środa, 29 grudnia 2010

Krótki rejs

Zorganizowałem rejs po Adriatyku, w którym wzięły udział jeszcze trzy osoby, których umiejętności żeglarskie raczej zbyt wysokie nie były i jedna osoba o zerowych umiejętnościach ale za to, niejako dla równowagi, z ogromnymi lękami prawie przed wszystkim.
Co za człowiek! Przed wyjazdem do Chorwacji zaprosiłem całą ekipę na w celach zapoznawczych na łódkę, którą mam do dyspozycji na Jeziorze Dąbskim. Nic wilkiego, mała, sześciommetrowa carina. W porównaniu do zamówionej w Chorwacji Bavarii 32, to wręcz maleństwo. Wszyscy weszli na łódkę całkiem normanie, tylko nie M. Czegoś takiego w życiu nie widziałem! Chłopak stał na kei, trzymał się je jedną ręką za sztag ... i nie był w stanie unieść nogi by postawić ją na koszu dziobowym. Cholera! Patrzyłem na to i nie wirzyłem własnym oczom. W końcu, po długich namowach całej czwórki jakoś udało mu się wgramolić. Popływaliśmy po jeziorze cały dzień. Było bardzo przyjemnie. Ponieważ był bardzo gorący dzień, zorganizowałem załodze nawet kąpiel w jeziorze. Do końca dnia było już bardzo przyjemnie i pomyślałem sobie, że skoro na takiej małej carince jakoś poszło, to tym bardziej na stosunkowo dużym i wgodnym jachcie jakim jest Bavaria będzie jeszcze lepiej.
Ponieważ nie należę do tych co lubią się katować, podróż do Chorwacji rozłożyliśmy na dwa dni. Na nocleg zatrzymaliśmy się w niemieckim mieście Pasawa. Przeurocze miasto, można po nim snuć się całymi godzinami. A te knajpki? Więc zwiedzaliśmy tak do ... już nikt nie pamięta do której. Tylko rano było bardzo ciężko się zebrać do dalszej drogi.
Niestety do Sukosanu, gdzie czekała nasza "Bavarka" dotarliśmy z małym opóźnieniem. Mieliśmy okazję przypomnieć sobie co to znaczy granica. Co prawda i Słoweńcy i Chorwaci uwijali się jak mogli, ale przy tej liczbie aut jaka zmierzała do granicy, byli bezradni. I my też. Dobre dwie godziny stania w wielokilometrowym korku przed granicą. Jak się okazało nie była to jedyna, mało sympatyczna niespodzianka, jaka czekała na nas tego dnia. Chorwacja przywitała nas wyjątkowo brzydką pogodą. Z nieba momentami lała się po prostu ściana wodu. Na autostradzie co kawałek migały do nas złowrogo ostrzeżenia o ograniczeniu prędkości do 80 kilometrów na godzinę. I rzeczywiście trudno było szybciej jechać. A przecież tobył koniec sierpnia, wymarzony czas na takie eskapady. W końcu po przejechaniu kolejnego imponującego tunelu ukazało się przed nami morze i piękna pogoda. Dotarliśmy do Sukosanu cali, zdrowi i w świtnych nastrojach.
Pozostało tylko odebrać jacht i można zacząć żeglowanie. Całe szczęście, że marina przyjęła nas taką piękną pogodą. Przez ostatnie kilka dni nic innego nie robiłem jak tylko opowiadałem M jaki to łagodny i sympatyczny klimat jest w Chorwacji. Wciąż powtarzałem, że w lecie to raczej problemem jest brak wiatru a nie jego nadmiar. Dodawałem też, że dopuki załoga dobrze nie oswoi się z jachtem nie będziemy pływać nocą.
Z zaokrętowaniem uwinęliśmy się bardzo sprawnie więc postanowiłem, że opuszczmy Sukosan, w którym to marina przypomnina raczej jakiś kombinat, a nie urokliwe miejsce do nocnego biesiadowania. Wybrałem pobliskie Preko, raptem kilka mil do przepłynięcia, gdzie jest wszystko to czego wesoły żeglarz może oczekiwać. Jak się okazało wyruszliśmy nieco za póżno. Gdzieś po dwóch-trzecich drogi zaczęło się ściemniać. W tych szerokościach geograficznych zmierzch zapada zdecydowanie szybciej. A na choryzoncie pojawiła się burza! Zaczęło już nieźle wiać jak wpływaliśmy do mariny w Preko. Na kei, dwóch ludzi z obsługi ruszyło nam na pomoc przy cumowaniu. Jeden wskoczył na sąsiedni jacht by podać nam z niego dodatkowy muring. Tak więc zamiast na jednym muringu, jak to się zwykle dzieje, staliśmy na trzech. Szybko sklarowaliśmy jacht. Załoga zaczęła szykować kolację a ja wyruszyłem do szefostwa mariny zorientować się w sytuacji. Przeszedłem jakieś 50 metrów gdy nastąpiło oberwanie chmury. To co się działo na autostradzie w ciągu dnia to na praedę był mały pikuś.
Co też ja temu M naopowiadałem o pogodzie w Chorwacji? Jego mina, gdy już staliśmy mocno zacumowani, to jeden wielki, niemy, krzyk rozpaczy. A i kolejne trzy dni niewiele poprawiły sytuację. Wiało całkiekm fest, tyle, że już tak nie lało. Dopiero następne trzy dni to była prawdziwa chorwacka pogoda.
Dostałem porządną nauczkę, jeśli chodzi o składanie obietnic co do pogody.  

1 komentarz:

  1. O proszę do tej historyjki tez się dokopałem i... sama prawda ;)

    Pozdrawiam
    M

    OdpowiedzUsuń