wtorek, 21 czerwca 2011

CZARNO-BIAŁE, I … NIE TYLKO

W czasie rejsu po Zatoce Sarońskiej odwiedziliśmy Poros na wyspie, a jakże Poros oddalonej od Peloponezu 200 metrowym kanałem. Bardzo lubię Grecję, więc dla mnie Poros to urocze miasteczko. Takie, typowo greckie z wąskimi uliczkami, pięknymi roślinami (często w doniczkach), nieco bałaganiarskie i z mnóstwem skuterów. Raczej nikt tam się nigdzie nie śpieszy a w licznych knajpkach ludzie z wolna coś sobie popijają. Czyli wszystko to co tworzy ten niepowtarzalny klimat.

 Pływając po Grecji nie raz spotkałem się z różnymi sympatycznymi gestami ludzi, raczej u nas nie spotykanymi. Również w Poros zdarzyło się coś podobnego. Gdy pływaliśmy wzdłuż kei szukając miejsca do zacumowania, zauważyliśmy człowieka wskazującego wolne miejsce. To akurat w świecie żeglarskim nie jest niczym nadzwyczajnym. Gdy podpłynęliśmy bliżej pomógł nam jeszcze zacumować i zniknął. Zajęliśmy się klarowaniem jachtu, gdy ów człowiek pojawił się ponownie. W ręku trzymał tacę z siedmioma szklankami, dokładnie tyle nas było na pokładzie, ouzo z lodem i miętą. Trochę nasz nowy znajomy był skonsternowany, gdy ze środka  jachtu wynurzyła się jeszcze jedna, nieco zaspana osoba. Jakżeż on szybko się z tym wszystkim uwinął. W czasie cumowania zdążył nas policzyć i przygotował odpowiednią ilość drinków. W trakcie rozmowy okazało się, że jest właścicielem lokalu znajdującego się dokładnie naprzeciwko jachtu. Z uśmiechem na twarzy, powiedział, że byłoby mu miło, gdybyśmy chcieli przyjść do jego lokalu na kolację. Był tak sympatyczny we wszystkim co robił, że nie byliśmy w stanie mu odmówić. No cóż, każdy chce zarobić, ale jakże różne sposoby do tego prowadzą. Wieczorem okazało się, że warto było się tam zatrzymać, jedzenie było wyśmienite.
Zanim jednak nastał wieczór, poszliśmy pozwiedzać miasto. Jak to na greckich wyspach często bywa, dookoła pełno wody, a na środku całkiem spora góra. I zawsze jakaś nieznana siła każe mi wdrapywać się na tę górę, jakby nie można było sobie spokojnie usiąść i sączyć jakieś winko czy metaxę. Tu w Poros było bardzo późne popołudnie, więc nie było tak źle, ale pamiętam na Folegandros, wdrapywaliśmy się na zdecydowanie większe wzniesienie, niemal w samo południe, ale nic nie mogło mnie przed tym powstrzymać.
Więc ruszyliśmy. Na szyi dyndał mój wierny kompan, Nikon D 300, inaczej się nie da. Jak zwykle „strzelałem foty” na prawo i lewo. A to jakaś budowla, a to jakaś roślina, albo pejzaż z widokiem na zatokę itd. Itp. W pewnym momencie trafiliśmy w jakąś kolejną pustą uliczkę. Zdecydowanie nie było to miejsce uczęszczane przez turystów. Domy nie najpiękniejszej urody, cała pajęczyna jakichś wiszących kabli, baniak od solarów, żadnych ludzi. Wszystko to jakieś takie pastelowe. Ale wzrok nieodmiennie wędrował w jedno miejsce, w kierunku ceglasto czerwonej donicy i rosnącej w niej zielonej rośliny. Niesamowicie mocny element, jakby nie stąd, choć przecież te rośliny hodowane w donicach są tak typowe dla tych okolic. Natychmiast zacząłem przymierzać się do kolejnego zdjęcia. Po chwili naciśnięcie spustu migawki i gotowe.
No właśnie! Czy aby na pewno gotowe. Minęły prawie dwa lata, a ja wciąż wracam do tego zdjęcia. Niby nic takiego, zwykłe wakacyjne zdjęcie, a jednak każdy kto oglądał zdjęcia z tego wyjazdu zwracał na nie uwagę. Przy pierwszym wydruku starałem się aby zdjęcie jak najlepiej oddawało moje uczucia w chwili jego robienia. A wiec pastelowo.

Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że jednak nie. Trzeba wzmocnić kolory. Gubi się co prawda z lekka eteryczny nastrój, ale chyba w ten sposób lepiej oddany jest prawdziwy nastój tego miejsca. Prawdziwy? Co to właściwie znaczy? Pewnie każdy oceni to inaczej i to z wielu powodów. Inaczej postrzegamy rzeczywistość, inne skojarzenia wywołują w nas zestawienia różnych rzeczy, a nawet nasz wewnętrzny nastrój chwili sprawia, że to samo miejsce możemy postrzegać na różne sposoby. O.K. zrobiłem kolejną wersję zdjęcia i znowu odłożyłem je na dłuższy czas.

Niedawno powróciłem do niego ponownie. Te kable, popękany, miejscami wykruszony tynk, ten zbiornik od solarów, ciasnota uliczki. Może zrobić je w czerni i bieli. Kolor przez swoją atrakcyjność powoduje często daleko idące przekłamania w odbiorze zdjęcia. Jego treść gdzieś się ulatnia, bo tak bardzo absorbują naszą uwagę barwy. Nie raz przekonałem się, że trudno  jest zrobić interesujące zdjęcie w kolorze, które przyciągało by uwagę swoją zawartością, kompozycji, jakimś pomysłem lub czymkolwiek innym a nie pstrokacizną barw. No dobrze, niech będzie czarno-białe. Nie, coś tu jednak jest nie tak. Mimo wszystko, to miejsce sprawiało przyjemne, bardzo pogodne wrażenie, a w wersji czarno-białej ten element gdzieś się gubi Owszem, to też jest pewna opowieść o tym miejscu, nie jest to jednak taka opowieść jaką chciałbym przekazać oglądającemu to zdjęcie. Dobrze! Niech będzie czarno-białe, ale donica z rośliną pozostanie kolorowa. Tak też zrobiłem. Czy jest to ostateczna wersja tego zdjęcia? Naprawdę, nie wiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz