niedziela, 24 marca 2013

MOJA WYCZEKANA VAL GARDENA.



       Śnieżna apokalipsa na autostradzie w południowych Niemczech. Gęsto padający śnieg, droga zakorkowana. Nie ma szans aby w jakikolwiek sposób przebiły się pługi śnieżne. Wszystko stoi. W pewny momencie słychać syreny sanitarki. Słychać i owszem ale nie widać, nie ma szans aby przejechała, bo nawet pas awaryjny jest zablokowany. Pojawia się nad nami helikopter. W radiu kolejne wiadomości: Stau, Stau, Stau…. I wypadek, niestety z ofiarami śmiertelnymi, to tam właśnie smierzali ratownicy. W końcu jednak ruszamy. Bardzo wolno, ostrożnie. Droga cały czas biała. Rozpoczyna się długi, dosyć stromy podjazd. Samochody „tańczą” po całej szerokości czteropasmowej autostrady. Mijamy ciężarówkę stojącą na lewym skraju dogi. Już nikt nie trzyma się swojego pasa. Kolejna unieruchomiona ciężarówka, tym razem po prawej, na pasie awaryjnym. Na szczęście nasz Touran, chociaż nie bez trudu, wspina się na szczyt wzniesienia. Pokonujemy kolejne kilometry, a śnieg wciąż pada. Z tego powodu, na wszystkich austriackich autostradach ograniczenie do 100 km/h. Dojeżdżamy do przełęczy Brenner licząc na to, że może chociaż za nią będzie lepiej i ostatnie kilometry będą lżejsze. Nic z tego. Śnieg towarzyszy nam do samego końca. Ośnieżone St. Urlich wieczorem wygląda baśniowo. Wyjeżdżamy na Rezzia str prowadzącej w kierunku St. Cristina, przy której znajduje się cel naszej podróży, dom państwa Riffeser.  Ale przed nami jeszcze, niezbyt długi ale za to stromy podjazd do tegoż domu. Ku wielkiemu zaskoczeniu nasze pudełko na kołach dało radę i wreszcie mogłem odetchnąć zostawiając samochód na cały tydzień! Dzielne autko. Rozpoczynamy nasz wymarzony i długo wyczekiwany tydzień narciarski w Val Gardena.

       Otworzywszy oczy w niedzielę rano stwierdziliśmy, że śnieg niestety dalej pada. No cóż, nie wszyscy są tak pokręceni jak ja i nie specjalnie lubią jazdę przy padającym śniegu. Patrząc na trasy mogłem dojść do wniosku, że raczej wręcz przeciwnie, tacy osobnicy są w mniejszości. Nie ma co jednak grymasić, przecież nie po to tu przyjechaliśmy. Wskakujemy w narciarskie ciuchy i skibusem jedziemy do centrum miasteczka. Jeszcze kawałek na piechotę, stawiając kroki niczym jakiś robokop i ładujemy się do kolejki St. Urlich - Seiser Alm (Ortisei - Alpe di Siusi). Gondolki wywożą nas na wysokość ok. 2000 m n.p.m.. Nareszcie możemy przypiąć naryty i deski, co kto ma, i ruszamy. Mimo wciąż padającego śniegu trasy na Seiser Alm (Alpe di Siusi) przygotowane znakomicie.

       Śnieg sypie cały czas, nie rozpędzamy się więc zanadto. Ostrożnie, spokojnie, a poza tym mamy chytry plan, aby pierwszą restauracją w górach była Baita Sanon Hütte. Pamiętamy ją z ubiegłego roku. Fajne, typowo górskie wnętrze, dobra kuchnia i kapitalny węgierski kelner. I nie zawiedliśmy się. Wszystko było na swoim miejscu, łącznie z Węgrem. Pewnie chłopina nas nie poznał, ale jak tylko powiedzieliśmy, że jesteśmy z Polski, zapytał mnie: co chcesz? I co ważniejsze, na tym jego zasób polskiego słownictwa się nie kończył. Pojedliśmy więc, zaspokoiliśmy pragnienie i mogliśmy wrócić na trasy. Zawsze po takim małym co nieco, strasznie trudno się ruszyć. Człowiek robi się jakiś ociężały, ruchy mocno spowolnione. Najchętniej położyłbym się w jakimś wygodnym hamaku i pobujał w rytm np. piosenek Nicka Cave’a z jego ostatniej płyty „Push the Skay Away”. Taka „Mermaids” byłaby idealna. Ale zamiast bujania w obłokach, trzeba dopiąć klamry w buciorach narciarskich i ruszać przed siebie. Wystarczy tylko ruszyć, organizm natychmiast przestawia się na tryb pełnej czujności i aktywności. Jesteśmy już w innym świcie. W świecie białego szaleństwa. Ten wyjątkowo wyświechtany zwrot doskonale oddaje uczucia związane z jazdą na nartach.

       Pierwszy dzień na nartach dobiegł końca. Do domu wróciliśmy cali i zdrowi, w doskonałych humorach. Przyszedł wreszcie ten najprzyjemniejszy moment dnia, zdjęcie butów narciarskich. Jaka ulga. Należało jeszcze jakoś uczcić to piękne rozpoczęcie. Poszliśmy więc wieczorem do miasteczka i wstąpiliśmy do pizzerii Vedl Mulin przy ryneczku. Tłok jak licho. Żadnego wolnego miejsca, tym bardziej sześciu. Żadnych szans, rozglądamy się niepewnie po lokalu. Podszedł jednak kelner i zapytał na ile osób potrzebujemy stolik. Co za leń! Nie chciało mu się liczyć do sześciu. Niech mu będzie. Poprosił abyśmy poczekali, bo niebawem zwolni się jakiś odpowiedni stół. Chwila się nieco przedłużała. Zdążyliśmy dokładnie przyjrzeć się wnętrzu z wieloma ozdóbkami. W centralnym miejscu stał wypolerowany do granic możliwości Harley Davidson właściciela lokalu. Przy wejściu zaś, tuż obok nas, stały stojaki z półmiskami. W jednym było pieczywo, coś w rodzaju podpłomyków, w drugim boczek pocięty w cieniuteńkie plasterki. Odczuwaliśmy coraz większy głód, ale jakoś nikt nie sięgał po specjały z „wystawy”. Przychodzili kolejni potencjalni goście. Większość widząc co się dzieje rezygnowała i wychodziła. Znaleźli się jednak również kolejni twardziele, tacy jak my, którzy postanowili poczekać. Jakieś niemieckojęzyczne towarzystwo. Czuli się bardzo swobodnie, głośno rozmawiali i … prawie natychmiast sięgnęli po boczuś z „wystawy”. No i się zaczęło. Niby od niechcenia, po malutkim kawałeczku, bardzo powoli, zaczęliśmy sięgać po regionalne przysmaki i my. Ani się obejrzeliśmy, a półmiski były prawie puste.

       Po długim oczekiwaniu, wyjedzeniu boczku i podpłomyków, doczekaliśmy się zaproszenia do stołu. Cóż mogę powiedzieć? Warto było czekać! Pizze były pyszne (a może to długie czekanie zadziałało?) i duże, wino domowe bez zarzut, a kawa wyśmienita. Tak właśnie wyobrażałem sobie zakończenie pierwszego dnia w Val Gardenie.     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz