poniedziałek, 20 marca 2017

KARNAWAŁOWE SZALEŃSTWO W MADONNIE




1.    Gaia Welness Residence Hotel
           Nazwa hotelu jest nieco pretensjonalna, choć jak najzupełniej prawdziwa. Wszelkie wątpliwości czy wahania ustępują natychmiast po przekroczeniu progu recepcji. Czekają tam na gości przesympatyczni, wiecznie uśmiechnięci ludzie. Dla nich nic nie jest problemem czy kłopotem. Wszystko jest do zrobienia. Służą wszelkimi potrzebnymi informacjami i pomocą. Do tego nauczyli się sporo słów po polsku. Krótko mówiąc natychmiast zjednują sobie każdego kto do nich przybywa.
       Pokój studio, który sobie wynajęliśmy, okazał się bardzo przyjemny. Przestronny, z łazienką i aneksem kuchennym wyposażonym w lodówkę, kuchenkę mikrofalową i nieco naczyń. Widać nawet pewne udogodnienia dla osób niepełnosprawnych. No i, co jak dla mnie najważniejsze, w całym obiekcie jest naprawdę ciepło. Rewelacja! Jeżdżąc od kilkunastu lat na narty do różnych ośrodków w Alpach włoskich i austriackich, nie trafiliśmy na tak przytulne miejsce. Tu nie ma potrzeby rozgrzewania pościeli przed udaniem się na spoczynek. Przykłada się głowę do poduchy i można zapaść w cudowny błogostan. Pod prysznicem, czy w kranie umywalki nigdy nie brakuje ciepłej wody. Zdecydowanie jest to miejsce godne polecenia jako baza wypadku narciarskiego. Tym bardziej, że darmowy skibus podjeżdża dosłownie pod same drzwi hotelu co piętnaście minut i podwozi miłośników narciarskich szaleństw pod dolną stację gondolki Marillewa 900. By jednak nie było zbyt różowo, to na skibusa pod drzwi Gai można liczyć tylko rano, kiedy jest się wypoczętym i pełnym zapału do szusowania po nartostradach. Popołudniu, gdy się wraca ze stoków powłócząc nogami, nie ma co liczyć na takie udogodnienie. O tej porze skibusy zatrzymują się jedynie przy głównej Via IV Novembre, skąd do hotelu jest ok. 100 – 150 metrów.


       Hotel Gaja ma też i inne istotne walory. Duży parking tuż przy budynku. Z wielką przyjemnością zostawiłem nasze autko na cały tydzień, aby sobie odpoczęło a ja bezstresowo podróżowałem skibusem. Polecam również śniadania serwowane w hotelu. Nie ma niewiadomo jakiej obfitości ale wszystko jest świeżutkie i pachnące. Pyszna kawa, a jakby mogło być inaczej, wszak to Włochy. No i chyba przebój tych śniadań, pyszne naleśniki, co chwilę donoszone, bo znikają w niesłychanie szybkim tempie. Koszt na osobę to 6 euro, które warto wydać. Inna rzecz, ważna dla fanów szusowania po białym puchu, to duża narciarnia z pomysłowymi uchwytami i przechowalnia butów narciarskich, gdzie naprawdę działa podgrzewanie tych piekielnych skorup. Gdy skoro świt, z takim bólem, znowu trzeba się w nie wbić, one są rzeczywiście cieplutkie, co znacząco zmniejsza poranne katusze. Oczywiście jest też Wi-Fi, myślę, że w dzisiejszych czasach jego brak byłby raczej zadziwiający, a wręcz dyskwalifikowałby obiekt. Niestety nie jest ono zbyt mocne.  
       O.K., niech będzie, nie wszytko jest idealne. Ściany są zrobione z najcieńszej możliwej dykty. Wielojęzyczna dzieciarnia, hasająca po korytarzach, jest tak dobrze słyszalna, jakby brykała tuż obok. I bez znaczenia z jakiego są kraju, wszystkie są jednakowo głośne. Równie dobrze słychać też wszelkie inne dźwięki. Na szczęście większość gości hotelowych po powrocie ze stoku po prostu pada ze zmęczenia, więc wieczorem niewiele się już dzieje.


       Inną rzeczą, która nieco razi, na tle tak pozytywnego obrazu całości, to aranżacja wnętrz. Absolutnie nie widać tu ręki jakiegokolwiek projektanta. Jest prawie wszystko co potrzeba, ale wygląda to tak, jakby ktoś zrobił listę niezbędnego wyposażenia i po prostu wrzucił do każdego pokoju przygotowany zestaw. Ani specjalnej dbałości o detale ocieplające wizerunek ani też specjalnej troski o funkcjonalność i ergonomię, co najbardziej daje się zauważyć w kuchni i łazience. Nie przypadkowo napisałem, że jest prawie wszystko, co potrzeba. Podobnie jak w większości takich miejsc, nie ma wygodnego miejsca do czytania! Zawsze na takie wyjazdy zabieram ze sobą jakąś zaległą lekturę, z nadzieją, że właśnie w czasie urlopu nieco nadrobię te zaniedbania. A tu masz ci babo placek, nie ma gdzie wygodnie usiąść. 
       Na szczęście gospodarze są cudowni i robią wszystko aby pobyt w Gaia Welness Residence Hotel upłynął bardzo przyjemnie.


2.    Mezzana

       Mezzana, gdzie znajduje się hotel Gaja, to miejscowość w prowincji Trydent
zamieszkała przez niespełna 900 osób. Położona jest na wysokości 940 m n.p.m. I nie ma co liczyć na jakiekolwiek atrakcje dla turystów. Gdy któregoś popołudnia wybrałem się na spacer po mieście, to natrafiłem przede wszystkim na niezwykłą ciszę. Bardzo rzadko mija się jakiegoś przechodnia, od czasu do czasu pojawia się zabłąkany samochód. Tak więc, choć miasteczko jest całkiem sympatyczne i posiada Piazza Trentino, czyli miejsce z dużym potencjałem, to tak na prawdę nic tam nie ma. Widać, że miejscowi włodarze starają się nawet coś robić, widać to choćby na przykładzie prób zagospodarowania przepływającej przez Mezzanę rzeczki Rio Spona. Ale na razie jeszcze daleko do stworzenia jakiegoś ciekawego punktu zaczepienia. Odchodząc od głównej, przelotowej ulicy, czyli Via IV Novembre, liczyłem, że trafię na jakieś urokliwe zaułki, niezwykłe miejsca, coś z wyjątkową atmosferą, nic z tych rzeczy. Jeszcze większe rozczarowanie spotkało nas, gdy chcieliśmy po powrocie z nart zjeść obiad. Owszem jest restauracja w hotelu Ravelli oraz pizzeria Al Sole, ale zgodnie z dobrym włoskim obyczajem, czynne od dziewiętnastej. Przerwa obiadowa to rzecz święta, nawet w markecie De Spar. Choć, trzeba przyznać, w tym ostatnim zdecydowanie krótsza. Niestety byliśmy zbyt głodni by czekać około dwóch godzin i, chcąc, nie chcąc przyrządziliśmy sobie posiłek sami.


3.    Ośrodek narciarski
       Wielkim atutem tej lokalizacji są połączone ze sobą bezpośrednio trzy ośrodki narciarskie Marilleva, Folgarida i Madonna di Campiglio. Stwarza to świetne warunki do bardzo przyjemnej, ciekawej, całodziennej jazdy. I właśnie z tego zamierzamy korzystać w całej pełni. W związku z tym kupujemy karnet o dźwięcznej nazwie Skiarea Campiglio Dolomiti di Brenta za jedyne 263 euro za osobę. Nie jest to mało, ale liczymy na dobrą zabawę. Razem z Pinzolo, położonym nieco z boku, jest to ok. 150 km tras i 60 wyciągów.
       No to zaczynamy! Najpierw gondolki z Mrilleva 900 do Marileva 1400. Nawet nie ma specjalnej kolejki. Później przesiadka do gondolki na Malga Panciana (1886 m n.p.m.). No i tu widok kolejki do kolejki dech zapiera. Przemierzając drogę między jedną gondolką a drugą, warto rzucić okiem w bok, na wyciąg krzesełkowy nr 16 w kierunku Orti (również 1886 m). Czasami, z bliżej niewyjaśnionych powodów, do gondolki czeka tłum ludzi, a do krzesełek jest całkiem niewielu chętnych. Tymczasem jest to dobra alternatywa, bo z Orti też można dojechać do Malga Panciana. Niestety, aby móc jechać dalej w kierunku Madonna di Campiglio, trzeba zabrać się na wyciąg nr 19 na Monte Vigo (2197 m n.p.m.). Tu to dopiero jest tłum oczekujących. Pierwszego dnia decydujemy się stanąć i okazało się, że czas oczekiwania przekroczył 20 minut. W kolejnych dniach decydowaliśmy się na różne alternatywne rozwiązania pozwalające przeczekać ten szczyt kolejkowy. Najciekawszym z tych rozwiązań wydaje się zjazd nieco niżej do wyciągu nr 18 wiozącego na Dos Della Pesa (2155 m n.p.m.) i nacieszyć się jazdą mniej uczęszczaną, ale bardzo ładną trasą nr 20 prowadzącą oczywiście do doliny Panciana. Zdecydowanie przyjemniej było zjeżdżać, nawet do Marilleva 1400, raz czy dwa, niż stać w koszmarnej kolejce.



     Docieramy w końcu na Monte Vigo. Tu robi się jeszcze ciaśniej bo znaleźliśmy się w miejscu gdzie łączą się wszystkie trzy ośrodki. Chociaż formalnie i biletowo, Madonna di Campilio rozpoczyna się dopiero po zjeździe trasą nr 10, od kanapy nr 35. Można też pojechać trasą nr 12 do Folgaridy. My jednak, zgodnie z przyjętym planem jedziemy "dziesiątką". Kanapa nr 35 wywozi nas na 2143 m n.p.m. Skąd już można zjechać "prosto" do Madonny. Oczywiście jest kilka wariantów tego zjazdu, więc w kolejne dni można sobie urozmaicać zjazdy na różne sposoby.
     Przed nami mostek nad drogą przecinającą miasto. Jego powierzchnia jest lekko nachylona w kierunku Groste, czyli tam gdzie my jedziemy. Dla podążających w przeciwnym kierunku jest ruchoma taśma podwożąca zmęczonych narciarzy. Gdy zjeżdżamy z mostku naszym oczom ukazuje się wielce imponujący , częściowo schowany w wiacie stacji gondolek, tłum oczekujących na wjazd na Passo Groste (2444 m n.p.m.). Jak to zobaczyłem, to trochę mnie osłabiło. Przecież nie po to jechałem taki kawał drogi i nie po to wydałem tyle pieniędzy na karnety aby spędzać większość czasu w kolejkach do wyciągów. Tuż przy stacji jest knajpa, więc przysiadamy na małe conieco, grzane wino na pierwsze danie i calimero na drugie. Pokrzepieni w ten sposób zdecydowanie lepiej znosimy wyczekiwanie w kolejce i liczne pokazy bezczelności narciarzy chcących na różne sposoby, niezbyt eleganckie, skrócić sobie czas oczekiwania. Nieważne czy to Włosi, czy Niemcy, czy Holendrzy, czy Szwajcarzy, czy Polacy czy też ktokolwiek inny. Z ludzi wychodzi ich prawdziwa natura. Bo ci bogaci i bardzo kulturalni przedstawiciele "starej" Europy nagle zostają odarci ze swoich masek. Bo już nie jest miło i komfortowo. I nagle wielu z nich okazuje się zwykłymi burakami. No tak, gdy wszystko jest dobrze, gdy nic się nie dzieje i można się chwalić swoją zamożnością łatwo jest pokazywać jakim jest się wspaniałym. Nieco gorzej jest gdy życie nie rozkłada przed nimi czerwonego chodnika. Ale nich im tam, poczekam chwilę dłużej. Pogoda jest piękna, góry jeszcze wspanialsze.



       Udaje nam się w końcu zapakować do wagonika. Uwaga! Nie wysiadamy na stacji pośredniej, jedziemy dalej. Gdy już się wjedzie na Groste najpierw trzeba na chwilę przystanąć i rozejrzeć się dookoła. Jak tu jest pięknie! A teraz decyzja: czy jechać mocno w dół, czy poprzestać na zjeździe do kanapy nr 47, która może nas wynieść na Passo Groste, czyli na 2504 m n.p.m., najwyższy punkt w okolicy? No oczywiście, chcę wjechać jak najwyżej. Bo góry lepiej widać z góry. Jazda na kanapie to także dobra sposobność do zrobienia paru zdjęć. Leżące pod wyciągiem różne przedmioty przypominają o konieczności zachowania szczególnej ostrożności. Nie zależy mi zbytnio by stać się mimowolnym udziałowcem tego składowiska. Co prawda Słońce nie zawsze chce współpracować i czasami nie ustawia się pod właściwym kątem, ale coś tam udaje się zdjąć. Widoki są jak z folderów turystycznych, tylko jak to przełożyć na ciekawe zdjęcia?


       Zjazd z Groste to wyjątkowa przyjemność. Trasa jest długa, szeroka i z cudownymi widokami. Ludzi jest bardzo dużo, ale daje się jeździć. Po drodze są też punkty wsparcia, gdzie można uzupełnić płyny ewentualnie nieco się posilić. Nie polecam jedynie wyboru zjazdu dolnego odcinka trasą nr 66. Początkowo nawet nie jest najgorzej, ale później następują długie wypłaszczenia a po nich okropny odcinek od dolnej stacji wyciągu nr 40 do mostka na drugą stronę. Od razu można zapomnieć o wszystkich przyjemnościach, które przed chwilą się przeżyło. Jeżeli już jednak się tu zabłądziło, to jedyne rozsądne wyjście to wsiąść na ten wyciąg nr 40 i wjechać nim na Monte Spinale (2101 m n.p.m.). I dopiero stamtąd poszusować do Madonny. Do wyboru czerwienie i czernie, na co kto ma ochotę. A zjeżdżając z Groste, jeśli chcemy zjechać prosto do Madonny, pamiętajmy pojechać w lewo do wyciągu 41, który odrobinę nas podwiezie i będziemy mogli śmignąć sobie trasą 73 i 77 lub 74 (czarna). Tak, Groste i Monte Spinale daje możliwość nacieszenia się jazdą na nartach.


       Pora wracać w kierunku Marillevy-Folgaridy. Przez chwilę zapomniałem o koszmarnych kolejkach, jednak tu następuje ponowne bolesne zetknięcie z rzeczywistością. Co prawda w kolejce do taśmy przewożącej przez most nie trzeba czekać, można po prostu podejść pod to niewielkie wzniesienie, to jednak kanapę 32 trudno jest ominąć. Odstaliśmy tam 35 minut. Owszem jest okrężna droga, można dotrzeć, choć niebyt komfortowo, do kolejki gondolowej nr 31. Później już całkiem przyjemnie zjechać trasą nr 50 do kanapki nr 34 i ... dowiedzieć się, że właśnie ten wyciąg, zupełnie wyjątkowo, nie działa. A zatem pozostaje powrót do Madonny i pokorne odczekanie swojego w kolejce do kanapy nr 32. Dopiero stojąc w takiej ogromnej kolejce człowiek się irytuje widząc, że nie wszystkie miejsca na kanapie są zajmowane. Bo państwo chcą jechać tylko we dwoje, bo ktoś tam nie może się rozdzielić, itd. itd. I nic na to nie można poradzić.



       Czy ja coś narzekałem na długie oczekiwanie w kolejkach? Gdy dotarliśmy do wyciągu nr 6 mającego nas wwieść na Monte Vigo skąd można skierować się, w zależności od kaprysu, do Marillewy lub do Folgaridy, szczęka mi opadła. Tylu ludzi oczekujących w kolejce, to jaszcze nigdzie i nigdy nie widziałem. Gospodarze próbują pocieszać kolejkowiczów wielkim plakatem z informacją, że już w przyszłym sezonie, będzie nowa, większa kanapa, ale puki co, nie ma wyjścia trzeba czekać, ok 45 minut. Przy tak długim oczekiwaniu, to już nawet człowiek nie ma siły się złościć. Macham ręką na buraków przepychających się w kolejce. Ale za to jak już w końcu wjadę ...
       No co? Co, jak w jadę? To skieruję się w stronę Folgaridy (trasa nr 9 itd.) Bo tam, jest kilka fajnych miejsc do zakotwiczenia i ochłonięcia. Nic tak nie koi skołatanych nerwów jak dobra biesiada. Nam najbardziej przypadł do gustu lokalik położony na Malghet Aut, o zachęcająco zaczynającej się nazwie "szalet ...", a dokładniej Chalet degli Angeli (chatka aniołów). Są tam też i inne knajpki. Wszędzie można przyzwoicie zjeść. Wszędzie jest gwarno i gra jakaś muzyka. No i kapitalne widoki przez okna. Do tego w "Szalecie" od lat pracuje Polka, pani Ewa. Gdy tylko szef zorientował się, że jesteśmy z Polski, nie omieszkał pochwalić się znajomością kilku polskich słów oraz właśnie tym, że zatrudnia naszą rodaczkę. Oczywiście skorzystałem z okazji i zamieniłem z panią Ewą kilka słów. Co ważniejsze, od kilku ostatnich lat wyraźnie daje się odczuć, że Włosi zaczęli zauważać, że jednak całkiem sporo Polaków spędza u nich ferie i coraz bardziej to doceniają. Zdaje się, że stajemy się dla nich ważną grupą klientów. Całkiem to sympatyczne. I tak sobie siedząc przy niezłym jadle i jeszcze lepszych napojach, tym razem najlepiej wchodził mi aperol spritz (drink na bazie proseco i aperolu), ochłonąłem po kolejkowych emocjach.
  


     Powrót popołudniową porą do Marilewy, szególnie trasa nr 23, jest dosyć wymagający. Najpierw pojawiają się MULDY. Po chwili MULDY. A  za kolejnym zakrętem, zupełnie niespodziewanie MULDY. Można się świetnie bawić w chowanego, bo bez trudu można ukryć za setkami kolejnych garbów śnieżnych.
       Marilleva 1400 to spore centrum narciarskie, z knajpami, hotelami, sklepami i serwisami narciarskimi. Osobiście miałem okazję przekonać się, że w tych serwisach pracują fajni i kompetentni ludzie. Pierwszej nocy odświeżyli nam narty. Przez kolejne dwie walczyli ze skorupą mojego nowego prawego buta. Nie wiedzieć czemu okazał się zdecydowanie za wąski w części środkowej, co mocno utrudniało rozkoszowanie się jazdą po naprawdę pięknych trasach. Po dwóch kolejnych nocach kształtowania skorupy na specjalnym urządzeniu, w końcu but nadawał się do jazdy. Fajną rzeczą są też przechowalnie butów narciarskich i nart. Dzięki temu na dół można już zjeżdżać gondolką w normalnym, wygodnym obuwiu. Och! Jak miło. Bo jak to mawiają starzy, doświadczeni narciarze, w narciarstwie najprzyjemniejszym momentem jest ten, kiedy w końcu zdejmujemy te cholerne buciory narciarskie. Wtedy świat jest najpiękniejszy.



       Jak te ferie szybko minęły! Trasy w rejonie Dolomiti di Brenta są wspaniałe. Co prawda mogłoby być odrobinę mniej ludzi na stoku, ale i tak już nie mogę się doczekać kolejnego wyjazdu na narty. A co do tłumów, to jak nam wyjaśnili właściciele naszego hotelu, przyjechaliśmy w okresie włoskiego karnawału, kiedy włosi masowo wyruszają na urlopy, a tego nie należało robić pod żadnym pozorem.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz