niedziela, 20 listopada 2016

CHORWACJA PO SEZONIE. CZ 4: IST - SIMUNJ



       Żegnamy zapadający w zimowy sen Ist. Podobno kilka dni temu zdarzyło się, że ani jeden jacht nie przycumował tutaj na nocleg. Do końca sezonu jednak jeszcze kilka tygodni pozostało. Może to więc nie tylko kwestia pory roku? Jakże inaczej wygląda nasze odkrycie roku, czyli marina ACI Žut. Warunki mają zdecydowanie trudniejsze, a jednak udało się stworzyć przeurocze miejsce. Może kiedyś i Ist zostanie nieco doinwestowane. Może znajdzie się ktoś z pomysłem, z dobrą ręką, z wielkim sercem i wypchanym portfelem i sprawi, że Ist także będzie przyciągał żeglarzy o każdej porze roku. Wydaje się, że to jest możliwe.


       O 0900 oddajemy cumy. Humory dopisują, pogoda nienajgorsza, co w naszym języku oznacza, że jest odrobinę wiatru i możemy cieszyć się żeglowaniem. Cel na ten dzień to Šimuni. Zaraz po wypłynięciu z portu skręcamy w prawo i przepływamy przez Prolaz Zapuntel oddzielający wyspy Ist i Molat. Przejście w naturze wygląda znacznie lepiej niż na mapie. Jest wystarczająco szeroko, dobra widoczność, można więc zupełnie spokojnie płynąć. Przed nami szeroka woda, sprzyjający wiatr, więc pięknym bajdewindem fruniemy, jakbyśmy mieli hydroskrzydła, ku wyspie Maun.


       Maun, to niewielka, 8,5 km2 powierzchni, bezludna wyspa. W poszukiwaniu ciekawego miejsca do kotwiczenia i kąpieli trafiamy do zatoki Koromačna. Nie jest to miejsce jakoś specjalnie przytulne, jak wiele z już wcześniej odwiedzonych. Nie schowamy się tutaj gdzieś za „winklem”, na brzegu nie urokliwego zagajnika, a jednak jest przyjemnie. Ładny, choć jak to w Chorwacji, skalisty brzeg. Umiarkowane głębokości, dzięki czemu można bez trudu zobaczyć dno, a przy okazji woda ma ten swój niezwykły kolor, który zawsze robi na nas takie wrażenie. Ku naszemu zdumieniu na brzegu widać jakieś resztki zabudowań. Nie zawsze więc wyspa była taka bezludna. Ciekawe co się kryje za historią tych zabudować? Codzienny trud ciężko pracujących ludzi? A może jakaś tragedia? A może ktoś chciał uciec od cywilizacji? Na razie sprawa pozostaje dla nas tajemnicą.


       Niestety od wczorajszego dnia temperatura wody nie chciała się podnieść. Wchodzenie zatem do wody pozostaje sporym wyzwaniem. Ale na pokładzie jest twarda ekipa. Jak głosi powiedzenie tego rejsu: nie ma miękkiej gry! Bez względu na zawartość tkanki tłuszczowej kolejni śmiałkowie zanurzają się w wodzie. Pierwszy krok w przygotowaniach do zimowego sezonu morsów mamy za sobą.
       Jak to na rejsie, apetyty dopisują. Tym bardziej po takiej kąpieli. Wykorzystujemy postój w zatoce, by zjeść obiad uroczym otoczeniu natury. W zatoce jesteśmy tylko my i szum morza. Z góry spływają na nas głaszczące promienie słoneczne. Nic tylko rozłożyć się w hamaku i leniwie bujać. No ale Tomek już wjeżdża z garami. Na rejsie, jak to na rejsie, raczej nie jadamy zbyt wyszukanych dań, wiadomo trudne warunki, raczej to co najprostsze i najszybsze, np. kurczak nadziewany kabanosami tak jak dzisiaj, czy golonka, jak wczoraj, czy pieczona kaczka, jak przedwczoraj. No cóż jakoś trzeba się z tym pogodzić. Do chińskich zupek błyskawicznych i innych przysmaków wrócimy być może po powrocie do domu.



       Šimunj położone jest na wyspie Pag. Jest to miejscowość wypoczynkowa licząca około 400 mieszkańców. I, poza dużą mariną ACI nic tam nie ma. Kompletnie nic. Żadnych zabytków, żadnych tajemniczych uliczek, żadnych ciekawostek przyrodniczych. Jest tylko marina, schowana w zatoce głęboko wcinającej się w ląd,  na około 200 jednostek, naprawdę dobrze wyposażona, i pod względem sanitarnym i pod względem technicznym. 


Nic więc dziwnego, że będąc tam w różnych porach roku zawsze spotykałem tam wielu żeglarzy z różnych zakątków Europy. I tym razem było nie inaczej. Przy jednym z jachtów, na kei siedziało sobie na krzesełkach turystycznych dwóch starszych panów. Zdaje się, że z Niemiec. Któryś z kolegów wdał się z nimi w pogawędkę po angielsku. Panowie jak się okazało, są stałymi bywalcami w Šimunj. Potwierdzili, że w miasteczku nic się nie zmieniło. W dalszym ciągu są tylko dwie knajpy. Jedna w „centrum” a druga w marinie. Ta ostatnia jest podobno nieco droższa, ale ma lepszą kuchnię i jest zdecydowanie bliżej. Położenie nad długą, niczym norweski fiord, zatoką, sprawia, że z jachtu do miasteczka jest kawał drogi, bo trzeba całą tę zatokę okrążyć. Wybór, w przypadku naszej załogi jest oczywisty. Pozostajemy w marinie. Z punktu widzenia kulinarnego z całą pewnością nie był to zły wybór. Spędziliśmy w knajpie ze wszech miar przyjemny wieczór kończący kolejny miły dzień.


2 komentarze: