środa, 3 lipca 2013

PROMONTORIO DELLl’ARGENTARIO – MAGIA TOSKAŃSKIEJ PROWINCJI.



       Morze ma w sobie coś magicznego, jakąś niezwykłą siłę hipnotyczną. Będąc stosunkowo niedaleko od wybrzeża nie sposób odmówić sobie wypadu nad morze. To nic, że pogoda absolutnie nie zachęca do kąpieli, no chyba, że ktoś jest miłośnikiem krioterapii lub należy do klubu zatwardziałych morsów. Nad morze trzeba pojechać, choćby tylko po to, by się na nie popatrzyć i posłuchać jak szumi.
       Obieramy zatem kierunek na Promontorio dell’Argentario. To  była wyspa, połączona z lądem piaskowymi mierzejami o dźwięcznie brzmiących nazwach: Tombolo di Feniglia, Tombolo di Giannella. Co ciekawe jest tam też niewielkie pasmo gór wapiennych Monte Argentario, którego najwyższe wzniesienie ma 635 m n.p.m. Wycieczkę rozpoczynamy od Porto Santo Stefano,  głównego miasta półwyspu. Na pierwszy rzut oka, nic specjalnego. Gdy tylko wysiedliśmy z samochodu, natychmiast zmieniłem zdanie. Bo jest coś w klimacie Porto Santo Stefano, że od razu człowiek czuje się tam dobrze. Nie ma tam wielkiego portu, a jednak czuje się portową atmosferę, nie było jeszcze sezonu urlopowego, a czuło się błogi wakacyjny klimat. Krótko mówiąc, bardzo przyjemne miejsce.


       Miasto zbudowane jest na zboczu, dosyć stromego wzgórza, otaczając XVII wieczną fortecę aragońską (Rocca). Czyż to nie wyzwanie? Jest góra, jest twierdza, trzeba więc się wspinać i zdobyć tę twierdzę. Kiedy już dotarliśmy na szczyt, okazało się, że do twierdzy się nie dostaniemy. To nie był poniedziałek, nie była to też przerwa obiadowa. W zwykłe, robocze, dni twierdza jest zamknięta. Nasz żal ukoiliśmy nieco podziwiając widok na morze z wysokości sporego wzniesienia.
       Pogoda jak na Toskanię nie najgorsza, ciepło, słonecznie, a zatem można, przysiąść gdzieś na porcję lodów. Klucząc nieśpiesznie wąskimi uliczkami, gdzie sąsiedzi z budynków po dwóch stronach ulicy podają sobie z okna do okna piwo, schodzimy na dół, na nadmorski bulwar. Wypatrzyliśmy lokal, który wydał nam się fajny, więc się do niego skierowaliśmy. Ku naszemu zaskoczeniu, pani, po polsku, poinformowała nas, że w tym lokalu nie pija się napojów chłodzących ani nie jada deserów, a tylko spożywa normalne posiłki. Nie bardzo wiedząc o co chodzi, może po prostu naszej rodaczce nie chciało się obsługiwać tak nędznie wyglądających klientów, grzecznie się wycofaliśmy. Kawałek dalej znaleźliśmy lodziarnię, Chiodo Gelateria. W ogródku, nad samą wodą jakieś małżeństwo delektowało się deserami, w drzwiach lokalu, oparty o futrynę, stał właściciel, dżentelmen w wieku ok 65 lat, który wyglądał na zupełnie nieobecnego. To tylko jego powłoka cielesna się tam znajdowała. Do skorzystania z lokalu zachęcał romantycznie zlokalizowany ogródek oraz apetycznie wyglądające fotografie oferowanych deserów. Co prawda, przy zdjęciach nigdzie nie było cen, ale ileż w takiej knajpce mogą kosztować lody i kawa? Zamawiamy desery  i kawę mrożoną. Mimo tych wszystkich obrazków, nie bez sporego trudu, bo pan nie zna żadnego innego języka poza włoskim, a i tak ogólnie, też nie sprawia wrażenia człowieka zbyt bystrego. Po przyjęciu zamówienia, pan nas kasuje i prosi o zajęcie miejsca przy stoliku. Oczywiście o żadnym paragonie nie ma mowy. Po chwili dostajemy nasze zamówienie, choć nie kompletne, bez mojego deseru, który widocznie dopiero się robi. Mija dłuższa chwila, w knajpie najmniejszego ruchu, a pan dalej podpiera futrynę. W końcu podchodzę do pana i usiłuję wyjaśnić sprawę mojego deseru, ale on niestety, kompletnie nic nie rozumie. Mało tego, sprawia wrażenie, jakby widział mnie pierwszy raz w życiu. W końcu daję za wygraną i zamawiam deser jeszcze raz, płace kolejne 8 euro, i dostaję paragon oraz upragniony deser!  I tylko się zastanawiam, kto tu jest bystry, a kto nie?


       Postanawiamy objechać półwysep dookoła. Wąska, kręta droga, wzdłuż urwistego momentami brzegu. Rewelacja. A co za widoki! Kilkakrotnie zatrzymujemy się w minizatoczkach drogowych, by nacieszyć oczy widokami. Imponujące są wille wybudowane na skraju urwistych skał do których prowadzą wąskie dróżki. Sielankowe wrażenie sprawia dom zatopiony wśród drzew, ze sporym basenem na dachu.. 


       W czasie jednego z takich postojów, podjeżdża do nas człowiek na skuterze, w roboczych ciuchach, i zagaduje nas po polsku. Zaczynam odnosić wrażenie, że w Toskanii jest co najmniej tak dużo naszych rodaków jak w Londynie. Okazuje się, że nasz rozmówca, pochodzący z Małopolski, mieszka tutaj już blisko 20 lat. W Polsce nie bardzo miałby do czego wracać a tutaj żyje mu się całkiem dobrze. Jest budowlańcem i ma tyle pracy, że nie może nadążyć z realizacją zleceń. Akurat stoimy naprzeciwko Isola del Giglio i pan pokazuje nam kadłub słynnego statku pasażerskiego Costa Concordia, brawurowo wprowadzonego przez kapitana na skały, który to kapitan równie brawurowo ewakuował się następnie ze statku, pozostawiając go wraz z pasażerami i resztą załogi na łasce Neptuna. To co się wtedy działo w tej okolicy, przypominało prawdziwą wojnę. Chwilę jeszcze sobie pogwarzyliśmy, ciesząc się niezwykłymi widokami. Życząc sobie powodzenia ruszyliśmy dalej w drogę. Niestety, nasz rodak, powiedział nam, że raczej nie objedziemy półwyspu dookoła, tak jak byśmy chcieli, mimo, że na mapie jest zaznaczona jakaś droga gruntowa, bo tamtędy, nawet samochody terenowe mają problem przejechać. Nic to, mimo wszystko jedziemy przed siebie, dopóki się da. I warto było. Droga coraz węższa, ale wciąż niesamowicie malownicza. W końcu dojeżdżamy do miejsca, z którego trzeba było zawrócić. Oczywiście nie tak od razu. Wysiedliśmy z samochodu i jeszcze przez chwilę pospacerowaliśmy po okolicy.  


       Po objechaniu półwyspu zajeżdżamy do Orbetello. Miasto nastawione na turystykę. Leży na środkowej grobli przecinającej lagunę, z naszego punktu widzenia na wylocie. Nasyp został wykonany dopiero w 1824 roku. Poraz pierwszy w Toskanii trafiamy do miasta, które w dużej części przypomina plac budowy, tule tutaj prowadzi się różnych prac budowlanych. Przy czym raczej chodzi o większe remonty, niż budowę nowych obiektów. 


       Na szczęście solidne fortyfikację są już odrestaurowane. Są one datowane są na okres okupacji hiszpańskiej, kiedy Orbetello było stolicą Państwa Garnizonowego. Jak to często w tym rejonie Europy różne fragmenty historii mocno się ze sobą splatają. Katedra stoi na miejscu starożytnej, rzymsko-etruskiej świątyni. Według inskrypcji na architrawie centralnego portalu, późnogotycka fasada została przebudowana w 1376 r. pod kierownictwem Nicola Orsiniego. Ogólnie miasto nie robi jakiegoś nadzwyczajnego wrażenia. Choć trzeba przyznać, że główny „deptak” jest całkiem sympatyczny. A może takie odczucia spowodowane były tymi budowami, a może już nam się trochę w głowach poprzewracało?  A do tego byliśmy tam w porze sjesty i biedne panie nie mogły pozwiedzać swoich ulubionych „muzeów”.  Co ciekawe ta, często nawet czterogodzinna, przerwa dotyczy również knajp. Czyżby włosi aż tak byli przywiązani do domowych obiadków?  Mimo wszystko pospacerowaliśmy trochę, poprzyglądaliśmy się nowemu miejscu i pojechaliśmy dalej.


       Jedną z tych rzeczy, która mi się najbardziej w Toskanii podoba, to wręcz magiczne krajobrazy z kolejnymi wzniesieniami, na szczytach których posadowione są mniejsze lub większe miejscowości. Te krajobrazy, to naprawdę coś niesamowitego, szczególnie późnym popołudniem. Zupełnie jak scenografia jakiegoś filmu, którego akcja rozgrywa się kilkaset lat temu. Niezwykłe zjawisko. Codziennie jeżdżąc po Toskanii mijaliśmy kolejne takie góry ukoronowane jakimś miasteczkiem. Wracając z Orbetello, jadąc drogą w szpalerze sosen parasolowatych,  też mijaliśmy takie miejsca. A właściwie, czemuby, nie zajrzeć do jednego z takich miejsc? Nigdzie nam się nie śpieszy, czy przyjedziemy do naszego zameczku dwie godziny wcześniej czy później, a może jeszcze później, nie ma przecież żadnego znaczenia. Skoro tak, to skręcamy z głównej drogi i jedziemy do Magliano in Toscana, miasteczka położonego ok. 28 km na południowy-wschód od Grossetto. Mieszka tam zaledwie 3700 mieszkańców. Leży w rejonie upraw winorośli Morelino di Scansano.



        Do Magliano in Toscana dojeżdżamy bardzo późnym popołudniem. Już nie słychać odgłosów dnia. Jest gęsta przedwieczorna cisza, od czasu do czasu słychać jakieś hałaśliwe, bawiące się dzieci lub kobiety coś wołające wysokimi głosami. Kilku dżentelmenów przysiadło sobie na murku otaczającym drzewko oliwne i debatuje o najważniejszych sprawach naszego świat. Ale twarze mają raczej pogodne, więc nie jest chyba tak źle. Zagłębiamy się w ciasne zaułki. Miasto dzieli się na cztery części: Maiano, Lavacchio, Montiano i Sant’Andrea. Jak przystało na porządne toskańskie miasto, ma również swoje zabytki. I wcale nie trudno się domyślić, że są to kościoły: Chiesa della Santissima Annunziata i Chiesa di San Giovanni Battista. W obu oczywiście znajdują się dzieła sztuki stworzone przez dawnych mistrzów. W okolicy są jeszcze ruiny Monastero di San Bruzio. Ale szczegóły są mniej ważne, bo znowu najważniejszy jest klimat, absolutnie magiczny klimat. Koniecznie trzeba usiąść w jakiejś kafejce i zamówić karafkę wina. 
       Po krótkiej chwili trafiamy na mury miejskie i tu następuje apogeum tych niezwykłych doznań. Z jednej strony dachy pokryte dachówkami mieniące się niezwykłymi, miękkimi barwami jakie pojawiają się w okolicach zachodu słońca. Z drugiej strony rozległe toskańskie panoramy z winnicami, sadami oliwnymi i drogami obsadzonymi cyprysami bądź sosnami parasolowatymi. Zostałem zaczarowany.   


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz