niedziela, 18 września 2016

SKRADIN - WODOSPADY KRKI - TRIBUNJ

       


       Wczesny poranek. Jeszcze niewielu sąsiadów udało się do pracy. Jaka piękna pogoda. Nawet w nocy temperatura nie spada zbytnio poniżej 20 stopni. A my właśnie pakujemy naszego Jumpy’ego i ruszmy do Chorwacji. Czy to ma jakiś sens tłuc się w samochodzie półtora tysiąca kilometrów, skoro mamy u siebie taką wyśmienitą pogodę. Ma, ma! Jak najbardziej. Bo to nie tylko o temperaturę chodzi. Jest parę innych powodów, dla których podejmujemy trud tak dalekiej podróży. A temperatura? I owszem, temperatura również, temperatura wody w morzu. Niestety woda w naszym Bałtyku nadaje się co najwyżej do chłodzenia piwa, a nie do kąpieli.
       Jumpy bez trudu pomieścił naszą szóstkę i gigantyczne zapasy żywności. Przez chwilę się zawahałem obserwując załadunek prowiantu, gdzie to i na jak długo się wybieramy. Szczęśliwie jednak jakoś się poukładaliśmy i po kilkunastu minutach już byliśmy na autostradzie. Choć prawdziwa autostrada rozpoczyna się dopiero na obwodnicy Berlina. To prawdziwa rwąca górska rzeka po miesięcznych ulewach. Na postojowiskach przy stacjach paliwowych trudno znaleźć wolne miejsce. To organizm żyjący własnym życiem. Na pierwszy dzień mamy do przejechania nieco ponad 900 km, do austriackiej miejscowości Selzthal. Dziwne miejsce, położone w ładnej górskiej dolinie, otoczonej wysokimi górami, wypełnione różnymi industrialnymi elementami. Plątanina trakcji kolejowych jak na Górnym Śląsku, a w tle zalesione górskie zbocza.


       Nasz hotel Gasthof Eder zur Stadt Leoben jest położny przy głównej ulicy miasteczka, tuż obok stacji kolejowej. Nawet w piątkowy wieczór panuje tu całkiem sporym ruch. W środku bardzo skromnie, wręcz siermiężnie, ale niczego nie brakuje. Jest całkiem przytulnie, tylko w nocy trudno spać przy otwartym oknie. Każdy przejeżdżający samochód, to grzmot rozdzierający nocną ciszę.
       Nieco się odświeżywszy idziemy zwiedzić „miasto”. Po drugiej stronie ulicy, przed dworcem ponadstuletnia drezyna. Tak, ta miejscowość jest zdecydowanie kolejowa. Ale nas najbardziej interesują lokale gastronomiczne. Mijamy pierwszy. 4 stoliki na wąskim chodniku, do środka nie zaglądamy. Na zewnątrz siedzi kilka wesołych osób, które zachęcają nas byśmy również tam przysiedli. Postanawiamy jednak poszukać czegoś lepszego. Dochodzimy do skraju miejscowości i nic. Senna, niemal wymarła okolica. Wracamy i oczywiście trafiamy do tej pierwszej i jedynej czynnej restauracji: Cafe Restaurant Stuberl, rodzinnego interesu Beichtbuchnerów. Nadzwyczajnej atmosfery to tu nie ma. Głód i dobry nastrój sprawiają, że mimo wszystko nic nam nie przeszkadza. Rozpoczynamy od lokalnego piwa,  a jakże, i wesoło sobie gaworząc czekamy na zmówione dania. Warto było tam zakotwiczyć, warto było poczekać. Dania były bardzo smaczne i w rozsądnych cenach. Mój Stubenschnitzel – czyli filet z kurczaka opiekany z prosciutto i serem, z warzywami i krokietami ziemniaczanymi był świetny. Teraz można wracać do hotelu by zregenerować siły przed drugą częścią podróży. Rano mamy przyjemność poznać małżeństwo prowadzące Gasthof, w którym nocowaliśmy. Okazało się, że pan ma trzy pasje: koleje żelazne, wino i ... żagle. Czy ktoś taki może być niesympatyczny?
       Trasa do Chorwacji, to niestety dwa zupełnie różne odcinki. Przez Niemcy i Austrię przejeżdżamy szybko i bezproblemowo. Przejazd przez kilkadziesiąt kilometrów Słowenii jest drogi (30 Euro) i zazwyczaj kończy się gigantycznym korkiem przed granicą z Chorwacją. Niestety tym razem również jest podobnie. Niby jedni i drudzy są w Unii, jedni i drudzy są w Schoengen, ale na granicy swoje trzeba odstać. Trzeba jednak przyznać, że służby, zarówno słoweńskie jak i chorwackie traktują nas bardzo przyjaźnie i w końcu wjeżdżamy do Chorwacji. Niestety, to nie koniec perturbacji drogowych. Bramkowy system opłat za autostradę bardzo sprzyja powstawaniu korków. Tym razem nawet szybko udało nam się wjechać na A1. Jak to już od kilku lat się dzieje, otworzono kilka prowizorycznych bramek, przy których stoi młodzież z biletami i wręcza je kierowcom. Dzięki temu idzie to całkiem sprawnie. Ucieszyłem się wielce z tego faktu. No to teraz już z górki. Trzask, prask i będziemy na miejscu. Nic z tych rzeczy! W tym roku prawdziwy problem zaczął się za bramkami wjazdowymi. Zdaje się, że wszyscy, którzy zrezygnowali z wakacji w północnej Afryce i Turcji zjechali się właśnie w tym dniu do Chorwacji, a konkretnie na A1. W rezultacie, od wjazdu na autostradę do rozjazdu autostrad na Riekę E65 i Split E71/A1, czyli ok. 120 kilometrów, jechaliśmy w gigantycznym korku. Było kilka przyśpieszeń, ale kończyły się one za każdym razem ostrym hamowaniem.
       Przejeżdżamy niesamowitym mostem nad Krką, zjeżdżamy z autostrady, zjeżdżamy z wysokości i w końcu jest Šibenik i marina Mandalina. Całkiem spora. Daje się to odczuć od razu przy wjeździe, gdy usiłuje się znaleźć miejsce do zaparkowania. Znajdujemy miejsce, oddalone o dobre pięć wiorst od kei gdzie stoi nasz jacht i gdzie znajduje się biuro firmy czarterowej. Wyciągam board pass i pytam w recepcji mariny, gdzie jest to biuro. W pierwszej chwili mała konsternacja. Co to za firma? Kolejna pani jednak wie, że ta firma nie ma tu biura, ale reprezentuje ich tutaj Ankora Charter, a właścicielem jachtu jest jeszcze ktoś inny. Mimo wszystko najważniejsze, że trafiłem do właściwej dziupli. Urzęduje tam pani groźna jak chmura gradowa. Gdy słyszę, że coś sobie podśpiewuje, próbuje nawiązać konwersację aby jakoś ocieplić atmosferę. Jakiś efekt to daje, ale nie za duży. Pani ma ciekawą metodę pracy. Każdego zgłaszającego się odsyła na zarezerwowany jacht i każe przyjść za godzinę. Nie daje nawet żadnej check listy aby można było jakoś pożytecznie spędzić czas. Po prostu, idź pooglądaj sobie jacht i wróć za godzinę. Kiedy wróciłem do biura, oczywiście przed terminem, okazało się, że pani nie otrzymała z Yachtica Charter naszej listy załogi i potrzebuje dokumenty wszystkich uczestników rejsu aby sporządzić tę listę. Oczywiście nie mam tych dokumentów i znowu muszę się przespacerować na drugi koniec mariny. W rezultacie na wyczarterowany s/y Escape wchodzimy bardzo późnym popołudniem i rezygnujemy z wypłynięcia jeszcze w sobotę.
       Escape to  … Elan, Elan 394 Impression z 2014 roku. Po doświadczeniach  sprzed kilku miesięcy, kiedy to pływaliśmy  nieco większym Elanem z tegoż rocznika, wchodzę na pokład z lekkim niepokojem. O dziwo, pierwsze wrażenia są pozytywne. Nieco mniej miejsca, ale wszystko działa, wszystko jest tam gdzie trzeba. Fajnie podświetlona podłoga. Tylko te nieszczęsne progi. Naprawdę trudno uniknąć potknięcia i oby tylko na potknięciach się skończyło, bo wcale nie trudno się fest poobijać. Tym niemniej ostateczna weryfikacja nastąpi w czasie pływania.
       Skoro nie odpływamy, to po krótkiej odprawie powitalnej zajęcia własne. Słabą stroną Mariny Mandalina jest duża odległość od starego miasta w Šibeniku. To poważny mankament, bo tam trzeba zajrzeć. Mam nadzieję, że jak będziemy kończyć, to będzie więcej czasu, weźmiemy taksówkę wodną i sprawimy sobie tę przyjemność. A marina wieczorem aż buzuje. Jednak większość jachtów pozostała na miejscu do niedzielnego poranka. Co kawałek słychać polską mowę. W restauracji w pewnym momencie miejscowa kapela odgrywa „Hej sokoły” przy wydatnym wsparciu wokalnym bawiących się tam naszych rodaków. Wieczory w marinach są bardzo ważnym elementem tworzącym fajny klimat żeglarstwa. Zasypiam z uśmiechem na twarzy.
       W niedzielę rano wstajemy przed szóstą. Załoga nie chce rezygnować z pierwszego punktu programu jaki im zaproponowałem przed rejsem. Chcemy zatem jednego dnia zrealizować zarówno to co było zaplanowane na sobotnie popołudnie jak i na niedzielę. Obieramy zatem kurs na inny obowiązkowy punkt na mapie żeglarskich peregrynacji, na Skradin, oczywiście z opcją odwiedzenia Parku Narodowego „Wodospady Krki”. Płyniemy więc nie na morze, a w górę Krki. Bardzo malowniczy szlak. Mijamy po drodze liczne hodowle muli, kolejne zakręty, Jezioro Prokljanskie z jego pułapkami nawigacyjnymi i imponujący most autostradowy tuż przed Skradinem. Bardzo malowniczy, godny polecenia szlak.


       Do Skradina dopływamy około 0930. Od mojego ostatniego pobytu marina ACI jakby się rozrosła. Wchłonęła część miejskiej kei. Przyjęcie, jak to w marinach ACI, już z daleka dają nam znaki, gdzie jest miejsce i gdzie możemy zacumować. I tylko zaplecze socjalne jak na standardy tej firmy niezbyt imponujące. Nie zamierzamy tu jednak nocować, więc nie ma sprawy. Chorwaci zdecydowanie nie znają się na żartach jeśli chodzi o opłaty. To nic, że stajemy tylko na kilka godzin. Płacimy polowę dobowej stawki, czyli prawie 270 kun. Do tego już przywykłem. Któryś z kolegów, może Wojtek, może Marcin, nie pamiętam, stwierdził, że oni po prostu testują wytrzymałość turystów. Dotąd będą podnosić ceny, aż w końcu ludzie przestaną przyjeżdżać. Sam Skradin to niewielka, licząca niespełna 4000 ludności, bardzo przytulna, miejscowość, ze świetnymi nalewkami w knajpce przy bulwarze u wdowy oraz wyśmienita jagnięcina nieco dalej. Jest też coś dla ducha, 6000 lat historii zobowiązuje. Są tu pozostałości rzymskich budowli i grobowców, wcześniej jednak  to była Scardona, główne miasto iliryjskiej Liburni, dopiero później stolica prowincji rzymskiej. Są też, a jakże, pozostałości weneckich i tureckich fortyfikacji na wzgórzu Biskupija, kościół Porodenje Marijno, ortodoksyjny kościół Sv. Spiridion. I parę innych ciekawych miejsc. Jak do tej pory nie udało mi się odwiedzić  klasztoru Franciszkanów na wyspie Visovac, który niestety położony jest nieco dalej, na jeziorze Visovackim. Może kiedyś będzie na tyle dużo czasu.


       Do stateczków dowożących do Parku Narodowego „Wodospady Krki” dotarliśmy kilka minut za późno i musieliśmy czekać na kolejny około godziny. Nic to. My już zeszliśmy, i to zdecydowanie z normalnych, codziennych obrotów. Już nam się nigdzie nie śpieszy, poczekamy. Snujemy się po bulwarku, jemy lody. Spoko. Przypływa nasz „pasażer” i płyniemy w górę rzeki, ku wodospadom. 


   Mimo sporego tłumu, to jednak niezwykłe miejsce. Odwiedzamy tylko niewielką część Parku Narodowego, Skradinski Buk. Najdłuższy i podobno najatrakcyjniejszy wodospad na rzece Krka. Wodospady tworzą progi trawertynowe, wyspy i jeziora o szerokości 200-400 metrów z łączną różnicą wysokości ok 46 metrów. 


       Całość można podziwiać z malowniczo poprowadzonej ścieżki dydaktyczne. Po drodze mija się różne zabudowania gdzie są prezentowane dawne rzemiosła. Jednak główną atrakcją jest młyn, gdzie możemy zobaczyć jak mielono ziarna na mąkę przed wiekami. Młyny w tym miejscu istniały już prawdopodobnie w czasach antycznych, a na pewno już w średniowieczu. Z lewej strony rzeki znajdują się ruiny pierwszej chorwackiej elektrowni wodnej, która została uruchomiona 28 sierpnia 1985 roku, tylko dwa dni po tym gdy uruchomiono pierwszą elektrownię wodną na świecie na wodospadzie Niagara. Nieodległy Szybenik jest pierwszym miastem na świecie, które uzyskało prąd zmienny. Stało się to w dniu uruchomienia elektrowni. Oczywiście na trasie ścieżki edukacyjnej nie zabrakło różnych obiektów gastronomicznych i choć nie były one szczególnie zabytkowe to i im poświęciliśmy trochę czasu.


       Wielość atrakcji przy wodospadach sprawiła, że w Skradinie cumy oddaliśmy dopiero około 1400. Okazało się, że trzeba na chwilę zajrzeć do Mariny Mandalina, bo Wojtek odłączył kabel prądowy od jachtu i zostawił go na kei, co stwierdziliśmy chcąc podłączyć się do prądu w Skradinie. Zdarza się. Może ten kabel na nas tam czeka.
       Widok mariny w niedzielne, wczesne popołudnie w niczym nie przypominał tego z sobotniego wieczoru. Raptem kilka jachtów smętnie bujających się na fali. Na kejach cisza i spokój. Zbliżamy się do kei, od której startowaliśmy i już z daleka widzimy uśmiechający się szeroko, choć nieco drwiąco, do nas nasz kabel! Czekał na nas cierpliwie. O 1630 odbijamy i kierujemy się do Tribunj. Początkowo nie ma wiatru. Znowu silnik. Załoga spokojnie oswaja się ze sterem. Pod koniec dnia pojawia się lekki zefirek, jakieś 2-3 B. Płyniemy pełnym bajdewindem, krótko, ale zawsze to coś.

      
       W Tribunj rezygnuję z eleganckiej mariny i stajemy przy miejskiej kei. Zaczynam nie najlepiej, od strasznego faux pas. Nie zauważyłem właściwego dżentelmena pokazującego gdzie stanąć. Okazało się, że było ich dwóch. Ten którego dostrzegłem to był jakiś żeglarz kierujący się normalnym żeglarskim odruchem pomagania innym przy cumowaniu. No i stanęliśmy nie tam gdzie trzeba. Przyszedł do nas BOSS, był bardzo obrażony. Na moje wyjaśnienia dla czego tak się stało, wskazał dumnie na swoją służbową koszulkę na której był niewielki napis potwierdzający moc urzędową osoby ją noszącej. Oczywiście nie chciałem abyśmy rozstawali się w takiej dziwacznej atmosferze, więc grzecznie pana przeprosiłem i dodałem jeszcze kilka miłych słów. W końcu pan się rozchmurzył, nawet nie dużo nas skasował. Na odchodne powiedział, że no dobra, nic się nie stało, ale następnym razem mamy pamiętać, że tylko on tu jest szefem. O.K. zapamiętam. Miejska keja oferuje prąd i wodę, ale sanitariaty to już tylko w pobliskich knajpkach.  Nic nie szkodzi. Atmosfera tego miejsca wynagradzał drobne niedogodności. Tym bardziej, że mieliśmy na jachcie dwie własne łazienki z prysznicami. Stare miasto Tribunj położone jest na czymś co miejscowi nazywają Poluotok Tribunj. Ale jedyne co łączy tę część miasta z pozostałą częścią to niewielki kamienny most. Jest to więc jak najbardziej wyspa. Od razu trzeba dodać, że bardzo urokliwa wyspa z typowymi dla Dalmacji wąskimi uliczkami wijącymi się wśród gęstej zabudowy. Fajnie jest się tam zagubić i zapomnieć. Parę kroków w jedną stronę, parę kroków w drugą. Zaczęliśmy szukać jakiejś fajnej konoby, również na stałym lądzie. Wróciliśmy jednak na wyspę, gdzie daliśmy złowić się pięknym dźwiękom miejscowej kapeli. Grali świetnie. Chciałem nawet kupić płytę z ich nagraniami. Okazało się, że jeszcze nie nagrali własnej płyty, szkoda. Wracaliśmy na nasz Escape wielce ukontentowani i wcale nie skorzy do ucieczki.    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz