piątek, 24 kwietnia 2015

SPOTKANIE Z TWÓRCĄ MEDYCYNY

       


       Z Poros wyruszamy nieśpiesznie, z lekkim ociąganiem. To bardzo sympatyczny port, ale ciekawość tego co za rogiem ciągnie dalej. Bo opłynięcie kolejnej wyspy, kolejnego półwyspu, zawinięcie do kolejnego portu, to obietnica kolejnej przygody. Tam na pewno musi być coś ciekawego. Tam na pewno czeka na nas wspaniała niespodzianka. Więc machamy jeszcze raz na pożegnanie przytulnemu Poros i żeglujemy dalej, kierunek: Nowe Epidauros.
       Cieśnina Poros jest dobrze osłonięta ze wszystkich stron, więc nawet jeśli gdzieś tam wieje, to tu wiatr odczuwa się zdecydowanie delikatniej. Płynęliśmy więc sobie bardzo leniwie podziwiając brzegi widoczne dookoła w niewielkiej odległości. Tutaj krajobrazy zdecydowanie inne niż na Cykladach. Przede wszystkim dużo zieleni, co bardzo kontrastuje z tym co oglądaliśmy przez ostatnie 12 dni peregrynacji … Kolory zabudowy też się zmieniły. Już nie dominuje ta biel, najbielsza z możliwych, momentami wręcz oślepiająca. Tu już kolory są bardziej delikatne, pastelowe, cieplejsze. Od czasu do czasu widać też po posiadłościach rozłożonych niedaleko brzegu, że jesteśmy całkiem niedaleko Aten.
       Na wodzie spokój. Czasami coś dmucha, czasami przestaje. Kamienny dyskobol Myrona ma w sobie zdecydowanie więcej dynamiki niż nasze żeglowanie. Podejście do mariny jest bardzo łatwe. Nabrzeża są widoczne z daleka. W zatoce jest miejsce aby przygotować się do wejścia.
       A w Nowym Epidauros niespodzianka. Od 2006 roku, kiedy to byłem tam poprzednio, zaszły dosyć istotne zmiany. Wybudowano dwa nowe nabrzeża, dzięki czemu powstał całkiem zgrabny basenik portowy. Są nawet muringi, które warto używać, bo łańcuchy kotwiczne jachtów stojących do siebie pod kątem prostym, mają jakąś wyjątkową skłonność do plątania się. Na brzegu, oprócz tego, że powstał spory, utwardzony i ogrodzony plac, żeglarze nie znajdą niczego ciekawego. Grecy najwidoczniej nie mają zwyczaju korzystania w marinach z ubikacji i natrysków. Parę metrów dalej, poza terenem mariny, za niewielką opłatą, jeden z hotelików udostępnia te luksusy żeglarzom, choć robi to raczej w sposób nieregularny. Poza tym na każdym kroku widać, że właśnie zaczął się październik. W nadbrzeżnych kafejkach pustki. Mnóstwo wolnych leżaków na plaży.


       Plaża w Nowym Epidauros jest całkiem niezła. Szeroka, piaszczysta plaża w Grecji nie jest zbyt często spotykana. Zatem wielkim grzechem byłoby nie spędzenie na niej choćby paru miłych chwil. Poza nami prawie nikogo nie ma. Super. No to do wody. Wchodzę i staję jak wryty. Woda jest lodowata. Gdzie my jesteśmy? Na Lofotach w styczniu? Nie wiem, czy to efekt minionych sztormowych dni, czy jakieś inne zjawisko, ale w tej wodzie nie da się wytrzymać. Jedyne wyjście w tej sytuacji, to wyjście z wody. Leżaki i piwo na ładnej słonecznej plaży to też niezłe okoliczności relaksu, ale każde spojrzenie na falujące morze powodują, że człowiekiem wstrząsają nieprzyjemne dreszcze.
       Nowe Epidauros to bardzo urokliwy zakątek, ale prawdę powiedziawszy, poza plażą i mariną, nic tam nie ma. A jednak gorąco polecam to miejsce, bo jest to punkt wypadowy do Starożytnego Epidauros, a to już zupełnie inna historia. Co prawda moi koledzy nie specjalnie się palili do tej wycieczki, widocznie lodowata woda, niczym dementorzy, wyssała z nich wszelkie siły witalne, jednak Ula i ja nie wyobrażaliśmy  sobie aby nie skorzystać z takiej okazji. Zamówiliśmy więc taksówkę i wyruszyliśmy na spotkanie ze starożytnością. 50 euro, to może i nie jest mało, ale jest to podróż w obie strony, oczekiwanie na nas tam na miejscu i zakupy po drodze. Może gdybym umiał się targować, udałoby się cokolwiek uszczknąć z tej kwoty, ale to nie jest moja specjalność.
       Na miejsce dojechaliśmy późnym popołudniem. Było cudnie. Co prawda kręciły się jeszcze po okolicy jakieś dwie wycieczki, pani przewodniczka z zapałem opowiadała o niezwykłej akustyce ogromnego amfiteatru, prezentowała jak to działa, w sumie jednak ludzi było bardzo mało. Była za to niezwykła atmosfera. To magia zarówno tej przedwieczornej pory jak i samego miejsca. Zaczęliśmy standardowo, właśnie od amfiteatru. Po prostu nie da się inaczej. Wspaniały i najlepiej zachowany starożytny teatr Grecji. W teatrze tym od 1952 roku odbywają się regularnie przedstawienia klasycznych sztuk, w trakcie organizowanego co roku Festiwalu Ateńskiego. Teatr został zbudowany prawdopodobnie przez Polikleta Młodszego około 300 roku p.n.e. Mógł pomieścić 14 tysięcy widzów. Wspinaczka z samego dołu na jego koronę to prawdziwe wyzwanie. Więc zanim zaczniemy podziwiać widoki trzeba najpierw jakoś wyrównać oddech i pozbyć się mroczków w oczach. Teatr był tak znakomicie wkomponowany w pejzaż, że odkryto go i odkopano dopiero w XIX w. Sprawia imponujące wrażenie, urzeka ogromną przestrzenią. Skonstruowany z matematyczną precyzją, znany jest z niezwykłej harmonii oraz z niemal doskonałej naturalnej akustyki: nawet z najwyższego, pięćdziesiątego czwartego rzędu doskonale słychać odgłos monety czy szurania nogami przez przewodników. Czasami jakiś bardziej śmiały turysta deklamuje wiersz lub śpiewa swoją ulubioną pieśń. Ławki dla widzów, stworzone z białego wapienia (z czerwonego dla notabli siedzących w pierwszych rzędach) zostały naprawione, ale inne prace renowacyjne ograniczono do minimum. Składa się z 55 rzędów siedzeń ułożonych w dwóch kondygnacjach, tutaj różne źródła podają inne liczby. Część dolną pochodzącą z IV w. p.n.e. tworzą 34 rzędy widowni, a górną dobudowaną w czasach rzymskich – 21 rzędów. Widownia niczym wachlarz otacza okrągły plac tzw. orchestra, na której występowali aktorzy i chór. Tak jak w starożytności, scenę stanowi plac z ubitej ziemi.


     Po powrocie do żywych, co w końcu w jednym z dwóch głównych sanktuariów Asklepiosa, następuje stosunkowo szybko, można rozpocząć zwiedzanie reszty tego niezwykłego miejsca. Niestety większość budowli, to obecnie tylko zarys fundamentów, trzeba więc uruchomić wyobraźnię. Ale z tym nie ma problemu. W niewielkiej odległości od teatru natykamy się na pozostałości budowli, którą starożytni nazywali „katagogion”, a my powiedzielibyśmy, że to coś w rodzaju hostelu czy zajazdu. Było tam sto sześćdziesiąt pokoi dla pielgrzymujących do trzech świątyń: Asklepiosa, Artemidy i Afrodyty. Po chwili mijamy greckie łaźnie i odeon, czyli konzerthaus. Zaraz też widać stadion z V wieku p.n.e. z bieżnią o długości 181,3 m i szerokości 21,5 m. Wszak w Epidauros odbywały się od V wieku p.n.e. raz na cztery lata panhelenistyczne igrzyska ku czci Asklepiosa: Asklepieia. Początkowo były to tylko zawody sportowe, później doszły zmagania artystyczne.


      

I tak oto dochodzimy do centrum duchowego Epidauros, gdzie znajdują się świątynie Asklepiosa, Artemidy, tolos i abaton.


Najważniejszy w Epidauros był Asklepios. Jak to zwykle u Greków, losy tej postaci są niezwykle poplątane. Był synem Apolla i Koronis córki Flegyasa króla Lapitów. I już na samym początku pierwszy znak zapytania: koronis to wrona, ale też jeden tytułów Ateny, czyżby więc pod tym imieniem ukrywała się sama, wielka bogini, która jednak wg Ateńczyków nie miała żadnych dzieci? Jedna z dwóch głównych wersji opowieści o narodzinach, mówi o niewierności Koronis. Gdy Apollo udał się służbowo do Delf, pozostawiając na straży śnieżnobiałego kruka, brzemienna już boska kochanka pozwoliła sobie na skok w bok z niejakim Ischysem. Biedny kruk nawet nie zdążył wyruszyć w drogę, a już Apollo wiedział co się stało. Wkurzony bóg rzucił klątwę na niewinnego kruka, za to, że nie wykłuł oczy Ischysowi. Obłożony klątwą kruk sczerniał i odtąd wszystkie kruki są czarne. Dodatkowo zdradzony kochanek poskarżył się swojej siostrze, Artemidzie, jaka spotkała go zniewaga. Ta niewiele myśląc poraziła niewierną pękiem strzał. Apollo patrząc na zwłoki, poczuł wyrzuty sumienia, ale nie mógł już przywrócić życia swojej ukochanej. Dusza Koronis uleciała już do Tartaru, zwłoki leżały na stosie i zanim Apollo się otrząsnął, podłożono ogień pod stos. Apollo wezwał Hermesa, który przy świetle promieni wyciął żywe jeszcze dziecko, chłopca, z łona Koronis. Bóg nadał mu imię Asklepios i zaniósł do jaskini centaura Chejrona, który nauczył go sztuki leczenia i polowania. Inną wersję narodzin Asklepiosa podają sami epidauryjczycy: brzemienna Koronis towarzyszyła Flegyasowi w kolejnej wyprawie łupieżczej. W sanktuarium Appolina w pobliżu Epidauros, wspomagana przez Artemidę i Mojry urodziła syna, którego natychmiast porzuciła na górze Tittion, słynącej obecnie z leczniczych właściwości rosnących na niej ziół. Miejscowy pasterz, Arestanas, zauważył nagle, że znikł gdzieś jego pies i brak jednej kozy. Wybrał się więc na poszukiwania i odnalazł zwierzęta karmiące na zmianę niemowlę. Chciał podnieść dziecko, ale powstrzymała go otaczająca je wielka jasność. Nie chcąc wtrącać się do boskich tajemnic, zawrócił nabożnie, pozostawiając Asklepiosa pod opieką jego ojca, Apollina.


Asklepios nauczył się sztuki leczenia od Apollina i Chejrona. Tak świetnym został lekarzem i tak umiejętnie dobierał lekarstwa, że czczony jest jako twórca medycyny. Brał udział w wyprawie Argonautów. Atena podarowała mu dwie ampułki krwi Gorgony: krew pobrana z żyły po lewej stronie ciała Meduzy wskrzeszała zmarłych, krew pobrana z żył po prawej stronie miała moc natychmiastowego niszczenia. Asklepios wskrzesił m.in. Likurga, Kapaneosa, Tyndareusa i nieszczęsnego Oriona. Nie wiadomo, w którym momencie Hades się poskarżył Zeusowi, że Asklepios kradnie mu poddanych, wiadomo jednak, że Asklepiosa oskarżono o pobieranie łapówek w złocie, po czym, zarówno on, jak i jego pacjenci zostali rażeni śmiertelnie piorunem Zeusa. Apollo chcąc pomścić śmierć syna zabił wszystkich cyklopów, pupilków Zeusa. Zeus przywrócił jednak później życie Asklepiosowi, spełniając w ten sposób proroctwo Ewippe, córki Chejrona, która przepowiedziała, że Asklepios zostanie bogiem, umrze i ponownie będzie bóstwem – dwukrotnie w ten sposób spełniając swój los.


      

Żoną Asklepiosa była Ipione. Był ojcem promiennej Hygiei, Akeso, Jaso, Panakei i Eglii oraz Podalejriosa i Machaona, lekarzy, który towarzyszyli Grekom podczas oblężenia Troi. Hygieia, najważniejsza z córek Asklepiosa, była uosobieniem psychicznego i fizycznego zdrowia. Sława Asklepiosa rozprzestrzeniła się zarówno w przestrzeni jak i w czasie. Po śmierci bóg przeobraził się w konstelację węża. Gdy w 293 roku p.n.e. szalała w Rzymie zaraza, księgi sybilińskie nakazały sprowadzić z Epidauros uzdrawiającego boga Asklepiosa. Specjalna delegacja wysłana do Epidauros sprowadziła do Rzymu świętego węża, symbolizującego boga, wszak z pustymi rękoma nie mogli wrócić. Tym czasem, już w Rzymie, na Polu Marsowym wąż czmychnął do Tybru. Pewnie tą sierotą, która nie utrzymała świętego węża był jakiś wielki kapłan, który natychmiast do swojej niezgrabności dorobił stosowną ideologię. Uznano to za wskazówkę gdzie należy wybudować świątynię Asklepiosa. Wzięli się więc z zapałem do jej budowy i w roku 289 p.n.e. świątynia była gotowa. Asklepiosową sztukę lekarską kontynuowały następne pokolenia rodu – Asklepiadesi, z których najbardziej znany to Hipokrates.


Asklepios miał swe świątynie-lecznice, tzw asklepiejony, i swoich kapłanów-lekarzy, tzw. asklepiadów. W Grecji było wiele ośrodków kultu Asklepiosa, najsłynniejszy asklepiejon był właśnie w Epidauros, gdzie co pięć lat odbywały się uroczystości ku czci patrona, tzw. asklepiaja. Wierzono, że kapłani – asklepiadzi – są wykonawcami woli Asklepiosa, że wyjaśniają jego wolę i dzięki temu znajdują sposoby uzdrowienia. Ponieważ kuracji w odpowiednich warunkach nadawano pozory cudownych uleczeń, musiały działać i inne bóstwa, jak Iaso – Lecząca, i Panakeja – Lecząca Wszystko, posiadająca leki na wszystko. Uzdrowienie miało przyjść podczas snu albo chorzy mieli „prorocze” sny, opowiadali je kapłanom, a ci tłumaczyli je, „znając wolę Asklepiosa”, i dawali chorym odpowiednie porady. Nikt nie kwestionuje, że zdarzały się w asklepiejonach wypadki uleczeń, ale też wiadomo, że nie pomoc Asklepiosa, lecz znajomość wielu dziedzin medycyny przynosiła uzdrowienie. Wprawdzie byli już w starożytności niedowiarkowie, którzy wątpili w owe „cudowne” uzdrowienia, widząc w tym oszustwo ze strony kapłanów-asklepiadów, a ich samych uważali za szarlatanów. Jednak obowiązujące chorych modlitwy, oczyszczenie, ceremonie kultowe – były jedynie akcesoriami, które miały wzmocnić wiarę chorego we współdziałanie bogów i tym samym wzmocnić wiarę w możliwość powrotu do zdrowia. W rzeczywistości lekarze przy asklepiejonach stosowali zapewne wiele środków nieobcych medycynie doświadczalnej. Jeśli chodzi o leczenie snem czy podczas snu, to stosowano je głównie przy chorobach o podłożu psychiczno-nerwicowym.








W niewielkiej odległości od świątyni Asklepiosa znajduje się budowla, a właściwie jej ruiny, która nazywa się abaton. Abaton to właśnie ta specjalna sypialnia, gdzie praktykowano enkoimesis. Grecy wierzyli, że w czasie snu w tym miejscu doznają cudownego uzdrowienia. No cóż, jak już doktory nie są w stanie nic poradzić, to pozostaje tylko czekać na cud. A takie czekanie w trakcie snu przynajmniej nie szkodziło w przeciwieństwie do niektórych metod uzdrowicieli. Jak widać, przez dwa tysiące lat niewiele się zmieniło w tej materii. Najłatwiej jest oczekiwać na cud.


W Epidauros jest jeszcze wiele innych budowli, głównie o charakterze użytkowym: gimnazjon, jedne łaźnie, drugie łaźnie, biblioteka itd. Itp. Po tylu latach wciąż zdumiewa kompletność tego miasta. Chodząc alejami pomiędzy pozostałościami różnych budowli, dotykając kamieni, które były częścią tej niezwykłej historii łatwo jest przekroczyć granice wyobraźni i wejść do tamtego świata.


Epidauros, podobnie jak inne państwa greckie, miało swój własny kalendarz. Początek roku w wielu państwach greckich przypadał, podobnie jak w Atenach, na okres letni, mniej więcej w połowie lipca, ale w niektórych państwach nowy rok zaczynał się w jesieni, jak np. na wyspie Rodos, lub w zimie, jak w Beocji. Nazwy miesięcy były związane przeważnie z imieniem boga lub bogini, którą w tym okresie czczono, a częściej z nawą świąt i uroczystości religijnych, jakie w danym miesiącu obchodzono. W Epidauros kolejne miesiące to: Adzosios, Karneios, Proratios, Hermaios, Gamos, Teleos, Posidauos, Artamitios, Agrionios, Panamos, Kyklios, Apellaios.


Oj, długo można by jeszcze kontynuować tę niezwykłą podróż w czasie siedząc w najwyższym rzędzie wspaniałego teatru w Epidauros. Ostatnie promienie słońca delikatnie muskały nasze twarze. Cienie się wydłużały. Pora wracać. Nasza taksówka czekała na nas tuż przy wejściu do Starożytnego Epidauros. Wracaliśmy do mariny nieco odurzeni wrażeniami. Pomyślałem sobie, że w pewnym stopniu Starożytne Epidauros miało, podobnie jak Polska wątpliwą przyjemność , znajdować się między dwoma potęgami. My mieliśmy za sąsiadów Niemcy i Rosję, Epidauros: Spartę i Ateny. Gdy wielcy zmagają się ze sobą, ci mniejsi między nimi, mogą co najwyżej zapaść się pod ziemię.





Wieczór w marinie był wyjątkowo spokojny. Wracając ze Starożytnego Epidauros kupiliśmy buteleczkę ouzo by uczcić ostatni wieczór przed powrotem do Aten. Te ostatnie wieczory najczęściej są jakieś takie wyciszone. Czyżby żal było kończyć rejs?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...