poniedziałek, 20 czerwca 2016

ELANEM PO ADRIATYKU - STARI GRAD, DZIEŃ TRZECI




       Wynurzamy się ospale z koi. Jest piękny wczesny poranek. Rozglądam się w poszukiwaniu wolnego miejsca przy kei, ale niestety nic takiego nie widać. Trudno się dziwić skoro na niektórych jachtach imprezy trwały do czwartej rano. Znowu nie pozostaje nam nic innego jak czekać. W końcu, koło dziesiątej, zaczynają odpływać pierwsze jachty. Niestety w ciągu nocy nic nie zmieniło się w kwestii długości moich ramion i w dalszym ciągu nie byłem w stanie stojąc przy lewym kole sterowym operować manetką gazu znajdującą się na prawej burcie. Mechanik sugerował aby posługiwać się lewym kołem i to z lekkim naciskiem na jego górną część. Właściwie trudno przewidzieć na ile trwała może być ta prowizorka. Powiadają doświadczeni ludzie, że prowizorki są najtrwalsze, ale jakoś mam wątpliwości, czy aby na pewno. Raczej nie mam ochoty testować w tej sytuacji swojego szczęścia. Dopłyniemy, nie dopłyniemy. A jak się rozsypie? Zakładamy jednak z powrotem rumpel awaryjny.  Chcę być przygotowany na różne ewentualności.  Ruszamy. Udało się, dochodzimy zupełnie spokojnie. Możemy zgłosić serwisowi, że czekamy.

Uliczka w Kut 

     Serwis zapowiedział swój przyjazd na godzinę 1300. Mamy sporo czasu, jednak nie na tyle dużo aby wyruszyć na dłuższy spacer, a szkoda bo Vis ma bardzo długą historię, sięgającą czasów neolitu. W II tysiącleciu na wyspę przybyli Liburnianie, którzy między rokiem 1100 a rokiem 750 pne wybudowali fortyfikacje, a pod koniec VI w pne stworzyli pierwsze państwo iliryjskie na Adriatyku. Może  następnym razem będzie więcej czasu. Jesteśmy w Kut, czyli wschodniej części Visu. Wspinamy się z Zygmuntem na wzniesienie, na którym położone jest miasto. Typowe, bardzo urokliwe dalmatyńskie miasteczko. W tej części Visu spośród wielu zabytków jest tylko Kościół Św. Cypriana. Widok ze szczytu wzniesienia bardzo atrakcyjny. Schodzimy na dół, Zygmunt sprawdza temperaturę wody w zatoce. Jak to często bywa, moje odczucia nieco się różnią od odczuć moich kolegów. Jak dla mnie brakuje jeszcze co najmniej 5o C abym mógł się zanurzyć.

Bulwar w Kut

     W tym samym czasie Michał, Piotr i Filip wypożyczają skutery i jadą sobie poszaleć po górskich drogach Visu.

Nasi szaleni jeźdźcy

       Koło trzynastej przyjeżdża serwis. Nie idzie jednak do nas, lecz do stojącego obok innego Elana. Idę więc za nim zaciekawiony, co też im się przytrafiło. Przy okazji zamieniamy kilka słów o jachcie. Mają jakieś problemy z GPS-em. Skiper jachtu wygłasza opinię dziwnie podobną do mojej na temat Elana. Tak, ładna łódka, ale technicznie jej sporo brakuje.
       Serwismeni są dobrze przygotowani i bardzo sprawnie przebiega naprawa wszystkich usterek na naszej Petrze. Próbują nawet uruchomić nasz telewizor, jednak bez powodzenia. Nasze zadowoleni z ich pracy wyrażamy nie tylko słownie, ale także chmielowym czteropakiem. Płacimy za postój, 160 kun i możemy ruszać.
       Czas upływa błyskawicznie. Jest  już dobrze po piętnastej. Trzeba zmienić plany. Chciałem w czasie tego rejsu dopłynąć do Lastova. Późna pora i lekko nadszarpnięte zaufanie do Elana skłaniają mnie do wybrania bliżej położonego celu, miasteczka Stari Grad na wyspie Hvar.
       Z Visu do Stari Grad płyniemy nieco ponad 4 godziny. Wystarczająco długo, by dostrzec kolejne mankamenty Elana. Zaczęło się do zapasów przy rozwijaniu grota. Wystarczyła jakaś niewielka niedokładność przy zwijaniu, by żagiel zablokował się w maszcie. Cała załoga dzielnie uczestniczyła w tych zmaganiach. Trochę do przodu, trochę do tyłu, w górę, w dół. W końcu jakoś się udało. Załoga zasłużyła na zimne piwo. Kolejna ciekawostka to widoczność instrumentów pokładowych. Co z tego, że są markowe (Garmin) skoro przy pełnym słońcu ich wskazania są prawie niewidoczne. Żadnej osłony ani nic innego co ułatwiłoby odczyt. I kolejna ciekawostka to umiejscowienie przycisków do uruchamiania i wyłączania silnika. Nie mam pojęcia jak to zrobić stojąc przy sterze. Za każdym razem aby uruchomić katarynę należy paść na kolana. Ewentualnie, jeśli ktoś ma dodatkowy przegub na przedramieniu, i to skręcający się we wszystkich kierunkach, to wystarczy jak przykucnie. No cóż sternik musi wykazywać się pokorą.

Stari Grad

       Wpływamy do dużej zatoki o nazwie takiej jak i miejscowość: Stari Grad. O 1945 pada „Tak stoimy!”. Zwykła miejska keja, wzdłuż której biegnie ulica. Zachodzące Słońcu maluje wszystko ciepłymi barwami. Wszystko robi się nienaturalnie pomarańczowe. Robi się nastrojowo. Z tej sielanki wyrywa nas na chwilę pan z portu, oświadczając, że póki co nie ma sanitariatów ani natrysków. Podobno będą pod koniec czerwca. To jeszcze nie jest sezon. Ale opłatę w wysokości ok 500 kun, tak czy owak trzeba wnieść. Dobrze, że chociaż woda i prąd są dostępne na kei.
       Miasteczko rozłożyło się niezbyt szerokim pasem wzdłuż brzegu zatoki. Tym niemniej nie brak w nim urokliwych uliczek i placyków. Nie często się to zdarza, ale właśnie w Starim Gradzie, tak jest, że bulwar nadbrzeżny wcale nie należy do najciekawszych miejsc. Nie jest brzydki, ale dopiero po wejściu w ciasne ulice robi się interesująco. Nie brakuje tu ciekawych zabytków. No i oczywiście duża ilość zachęcająco wyglądających knajpek. W jednej z nich postanowiliśmy zakotwiczyć na kolację. Zrobiło się już ciemno gdy zasiadaliśmy w La Gitana położonej w tajemniczym zaułku. Ludzi akurat tutaj nie było, ale ludzie z obsługi byli bardzo przyjaźni i radośni, więc skorzystaliśmy z ich zaproszenia. Jeden z nich nawet zagadywał trochę po polsku. Od kilku lat pracuje u nich jakaś dziewczyna z Polski. Większość z nas zdecydowała się na hobotnicę(ośmiornicę) z grilla. Okazało się, że był to bardzo dobry wybór. Mogę z czystym sumieniem polecić.


Dobre miejsce na kolację.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz