czwartek, 10 listopada 2011

Grecja odnaleziona w Finikas

Dalej! Przed siebie!


       Kolejny dzień stosunkowo silnego wiatru, wiejącego z północy. Ale już tak bardzo nam nie przeszkadzał. Po pierwsze dla tego, że nie musimy żeglować prosto pod wiatr. Płyniemy z Naousa na Paros do Finikas na Syros, a więc w kierunku północno-zachodnim. Po drugie, co znacznie ważniejsze, załoga już się całkiem dobrze dotarła. Ani wiatr, ani fale, ani konieczność halsowania nie robią już na nikim specjalnego wrażenia. Sześć godzin żeglugi mija nam szybko i spokojnie. Mijamy przylądek Velostasi, wyspy Strongylo i Schoinonisi i wreszcie wychodzimy za przylądek Diakophtis i wyłania się przed nami Zatoka Phoinika. Wygląda trochę nierealistycznie, chociaż … zupełnie normalnie, jak jedna z wielu urokliwych greckich zatok. A jednak nierealistycznie, bo przywykliśmy do wiatru i wysokich fal. A tu jakoś dziwnie spokojnie. Jest około 17.00, choć jeszcze zupełnie jasno, czuć zbliżający się zmierzch. Zatoka jest świetnie osłonięta od północy więc podejście do kei było tym razem bezproblemowe. Lecąc na rejs do Grecji, właśnie na to liczyłem, a teraz czuję się nieswojo.
Jak buja, to się dobrze śpi.

       Jest niesamowicie sympatyczne, że zawsze znajdzie się wśród żeglarzy ktoś, kto widząc podchodzący do kei jacht, zaoferuje swoją pomoc przy cumowaniu. Dzięki temu cumowania odbywają nader spokojnie (przeważnie, wyjątki od reguły zawsze mogą się zdarzyć).Zwykle dochodzi też do krótkiej wymiany zdań, ci którzy byli pierwsi, dzielą się użytecznymi informacjami dotyczącymi przystani. Taki nieco inny świat, świat ludzi życzliwych, uśmiechniętych i pomocnych.

       Akurat jak cumowaliśmy przyjechał do portu i stanął na kei samochód. Nawet nie zwróciłem uwagi co to było. Jeden z wielu małych, zakurzonych samochodów. Głównie takie tam jeżdżą. Wysiadła z niego para w wieku … trudno powiedzieć, koło pięćdziesiątki, może starsi, może młodsi. Mam problemy z określaniem wieku ludzi tu, w Polsce, a co dopiero tam. Oni jakoś inaczej się starzeją. Nie ładniej lub brzydziej, po prostu inaczej. Okazało się, że przyjechali powędkować. A dokładniej, to pani wędkowała. I robiła to w sposób najbardziej na Cykladach rozpowszechniony, tzn. miała na takim plastikowym kółku o średnicy ok. 12-15 cm nawiniętą żyłkę, której część rozwinęła i rzucała do wody. Nie bardzo jej szło, ale najwyraźniej nie przejmowała się tym. Ja natomiast zastanawiałem się, jak by wyglądało wyciąganie  jakiejś większej ryby. Niestety nie było mi dane obejrzenie zmagań greckiej damy z wielką rybą.  Ale najwyraźniej natchnęło to Kamila, bo rzucił się do wędkowania. Z kolei na Kamila rzuciła się jedna ze złowionych ryb. Krótka walka w wiadrze. Popłynęła krew. Tylko patrzeć jak zaatakują nas rekiny zwabione świeżą krwią. Uff. Chyba się nieco zagalopowałem. Udało się Kamilowi co prawda złowić kilka ryb, ale obiadu, ani nawet przystawki z tego nie było.  

       Przyjemności, przyjemnościami, ale czynności urzędowe w porcie trzeba załatwić. Gdy przybiliśmy do kei, przyszedł do nas jakiś uśmiechnięty dżentelmen i poprosił aby przyjść po osiemnastej, jak przybędzie pan policjant, do budyneczku portowego dopełnić formalności i uiścić stosowne opłaty. Przy okazji zostawił nam jakiś formularz do wypełnienia. Jak zacząłem się weń wczytywać, trochę zeszło ze mnie powietrze. Biurokracja wszędzie jest taka sama, bez kretyńskich formularzy i wielkich pieczęci się nie obędzie. A do tego pytania zawarte w formularzu przeważnie nie były skierowane do nas. Domyślam się, że jest to standardowy formularz wypełniany przez kapitanów wszelakich statków wpływający do Finikas, a może też i do innych portów. Wypełniłem więc kilka rubryk, które wydawały mi się w miarę oczywiste, a resztę zostawiłem puste, licząc na to, że jakoś to będzie. Gdy przyszła właściwa pora, wybrałem się grzecznie do budynku portowego. Pan policjant, całkiem młody, elegancki człowiek,  już był. Powiedziałem, że niestety nie wszystko jest dla mnie jasne w tym formularzu. Sądząc po minie pana policjanta, chyba nie byłem pierwszy, który miał z tym jakieś problemy. Wziął go ode mnie razem z dokumentami jachtu i pouzupełniał resztę rubryk. W tym czasie, z panem, który nas witał przy kei wypełniliśmy inny papier, zdecydowanie mniejszy, na którym określiliśmy nasze szacunkowe zapotrzebowanie na wodę i prąd. Pan przy tym szacowaniu był nad wyraz mało drobiazgowy.  Po kilku minutach żmudnych wyliczeń i wypisywania kwitów potwierdzających wpłatę gotówki, uiściłem opłatę za postój jachtu,  tankowanie wody i podłączenie do prądu w szokującej wysokości 11,6 Euro! Grecja jest piękna!
W zatoce, cisza i spokój.

       Wykąpani, najedzeni i opłaceni, możemy wyruszać w „miasto”. Miasto? E, raczej miasteczko, no, może większa wioska, rozłożona wzdłuż brzegu zatoki. Oczywiście budynki w typowo cykladzkim stylu, piękne kwiaty i zachód słońca. Zabieram aparat,  statyw i wędrujemy z Ulą podziwiając malowniczą scenerię. Tak sobie podziwiamy, całkiem nieśpiesznie, głęboko oddychamy i rozmyślamy nad dolą pieszego w Grecji. To kolejna miejscowość, gdzie prawie nie ma chodników. Zupełnie jakby nie istnieli tu piesi. Jak by nikt  tu nie chodził. Może to faktycznie tak jest. Może to tylko ekscentryczni turyści tak się przemieszczają. Sądząc po ogromnej ilości różnych pierdzikółek jaką tam można spotkać, to wygląda na to, że każda Greczynka i każdy Grek, a czasami razem, na czymś jeżdżą. Głównie są to skutery, jakieś motorynki i małe samochody. Tak, Grecy nie chodzą! 

       Zwiedzając dowolne greckie miasto czy wioskę, można być pewnym, że znajdzie się w nim dużą, a czasami bardzo dużą liczbę knajpek. Kiedy więc już się naspacerowaliśmy, kiedy już zrobiłem parę zdjęć, nie mieliśmy najmniejszego problemu z namierzeniem jakiegoś lokalu w pobliżu. Problem był raczej z wyborem. Najprzytulniejszy wydał nam się Remezzo Bar, nad brzegiem zatoki, gdzie mogliśmy podziwiać ostatnie chwile zachodu słońca. Ale nie tylko coś dla ducha, i dla ciała również. Zamówiliśmy sobie lody i kawę. Porcje lodów były takiej wielkości i z tyloma dodatkami, że spokojnie wystarczyłyby jako danie główne na obiad.
       Jako się rzekło, Finikas wielkim miastem nie jest, nic więc dziwnego, że wędrując parami, co chwilę natrafialiśmy na siebie, w różnych konstelacjach. Z każdą chwilą jednak, coraz bliżej jachtu. W końcu zeszliśmy się na pokładzie Leadera. Rozmowa toczyła się dosyć leniwie. Momentami uczestniczyłem w niej w pełni świadomie, momentami odpływałem myślami sam nie wiem gdzie, gdy nagle usłyszałem, że ktoś rzucił pytanie: „Gdzie popłyniemy w przyszłym roku?” Jakoś, tak nieśmiało, cicho, ale jednak. Wybudziło mnie to z letargu, bo było to dla mnie zupełnym zaskoczeniem, że w ogóle ktoś taką kwestię poruszył. Może jednak ta niezbyt przychylna pogoda nie wszystkich zniechęci do żeglarstwa?
Grecja odnaleziona w Finikas

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz