poniedziałek, 6 maja 2013

ADRSZPASKIE SKALNE MIASTO – CUDOWNA FATAMORGANA



       
       To się nie zdarza. Niemożliwe aby to co jest przed nami było prawdziwe. To fatamorgana. Takie myśli kłębią się w głowie, gdy wędrujemy po Adrszpaskim Skalnym Mieście. Nic więc dziwnego, że nie tylko my mieliśmy taki pomysł, aby tu przyjechać w czasie majówki. Choć parkingi przy wejściu są naprawdę duże, zapelniają się błyskawicznie. Wjeżdża samochód za samochodem, a dziewięćdziesiąt procent z Polski. Dokoła sami rodacy. Przy okazji, to cały kombinat, gdzie zatrudnienie znajduje mnóstwo ludzi.      


       Adršpašské skály, Adrszpaskie Skalne Miasto znajdują się w północno-zachodniej części masywu, w pobliżu wsi Adrszpach. Są to unikalne bloki piaskowcowe powstałe, podobnie jak pasmo Gór Stołowych w wyniku nierównej odporności skał na wietrzenie, które wymodelowała woda, mróz i wiatr.

Wielkie Nochale
Jednolita płyta piaskowca została podzielone licznymi kanionami, dolinami i szczelinami na szereg fragmentów. Całość porośnięta jest lasem z licznymi gatunkami górskiej i podgórskiej fauny i flory. Na terenie Adrszpaskich skał znajdują się dwa górskie jeziorka na różnych poziomach, przez które przepływa rzeka Metuje tworząc dwa wodospady.

Ni z tego, ni z owego
       Przez długie lata wiedza o skalnych miastach, leżących w okolicach Teplic nad Metují i Adrspachu, była stosunkowo niewielka. Okoliczni mieszkańcy szukali w nich schronienia, kiedy czuli się zagrożeni w swych domostwach. Chodząc między niesamowitymi skałami, nietrudno sobie wyobrazić, jakie kryjówki wśród nich można było stworzyć. Dopiero około roku 1700 z sąsiedniego Śląska zaczęli przybywać do Adrszpachu pionierzy turystyki. Najstarszy wizerunek Adršpašskich skál pochodzi z roku 1739. Wiele znaczących postaci historycznych miało okazję podziwiać Skalne Miasto w Adrszpachu i Teplicach. Między innymi królowa pruska Luiza, król polski i elektor saski Fryderyk August, Anton hrabia Szpork z Kuksu, cesarz Józef II, cesarz austriacki Karol I, Johan Wolfgang Goethe no i my.

Potęga natury
       W roku 1824 wśród skał wybuchł wielki pożar lasu trwający kilka tygodni, który zniszczył prawie całą roślinność leśną. Dopiero wówczas skalne labirynty stały się bardziej dostępne, a właściciele tych ziem rozpoczęli budowanie pierwszej sieci szlaków turystycznych w Adrszpachu. Na szczęście śladów po pożarze już nie widać. Cały teren porasta piękna bujna roślinność, zadziwiając często sposobem zaczepienia w skałach. Niekiedy wydaje się, że drzewa wyrastają prosto ze skał.
       Między labiryntami form skalnych przebiega wytyczony i bardzo starannie zagospodarowany szlak, nie wymagający żadnej wprawy przy chodzeniu po górach. Szlak okrężny po Skalnym Mieście ma ok. 3,5 km.  Składa się z wygodnych schodków, poręczy, drabin i miejscami sztucznie wybudowanych chodników i platform. Z całą pewnością, ze wszystkich szlaków w Polsce, Czechach i Słowacji, najbardziej przypomina te niesamowicie wymuskane alpejskie szlaki w Austrii czy Niemczech. Wszystko jest dopracowane, czasami wydaje się nieco przesłodzone. To przesłodzenie w niczym jednak nie przeszkadza, podobnie jak tłumy na szlaku. Natura, tak czy owak się broni swoją wspaniałością. Naturalnie wychodzenia poza tę trasę jest dozwolone wyłącznie dla osób posiadających specjalne zezwolenie (pracowników rezerwatu, naukowców i wspinaczy). Z drugiej jednak strony, można spotkać na szlaku wiele osób chodzący z psami, co w polskich parkach narodowych jest nie do pomyślenia. Można też dostrzec sporo CZECHÓW palących papierosy, mimo totalnego zakazu kurzenia, na terenie całego rezerwatu. Trudno nie zauważyć, że mają Czesi słabość do tytoniu. Jeszcze lepiej to widać w miejscach „nieturystycznych”.


       Wiele skał posiada własną nazwę jak: Głowa cukru, Kochankowie czy Starosta i Starościna, Wieża Elżbiety,Ząb, Komin Cukrowni, Gilotyna itd. Z tymi nazwami, to jednak jest kwestia zupełnie umowna. Każdy widzi to co chce widzieć. Jedną z pierwszych, takich ciekawszych skał, nazwałem „Wielkie Nochale”. Czy miała już wcześniej jakąś nazwę? Nie wiem i nie specjalnie mnie to interesuje, bo próba nadawania własnych nazw jest bardzo dobrą zabawą. Można również ćwiczyć swoją wyobraźnię, starając się odnaleźć kształty opisane nazwami skał. Zaraz po Wielkich Nochalach jest Dzban. 



Jest też specjalnie wybudowana brama, Brama Gotycka,którą polecił wybudować, wraz z siecią chodników, mostków, kładek i schodów, Ludwik Karel Nadherny w 1839 roku. Zdecydowanie najwięcej skał kojarzyło mi się ze słoniami. Chyba nie tylko mi, bo jest nawet takie miejsce, które zostało nazwane „Słoniowy Rynek”. Obszar został objęty ochroną prawną jako rezerwat przyrody. Jest bardzo cenny nie tylko ze względów geologicznych i geomorfologicznych, lecz także pod względem różnorodności fauny i flory. Zidentyfikowano tu 238 pierwotnych gatunków roślin, na przykład rojownik bagnisty, modrzyk górski, wietlica alpejska, fiołek dwukwiatowy.


       Odnoga od głównego, zielonego szlaku, prowadzi do dwóch wodospadów: Malý vodopád (mały) 

i Velký vodopád (wielki),


a nieopodal strome schodki prowadzą do położonego wyżej Jeziorka Adrspasskiego. Wodospady zawsze przyciągają ludzi swoją magią, nie inaczej jest i tutaj. Wrażenia przy oglądaniu Wielkiego Wodospadu potęguje usytuowanie kładki widokowej nad strumieniem, tuż przy wodospadzie. Gdy momentami spada większa porcja wody, uciechy jest co nie miara i większość ludzi wychodzi stamtąd, przynajmniej lekko zmoczona.


       Warto spróbować kilkunastominutowej przejażdżki łodzią-tratwą. Turystyczne pływanie po Jeziorku Adrspaskim rozpoczęło się już w 1857 roku. 



Co prawda widoki są przeciętne, ale obsługa zabawia turystów ciekawą rozmową. Oczywiście podróż obywa się na Tytanicu II i na początku pada pytanie czy wszyscy spisali testamenty. Można dowiedzieć się, że korzeń jednej z nadbrzeżnych sosen rośnie po skale do góry, bo tam jest schowana butelka rumu. Flisak prosi, aby w przypadku katastrofy umiejący pływać skakali na prawo, a nieumiejący na lewo, aby sobie nie przeszkadzali. Łódź dobija do brzegu lewą burtą i pada komenda: panowie wysiadają na lewo, panie na prawo. Flisak opowiada też ciekawostki o jeziorze: jezioro ma głębokość 300 … centymetrów, woda w jeziorze zimą nie zamarza …. Bo jest spuszczana.


       Od rozstaju szlaków, zaczynają się prawdziwe atrakcje skalnego miasta. Droga na szlaku okrężnym biegnie to w górę, to w dół, raz po raz roztaczając przed zwiedzającymi przepiękne widoki. Jedna z mijanych po drodze skał to słynni Milenci (Kochankowie). Po drodze przechodzimy też przez Mysią Dziurę. Niektórzy miłośnicy czeskiego narodowego trunku mogą przez tę szczelinę się nie przecisnąć. I tak dochodzimy do wyjścia. Uff, ależ dawka wrażeń!

Żółw
       Zarówno Skały Adrspaskie jak i Teplickie cieszą się sporą popularnością wśród wspinaczy. Patrząc na te skały ma się wrażenie, że one wręcz zapraszają do wspinaczki. Pierwszej znanej wspinaczki dokonano 21 maja 1923 r. Wspinacze z Saksonii, pod kierunkiem RichardaEichlera, zdobyli skałę, której nadali nazwę Świętojańska. Później nazwę tę zmieniono na Król, ponieważ jest to jedna z największych skał na terenie tego kompleksu.

Starościna
       Było coś dla ducha, pora na coś dla ciała. Pomni nienajlepszych wspomnień z gastronomii przy Teplickich Skałach, nie skorzystaliśmy z oferty lokali przy wejściu do Adrspaskich Skał, tylko zapakowaliśmy się do naszego nieocenionego Tourana i pojechaliśmy do Pecu.
       Pec? Ośrodek narciarski a poza tym … Absolutnie nic ciekawego. Chaotyczna, nieciekawa zabudowa. Żadnych atrakcji na sezon letni. Na szczęście jest kilka restauracji. Wybraliśmy lokal o nazwie Hvezda, mający kilkusetletnie tradycje. Zarówno budynek jak i sam lokal mają sympatyczny klimat tradycyjnego schroniska górskiego. Spośród kilkunastu stolików zajęty był tylko jeden, więc przez chwilę mieliśmy problem z wyborem, gdzie usiąść. Jakoś jednak udało się dokonać wyboru. We wnętrzu najbardziej rzucał się w oczy, nader wielkiej postury, pan obsługujący gości. Poruszał się powoli, wręcz majestatycznie, jak przystało na dżentelmena o takich gabarytach. W mowie oraz okazywaniu jakichkolwiek emocji, wylewny to on raczej nie był. Tym niemniej udało nam się dokonać zamówienia. Najpierw zupa czosnkowa. Zdaje się, że sztukę przyrządzania tej zupy Czesi opanowali bardzo dobrze. Nigdy jeszcze na niej się nie zawiedliśmy, również tym razem. Co do drugich dań to zdecydowaliśmy się na tradycyjną kuchnię czeską. Ponieważ dostaliśmy karty dań w języku polskim, nie sprawdziliśmy już nazw oryginalnych więc spotkała nas mała niespodzianka. To co Czesi nazwali pierogami babci, okazało się haluszkami, czyli rodzajem klusek. Naturalnie były do tego różne dodatki, z wszechobecną kiszoną kapustą na czele. Ja zdecydowałem się na cmundę, taki wielki placek ziemniaczany, na którym była porcja mięsa pokryta paskami boczku i serem, a wszystko to zapiekane. Oba dania smakowały bardzo dobrze. Oba były przykładem, jak fajnie można zrobić proste i stosunkowo tanie danie. I znowu kończyliśmy dzień najedzeni ponad miarę!


niedziela, 5 maja 2013

HRADEC KRALOWE – TO JE ONO




       Dwa dni zimnego chowu to jak dla nas trochę za dużo. Temperatura na zewnątrz poniżej 10o C a ogrzewania jak nie było tak nie ma. Wykonuję kolejny telefon do pani z biura turystycznego. Podobnie jak wczoraj obiecuje zrobić co się da. Ale my postanawiamy zmienić plany z powodu wyziębienia. Rezygnujemy z kolejnej wędrówki po górach, tym bardziej, że również na dzisiaj prognoza pogody jest niespecjalna. Szukamy pomocy u wujka Googla. Potrzeba nam czegoś ciepłego, najlepiej gorącego. Czechy to jednak nie Słowacja, gdzie co parę kilometrów można znaleźć jakieś baseny termalne. Mimo wszystko coś udaje się znaleźć. Najbardziej zachęcająco wyglądała propozycja miejskich basenów w Hradec Kralove, woda do 370 C a do tego sauna. O to chodzi. No to ustawiamy nawigację i ruszamy.
       Ze znalezieniem basenów nie było żadnych problemów. Miejsc na parkingu przed obiektem też, o tej porze dnia nie brakowało. Ale, że Hradec Kralove to już całkiem spore miasto, prawie 100 000 mieszkańców, dorobili się tutaj parkomatów. Całe centrum miasta objęte jest opłatami za parkowanie. Niech będzie. Na basenie trafiliśmy na przerwę śniadaniową w kasie biletowej, jedynej istniejącej. To się nazywa czeskie poczucie humoru. Zamknięta jedyna kasa z powodu przerwy śniadaniowej. To już na naszych pocztach, wybitnych reliktach minionej epoki, nie ma aż tak dobrze, przynajmniej jedne okienko jest otwarte. Ale to już nasz trzeci dzień w Czechach i zaczynamy się już przyzwyczajać do tego, że oni nie lubią się zbytnio przepracowywać. Tutaj wszystko zamiera wczesnym popołudniem. To, że wiele restauracji jest zamykanych o 18-19 to standard, Trafiliśmy nawet na lokal gastronomiczny zamykany o 16. No i słusznie, jest praca, jest i życie poza pracą, pewnie zdecydowanie ważniejsze. Do tego oczywiście przerwy śniadaniowe. I jakoś to funkcjonuje, chyba nie najgorzej.


     Bilety wstępu na basen kosztowały 135 koron za dwie godziny, plus 25 koron za możliwość skorzystania z sauny. Po wejściu do środka, po prostu pozazdrościłem miejscowym tego przybytku. Basen 50 metrowy, basen z falami, kilka małych basenów z bąbelkami, specjalny basen z wodą o temperaturze 37o C, jakieś bicze wodne, dwie rury do zjeżdżania, sauna, i nie wiem co tam jeszcze. A wszystko to w miejskim kompleksie basenów. Żeby tak w Szczecinie … Ach rozmarzyłem się. Wszak moje miasto to wielki ośrodek portowy, przemysłowy, akademicki itd. Itp. Chyba mnie poniosło.
       Pobyt w basenach to było to. Natomiast pobyt w saunie to było bardzo ciekawe doświadczenie z sfery obyczajowości. Normalna, ogólnodostępna sauna, bez podziału na damską i męską. W środku sami faceci, ani jednej kobiety, zupełnie na golasa, nie przepasani nawet ręcznikiem. Oczywiście nie wolno nosić ani normalnej bielizny ani strojów kąpielowych. Większość z nich starsza od nas. Bardzo to nie apetyczne. No jak się czuje jedna kobieta, która znajdzie się wśród kilkunastu takich dżentelmenów? Może to u nich normalne, ale jakoś mi nie przypadło do gustu. Wolę przesiadywać w saunie przepasany ręcznikiem kąpielowym.
       Po solidnym wygrzaniu się wyruszyliśmy „na miasto”. Ograniczyliśmy się, ze względów czasowych tylko do starego miasta, ale jak na jeden dzień to w zupełności wystarczy. Ten fragment miasta jest po prostu fascynujący. Różne epoki pozostawiły swój ślad, a współcześni dbają, by wyglądało to jak najlepiej.

       Dwugodzinny pobyt w basenach zmusił nas do szybkiego odwiedzenia jakiejś restauracji. Tych tutaj nie brakuje. Trudno się zdecydować co wybrać. Postanowiliśmy poszukać czegoś co będzie odpowiadało naszym wyobrażeniom o czeskiej klasyce. Nie było najmniejszego problemu ze znalezieniem czegoś takiego. Restauracja na Hrade! Strzał w dziesiątkę. Dwie sale konsumpcyjne. Jedna zdecydowanie większa dla palących, z włączonym telewizorem, bo właśnie Czesi grali swój pierwszy mecz na mistrzostwach świata w hokeja. No i druga sala, zdecydowanie mniejsza, dla tych dziwolągów, co to nie tolerują dymu tytoniowego. Oczywiście, zajęliśmy miejsce właśnie w tej mniejszej. Na ścianach pełno starych reklam, takich sprzed kilkudziesięciu lat, głównie piwa i innych alkoholi. Na jednej z nich było np. hasło, że mężczyźni też mają swoje dni. Wystrój, kartki na stołach, na których kelnerzy dopisywali kolejne części zamówienia  oraz specyficzny gwar facetów głośno dyskutujących przy kuflu piwa tworzył specyficzny klimat, niczym z powieści Haszka.
       Ponieważ jednak w restauracji głównie się je i pije, a dopiero w dalszej kolejności kontempluje atmosferę, zamówiliśmy małe co nieco. Na pierwsze danie zupa zamkowa. To coś podobnego do naszego kapuśniaku, tyle że z bogatszym smakiem i sporym dodatkiem pomidorów, które miały również wpływ na inny wygląd tej zupy aniżeli kapuśniak. W smaku jednak bez zarzutu, a może nawet lepiej. Drugie danie kurczak zapiekany z brokułami, owczym serem i pikantnym dresingiem z „amerykańskimi ziemniakami” (zapiekane kawałki ziemniaków) oraz kieszeń wieprzowa z wędzonym bekonem, serem, cebulą i również z „amerykańskimi ziemniakami”. Do popicia oczywiści czeskie piwo. Super. Naprawdę wyśmienite jadło a wielkość porcji całkiem zacna. Znowu można zawołać: to jest to! Mimo, że lubimy zjeść sobie jakiś dobry deser, to musieliśmy jednak chwilowo odpuścić.


       A deszcz sobie cały czas popadywał. Raz mocniej, raz słabiej. Miejsce jednak jest zbyt interesujące, by jakiś tam deszcz zniechęcił nas do dłuższego spaceru. Właściwie każda kamienica ma w sobie coś ciekawego, przy każdej można na chwilę przystanąć. Miejscowi włodarze nie poprzestają jednak na tym co jest. Warto zejść z Velkich Namesti w uliczkę Na Kropačce i zajść na tyły tych okazałych budowli stojących przy rynku. Znajdziemy tam pięknie odrestaurowana tarasy spacerowe wzdłuż hotelu Nove Adalbertinum, Kościoła Panny Marii i Magistratu Miasta Hradec Kralove i możliwością powrotu na rynek tajemniczym przejściem Bono Publico.
       I tak kolejne zaułki, kolejne ciekawostki, a czas ucieka. Chyba już zrobiło się miejsce na deser. Wybieramy niepozorny lokalik, Cukrarna Collinetto. Na dole wybieramy desery i wchodzimy na dosyć wysoką antresolę zwieńczoną łukowym stropem. Lokal malutki, cztery, może pięć stolików, oprócz nas tylko dwie panie. Jednak desery i kawa były bardzo dobre. Teraz możemy, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, wracać do Rudolfuv Dvur. A tam wielka niespodzianka, właściciele wrócili z wycieczki do Holandii i okazało się, że jednak ten dom można ogrzać i to jak. Jeszcze wieczorem zajrzał do nas właściciel by upewnić się czy wszystko w porządku.

sobota, 4 maja 2013

TEPLICKIE SKALNE MIASTO






Bywają takie dni, kiedy wyruszając do nowego miejsca, z różnych powodów, oczekuję nie wiadomo jakich atrakcji. Czasami te oczekiwania się spełniają i jest bardzo miło. Zdarza się jednak, że spotyka mnie rozczarowanie. Bo pochwały były przesadzone, bo nie było tego co miało być, bo zupełnie inaczej sobie coś wyobrażałem. I wtedy czuję się fatalnie. A im niespełnione oczekiwania były większe, tym i rozczarowanie boleśniejsze, tym większy „szok pourazowy”. M.in. z tego powodu preferuję wyprawy, takie, nie do końca przygotowane. Odrobina improwizacji nie zaszkodzi. Łatwiej wtedy o przyjemne niespodzianki, bo w zasadzie, niczego nie oczekuję. Bywają też niekiedy, raczej rzadko, wyjazdy, kiedy wybieram się gdzieś, bez specjalnego przekonania. Taki obowiązkowy punkt programu, coś do zaliczenia. Trawestując powiedzenia Misia Puchatka, można by rzec, im bardziej przyglądam się temu nieciekawemu zabytkowi, tym bardziej nie staje się on interesujący. Czytając przewodniki na temat Teplickiego Skalnego Miasta, słuchając opowieści na jego temat, spodziewałem się, że będzie to właśnie takie miejsce do zaliczenia. Tym czasem, okazało się, że jest to fantastyczne miejsce.

Do Teplic nad Metují jechałem od strony Trutnowa, przez Adrspach. Sam dojazd dostarcza niezłych wrażeń. Szczególnie odcinek Chvalec – Adrspach. Istna karuzela. Ależ radocha, jedna z najładniejszych dróg tego rodzaju, po jakich miałem okazję jechać. Dobrze, że śnieg już zdążył stopnieć. Jak przystało na tego typu miejsce, jest tutaj duży kompleks parkingów ze sprawną obsługą. Koszt całodniowego postoju 10 zł. Można spokojnie zapłacić złotówkami, koronami lub euro. Nie ma najmniejszego problemu. Na parkingu prawie sami Polacy. Widać jak na dłoni, że mamy swój pokaźny udział w rozwoju czeskiej turystyki.

Teplice nad Metuji to niewielkie miasteczko, liczące sobie nieco ponad 1800 mieszkańców. Znane jest przede wszystkim z tego, że znajduje się tutaj jedno z wejść do Skalnego Miasta. Przewodniki wspominają co prawda o tragedii z okresu tuż powojennego jaka się tam rozegrała. W czerwcu 1945 w Teplicach Czesi zamordowali 23 Niemców. To tragiczne wydarzenie upamiętnia pomnik z 2002, autorstwa rzeźbiarza Petra Honzátki. Lepiej jednak skoncentrować się na cudach natury, których w Skalnym Mieście nie brakuje.





Wejście na teren Teplickiego Skalnego Miasta jest oczywiście płatne. Dorosłych kosztuje to 70 koron. Po pierwsze nie jest to kwota, sama w sobie, specjalnie wygórowana, po drugie, patrząc ile trzeba wykonać pracy by turyści mogli się cieszyć z wędrówek po Skalnym Mieście, nie żałuję ani jednej wydanej korony na ten bilet. Teplickie Skalne Miasto (Teplické skalní město) znajduje się w południowej części masywu, największego w Czechach tego typu kompleksu skalnego. Skalne miasto koło Teplic jest nieco mniej znane od Adršpašskich skál, lecz jest od nich rozleglejsze, wyższe i bardziej dzikie. Do jego odkrycia przyczynił się gigantyczny pożar, który zniszczył ogromne połacie lasu i odsłonił skały. Stanowi najrozleglejszy tego rodzaju teren skalny w Czechach liczący ok. 1800 ha. W odróżnieniu od Adršpašskich, które tworzą złożony, wielopoziomowy i rozgałęziony labirynt, Teplické skalý są ukształtowanie głównie w formie długich, uskokowych murów, wyrastających wprost z poziomu terenu, o stosunkowo prostych, strzelistych kształtach, które tworzą system płaskich na dole kanionów. Na obrzeżach kanionów znajduje się kilkanaście wolno stojących baszt skalnych osiągających blisko 100 m wysokości.






Teplické skály dzięki występowaniu w nich znacznej liczby pionowych i wysokich ścian rozpoczynających się z poziomu gruntu stanowią znacznie ciekawszy wspinaczkowo teren od bardziej znanych Adršpašskich skál.

Około dwukilometrowy szlak niebieski najpierw podąża wzdłuż Skalnego Potoku.




Po drodze, tuż za skałą o mało poetycznej nazwie Magazyn Serów, w ruinach zamku Stremen (służył niegdyś husytom) warto zahaczyć o punkt widokowy. Trzeba lekko zboczyć w prawo. Do pokonania jest bardzo ostre podejście po schodach i drabinach. Jak podaje tablica informacyjna, tych schodów jest 300. No cóż, nasza wizyta przypadła w okresie majówki, więc na szlakach były prawdziwe tłumy. Aby wejść na samą górę trzeba było odczekać nieco w kolejce. Mimo, że nisko wiszące chmury mocno ograniczały widok, warto było wylać z siebie parę litrów potu i wdrapać się na samą górę. Wrażenie bezcenne.




W głównej części skalnego miasta szlak zatacza pętlę, pozwalając obejrzeć wszystkie najciekawsze miejsca rezerwatu. Efektownie poprowadzona ścieżka mija m.in. Wielki Plac Kościelny i Mały Plac Kościelny, Teatr Rzymski i skałę o intrygującej nazwie Jeż na Żabie. W tym okresie, kiedy zwiedzaliśmy Teplickie Skalne Miasto, część szlaku, od Małego Kościelnego Placu do skały Herynek, była zamknięta, ze względu na okres lęgowy sokoła wędrownego, niezwykle rzadkiego gatunku. Jest to stosunkowo niewielki odcinek szlaku. Te „utrudnienia” spowodowały, że pętlę obeszliśmy dwa razy, oczywiście nie licząc zamkniętego odcinka. Najpierw doszliśmy do Małego Kościelnego Placu i wróciliśmy do rozdroża, a następnie powędrowaliśmy do Herynka i oczywiście z powrotem. Warto przejść ten szlak w dwie strony, za każdym razem dostrzega się coś innego. Ciekawym przeżyciem jest przejście odcinak nazywanego Sybirem. Nazwa, mówi sama za siebie. Różnica temperatur między Sybirem a dalszą częścią szlaku wynosi dobrych kilka stopni.





Skalne Miasto to również, a może przede wszystkim ćwiczenie dla naszej wyobraźni. Skały mają swoje nazwy pochodzące od ich wyglądu. Nie zawsze udawało mi się odnaleźć w nich to, od czego wzięły swoją nazwę. Największe rozbierzności były przy Głowie Konia. Ula, co prawda dostrzegała zarys głowy konia, ale bardziej jej to pasowało na głowę mamuta. Tym czasem dla mnie to była głowa wieloryba. Tak czy owak, świetna zabawa.









Topór Rzeźnika

W obrębie masywu znajdują się ruiny trzech zamków. W północno-wschodniej części, na zachód od Adršpašskich skál znajduje się zamek zamek Adrspach. Pomiędzy Teplickimi skalami a Teplicami – zamek Strmen (o którym była mowa wyżej). Trzeci zamek – Skaly – znajduje się na południowo-wschodnim cyplu masywu.

Przy jednym ze szlaków turystycznych znajduje się symboliczna drewniana kapliczka, poświęcona czeskim wspinaczom, którzy zginęli nie tylko tutaj, ale także w innych górach. Kapliczkę usytuowano w występie skalnym, na którym umieszczone są tablice pamiątkowe osób zmarłych tragicznie w górach.

Po zakończonej wędrówce koniecznie trzeba było odwiedzić którąś z okolicznych restauracji. Nasz wybór padł na Severkę, która skusiła nas daniami z grilla. Niestety tu spotkało nas rozczarowanie. Na szczęście jedyne tego dnia. Obsługa, dwoje młodych ludzi bardzo się starała, ale w restauracji najważniejszy jest smak serwowanych dań. Ula poszła po całości i z wielką odwagą zamówiła makrelę z grilla. Można by powiedzieć, że jest sama sobie winna. Bo co mogą wiedzieć Czesi o przyrządzaniu makreli? Najpierw podali po prostu zimną makrelę z grilla !? Bez słowa przyjęto naszą reklamację. Rybka została z powrotem owinięta w folię i wróciła na ruszta. Po tej operacji była ciepła, ale jej smaku to zbytnio nie zmieniło. Niestety, moja wieprzowina też do udanych nie należała, była bez smaku i niedopieczona. Katastrofa. Jedzenie sprawia mi tyle radości, a tu takie nieporozumienie.



W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Trutnov, taką małą lokalną metropolię. Dojechaliśmy tam tuż po 18, więc nie musieliśmy płacić za parkowanie. Ale szybko okazało się, że o 18 miasto po prostu jest wyłączane. Prawie nie ma ludzi na ulicach.





Duch Karkonoszy

Wszystko jest pozamykane. Nawet trudno jest znaleźć otwartą knajpę, o kawiarni nie mówiąc. Jakoś jednak nam się udało i trafiliśmy do Cafe Bar Narcis, zlokalizowany w zabytkowym rynku. Uwaga! Nie sugerować się nazwą. Bardzo sympatyczne, nastrojowe miejsce. Dobre desery i kawa Vergnano. Warto tam zajść ale trzeba się śpieszyć, bo lokal jest czynny tylko do 19.





Same miasto nie robi najlepszego wrażenia. Ładne, przytulne, zabytkowe centrum i reszta. Spacer po zabytkowym centrum to prawdziwa przyjemność. Co parę kroków coś przykuwa uwagę swoim pięknem, wyszukaną formą, ciekawym detalem. A ta reszta, nie tylko wygląda na biedną ale też bardzo bałaganiarską. Tu nie ma stanów pośrednich. Dwa światy oddzielone przepaścią. Zupełnie, jakby mieszkańcom nie zależało na dobrym wizerunku. To nie są te Czechy znane z folderów reklamowych biur turystycznych.





Postaw mi kawę na buycoffee.to

czwartek, 2 maja 2013

JANSKIE ŁAŹNIE - MIMO WSZYSTKO L

JANSKE LAZNIE


       Czechy to, jak wszystkim wiadomo, kraj bezpośrednio sąsiadujący z Polską. Do tego mówi się tam językiem słowiańskim, który jesteśmy w stanie jako tako zrozumieć. A i ceny, raczej nie są wyższe niż w naszym kraju. Do tego trzeba dorzucić jeszcze całą masę różnorodnych atrakcji turystycznych i moje ulubione piwo Pilsner Urquell (Plzeňský Prazdroj).  No i taki drobiazg jak stosunkowo niewielka odległość i dogodny dojazd. Dlaczego więc tak niewiele razy odwiedziłem naszych południowych sąsiadów? Zupełnie tego nie rozumię i postanowiłem, choćby w niewielkim stopniu, odrobić zaległości w poznawaniu naszego południowego sąsiada.
       Tym razem pomysł celu wyjazdu wyszedł od mojej żonki. Była kiedyś z wycieczką grupową w Skalnym Mieście. Nie była specjalnie zadowolona z takiego stadnego wędrowania po górskich szlakach, ale samo miejsce bardzo jej przypadło do gustu. Chciała więc jeszcze raz je odwiedzić ale już tylko w dwuosobowej grupie. Skoro już wybraliśmy taki kierunek, nadarzyła się doskonała sposobność do odwiedzenia naszych przyjaciół, Małgosi i Darka, mieszkających w Kowarach. Odkąd, kilka lat temu przeprowadzili się tam ze Szczecina, nigdy jeszcze nie udało się nam ich odwiedzić. Spędziliśmy więc przesympatyczny wieczór i poranek następnego dnia w Kowarach. Ileż to różnych tematów się przewinęło w naszej rozmowie. Oczywiście, nie dało się uciec od wspomnień z dawnych czasów, co jeszcze bardziej ociepliło atmosferę. Przy okazji doradzili nam, skoro chcemy wymieniać złotówki na korony gdzieś na granicy, abyśmy zrobili to na przejściu w Lubawce a nie na Przełęczy Okraj. Podobno w kantorze na Okraju stosują zdecydowanie mniej korzystne przeliczniki. Skoro tak, to niewiele myśląc nadłożyliśmy ponad dwadzieścia kilometrów aby zaoszczędzić na wymianie. Kiedy już dojeżdżaliśmy do Lubawki, przyszło mi do głowy, że chyba jednak coś ze mną jest nie w porządku. Przecież nie miałem zamiaru wymieniać 100 000 złotych na korony, a zdecydowanie mniejszą kwotę. Bez sensu, przy wymianie niewielkiej ilości waluty, prawdopodobnie koszt zużytego dodatkowo paliwa był większy niż to co, być może (nie wiemy jaki faktycznie był w tym dniu kurs wymiany na Okraju), zyskaliśmy na wymianie. No ale zawsze, jakby co, możemy powiedzieć, jacy to jesteśmy zaradni, jakie z nas zuchy. Brawo!

SVOBODA NAD UPOU
        Jako bazę wypadową w Czechach, wybraliśmy sobie pensjonat Rudolfuv Dvur w miejscowości Svoboda nad Upou. Sama miejscowość niczym specjalnym się nie wyróżnia. 1998 mieszkańców, położona na wysokości 516 m n.p.m., przy spływie Upy i Janskiego potoka. Powstało jako osada poszukiwaczy złota w 16. stuleciu. Jednak wojna trzydziestoletnia przyniosła upadek kopaniu złota, i górnictwo całkowicie zakończyło swe istnienie pod koniec 18 stulecia. Bardzo ważną dla rozwoju miasta stała się budowa kolei żelaznej w 19 wieku oraz produkcja papieru i tekstylii. W okolicach wydłużonego rynku znajduje się kilka barokowych oraz klasycznych domów i ludowych cembrowanych budowli. Bardzo ciekawy jest również późno barokowy kościół Św. Jana Nepomuckiego z roku 1777. Obecnie jest to ośrodek wypoczynkowy.

RUDOLFUV DVUR
        Natomiast pensjonacik Rudolfuv Dvur, od pierwszego wejrzenia sprawił na nas bardzo dobre wrażenie. Położony tuż obok centrum, na bardzo ładnej i dużej działce. Pokoje przestronne, z własnymi łazienkami. W pokojach mała lodóweczka i telewizor z satelistką. Do tego wspólne pomieszczenie jadalniano-kuchenne, wyposażone we wszystko co potrzebne turyście.  Właściciele zadbali również o to aby gościom nie poprzewracało się w głowach. Zrobili to w najprostszy, ale jakże skuteczny sposób. Ogrzewanie w Rudolfuv Dvur włączane jest tylko raz dziennie, około godziny 20, na kilkadziesiąt minut. A że temperatura na zewnątrz, w ciągu dnia niewiele przekracza  10 stopni, do tego albo pada, albo zaraz będzie padać, w pokojach jest okropnie zimno i nieprzyjemnie z powodu wilgoci. I jeszcze jeden drobiazg. Mimo, że pokoje są przestronne i naprawdę ładne, zapomniano wyposażyć je w coś wygodnego do siedzenia. Oczywiście najlepiej, gdyby były to fotele, ale i wygodne krzesła też by mogły być. Nigdy wcześniej nie zwróciłem na to uwagi. Może, do tej pory zawsze było coś przyzwoitego do siedzenia? Uwielbiam wieczorne czytanie, ale nie lubię czytać na leżąco, i jest bieda. Nie ma też miejsca by sobie usiąść i popisać. Tak, wygodny fotel to bardzo ważny element wyposażenia pokoju.

To na prawdę nie jest w Polsce.
       Jesteśmy w nowym miejscu, więc jesteśmy głodni poznania tego co ono oferuje. Zaraz po zakwaterowaniu wyruszamy na pierwszą „wyprawę”. Ruszamy do Janskich Łaźni. Nie jest to wielki wyczyn, gdyż ze Svobody do Janskich Łaźni jest raptem 3 km. Docieramy tam zatem bardzo szybko, podziwiając po drodze stan nawierzchni przypominający ser szwajcarski, gdzie jest więcej dziur niż sera. Janskie Łaźnie to górskie miasto, ośrodek wypoczynkowy oraz jedyny bardziej znany ośrodek zdrojowy  po czeskiej stronie Karkonoszy. Źródła lecznicze zostały tu odkryte już w 14. stuleciu. Założycielem tych łaźni był w 17. stuleciu właściciel posiadłości Jan Adolf hrabia Schwarzenberg. Największy rozkwit tego kurortu przypadał na drugą połowę 19 wieku oraz na początek 20 stulecia. Obecnie znajduje się tu około 30 źródeł leczniczych oraz mnóstwo obiektów sanatoryjnych. Bardzo ciekawymi obiektami ze względów architektonicznych są na pewno secesyjny dom zdrojowy, z końca 19 stulecia oraz pseudogotycki kościół Św. Jana Chrzciciela z roku 1885. Nad gminą góruje Czarna Góra (1299 m n.p.m.), która oferuje świetne warunki miłośnikom sportów zimowych. Z centrum gminy aż na sam wierzch Czarnej góry prowadzi kolejka gondolowa.


       Jakoś nam nie przypadło do gustu to miasteczko. Owszem, jest kilka bardzo ładnych obiektów, ale dominują raczej te zaniedbane lub wręcz zrujnowane. Do tego zabudowa sprawia wrażenie bardzo chaotyczne, jakby nikomu nie zależało na ogólnym wyglądzie miasta. A już, bardzo nowoczesny a przy tym niezwykle przytłaczający hotel tuż przy wyciągu na Czarną Górę to jest prawdziwe nieporozumienie. Miejsce ma niezwykły potencjał, ale potrzebuje dobrego gospodarza i więcej troski ze strony samych mieszkańców. Już sobie wyobrażam jak by ono wyglądało, gdyby znajdowało się w którymś z krajów alpejskich.


       Nie samymi widokami człowiek żyje, czasami trzeba też coś wrzucić na ruszt. Wybieramy restaurację przy hotelu ARNIKA. Ula decyduje się na kachni stehynko podavane na cervenom zeli, cibulka, variace knedliku. (pieczona kaczka na czerwonej kapuście). Ja jestem bardziej konwencjonalny i wybieram Upicky rizek. Gdyby ktoś nie wiedział, co to jest, to już wyjaśniam, że jest to smazeny veprowvy rizek, houskove knedliky a zeli. Ale to przecież oczywiste. (schaboszczak z knedli kami i fantastyczną kapustą).  Do tego dorzuciliśmy deser louskacek (pyszne, bardzo włosko orzechowe ciasto na kruchym cieście), trochę wina, kawę i herbatę. Wszystko było naprawdę znakomite! Wyszliśmy z Arniki podwójnie ukontentowani, fizycznie i duchowo.


       Finałem tego dnia miała być podróż gondolką na Czarną Górę. Żadnego problemu, aby dotrzeć do kolejki ani aby się do niej dostać. Poza sezonem zimowym maszyneria uruchamiana jest co pół godziny na kilka chwil. Dotarliśmy tam stosunkowo późno, do tego pogoda też niespecjalnie zachęcająca do górskich wędrówek, więc nie widać było tłumu chętnych. A puste wagoniki gnały w górę i w dół. Strasznie się ucieszyły z pary szalonych polskich turystów, zmierzających na Czarną Górę schowaną w ołowianych chmurach. Jak przystało na nieustraszonych podróżników, nie tylko wjechaliśmy do góry, ale też pokręciliśmy się tam trochę, na tyle długo, by zdążyć na ostatnie uruchomienie kolejki. Przy tej pogodzie trudno mówić o podziwianiu pięknych panoram, ale i tak było bardzo przyjemnie. Jedyne co nam przeszkadzało, to ograniczenie czasowe. Już tak bardzo przyzwyczailiśmy się do tego, że wszystko robimy w swoim tempie i tak jak nam pasuje, że nawet ściśle określone godziny kursowania kolejki gondolowej nam się nie podobały. No bo jak to? Ktoś śmie nas ograniczać? Nas? SPRZECIW!!!
       Wróciliśmy do naszego „Rudolfuv Dvur” bardzo zadowoleni z pierwszego dnia pobytu w Czechach. Przyjemność chodzenia po górach, obojętne czy niskich czy wysokich jest niezwykła. Do tego ta cisza, spokój. Jednak warto odwiedzić Janskie Laznie.

Po sezonie

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

PIERWSZE PŁYWANIE W SEZONIE




       Na przystani jeszcze nieco sennie. Ci, co zrzucili łódki w pierwszym terminie, teraz odpoczywają po sprinterskich przygotowaniach i czekają na przyjście prawdziwej, nie tej kalendarzowej, wiosny. Ci co nie zrzucili łódek w pierwszym terminie, wciąż coś dłubią. Jakoś tak to jest, że ile by się przy łódce nie robiło to ciągle jest coś jeszcze do zrobienia, szczególnie wtedy, gdy jacht jeszcze stoi na kobyłkach. A ludzie snują się w tę i we w tę. Przyroda nadrabia zaległości w szalonym tempie. Słońce świeci, drzewa osłaniają od wiatru, nic tylko sobie usiąść i napić się piwa. Nie po to jednak uwijaliśmy jak te mrówki przez ostatnie trzy tygodnie, by teraz stać przy klei. Pakujemy się i wypływamy.


       Wieje zimny, północny wiatr, 3-4 B. Jachtów na jeziorze jak na lekarstwo. Nawet te nieliczne, które wypłynęły, poruszają się jakoś nieśmiało, blisko brzegu , krygują się jak panienki co myślą TAK, a mówią NIE. Trochę ożywienia na Małym Dąbskim wnoszą re gacące się optymisty.  Dzisiaj raczej brać żeglarska preferuje żeglarstwo kejowe. Zdecydowanie cieplej i spokojniej. Płyniemy pod wiatr, całkiem rześki. Znakomita okazja do sprawdzenia jak do sezonu przygotowany jest nasz Rudzik. Wygląda nienajgorzej. Sztag nam się nie podoba. Jest za luźny, a beczki już mocniej skręcić się nie da. Marek jednak wymyślił patent na bezinwazyjne poprawienie tej słabości, tak aby nie trzeba było kłaść masztu i zakładać nowej stalówki. Stara, dobra szkoła żeglarska. Na wszystko znajdzie się jakiś patent. Choć patenty żeglarskie teraz, akurat są w defensywie. A właściwie prawie ich nie ma. I dobrze!


       Z roku na rok Jezioro Dąbskie coraz bardziej zarasta. Jeszcze trochę, a zamiast wielkiego jeziora, będziemy mieli karłowaty las zapaskudzony przez kormorany. Szczególnie szybko zarastają kanały, tak chętnie uczęszczane przez żeglarzy. Wczesna wiosna, to czas, kiedy jeszcze roślinność wodna i lądowa dopiero zaczyna się rozwijać. Już czai się tuż pod powierzchnią wody jak wielki aligator by złapać i uwięzić kolejny jacht, ale na razie i jemu jest jeszcze za zimno. Można pooglądać to czego latem nie widać, można bez większego problemu odnaleźć i przepłynąć oba wejścia  na Świętą, czy spokojnie przepłynąć się kanałem Krętego Węża.    

       Naszą tradycją, już od dobrych paru lat, jest pływanie „na Kwadrat”, dawną bazę U-Botów, i świętowanie tam różnych specjalnych okoliczności. Tym razem, to 88 urodziny Ryśka. Jedna z najpiękniejszych okazji do świętowanie jakie tylko można by sobie wymyślić. Ale, mocno trzeba uważać, jak się składa szanownemu jubilatowi życzenia. Bo życzenia „100 lat!”, w tym wypadku nie brzmią najlepiej.



       Na Kwadracie całkowita pustka. Mogliśmy dowolnie wybierać miejsce cumowania. Nadmiar możliwości nie jest najlepszy, zaczyna się kombinowanie: a może tu, nie. Może tu? W końcu stanęliśmy na tym miejscu, na którym zwykle stawaliśmy do tej pory. Po dawnej bazie Krigsmarine co prawda, prawienie nie ma śladu, ale jednak złomiarzom jeszcze coś udało się tej zimy odkopać, o czym świadczą ślady prac ziemnych. Myślę, że powinni oni otrzymywać jakieś specjalne dofinansowanie od ekologów. Któż od nich wykonuje więcej praktycznej roboty w dziedzinie recyklingu? Politycy, różnej maści działacze tylko gadają, a ci dżentelmeni, działają!
       Trzeba wracać. Wiatr prawie zdechł, zielska jeszcze nie ma, wracamy więc kanałem Krętego Węża.

sobota, 20 kwietnia 2013

WODOWANIE 2013



       Zima tego roku była wyjątkowo długa. Zdecydowana większość ludzi miała jej serdecznie dosyć, a żeglarze szczególnie mocno wyczekiwali jej końca. Odpuściła raptem kilka dni temu, dopiero w kwietniu, a pierwszy termin wodowania w naszym klubie wyznaczony został na sobotę 20.04.2013. Zatem, dziesięć dni czasu na przygotowanie jachtów do wodowania. Nic więc dziwnego, że ruch na przystani, w ostatnich dniach, był jak Realu przed świętami.



       Na przystań przyjechałem piętnaście po dziewiątej. Całkiem spory klubowy parking  był już prawie pełny. Piękne słonko, ale zimno. Samochody lśnią w słońcu. Prawdziwa rewia. Tak, samochody i jachty, to zabawki dorosłych facetów. Jest parę ciekawych pojazdów, w końcu wśród braci żeglarskiej jest sporo medyków. Ale dzisiaj to nie samochody występują w roli głównej.



       Żeglarskie bractwo w pełnej gotowości. Wszyscy w „wytwornych” uniformach, gotowi do pracy.



       Jachty również przygotowane. Jeszcze tu i ówdzie ostatnie szlify. Ale cumy już przygotowane, aby można było prowadzić łódki w powietrzu. Ale żeglarstwo to sztuka czekania. Czekamy na dźwigi, czekamy na swoją kolej. Z roku na rok przybywa jachtów i wodowanie coraz bardziej się wydłuża.



       Przyjechały dwa wielkie dźwigi, które zostały ustawione w dwóch końcach mariny. W końcu są gotowe do pracy i wreszcie startujemy.



       Większość z nas, ma mocno leciwe jednostki. Ale ilość serca jaką wszyscy wkładają w przygotowanie swoich okrętów do pływania jest niesamowita. Każdy detal jest dopieszczany, nawet te, na co dzień niewidoczne. Wszystko się błyszczy i lśni.



       Kiedy jachty są jeszcze na lądzie, ale już przygotowane do wodowania, jest rzadka okazja przyjrzenia się różnym rozwiązaniom konstrukcyjnym, czy oryginalnym „patentom”. Często podziwiamy manewry portowe w wykonaniu jachtów wyposażonych w stery strumieniowe. A z bliska? Wygląda to całkiem niepozornie.



       Mamy w klubie kilka jachtów posiadających ciekawą historię, będących symbolami polskiego żeglarstwa: Nadir, Mazurek, Gaudeamus. Na pewno należy też do nich stalowy smok s/y „Stary”, 13,5 m długości. Na szczęście po dźwigu nie było widać, by jakoś specjalnie się z nim męczył. Powoli, bardzo spokojnie, zostaje przeniesiony i postawiony na wodzie.



       To z jednej strony to z drugiej, kolejne jachty podrywają się do góry. Konkurują w powietrzu z ptakami i samolotami. Swoją drogą ruch w powietrzu, podobnie jak drogach, niesamowicie się zintensyfikował. Samoloty latają co chwilę to w jedną stronę, to w drugą.  



       Może nie wszyscy, ale z całą pewnością większość żeglarzy to ludzie chętnie wzajemnie sobie pomagający. Również przy wodowaniu ta cecha jest bardzo potrzebna. A poza tym, po prostu jest miło komuś pomóc. I w końcu jacht zostaje posadzony na wodzie. Ależ to przyjemne uczucie. Tak, naprawdę rozpoczyna się sezon. Wreszcie można poczuć pod nogami bujający się pokład.



       Trzeba trochę ogarnąć miejsce gdzie stały kobyłki i czas na zasłużony odpoczynek. Co prawda, jacht jeszcze nie jest gotowy do pływania, ale już stoi na swoim miejscu przy kei. Resztę dokończymy jutro.

Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...