środa, 23 lutego 2011

Podróż do stolicy.

Wybrałem się w podróż do stolicy. Niby nic specjalnie ciekawego, robię to dosyć często. Ale tym razem było nieco inaczej. Jechałem na spotkanie z Bardzo Ważnym Urzędnikiem w sprawach związanych ze stowarzyszeniem, którego jestem członkiem. Nie był to, zatem wyjazd pod wpływem impulsu, ale przygotowywany od wielu dni. Poprzedzony był korespondencją mającą na celu umówienie spotkania i długim oczekiwaniem.
I wreszcie jest informacja: Pan Bardzo Ważny Urzędnik spotka się ze mną pojutrze o godzinie 11. Adrenalina skoczyła, szybka analiza możliwości komunikacyjnych. Samolot odpada, ceny, szczególnie na dwa dni przed odlotem są raczej kosmiczne niż lotnicze. Kolej? Intercity, odpada, pociąg ze Szczecina przyjeżdża do Warszawy chwilę po jedenastej. Znowu pozostaje samochód. Ale na spotkaniu z panem BWU chciałbym być świeży i wypoczęty a nie jak bielizna wyciągnięta z pralki. Muszę więc pojechać dzień wcześniej, przenocować w hotelu i rano, odpowiednio przygotowany, udać się na spotkanie.
Okazuję się, że w hotelu gdzie zwykle nocuję, nie ma wolnych miejsc, wybieram więc hotelik w Łomiankach, jest po drodze. Trasa do Warszawy? Znam już chyba na pamięć każdy kilometr. Zatankowałem do pełna, więc najbliższy planowany postój w Rzymie, karczmie koło Bydgoszczy. Nie mogę sobie odmówić przyjemności zjedzenia podwójnej porcji pierogów z kapustą i grzybami. Wyśmienite! A ten sos borowikowy, istne cudo. Po takim obżarstwie czułem się nieco ociężały, ale jakoś dojechałem na miejsce.
Hotel Villa Bellarosa, czyste i skromne, jak najbardziej odpowiednie miejsce do spędzenia nocy w delegacji. Po zainstalowaniu się w pokoju odpalam komputer i zamierzam nieco popracować. Niezbyt długo, aby rano być w jak najlepszej formie. Tym czasem niespodzianka, komputer nie chce współpracować. System się sypie. Próbuję ratować jakoś sytuację, nic jednak mi się nie udaje. W końcu macham zrezygnowany ręką, wyłączam sprzęt i patrzę na zegarek … Do diabła, druga godzina, znowu się nie wyśpię.
Rano jakoś zwlokłem się z łóżka i ruszyłem do centrum. Jak zwykle krążenie w kółko, aby  znaleźć wolne miejsce do zaparkowania. Jestem 15 minut przed czasem, udało się. Groźny pan ochroniarz oczywiście mnie nie wpuści. Wzywa do mnie kogoś z biura Pana BWU. Pani przychodzi z planem zajęć Pana BWU, na którym nie ma spotkania z zupełnie nieważnym panem ze Szczecina. Trochę się zapowietrzyłem. Miałem ze sobą kopię pisma, w którym mnie zapraszano na spotkanie z Panem BWU. O co więc chodzi? Pani oferuje swoją pomoc w wyjaśnieniu sprawy. Pan BWU jest na bardzo ważnym spotkaniu i z całą pewnością się ze mną nie spotka. Pani, z pisma, które jej pokazałem, szybko doszła do tego, kto spośród zastępców Pana BWU, pod tym pismem się podpisał. Niestety, tej pani, jakimś dziwnym trafem, akurat nie było w urzędzie. Udało się w końcu znaleźć zastępcę zastępcy, tyle, że z innego działu. Pani zastępca zastępcy była bardzo miła, tyle, że kompletnie niezorientowana, o co chodzi. Wysłuchała mnie, poczęstowała kawą i czekoladką i … na tym skończyła się moja wizyta w Bardzo Ważnym Urzędzie.
Cóż robić, zapakowałem się do mojego czerwonego wozidełka i ruszyłem w drogę powrotną. Tu już znowu pełna rutyna. Prawie, gdy ruszałem zaczynał prószyć śnieg. Gdy dojechałem do mojego stałego punktu tankowania, Shell przy dwupasmówce przed Płońskiem już po prostu padał śnieg. I coraz gęściej i gęściej. Tym razem w Rzymie zawinszowałem sobie pierś z kurczaka nadziewaną szpinakiem, znakomite. W czasie popasu w karczmie śnieg nie przestał padać. Dopiero, gdzieś koło Recza droga zrobiła się czarna.
Okazuje się, że nawet zwykły, roboczy wyjazd do Warszawy może dostarczyć niezwykłych przeżyć, które na długo pozostaną w naszej pamięci.     

1 komentarz:

  1. Tak to jest z tymi BWU... Trzeba było rachunek za paliwo zostawić w podzięce za tak urocze i pełne profesjonalizmu przyjęcie gościa ;)

    Pozdrawiam
    Marek Z

    OdpowiedzUsuń