wtorek, 26 marca 2013

ST. URLICH W SŁOŃCU


 

       Cóż za miła niespodzianka! Po tygodniach szaroburej pogody w Polsce, po dwóch dniach ciągłych opadów śniegu, drugi dzień w St. Urlich wita nas pięknym słońcem. Co my jeszcze robimy w łóżkach? Ludzie! Wskakiwać w uniformy i jazda na stoki.

       Wracamy na Seiser Alm. Po wjechaniu gondolą do góry odsłania się skrzętnie dotąd skrywany przez góry widok na Seiser Alm i dalszą okolicę. Widoczność jest wyśmienita, więc trudno nie zatrzymać się na chwilę by podziwiać wspaniałe górskie krajobrazy. Jak na dłoni możemy oglądać ciągnące się bez końca kolejne wzniesienia, kolejne wyciągi i kolejne trasy. A najprzyjemniejsze w tym wszystkim jest to, że za chwilę ruszymy w te bezkresne przestrzenie i będziemy się cieszyć ich przemierzaniem.

       Ruszamy. Najpierw krótki niebieski łącznik i wyjeżdżamy na trasę wiodącą do wyciągu Mezdi. Na tym wyciągu trzeba uważać na kijki, bo łatwo je stracić na stacji pośredniej. Co prawda jest tam tablica ostrzegająca o takiej możliwości, ale niewiele osób ją czyta. W ubiegłym roku również nasz kolega postradał tam swoje kijki. Na szczęcie obsługa wyciągu jest bardzo zaradna i gdy taki gapowaty delikwent dojeżdża na górę, już czeka na niego pan z kijkami, które można kupić po przystępnej cenie.

       Jeżeli chcemy ruszyć w siną dal, musimy pokonać kolejny łącznik. Początek tego łącznika to również początek trasy wzdłuż wyciągu Mezdi oraz trasy do wyciągu Sonne, którym wraca się do St. Urlich. Rano ten wspólny odcinek wygląda jeszcze całkiem dobrze, ale po południu, kiedy powroty trwają w najlepsze, pojawia się niewiadomo skąd, wielki, zwalisty Holender Wmorde Mulde, i skutecznie uprzykrza narciarzom życie. Póki co jednak jedziemy łącznikiem, niezbyt szerokim, ale całkiem przyjemnym. Trochę narzekają deskarze. Jak który dobrze się nie rozpędził na stromym, to czeka go zdejmowanie deski i krótki spacer ze sprzętem pod pachą. Trasą 48 docieramy do wyciągu Sanon, który zawozi nas na Monte Piz. Przeskakujemy na drugą stronę góry i znajdujemy się na łatwej, ale bardzo przyjemnej trasie nr 55. I tak bujamy się, kolejny wyciąg i kolejny zjazd. Coraz dalej i dalej i dalej … Tutaj naprawdę można nacieszyć się jazdą na nartach. Przed wyciągiem Florian pojawia się nawet ruchomy chodniczek, aby biedni narciarze nie musieli podchodzić kawałek pod górę. A skoro jesteśmy już przy Florianie, to przecież narciarze nie samą jazdą żyją. Tak jak samochody muszą tankować paliwo, tak narciarze muszą uzupełniać talent. I właśnie na górze o takiej samej nazwie jak wyciąg, patrząc z St. Urlich to na samym końcu Seiser Alm na wysokości 2100 m n.p.m., jest Rifugio Williamshütte, w porze obiadu zatłoczona do granic możliwości. Jednak nie ma co się dziwić, panorama gór z tego miejsca jest zachwycająca. Co do samej chaty, to jedzenie jest bardzo przyzwoite, bez względu na ilość chętnych, zawsze bardzo się starają. Będąc tam trzeba zwrócić uwagę na informację o sposobie obsługi w części restauracyjnej. Jak jest faktycznie prawdziwy młyn, a dzieje się tak w porze obiadowej gdy jest piękna pogoda i są dobre warunki śniegowe, to część restauracyjna dołącza do reszty lokalu i staje się barem z samoobsługą. I naprawdę inaczej nie można. Mimo wszystko warto tam zajrzeć, tym bardziej, że różnych rodzajów talentu też nie brakuje.

       Pokrzepieni na duchu i ciele, uzupełniwszy zasoby talentu, ruszamy dalej. Chciałem trafić na trasę nr 34, na której jeszcze nigdy nie byłem, ale tak kombinowałem i kombinowałem, że wylądowaliśmy na trzydziestce. Co prawda obie prowadzą w to samo miejsce ale zupełnie inaczej. I żebym ja, stary traper tak źle poprowadził? No wstyd, po prostu wstyd. Choć z drugiej strony, szukając pozytywów tego co się stało, można powiedzieć, że będzie pretekst aby tam wrócić!
       Póki co, szusujemy przed siebie. Jest jeszcze jedno miejsce, do którego chciałbym abyśmy dzisiaj dotarli. Już tam bywałem. Na samo wspomnienie gęba się śmieje. To taki ekstra deser: Goldknopf (2220 m n.p.m.). Dla czego Knopf? Knopf to przecież główka, guzik lub przycisk, a nieco żartobliwie mały człowiek. Szczególnie to ostatnie znaczenie wydaje się w tym przypadku wyjątkowo „trafne”. Docieramy tam wyciągiem, który o dziwo nazywa się … Goldknopf. Schodzimy z kanapy i podziwiamy. Nie wiadomo co bardziej. Widoki, czy trasy stąd wychodzące. Jak dla mnie super, jedne z najpiękniejszych tras po jakich do tej pory jeździłem. Mógłbym tu się zapętlić, i zjeżdżać, i zjeżdżać, i zjeżdżać … Robi się jednak dosyć późno. Musimy więc wybrać wariant zbliżający nas do St. Urlich. Głupio byłoby tak zostać na końcu świata po zamknięciu wyciągów. Zjeżdżamy więc dziewiętnastką, która przechodzi w osiemnastkę, a ta w siedemnastkę. Co za jazda. Cudo! Włosi nie podają na planach długości tras, ale tu rzeczywiście można było się nacieszyć szusowaniem i zapomnieć o całej reszcie świata.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz