środa, 29 grudnia 2010

Pancerny Nikon

Fotografia pasjonuje mnie od wielu lat. Niestety krezusem nie jestem, więc posługiwałem się sprzętem raczej z niższej półki. Nie był to jednak jakiś specjalny problem, gdyż nie zaliczam się do gadżeciarzy. Bawi mnie robienie zdjęć, odnajdywanie w otoczeniu tego co piękne i próbowanie uwiecznienia tego na fotografiach. To jest wyzwanie: jak oddać w sposób możliwie najlepszy to co mnie zachwycza w otaczjącym świecie. Jakże często stwierdzam, że zdjęcia nie oddają całego uroku tego co sfotografowałem. Z zależności od okoliczności jestem z tego powodu zły lub smutny. Oczywiście wciąż pracuję nad tym by jednak jak najczęściej na zdjęciu było to na czym mi zależy i oddane tak jak należy, ale różnie to bywa.
Około trzech lat temu sprężyłem się i, co prawda na raty, kupiłem sprzęt, który po przeczytaniu paru testów, wydawał mi się tym wymarzonym: Nikon D300. Kochani! Sprzęt jest po prostu bajeczny. Wprost trudno się go nachwaliś.
Powolutku zaczęłem uzueniać do niego osprzęt. Pewnym ułatwieniem było to, że poprzedni aparat też był ze stajni Nikona. Ale dokupiłem sobie m.in. piękną Sigmę 70-200, ze stałym światłem 2.8.
Ostatnia jesień, i ta wczesna i ta późniejsz była bardzo ładna i wręcz zachęcała by trochę poszwędać się z aparatem. Pewnej niedzieli z żoneczką udaliśmy się do B i R, którzy są właścicielami przpięknego parku. Kilkadziesiąt hektarów, pięknie zagospodarowanego i w pełni zinwentaryzowanego przez konserwatora przyrody, terenu. Właściciele dokładają wielkich starań by było tam na prawdę uroczo. Jesień jest tam szczególnie atrakcyjna, bo nie tylko maluje wieloma ciepłymi barwami drzewa i krzewy, ale też sypie najróżniejszymi grzybami w wielkich ilościach. A że jest to teren zamknięty, no to nie trudno sobie wyobrazić jak wygląda ten raj dla grzybiarzy.
I w takich to okolicznościach przyrody, wyruszyłem wczesnym popołudniem na "łowy". Chodziłem sobie to tu, to tam. Od czasu do czasu zmieniałem szkła. Reszta towarzysztwa, gdzieś tam w oddali przy grillu i wyśmienitym winku biesiadowała. Właśnie założyłe na aparat niedawno zakupioną Sigmę, włożyłem to na statyw i próbowałem łapać motyle przy sadzawce. Coś tam popstrykałem i ruszyłem dalej. Nie chciało mi się zdejmować aparatu ze statywu, więc położyłem sobie statyw z aparatem na ramię i ruszyłem w poszukiwaniu kolejnej sceny. I nagle ŁUP!!! Zamarłem. Aparat wypiął się z mocowania statywu i spadł na ziemi. Mało tego, trafił w jeden z nielicznych w tym miejscu kamieni. Upadek sprzętu o wadze ponad 2 kg z wsokości ok 2m na kamień ...
Pierwsze uderzenie przyjęła na siebie osłona przeciwsłoneczna, która rozsypała się w droby mak. Pamiętam, jak kiedyś kolega zapytał mnie dla czego noszę założoną osłonę przy złej pogodzie. No cóż, miałem ją wtedy po to aby osłonić szkło przed padającą mżawką i świetnie się prawdziła. Teraz okazało się, że ma ona jeszcz jedno zastosowanie, amortyzuje siłę uderzenia. Tylko w jakim stopniu?
Niewiele mogłem sprawdzić, bo póki co, sprzęt nie chciał zbytnio ze mną gadać. Prawdę mówiąc wcale mu się nie dziwię. Jak by mnie ktoś tak potraktował też bym się wkurzył. Jedyne co miał mi do powiedzenia, to to że nie widzi karty pamięci.
Udałem się ze sprzęcichem do serwisu. Trochę to trwało, parę tygodni. W końcu zadzwonił pan z serwisu i zaprosił po odbiór mojego Nikona. Z lekką trwogą w głosie zapytałe jeszcz ile mam przygotować kasy. Okazało się, że raptem około trzech stówek. Jak na skrzydłach poleciałem do serwisu po odbiór mojego ukochanego aparatu. Żadnych uszkodzeń mechanicznych! Największym problemem okazało się znalezienie styku, który został przerwany i powodował niewidzenie karty i w konsekwencji brak chęci do działania mojego Nikona. Gdy to wszystko usłyszałem i sprawdziłem, że on na prawdę działa, dopiero wtedy spłynęła na mnie wielka ulga i wielka radość. Moją radość trudno jest opisać, poczułem niesychaną lekkość byt. Niemal unosiłem się w powietrzu. O NIKONIE, JESTEŚ WIELKI.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz