poniedziałek, 8 grudnia 2014

MYKONOS - W PLĄTANINIE ULICZEK I ŁAŃCUCHÓW KOTWICZNYCH

     


       Ermoupoli na Syros wybrałem jako kolejny etap naszego rejsu z kilku powodów. Jednym z ważniejszych była niewielka odległość od Mykonos. Chciałem mieć jak najwięcej czasu na zwiedzanie tego wyjątkowo uroczego miejsca, ale nie zamierzałem pozostawać tam przez dodatkowy dzień, jak to miało miejsce w czasie moich dwóch poprzednich pobytów na tej wyspie. Tym razem pierwszy dłuższy postój przewidziany był na następnej wyspie, na Naxos. I rzeczywiście, pokonaliśmy 19 Mm w niespełna 4 godziny, licząc z manewrami portowymi.


       Wiatr stopniowo się wzmagał. Było trochę fajnego żeglowania z chlapaniem i dziadami w twarz. Ale mimo, że płynęliśmy krótko i dosyć raźno, nasz kuk nie zaniedbał swoich obowiązków i przygotował pyszną przekąskę. Tak jak poprzedniego dnia był melon, tym razem jednak owinięty w szynkę parmeńską. Czy muszę dodawać, że była to doskonała przekąska?   
       Gdy dopływaliśmy do Ormos Tourlos, gdzie znajduje się tzw. Marina Mykonos 37o27,95’N; 025o19,50’E wiało już ok 5 B i pojawiły się nawet jakieś fale. Kiedy podpłynęliśmy bliżej obróciłem się rufą by jak najprostszym sposobem wpłynąć na jedno z nielicznych wolnych miejsc. Niestety akurat zrobił się ruch w główkach mariny i trzeba było się wycofać. Trwałem jednak w postanowieniu wpłynięcia na wsteczu i jak tylko zobaczyłem, że droga wolna ruszyłem rufą do przodu. W bardziej odsłoniętej części zatoki te fale były jeszcze większe, a że typowo czarterowa mydelniczka, jaką niewątpliwie był nas Sun Odyssey, ma rufę raczej do schodzenia do wody a nie do przyjmowania fal, szybko, przynajmniej do pasa byłem całkowicie mokry. Jeszcze jakieś cwaniaczki wyprzedziły nas na podejściu, korzystając z naszego raczkowania i wcisnęli się przed nami. Wypatrzyłem inne sympatyczne miejsce i tam się wpasowałem.

Jakoś trzeba przycumować
       Nie przypadkowo użyłem powyżej określenia, że jest to tzw. marina. Jest to obiekt w budowie od wielu lat. Ostatnio byłem tam trzy lata temu i, mam wrażenie, nic od tamtej pory się nie zmieniło. W zasadzie, poza kejami, to tak naprawdę mariny wciąż nie ma. Trudno znaleźć prąd, woda doprowadzona tylko do nasady kei, na brzegu wielki bałagan, absolutnie żadnej infrastruktury. Najbliższe sanitariaty można znaleźć w Porcie Tourlos. Tyle że, aby tam trafić trzeba obejść cały basen portowy dookoła, co zajmuje jakieś pół dnia. A jakakolwiek obsługa pojawiła się późnym popołudniem. Pan od razu był  nie w sosie, bo nie wszyscy ustawili się tak jak trzeba. Z racji silnego wiatru nie wszystkim podejścia wyszły dobrze. Niektórym się nie chciało poprawiać ustawienia. A kolejne jachty spływały z morza jeden za drugim. Sami żeglarze próbowali sobie jakoś nawzajem pomagać, ale nie zawsze to się udawało. W rezultacie zrobił się lekki bałagan. Gość z obsługi zaczął upychać jachty na siłę. Łódkę stojącą obok nas tak przecumował, że skończyło się poważnym zadrapaniem burty. Na końcu kei jachty były mocowane jak się dało. Pełna improwizacja. Totalna maniana!

Marina w Mykonos
       Mamy już wszystko sklarowane, wrzucamy na luz. Najpierw kąpiel niedaleko mariny. Dno jest mało komfortowe, pojedyncze duże kamienie, znacznie utrudniają chodzenie. Ale różne rodzaje kamieni, głazów i skał to jakby standard w tym rejonie świata. Brniemy więc cierpliwie coraz dalej. Tyle, że woda jakaś taka nie za ciepła. To już poważny mankament. W końcu gdybym miał ochotę na kąpiele w lodowatej kranówie, wybrałbym się do Kołobrzegu. No cóż wychodzimy. Spłukujemy z siebie morską sól i wyruszamy na podbój miasta.
       Swoją nazwę, Mykonos zawdzięcza mitycznemu, pierwszemu władcy, który tak właśnie się nazywał. Nie ma pewności, czy Mykonos był synem, czy wnukiem Apolla, ale na pewno był lokalnym bohaterem. Była też wyspa miejscem wielkiej bitwy między Zeusem a Tytanami. A wielkie kamienie porozrzucane po wyspie są spetryfikowanymi jądrami olbrzymów.
       Przy marinie jest przystanek autobusowy, ale nigdy jeszcze jakoś nie miałem okazji nim się przejechać. Autobus widmo, może trzeba trochę więcej cierpliwości. Skoro nie autobus, to spacer wąską i bardzo ruchliwą drogą, pozbawioną jakiegokolwiek pobocza. Prawdziwa szkoła przetrwania dla pieszych. Jeszcze raz udaje nam się dotrzeć do „centrum”. Nie spotkaliśmy tym razem pelikana, który przez długie lata był miejscową atrakcją i swoistym symbolem. Odleciał do ciepłych krajów? A może do lepszego świata? Trochę go brakuje.

Magiczne zakątki Kastro
       Trudy długiego spaceru z mariny do miasta zostają nagrodzone natychmiast po zagłębieniu się labirynt wąskich, zastawionych stolikami i wieszakami z ofertą sklepów, bardzo barwnych i przytulnych uliczek. Jak byśmy przekroczyli jakąś magiczną bramę. Knajpki, niezliczone sklepiki, ludzie snujący się bez pośpiechu we wszystkich kierunkach. Ileż tu wszelakiego dobra. Sprzedawcy z uśmiechem na ustach zachęcają na różne sposoby do robienia zakupów. Można oglądać i przymierzać bez końca. A jeśli cokolwiek się kupi, choćby jakiś drobiazg, zostanie się obdarowanym szerokim, promiennym uśmiechem. Czasami można usłyszeć zarzuty, że Mykonos zbytnio się skomercjalizowało, ale jak dla mnie, ma ono w sobie wciąż tyle nieodpartego uroku, że mogę tam zaglądać, choćby co roku. (poprzedni wpis na blogu z 2011 – Mykonos – esencja Cyklad).

Aleja handlowa.
       W przeszłości, lata świetności przypadały na czasy starożytności, a dokładniej na czasy Ateńskiego Związku Morskiego. To na pobliskim Delos była stolica związku. Późniejsze lata, to zdecydowanie czasy bessy. Aż w końcu przyszła wygrana na loterii życia. Na wyspie zaczęła spędzać wakacje sama Jacqueline Onasis, wdowa po prezydencie Kennedym. Któż ją jeszcze pamięta, jedną z najpiękniejszych kobiet świata tamtych czasów. Wraz z Jacqueline przybywali inni wielcy świata tamtej epoki. To oni nakręcili koniunkturę na wyspie. Co prawda bogaczom wyspa w końcu się znudziła, ale przyszły kolejne fale zainteresowania. Współcześnie hotelarze i restauratorzy zaczęli uruchamiać butikowe hotele,  restauracje dla smakoszy. Jest też kilka niewielkich, ale interesujących muzeów: Muzeum Rolnictwa (skansen, w którego skład wchodzi właśnie jeden z wiatraków), Egejskie Muzeum Morskie, Mykonoskie Muzeum Sztuki Ludowej, Mykonoskie Muzeum Archeologiczne. Sporą popularnością cieszą się również miejscowe plaże.  

Ogródek przy Kastro's Bar
        Miejsce sprzyja chodzeniu tam i z powrotem. Najpierw kierujemy się do najstarszej części miasta Kastro. W końcu trzeba jednak przysiąść, by nogi nie wbiły się w płuca. Wybieramy bar, o jakże zaskakującej nazwie: ….  Kastro’s, który pamiętamy z poprzedniego pobytu. Wszystko jest na miejscu. Tylko barman się zmienił i nie ma już kolorowych drinków z podziałem kolorów w pionie. Ale smakują wciąż wyśmienicie. Świetny klimat w środku, niezwykły „ogródek” na zewnątrz i naturalny taras z widokiem na wiatraki. Pogoda dzisiaj nie specjalna, niebo szare, nie ma co  liczyć na soczyściebarwne, pocztówkowe zdjęcia. Ale specjalna pogoda nie jest potrzebna, by się dobrze tutaj czuć, by doskonale odpoczywać. Później kierujemy się do owych wiatraków przechodząc przez Małą Wenecję, cudowne miejsce, z darmowym prysznicem przy kawiarnianych stolikach. 

"Szałerek" do kawy gratis.
       Robimy kilka kolejnych rundek po zaczarowanych uliczkach i stwierdzamy, że trzeba zrobić kolejną przerwę. Wybieramy lokal o nazwie Veranda znajdujący się właśnie w Małej Wenecji. Tradycyjnie białe mury i raczej nietypowo zielone balustrady, okiennice i inne elementy drewniane. Siedzimy więc sobie na pierwszym piętrze, na werandzie w Verandzie, popijamy coś smacznego i cieszymy się życiem. Na jacht wracamy w wyśmienitych nastrojach. 

       Wstaje kolejny dzień. Szykujemy się do wypłynięcia. Kierunek Naxos. Jednak nasi sąsiedzi, z polskim skiperem Kubą i rosyjską załogą ruszają pierwsi. Już po chwili widać, że mają jakieś problemy. Ocho, coś ich trzyma, nie mogą wybrać kotwicy. Czekam więc aż się uwolnią. W czasie kolejnych manewrów przesuwają się w głąb basenu, robiąc nieco miejsca na środku. Nie bardzo chcę się ruszać, ale ulegam sugestiom załogi i ruszamy. Nawet dziesięciu metrów nie przepłynęliśmy, a już wiedziałem, że też wisimy. Kuba jak się okazuje jest przygotowany na różne ewentualności. Ubiera piankę i schodzi pod wodę. Po dnie basenu biegnie jakaś lina. Kotwica naszych sąsiadów zahaczyła o nią i się po niej zsunęła, zahaczając o następny łańcuch. My na szczęście zaczepiliśmy tylko o tę linę sabotażystkę. Kuba zaoferował swoją pomoc i już po chwili byliśmy wolni. Więc jeszcze raz: Kierunek Naxos. (Oczywiście po powrocie do kraju pamiętałem o Kubie). 

Mała Wenecja

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz