niedziela, 23 listopada 2014

Mericha - zmasowany atak pcheł.

       
MERICHA

       Pierwszy poranek na jachcie zaskakuje widokiem dookoła nas. To dzieje się naprawdę? Stoimy sobie w niewielkiej zatoce. Już jasno, ale słońce jeszcze nie wyszło. Światło jest miękkie i ciepłe. Na brzegu jakieś małe, białe domki. Przy kei parę jachtów i łodzie rybackie. Z drugiej strony morze, po prawej jakiś skrawek lądu, nieco dalej po lewej kolejny, a jeszcze dalej, już mocno zamglony, kolejny. Jak w tawernianych opowieściach żeglarskich. Jest cudny nastrój, cisza i spokój. A najważniejsze, że to wszystko jest w rzeczywistości. Stoimy na kotwicy koło Perdiki i za parę chwil ruszymy w kierunku Cyklad, naszym celem będzie Mericha na Kythnos, mamy więc do przepłynięcia ok. 50 Mm.
       Nasz Sun Odyssey regatową maszyną nie jest. Mamy więc przed sobą parę godzin żeglowania. Jak to zwykle na początku spore emocje, wybuchy śmiechu i kolejne toasty. Do tego piękna pogoda, no może za mało wiatru. Tomek znika w „otchłani” kambuza, by po jakimś czasie wyłonić się z magicznie pachnącymi i równie wykwintnie wyglądającymi nadziewanymi paprykami. Każda kolejna chwila spędzona na jachcie sprawia, że żeglarstwo podoba mi się coraz bardziej. Wyobrażacie to sobie: Morze Egejskie, jacht sun odyssey 40,3, piękna słoneczna pogoda, przepyszne nadziewane papryki z ociekającym po brodzie sosem i schłodzone greckie białe wino? Życie jest piękne.


       Uwielbiam jak jest ciepło. Dobrze znoszę wysokie temperatury. Nawet jeśli trochę się spocę w niczym mi to nie przeszkadza. Moi koledzy uznali jednak, że tego dnia było jednak nieco za ciepło i się zaczęło. Znacie pewnie tę historię z polewaniem się lodowatą wodą i wyzywaniem kogoś kolejnego, aby zrobił to samo. No i właśnie coś takiego miało miejsce na naszym Adrigo. Drobna różnica polegała na tym, że woda nie była lodowata, a czerpana prosto z cieplutkiego Morza Egejskiego. Ale polewanie było solidne i nawet nie jeden raz, do tego w różnych konstelacjach choć głównym polewaczem był Romciu K. Kubeł za kubłem, morskiej wody z niebywałym wdziękiem wylewał na rozgrzane głowy.


      Mądrzy ludzie powiadają, że każda, nawet najdłuższa droga rozpoczyna się od pierwszego kroku. A można też dodać, że stawiając systematycznie kolejne kroki, choćby niewielkie, w końcu dotrze się do wyznaczonego celu. Co i nam jeszcze raz się udało. Pokazała się wyspa Kythnos i z chwili na chwilę stawała się coraz większa. Niekiedy wiąże się z Kythnos z nereidami, morskimi boginkami niezwykłej urody, córkami Nereasza. Były uosobieniem morskich fal. Żyły w głębinach, przesiadując na złotych tronach w pałacu swojego ojca. Umilały też swym śpiewem życie Amfitrycie, żonie Posejdona. Choć takie zupełnie bez skazy to one nie były. Bo jak Kasjopea pochwaliła się, że jest od nich piękniejsza, to nereidy załatwiły u Posejdona okrutną zemstę. W wyniku, której to, o mało nie została pożarta przez strasznego smoka  Andromeda, córka Kasjopei, w ostatniej chwili ocalona przez bohaterskiego Perseusza. Innym razem uczestniczyły w porwaniu Europy przez starego zbereźnika Zeusa. Zdaje się, że i w tym przypadku dała znać o sobie kobieca zawiść, wszak Europa uchodziła w owym czasie za najpiękniejszą z niewiast.  


       Na Kythnos byłem już dwukrotnie. Za pierwszym razem właśnie w Mericha a za drugim w Loutra. Choć na pierwszy rzut oka Kythnos to nic specjalnego, łysa, pofałdowana przestrzeń, to jednak, oba dotychczasowe pobyty na tej wyspie były bardzo ciekawe i bardzo przyjemne. (wpis na blogu: „Zatoka Pechowców” z 19.11.2011). Co najważniejsze, choć przewodniki turystyczne wspominają zaledwie o kilku interesujących miejscach, to ja wciąż mam niewiele spośród nich na rozkładzie.  Wciąż nie widziałem: Chora-Kythnos (8 km od Mericha), Marouli – najstarsze znane osiedle ludzkie na Cykladach 4500 p.ne,  Kastro Orias, Driopida – średniowieczna stolica, jaskinia Katafiki – wiązana z nereidami. Kiedyś Kythnos to miejsce wydobycia rudy żelaza, teraz pozostały już wspomnienia. Za to wciąż są jeszcze termy – dawna nazwa wyspy to Thermia. Jak wcześniej zauważyłem wyspa ma długą historię, typową dla wysp cykladzkich: w starożytności należała do Związku Morskiego, w 1207 opanowana przez Wenecję, w 1537 przez Turków, od 1821 przyłączyła się do walk wyzwoleńczych i 1832 wraz z innymi wyspami przyłączyła się do Grecji
       Wpływamy do zatoki o tej samej nazwie co miejscowość, Mericha.  Port Mericha -  37o23,7’N 024o23,8’E, jest bardzo przyjemnym, nieźle osłoniętym portem. Ku mojemu sporemu zaskoczeniu port jest pełniutki. Nie ma jeszcze osiemnastej, jest koniec września, a my z wielkim trudem wypatrujemy ostatnie wolne miejsce, w które wciskam się, nie mając najmniejszego zapasu. Obijacze z trudem mieszczą się między łódkami. Kiedy byłem tu kilka lat temu, przypłynęliśmy późnym wieczorem, a przy kei nawet ćwierć miejsc nie było zajętych. Co prawda na północ od Mericha są niezłe kotwicowiska ale zawsze to lepiej stać w pocie. Oprócz tego, że w porcie jest straszny tłok, większych zmian nie widzę. I owszem zainstalowano dystrybutory wody i prądu, ale jakoś trudno znaleźć osobę sprzedającą do nich karty magnetyczne. Dalej też nie ma żadnych sanitariatów ani natrysków. W tej kwestii Grecy są bardzo konsekwentni, nie robią nic. Bo i po co, turyści i tak przyjadą. Jak widać mają rację. Nawiasem mówiąc, do rana nie udało się zdybać kogoś sprzedającego karty magnetyczne. Ktoś jednak wypatrzył, że jeden z kranów jest dostępny bez karty. Co prawda był on dosyć daleko, ale wspólnymi siłami z Rosjanami stojącymi przy naszej lewej burcie, udało nam się do niego podłączyć i zatankować dwa sprawne zbiorniki na wodę.
       Jako pierwsza na przechadzkę w kierunku „centrum” wybrała się Ula. Po powrocie poinformowała, że znalazła sympatyczną knajpkę, która nazywa się Yalos, ze stolikami na plaży i do tego z ofertą gratisów: sznaps dla wszystkich, lody dla wszystkich i … danie główne dla skipera. Czy można oprzeć się takiej ofercie. Wbiliśmy się w wyjściowe uniformy i udaliśmy się na kolację. Najszybciej na stole pojawiło się białe wino domowe, tym razem w oryginalnych butelkach. Później przyjechały dania. Ula zażyczyła sobie mieszankę z wielkich krewetek, kalmarów, ośmiornic i takich tam. Ponoć smaczne. Ja sobie zawinszowałem  jagnięcinę w sosie. Nie powalające, ale też bez żadnych zastrzeżeń. Natomiast pozostała czwórka kierowana telepatią, czy też stadnym instynktem, zamówiła typowo greckie danie o powszechnie znanej nazwie moussaka. O ile nazwa jest powszechnie znana, to okazało się, że poza Romkiem S., pozostała trójka nie wiedziała co zamawia.  A moussaka to rodzaj zapiekanki na bazie bakłażanów, czasami również zimniaków i mielonego mięsa z sosem beszamelowym, przyrządzana na dużej blasze a następnie dzielona na porcje. Zdaje się, że danie nie przypadło do gustu moim kolegom. I chociaż Romek S. zapewniał, że ta którą jadł kiedyś była gorsza, a ta jest całkiem niezła, to jakoś nikogo nie przekonał. Już do końca rejsu moussaka pozostała przedmiotem licznych żartów.  

Knajpki na plaży
       Przy stoliku w restauracji na plaży siedziało sześć osób, z czego czterech dżentelmenów to najwyższej klasy dezynsektorzy. Podziwialiśmy piękno kończącego się dnia patrząc na wody zatoki i jej otoczenie. W pewnym momencie ktoś stwierdził, że „obudziły” się komary. Po chwili jednak ktoś skonstatował, że te komary konsają tylko w nogi. Eee!? Pchły. Komary zamieniły się w pchły. Czterech dezynsektorów oraz reszta gości stali się obiektem zmasowanego ataku greckich pcheł. No tak dookoła nas była niezliczona ilość kotów kręcących się między stolikami. O ile początkowo wzbudzały one powszechną sympatię, to po odkryciu pchlej inwazji, również i koty przestały nam się wydawać miłe. Obsługa w tym lokalu poruszała się wyjątkowo wolno. Oczekiwanie na gratisowe lody i pożegnalne sznapsy stało się wyjątkowo irytujące. Rozważaliśmy nawet rezygnację z tych prezentów. Ale czy godzi się zrezygnować z darmochy. No nie, nigdy!
       Po niezwykle interesującej kolacji wróciliśmy na łódkę. Dobyliśmy jakąś flaszeczkę i delektowaliśmy się życiem siedząc w kokpicie. Po lewej burcie mieliśmy wesołych Rosjan, pływających podobnie jak my na czarterowym jachcie. Po prawej natomiast dwóch chłopaków na prywatnym jachcie, chyba z Niemiec lub któregoś z krajów skandynawskich. Trzecim członkiem tamtej załogi był kot. Chłopaki wychodząc wieczorem poszukać sobie towarzystwa na noc, poprosili nas byśmy zwrócili uwagę, czy kot nie przeszedł na nasz jacht. I faktycznie po jakimś czasie kociak zaczął przeskakiwać do nas. Za którymś razem udało mu się nawet wskoczyć do messy. Z początku staraliśmy się jak najdelikatniej przekładać zwierzaka z powrotem. Ten jednak uparcie wracał. W końcu zaczęliśmy po prostu przerzucać go na jego macierzystą jednostkę. Ten jednak dalej nic sobie z tego nie robił. Nie wiem ile razy musieliśmy go ekspediować w drogę powrotną, zanim mu się znudziło przełażenie do nas.

       Powoli układamy się do snu. Pozbyliśmy się kota, odparliśmy atak pcheł. Jutro przed nami kolejna wyspa. I tylko tuż przed zaśnięciem, zakolebała mi się w głowie myśl, że oto znowu niewiele zobaczyłem na Kythnos. I co? Trzeba będzie tu przypłynąć jeszcze raz. Nie ma innego wyjścia.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz