatrach, szczególnie N-W, bywa dosyć ryzykowne. Później trafiamy na most drogowy w Dziwnowie. Kiedy już go nam otworzą kierujemy się na Jezioro Wrzosowskie, gdzie zalecane jest ścisłe trzymanie się farwateru, jeżeli nie chcemy stanąć na mieliźnie. Dziwnów raczej czym prędzej należy minąć, tam zbytnio żeglarzy nie lubią, a to co niby jest przystanią jachtową, pomińmy milczeniem.



Płynąc od południa też nie jest lekko. Płycizny i mosty. Stary most drogowy w Wolinie otwierany jest dwa razy dziennie. Jeżeli się nie załapiecie, to trzeba czekać do następnego dnia, a marina w tym jakże szacownym mieście, jest biedniutka, oj biedniutka. I nawet to, że są tam sympatyczni ludzie nie poprawia zbytnio sytuacji. Kolejne mosty, kolejowy i nowy drogowy, też nie ułatwiają żeglarzom życia, prześwit pod nimi to tylko 12 m. Widziałem ludzi, którzy balastowali na bomie i na topie masztu, by jak najbardziej przechylić jacht i jakoś się pod tymi mostami zmieścić. Ten nowy most drogowy to w pewnym sensie symbol podejścia do żeglarstwa. Z jednej strony nieliczni zapaleńcy robiący co mogą dla rozwoju i popularyzacji żeglarstwa w naszym rejonie a z drugiej mur obojętności i niezrozumienia. Ktoś tam walczy o Zachodniopomorski Szlak Żeglarski, ktoś się stara o rozbudowę tej czy innej mariny, ale wśród decydentów jakoś nie widać poparcia dla działań, które mogły by doprowadzić do tego, że turystyka byłaby jedną z wizytówek naszego województwa.

Kiedy pokonamy różne trudności i wpłyniemy na Zalew Kamieński pojawi się nam panorama Kamienia Pomorskiego, niewielkiego miasta, liczącego niespełna 10000 mieszkańców.. Już sama panorama miasta jest bardzo zachęcająca. A dalej jest jeszcze lepiej. Przytulna przystań, z przesympatycznymi ludźmi. Władze miasta które doceniają pożytki z rozwoju żeglarstwa. Pobyt w Kamieniu w czasie dorocznych Etapowych Regat Turystycznych należą do moich ulubionych. Tu się dba o żeglarzy, a pod koniec 2011 roku ma być jeszcze lepiej, bo na listopad zaplanowane jest ukończenie budowy nowej mariny na 240 miejsc. Oby tylko nieco lepiej chroniła jachty przy silnych zachodnich wiatrach, bo na razie to jest największa bolączka cumowania w Kamieniu.

Kiedy już zacumujemy i sklarujemy jacht warto wybrać się „na miasto”. Najpierw trzeba się posilić, oczywiście smażoną rybą. Ale w tej najbardziej znanej smażalni przy molo. Trzeba pójść za marinę, do rybaków, tam jest prawdziwa smażalnia. To tam jadłem, jak dotychczas, najlepsze smażone ryby na świecie. Uwaga, porcje są dla dorosłych facetów. Jak wiem, że jak człowiek się naje to trudno mu się ruszyć. Ale warto, bo jest co w Kamieniu oglądać, a przy okazji spali się nieco rybki.

Najstarszy ślad dotyczący osady położonej w miejscu obecnego Kamienia, lub tuż obok, znajdziemy na mapie Ptolemeusza z 142-147 r pod nazwą Rugium.  Już w IX wieku istniał tu gród a w X pojawiło się podgrodzie. Tu rezydował pierwszy słowiański historyczny władca Pomorza Zachodniego, Warcisław I. Od 1175 roku mieściło się tu biskupstwo. W 1274 roku miasto uzyskało prawa miejskie. W XIV w Kamień Pomorski przystępuje do Związku Hanzeatyckiego. Miasto przechodziło z rąk do rąk, podobnie jak całe Pomorze. Władze Pruskie usprawniły połączenie Kamienia ze Szczecinem i innymi miastami regionu otwierając w 1842 roku połączenie żeglowne, a w 1892 roku połączenie kolejowe.
Już w 1876 roku odkryto źródła solankowe. Na ich bazie powstało uzdrowisko funkcjonujące do dzisiaj.
W Kamieniu odbywa się co roku jeden z większych festiwali muzyki organowej.  Koncerty odbywają się w katedrze sw. Jana Crzciciela romańsko-gotyckiej bazylice. Znajdują się tam barokowe organy, które  ufundował w 1669 r. ostatni po kądzieli z rodu Gryfitów książę pomorski Ernest Bogusław de Croy i Arechot. Konstruktorem i budowniczym organów był Michał Bergiel ze Szczecina. O wielkości instrumentu świadczą dane: 13 m szerokości, 9 m wysokości i 2660 piszczałek Koszt budowy wyniósł 4000 talarów. Pierwszy koncert odbył się w grudniu 1672 r. W czasie działań wojennych organy poważnie uszkodzono. Wyremontowano je w 1962 r. Przywrócono instrumentowi dawną świetność. Osiągnął ponownie 47 głosów i ma teraz 3300 piszczałek.



Sporo miejsca poświęciłem Kamieniowi, a można by jeszcze co nieco dorzucić. Dlatego do Nowego Warpna pożeglujemy następnym razem.

piątek, 28 stycznia 2011

Po sezonie


Szukając odrobiny ciszy i spokoju podróżujemy na krańce świat. Płacimy horrendalne pieniądze, znosimy niewygody długich podróży, cierpimy niekończące się katusze odpraw na lotniskach by przez kilka dni cieszyć się tym czego nie mamy na co dzień.
A może, nad morze, i to te „polskie”, tyle, że w listopadzie, grudniu lub styczniu. Nawet w Międzyzdrojach, tak rozwrzeszczanych w lecie, cisza i spokój. Pojedyncze postacie na plaży, mocno opatulone we wszystko co zabrały ze sobą z domu. W mieście większość lokali pozamykana. Z lekka zdewastowane obiekty, które zarabiają tylko w lecie. Gonione przez wiatr śmiecie. Na Promenadzie Gwiazd wspomnienie lat świetności, gdy Międzyzdroje gościły gwiazdy polskiego show biznesu. Przy końcu reprezentacyjnej promenady jeszcze nie całkiem wykończony, monstrualny, betonowy koszmar. Pamiętam wiele lat temu jak ludzie z niedowierzaniem kręcili głowami, gdy powstawał kompleks trzech hoteli na skaju miasta. Kto pozwolił na budowę tego szkaradztwa? Minęło kilkadziesiąt lat, zmienił się ustrój, zmieniły się władze i realia ekonomiczne i mamy kolejny betonowy bunkier wielkości mastodonta. W tym otoczeniu nawet reprezentacyjny hotel Amber Baltic wygląda na nieco podupadły. A wszędzie nastrój smutku i przygnębienia. Hotel, w którym chciałem mieszkać tak wyziębiony, że nie pomogło włączenie dodatkowego podgrzewacza. Trzeba było uciekać, bo nawet w pełnym ubraniu nie można było tam wysiedzieć.
I tylko te kilka knajpek, otwartych jakby na przekór wszystkiemu. Świeżutki dorsz, żaden tam filet „U Rybaka”. Kawałek dalej pyszne ciastko z grzanym winem. Wszędzie cisza i spokój. I tylko szkoda, że to wszystko takie smutne.  

wtorek, 25 stycznia 2011

Reise Fieber

Nie byłem jeszcze w tym roku na nartach i nie mogę się już doczekać, kiedy wreszcie to nastąpi. Niestety przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać. Wspominam więc wyjazdy z poprzednich lat i się rozmarzam. Śmiganie na nartach to jednak wielka frajda. Nawet wypady w nasze góry dostarczają miłych wrażeń i nie są w stanie tego zepsuć różne niedogodności jak chociażby koszmarnie długie stanie w kolejce do wyciągu, wieczne problemy z parkingami, naśnieżanie stoków w ciągu dnia itd., itd. Zjeżdżanie na nartach to jest to.
Jeden z fragmentów Nassfeld Skiarena
Przez kilka lat jeździliśmy na narty do miejscowości Tropolach w Austrii, do ośrodka Nassfeldskiarena. Zabawne jest to, że nassfeld to mokre pole, a tym czasem mieliśmy tam zawsze świetną pogodę. Z resztą, w ogóle polecam to miejsce, jest świetne. Duża ilość tras i wyciągów, połączone kilka dolin, liczne knajpki, po prostu super. Jeden z fragmentów ośrodka leży tuż przy granicy z Włochami, więc na przerwę można tam zjechać i w prawdziwej włoskiej knajpce zjeść prawdziwą włoską pizzę.
Jednego roku postanowiliśmy coś zmienić i pojechaliśmy do Włoch, do Val di Sole, czyli słonecznej doliny. Nigdy wcześniej, ani nigdy, jak dotąd nie mieliśmy takiej kiepskiej pogody w czasie naszych wyjazdów narciarskich. A żeby już nas dobić ostatecznie, w sobotę kiedy już wyjeżdzaliśmy zrobiło się cudownie.
Pożegnalny poranek w Val di Sole
Uwaga! Uwaga! W tym roku znowu wybieramy się do Włoch, tyle że nie do Słonecznej Doliny. Jak będzie?

niedziela, 23 stycznia 2011

Egina - wyspa tuż przed metą.

Jest taka bogini, nazywa się Afaia, z którą jest cała masa kłopotów. A i ona sama też miała dosyć burzliwe życie. No bo tak, czyją ona właściwie była córką? Najprawdopodobniej Zeusa i Leto. Ale z Zeusem, samie wiecie jak to było. Miał tych dzieci tyle, że trudno ustalić ile ich w końcu było. Gdyby jednak faktycznie była córką tych dwojga, znalazłaby się w zacnym towarzystwie, jej rodzeństwem byliby bowiem Apollo i Artemida. Problem jest też z jej imieniem. Zdaje się, że początkowo występuje pod imieniem Britomartis i hasa sobie po Krecie. Patronuje myśliwym i rybakom. Niektórzy przypisują jej wynalezienie sieci rybackiej.  Sprawy komplikują się jeszcze bardziej, gdy zwraca na nią uwagę Minos, król Knossos. Piękna dama nie ma zbytniej ochoty na związek ze starym prykiem i ucieka co sił w nogach. Oficjalna wersja mówi, że doprowadzona do ostateczności, aby uwolnić się od zalotów Minosa rzuca się ze skały, by odebrać sobie życie. Ratują ją jednak rybacy wyławiając z morskiej otchłani, a jakże siecią, a paskudny Minos daje za wygraną. Ale coś mi się wydaje, że to była sprytnie ukartowana intryga. Cały ten bajer z uratowaniem przez rybaków, był opowieścią dla plebsu, który kochał Britomartis, i groził rozruchami, gdy coś jej się stało. Także z Minosem, chyba było inaczej. Wcale nie zamierzał rezygnować. Więc piękna Britomartis pozoruje swoją śmierć i znika. Władca Krety nie wie co się stało więc opowiada bajkę o uratowaniu przez rybaków i koniecznym długim odpoczynku po ciężkich przejściach. Tym czasem sprytna nimfa odnajduje się na wyspie Eginie pod przybranym imieniem Afaia. Tam również zyskuje sobie sympatię mieszkańców, którzy najprawdopodobniej czegoś się domyślali i z wdzięczności strzegli tajemnicy o swojej bogini, bo Afaia do dziś dzień pozostała boginią znaną tylko na tej jednej wyspie.
Jak wynika z wykopalisk, już od XIV w p.n.e. było to miejsce kultu. Świątynia poświęcona Afaii została wzniesiona, gdzieś koło VII wieku p.n.e., później był pożar i odbudowa pod koniec VI w p.n.e.. Teraz jest to jedna z atrakcji wyspy Egina. Wyspy położonej blisko Aten, dla tego bardzo chętnie odwiedzanej przez żeglarzy kończących swoje rejsy po Cykladach czy Zatoce Sarońskiej. Najczęściej płyną do miasta o tej samej nazwie co wyspa, czyli Egina. Jest to największe miasto na wyspie. Nawet w latach 1826-1828 było pierwszą stolicą odrodzonej, nowożytnej Grecji. Gdy dopłynęliśmy do portu, z trudem udało nam się znaleźć ostatnie miejsce do zacumowania. Po nas przypłynęło jeszcze parę innych jachtów, z których trzy przytuliliśmy do nas. Wisieliśmy na końcu kei jak kiść winogron.  Niestety mój pobyt w Eginie był na tyle krótki, że zbyt wiele nie mogłem zwiedzić. Trochę pochodziłem po wąskich uliczkach, przyjrzałem się targowi rybnemu i pobiesiadowałem w knajpie. W odpowiedzi na prośbę o domowe wino, kelner przyniósł nam karafki z riciną. Widząc nasze miny po pierwszym zamoczeniu ust, bez słowa, szybciutko przyniósł nam normalne wino.
PERDHIKA
Drugi port na Eginie, który miałem okazję odwiedzić, to Perdhika. Miasto znacznie mniejsze od Eginy, ale przynajmniej na pierwszy rzut oka sympatyczniejsze, do tego z ładną plażą i bardzo malowniczo położonymi knajpami. W porcie nie obyło się bez emocji. Oczywiście zbyt wielu miejsc co cumowania nie było, ale coś znaleźliśmy. Tyle, że jak już byliśmy przy kei, okazało się, że między naszą łódką a keją jest całkiem pokaźnych rozmiarów głaz. Trzeba było wybrać się na kotwicy, by odsunąć się na bezpieczną odległość. Wtedy wyszło, że trap nie sięga do kei, trzeba było go oprzeć na tym kamulcu i dopiero z niego można było wyskoczyć na brzeg.
w takim miejscu wieczorem można siedzieć bez końca
Trzecie miejsce związane z Eginą, które miałem okazję poznać to kotwicowisko przy Agia Marina. Gorąco polecam, pięknie położona zatoczka. Nie ma tam portu, ale jest on zupełnie niepotrzebny. W zatoczce są też urzekające plaże, wszak jesteśmy w kurorcie.

widok na zatokę od strony Agia Marina
Po zakotwiczeniu, część załogi wpław, część na pontonie, udaliśmy się na stały ląd. Naszym celem świątynia Afaii. Samo południe, światynia na 160-metrowym wzniesieniu, piękna słoneczna pogoda. Ci, którzy do brzegu przepłynęli wpław, błyskawicznie wyschli i równie szybko byli mokrzy od potu. Nie ma jednak odwrotu i warto było. Obiekt naprawdę interesujący. Jedyna grecka świątynia, w której zachowała się druga kondygnacja małych kolumn. A w budynku muzeum klimatyzacja, więc niemal każdy, choćby na chwilę usiadł sobie na zimnej, kamiennej posadzce by to i owo ostudzić. A kiedy już się nieco ochłonie warto się rozejrzeć dookoła, widoki na zatokę i morze są fantastyczne!
Świątynia Afai
Egina to pistacjowa wyspa. Również przy wejściu na teren świątyni Afai znajduje się kiosk, gdzie można je nabyć pod najróżniejszymi postaciami. Przy takiej pogodzie, jaką mieliśmy, zdecydowanie największą popularnością cieszyły się lody, oczywiście pistacjowe.

sobota, 22 stycznia 2011

W zaciszu Bożavy


To co nas otacza, jest zdecydowanie, coraz mniej optymistyczne.  Media atakują nas codziennie jazgotem, w którym coraz trudniej odnaleźć jakąś rzeczową informację czy ciekawą wymianę zdań. Politycy, niestety, nie tylko polscy, osiągnęli już tak beznadziejnie niski poziom , że próbując wśród nich dokopać się do, choćby najmniejszych pokładów szlachetności, wpadamy w czarną dziurę. Jak zbudować swój świat, rzeczywistość równoległą, równoległą do tej medialnej, i tej kreowanej przez wielkie międzynarodowe korporacje? Trzeba to zrobić, bo inaczej się zwariuje, albo da się wtłoczyć w plastikową rzeczywistość co jest równoznaczne z obłędem. Na szczęście to nie boli, ale po co w tym tkwić? Lepiej mieć swój świat i żyć po swojemu. 


Jest wiele pięknych miejsc na świcie, gdzie można by normalnie spędzać czas, ale coś nas ciągnie do wirującego szaleństwa, zgiełku, tandety, pośpiechu. Już dawno stwierdzono, że ludzie przeprowadzający się za miasto, jak to się mówi „na wieś”, wcale specjalnie nie zmieniają swojego trybu życia. Oni tylko zmieniają lokum. Ostatnio mówił mi kolega mieszkający za miastem, pod lasem, że już od dawna nie mają czasu cieszyć się z piękna okolicy, w której mieszkają. Do swojego domu przyjeżdżają na noc aby przenocować i bardzo wcześnie rano wracają do miasta, do pracy i tego wszyskiego co się z tym wiąże.
Żeglując po Adriatyku trafiłem do miejscowości Bożava na wyspie Dugi Otok. Raptem ok. 350 mieszkańców, knajpy, sklep, poczta, trochę zabytków (dwie iliryjskie osady, kościół z IX w, mury obronne z XVIII w) i to prawie wszystko. Jest jeszcze kompleks hotelowy „Bożava”, ale stanowi on pewien zgrzyt, niespecjalnie pasuje do otoczenia.  A, zapomniałbym, jest coś, co miejscowi nazywają plażą. Nieźle można się tam poobijać i pociąć, strasznie ostre kamulce, jakby zupełnie nie było trwającej od tysięcy lat obróbki wodnej. Ale jest pięknie.

Spacerując uliczkami Bożavy, wchodząc na wzniesienia, z których można było podziwiać urocze widoki, zastanawiałem się czy byłbym w stanie żyć na co dzień w takim miejscu. Jak bym tam mógł funkcjonować? Czy byłbym w stanie w tym raju się jakoś utrzymać? Czy by mi nie brakowało po pewnym czasie większego miasta? Po jakim? Po tygodniu, po miesiącu, po roku? Trudno powiedzieć. Zupełnie inaczej jest, gdy coś się rozważa teoretycznie, szczególnie gdy jest to tak radykalna zmiana stylu życia, a inaczej gdy wdraża się to już realizuje. Pewnie nigdy nie będzie mi dane sprawdzić jak to jest, ale wizytę w Bożavie gorąco polecam. I koniecznie trzeba wejść na szczyt wzniesienia ponad miastem. Widoki, jakie stamtąd się podziwia, są tego warte.     

wtorek, 18 stycznia 2011

Zapuszkowani ułani.

Jeżdżę sobie po naszym pięknym kraju. Czasami też wypuszczam się gdzieś poza granice. A  drogie mojemu sercu, czerwone wozidełko, służy mi wiernie i niezawodnie. Mogę więc spokojnie i z dystansu obserwować różne ciekawa zjawiska na drogach. Obserwuję i nieodmiennie się dziwuję.
Taka sobie ulica w moim mieście, niezbyt szeroka, dziurawa i z torowiskiem po środku, do tego dosyć mocny "S". Słuszę, że gdzieś tam za zakrętem jedzie na sygnale karetka. Lekko zwalniam i czujnie się rozglądam co się będzie działo. Tymczasem kierowca za mną nie wytrzymuje ciśnienia. A co się będzie wlókł 40 na godzinę! Przydepnął i wyprzedza. Wyprzedza i mnie, i tego przede mną. Wychodzi już prawie z drugiej części "esa" i ... trafia prosto na karetkę.
Przejechałem dzisiaj ok 700 km. Ruch na drodze niewielki, pogoda fantastyczna jechało się więc doskonale. Długimi odcinkami włączałem tempomat i delektowałem się cudowną polską złotą jesienią. Ależ uroczo. W pewnym momencie doganiam jakiegoś fiata bravo. Jego kierowca, jak się później okazało młoda dama, gdy mnie dojrzał w lusteru zaczął przyspieszać. Gdy bravo przyspieszyło do mojej prędkości ustawionej na tempomacie, zaczęłem znowu jechać swoją prędkością, a tamten zaczął mi odjeżdżać. Niech sobie jedzie. Ale za jakąś godzinę znowu dogoniłem ten samochód i znowu to samo. Odjechał mi. W końcu gdzieś tam na A 4 go wyprzedziłem. Ciekawe o czym ta młoda dama myślała? Ee.. czy na pewno myślała?
Na krętych odcinkach między Skwierzyną a Międzyrzeczem dogoniłem i wyprzedziłem elegancką "eskę". Podobają mi się, szczególnie ten poprzedni model. Fajne auta. I jeszcze sobie rozmyślałem o urodzie i klasie tych aut, gdy rozpoczęła się obwodnica Międzyrzecza. Okazało się, że chyba mocno uraziłem dumę kierowcy tej czarnej limuzyny bo gdy tylko zaczęła się prosta ów dżentelmen tak przydepnął, że nawet nie zdążyłem powąchać jego spalin.
Kilka dni temu wracałem z Warszawy. Byłem zmęczony i gdy tylko wykaraskałem się z warszawskich korków i jechałem spokojnie ekspresówką w kierunku Płońska mogłem wreszcie się wyluzować. Miałem na liczniku jakieś 115 km/h (ups! czyli nieco więcej niż dozwolone, przepraszam). Przede mną jechało jakieś auto wyraźnie wolniej niż ja, zaczęłem je wyprzedzać. Niestety, nie przyśpieszyłem zbytnio a tu już za mną pędzi vito. prawie wskoczył na mój zderzak. Ależ musiał być wzburzony tym czerwonym zawalidrogą. Wyobrażam sobie jakie słowa kierował pod moim adresem. Myślę, że "ty gamoniu" byłoby zbyt delikatne, by mogło mu przyjść do głowy. Skuliłem więc potulnie uszy po sobie, a mam je całkiem duże, i jak tylko skończyłem wprzedzać zjechałem na prawy pas i zwolniłem bo zobaczyłem przed sobą znak z ograniczeniem prędkości do 70. Usłyszałem groźne warknięcia vito, którym jego kierowaca jeszcze raz przypomniał mi, że w zasadzie to powinienem jechać po poboczu a nie drogą, i vito pomknęło w siną dal. To znaczy, niezupełnie pomknęło. Bo jak już chciał tak sobie pomknąć, okazało się, że auto, które za nim jechało, to był nieoznakowany radiowóz. Panowie policjanci uznali, że należy zwrócić uwagę dżentelmenowi z vito, włączyli więc co trzeba i zatrzymali jegomościa.
I tak dalej, i tak dalej. Takie różne opowieści można by ciągąć bez końca. Przejazd przez nasz kraj kilkuset kilometrów zawsze dostarcza wielu emocji. Dla czego tak się dzieje? Co chcemy udowodnić? Ułani na koniach mechanicznych, w blaszanych zbrojach karoserii. Młodzi i starzy, kobiety i mężczyźni. I odrębna kategoria, przedstawiciele handlowi. Czy nasze drogi to miejsce gdzie rozładowujemy nasze frustracje? Łatamy nasze ego? Zamknięci w metalowych puszkach jesteśmy anonimowi, możemy więc pozwolić sobie na więcej.
Porównanie do ułanów chyba nie jest najlepsze. Ułani szarżowali na niemieckie czołgi z odsłoniętą twarzą, nie byli schowani w blaszanej puszce. Zachowujemy się raczej jak średniowieczni rycerze zapakowani w metalowe zbroje i do tego te zakute łby. 


Ludzie na zdjęciach.

Fotografowania ludzi raczej nie da się uniknąć. Powiedziałbym nawet, że niewiele jest zdjęć, gdzie człowiek nie występuje czy to jako motyw główny, czy choćby jako element przypadkowy. A są ludzie, dla których zdjęcie bez ludzi jest zupełnie nieciekawe. Czasami, gdy pokazuję zdjęcie jakiegoś pospolitego owada, którego udało mi się jakoś ciekawie uchwycić, oglądający patrzą na mnie jak na dewianta. Nerwowo przenoszą spojrzenie ze zdjęcia na mnie i z powrotem, na mnie, na zdjęcie, na mnie …. Wręcz widać jak nieskoordynowane myśli wirują w ich głowach. Nie wiedzą, co mają powiedzieć, nie wiedzą jak mają się zachować. Wtedy należy, czym prędzej wyjąć jakąś fotkę z imienin u cioci i wszystko wraca do normy.

Bez względu jednak na motywację człowiek jest podstawowym motywem naszych zdjęć. Dla jednych będzie to codzienne rzemiosło, ot choćby zdjęcia do dokumentów, dla innych będzie to swoista kronika rodzinna a dla jeszcze innych będzie to emanacja pasji twórczej. Powstało już wiele, bardzo wiele, pięknych fotografii ludzi, i wciąż powstają nowe. Jest co podziwiać. Poszukiwania tych najwspanialszych idą w różnym kierunku, ale zawsze niosą ze sobą wielki ładunek emocji: James van der Zee, Yousuf Karsh, Chuck Close, Jeremy Cowart, Ryszard Horowitz, Wacław Wantuch i wielu wielu innych.

Okazuje się jednak, że wcale nie jest to taka prosta sztuka. W jakiej pozie uchwycić fotografowaną osobę, jak ją oświetlić, na jakim tle itd. Jest wiele spraw do rozważenia. Jeżeli zdjęcie ma coś opowiedzieć, to fotograf musi się postarać. Musi wykazać swój kunszt i wyczucie smaku. Powstało już sporo książek na ten temat, które mogą być bardzo przydatne. Można znaleźć w nich mnóstwo porad technicznych.  Przede wszystkim musi być jednak jakaś wizja artystyczna, a przynajmniej estetyczna.

Oglądając rodzinne albumy, coraz rzadsze, lub coś w rodzaju pokazów, jakże często niestety na laptopach, podziwiam brak krytycyzmu moich bliźnich. To naprawdę nie jest łatwe, tak zrobić zdjęcie z imprezy rodzinnej, by zdjęcia nie zdominował bałagan panujący na stole, częściowo zjedzone sałatki, nieco opróżnione butelki, kawałki skórek od pomarańczy, pomięte serwetki. Jak od tego uciec? Na pewno nie śpieszyć się przy robieniu zdjęć. Przecież każdy aparat ma albo jakiś wizjer lub wyświetlacz. Korzystając z nich nie patrzmy tylko w twarz głównego bohatera, popatrzmy co jest dookoła niego.
Szczególnie rozczulają mnie babcie szalejące za swoimi wnusiami, co z resztą jest całkiem zrozumiałe, prezentujące setki zdjęć swoich ulubieńców, na których nic więcej nie ma i w zasadzie nic się nie dzieje.  Są też dzielni młodzieńcy, którzy korzystając z łatwości robienia zdjęć kompaktowymi cyfrówkami, robią autoportrety z odległości wyciągniętej ręki. W rezultacie widzimy podgardle dobrze utuczonego prosiaka. Na podobnej zasadzie robią sobie zdjęcia rozchichotane nastolatki obejmujące się z najlepszą przyjaciółką i kierujące obiektyw i lampę błyskową sobie prosto w twarz. Kompozycji takiego zdjęcia nic nie uratuje, na szczęście programy do obróbki zdjęć pozwalają przynajmniej załatwić sprawę czerwonych oczu.
A co powiecie o dżentelmenach umieszczonych centralnie na zdjęciu, zapełniających jego znaczną część, na rozstawionych nogach jak Rambo i z rękoma na bioderkach niczym krakowianka?  

Oczywiście można tak sobie grymasić bez końca, ale to jest tylko jedna strona medalu. Trzeba przyznać, że nowoczesna technika bardzo ułatwiła dostęp do fotografii i to też da się zauważyć. Okazuje się, że na szczęcie, nie brakuje ludzi wrażliwych na piękno i takich którzy potrafią uchwycić emocje i takich, którzy potrafią wyczarować magię. I dla tego warto się temu poświęcić.


Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...