sobota, 15 czerwca 2013

Podróż śladami Jamesa Bonda - Siena

San Galgano
       
Gdy w niedzielę rano otworzyłem oczy i wyjrzałem prze okno, od razu byłem w świetnym nastroju. Jestem w Toskanii, za oknem mam piękny pejzaż, świeci słońce. To nic, że na zewnątrz nie jest zbyt ciepło, a w pokoju wręcz zimno jak w psiarni. Ogrzewanie ma jakieś kaprysy i po paru minutach pracy całkowicie się wyłącza i bez kuksańca samo nie ruszy.
       Przed domem spotykałem właściciela, ma na imię Bruno. Zna tylko jeden język: włoski. Ja niestety tego języka nie znam. Mimo wszystko udaje nam się jakoś porozumieć. Co to znaczy mieć dobre chęci, dzieją się wtedy rzeczy niemożliwe. Bruno zainteresował się naszymi planami na najbliższy tydzień. Kiedy dowiedział się, że właśnie na dzisiaj mamy zaplanowane zwiedzanie Sieny, zaproponowała żebyśmy nie jechali superstrada, tylko boczną drogą nr 73 i przy okazji odwiedzili również Monticiano i San Galgano. Czemu nie. Czy gdzieś nam się spieszy? Z resztą San Galgano i tak miałem w planie, tyle, że w nieco innej konfiguracji.


       Do Monticiano trafiamy bez problemów, w końcu wystarczyło tylko jechać wskazaną drogą. Jest niedzielne przedpołudnie, ładny, słoneczny dzień, choć temperatura, jak to w Toskanii, niezbyt wysoka, raptem 16 stopni. Pierwsze wrażenie? Cisza i spokój, które wprost zatrzymują człowieka. Ruchy same się spowalniają. Mam wrażenie jakbyśmy weszli przez ekran kinowy do jakiegoś starego włoskiego filmu o włoskiej prowincji. Wychodzimy na starusieńką 500-tkę. Niewielu ludzi, parę osób w knajpce popija kawę. Rozglądamy się dokoła, chłoniemy pierwsze doznania. 


       To bardzo małe miasto, około 1500 mieszkańców. Ale historię ma i owszem, całkiem długą. Pierwsze zapiski o tym mieście pochodzą z 1189 roku. Przy ryneczku natrafiamy na pomnik poświęcony jakimś wydarzeniom z okresu I wojny światowej, niestety niewiele udaje mi się zrozumieć z napisów na nim umieszczonych. Kawałek dalej chluba miasteczka, Chiesa dei Santi Giusto e Clemente, czyli kościół z epoki romańskiej. Wchodzimy w typowo włoskie wąskie uliczki. Jak w filmie. I te prania suszące się na sznurkach. I te ozdóbki przy drzwiach.  Tak. Ten klimat mi odpowiada.
     

       Całe szczęście, że przed wyjazdem kupiłem sobie do mojego Nikona D300 obiektyw szerokokątny Nikkor 18-35 mm f/3,5-4,5. Co prawda nie jest to topowy model Nikkora, ale w tych ciasnych zaułkach przydaje się niesamowicie. Kończymy rundkę po mieście. Wracamy do lokaliku, który wypatrzyliśmy na początku, z resztą, chyba jedyny czynny o tej porze, aby napić się kawy i zjeść coś słodkiego. Cały personel lokalu to jeden pan, który obsługiwał właśnie cztery włoszki kupujące wino. Jedna niezdecydowana kobieta na zakupach to już tragedia, a co powiedzieć o czterech? Po dłuższym, bardzo długim, bliżej nieokreślonym czasie oczekiwania, kiedy to pan nie odezwał się do nas nawet słowem, poddaliśmy się i postanowiliśmy napić się kawy na następnym przystanku.


       Następny przystanek to San Galgano. Nieco trzeba było zboczyć z drogi nr 73, ale nie było żadnych problemów z odnalezieniem, dojazd jest bardzo dobrze oznakowany, na miejscu duży parking, a miejsce docelowe, opactwo Cystersów widoczne z daleka. Budowla wybudowana przez cysterskich mnichów na cześć św. Galgano, jest naprawdę imponująca. I prowadzi do niej, a jakże, cedrowa aleja. Część obiektu funkcjonuje jako niewielkie muzeum. Zasadnicza część nie posiada zadaszenia, co czyni ją jeszcze bardziej niesamowitą. I te strzeliste kolumny, a każda zwieńczona inną główką. Budowla wprawia w zdumienie. Mimo, że tu t tam kręci się parę osób, to nie przeszkadza, by na chwilę się zatrzymać i zadumać. Zabawnie to wygląda, bo większość ludzi chodzi z wysoko zadartą głową i wpatruje się w sufit, którego nie ma.


       W pobliżu opactwa, oddalona raptem 200, znajduje się bardzo ciekawa pustelnia. To XII wieczna rotunda niesamowitą kopułą pozbawioną żeber. Została zbudowana aby pochować ciało Galgano Guidottiego, który najpierw był rycerzem, a później poświęcił się sprawom duchowym. W środku rotundy jest spory głaz a w nim wbity miecz. To właśnie Galgano, gdy podjął decyzję o zerwaniu ze świeckim życiem, wbił swój miecz w ten głaz. Budowla jest zupełnie niezwykła, odnajdujemy w niej kawał historii Italii, od Etrusków, przez rzymian, po klasycyzm i renesans, no i ta hipnotyzująca kopuła. Wszystko zrobione jest dokładnie tak by sprzyjało kontemplacji. Wychodzę na zewnątrz wyciszony, pełen myśli o wiekach minionych, a tu słyszę ryk potężnych silników. Na placyku, tuż przed rotundą, stała pani stęplująca karty uczestników jakiegoś rajdu turystycznego i co chwilę podjeżdżała jakaś sportowa bryka albo wielki motor. W ułamku sekundy wracamy, chcąc nie chcąc, do XXI wieku.


       Ale teraz, to już na pewno musimy napić się kawy i jeść coś słodkiego. Idziemy do położonego nieopodal lokaliku. Po drodze mijamy parę prezentującą kilka sów. Każda innego gatunku, a wszystkie na sznurkach. Jeden z ptaków jest szczególnie dobrze wytresowany i za parę euro można sobie zrobić z nim zdjęcie. Bardzo przykry widok. Nie godzę się z takim traktowaniem zwierząt. Piękne ptaki, ale nie robię im żadnych zdjęć, to taki mój cichy protest. Idziemy do kafejki.
       Pijąc kawę w nieco polowych warunkach zastanawiałem się nad dwoma sprawami. Po pierwsze, czy jest możliwe, aby trafić we Włoszech na niedobrą kawę. Piłem kawę w tym kraju w różnych miejscach, ale nieodmiennie, zawsze, ten napój jest tu co najmniej bardzo dobry. Pewnie, gdybym jednak trafił na taką niedobrą kawę, byłbym bardzo zdziwiony. Druga sprawa, o której tam rozmyślałem też dotyczyła kawy, a konkretnie jej ceny. Czy to góry, czy Mediolan, czy jakaś stacja paliwowa, czy San Galgano, espresso wszędzie kosztuje 1 – 1,3 euro. Piękny kraj.

W drodze do Sieny - w Toskanii co kawałek trafia się na jakieś starożytności.
       Posileni strawą duchową i materialną ruszamy na podbój Sieny. To zupełnie inny świat. Wszędzie pełno ludzi, wszędzie gwar. O rany, przecież to jeszcze nie sezon. Co tu musi się dziać w pełni sezonu? To musi być prawdziwy kataklizm.


       Siena to całkiem spore miasto. Miasto i gmina Siena liczą sobie ok 54 500 mieszkańców. Chodząc po ulicach Sieny ma się wrażenie, że jest ich kilkakrotnie więcej. Przede wszystkim jednak, w tym mieście doskonale odczuwa się bogactwo materialne i duchowe tego kraju. Można by spędzić tu dwa, może trzy dni, wypełnione po brzegi ciekawymi wrażeniami. Nie, nie będziemy biegać, byle tylko zaliczyć jak najwięcej. Decydujemy się zobaczyć tylko kilka miejsc, ale bez pośpiechu. Zaczynamy od Piazza del Campo i mieszczącego się przy nim Palazzo Pubblico. Już sam budynek jest imponujący, a jak się wejdzie do środka to można doznać oczopląsu od wspaniałości dzieł sztuki, które się w nim znajdują. No cóż, był nawet taki okres w historii, gdy Siena konkurowała z Florencją.


       Przy Palazzo Pubblico znajduje się Torre Mangia, wspaniała wieża, górująca nad całym miastem. Ponieważ wieże ratuszowe często miały odzwierciedlać prestiż władz lokalnych, to starano się by były one jak najwyższe. Torre Mangia  razem ze zwieńczeniem mierzy sobie 102 m. Gdy wreszcie wdrapałem się na najwyżej położony taras i rozejrzałem się dokoła, przyszło mi do głowy, że niezwykłe zbiory zgromadzone w Museo Civico znajdującym się w Palazzo Pubblico ze względu na swoje bogactwo są nie do zapamiętania po jednorazowej wizycie, ale widok z Torre Mangia jest nie do zapomnienia.


       Z wieży mieliśmy doskonały widok na Piazza del Campo, rynek w kształcie muszli. W 1347 r wybrukowano środkową część rynku i podzielono ją liniami na dziewięć części, symbolizującymi Radę Dziewięciu, najwyższy urząd w republice sieneńskiej. Do dzisiaj, dwa razy do roku odbywają się na Campo szalone wyścigi konne. A może ktoś pamięta Quantum of Solace? Akacja dzieje się jednocześnie w tajemniczych podziemiach i … właśnie na Piazza del Campo. W podziemiach M przesłuchuje złoczyńcę, który w pewnym momencie zostaje oswobodzony przez przekupionych pracowników MI6 a M zostaje postrzelona. Złoczyńca ucieka, a w pogoń za nim rusza Bond, James Bond. Równocześnie u góry rozgrywa się szalona gonitwa Palio, ku uciesze licznie zgromadzonej publiczności. W pewnym momencie wyścig przenosi się na plac, a później na niezwykła sieneńskie dachy. Akcje obu wydarzę rozgrywają się w niesamowitym tempie. Uff, aż aż zawrotu głowy można dostać.  
       Po zejściu na dół, przysiedliśmy w kafejce, nieopodal Fonte Gaia, by podelektować się widokiem placu od dołu. Sienna, a Piazza del Campo, to świat przystosowany pod turystów. Nic więc dziwnego, że ceny w kafejce były też odpowiednio wyższy niż gdzie indziej, ale koniecznie trzeba tu przysiąść i napawać się tym niezwykłym widokiem.
       Kolejny punkt programu to oczywiście katedra. Niezwykła katedra w biało-czarne pasy. Przyglądając się rzeźbom zdobiącym budowle, wspaniałym mozaikom, trudno nie wpaść w zachwyt. A co by było, gdyby bieg dziejów nie zniweczył szalonych planów rozbudowy katedry?


       Historycznie rzecz biorąc Siena składała się z trzech dzielnic usadowionych na trzech wzgórzach: di Citta, di Camollia i di San Martino. Te z kolei dzieliły się na poddzielnice(contrade), których razem było 59. Do naszych czasów przetrwało 17. Na czele każdej z nich stoi capitano, urzędnik posiadający władzę administracyjną i sądowniczą. Każda z contrade posiada własny herb. To właśnie contrade wystawiają swojego jeźdźca i konia do słynnego wyścigu na Piazza del Campo. Od jakiegoś czasu ograniczono liczbę uczestników wyścigu do 10, dla tego w każdej kolejnej gonitwie jest inny skład.


       Kiedy już wycofywaliśmy się z Piazza del Duomo aby wracać do smochodu najpierw usłyszeliśmy bębniarzy, którzy wygrywali kapitalne rytmy na swoich instrumentach. Zaciekawieni, zaczęliśmy podążać w kierunku skąd pochodziły dźwięki, usłyszeliśmy trębaczy. Przyspieszyliśmy kroku i wyszliśmy na barwny pochód prowadzony właśnie przez bębniarzy ubranych w historyczne stroje. Za nimi ludzie podobnie przyodziani. Dalej faceci wymachujący chorągwiami i trębacze. Co pewien czas bębniarze przestawali grać, grali tylko trębacze, a cały tłum w pochodzie zaczynał śpiewać jakieś pieśni, które jak nie trudno było zauważyć, były im doskonale znane. Śpiewali, ale jak śpiewali, aż ciarki po plecach przechodziły. Dołączyliśmy do pochodu i poszliśmy z nimi. Po symbolice chorągwi oraz oznakowaniu na budynkach, szybko zorientowaliśmy się, że jesteśmy w dzielnicy smoka a ci ludzie są mieszkańcami tej dzielnicy. Pochód zakończył się na placu przed ratuszem tej dzielnicy. Ale odjazd! Po takich wrażeniach mogliśmy już wracać do naszego zameczku.


Jeszcze jedno spojrzenie na Sienę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz