sobota, 1 lutego 2014

LUHACOVICE


       
       Otrzymawszy zaproszenie od przyjaciół z Czech na Dni DDD w Luhačovicach, nie spodziewałem się najmniejszych problemów z dojazdem. Wszystko było: nazwa hotelu, dokładny adres i współrzędne geograficzne. Do Luhačovic dojechałem gdy już było ciemno. Godzina, około dziewiętnastej, ale odniosłem wrażenie, że miasteczko układa się do snu. Z dojazdem do centrum nie było kłopotu, ale nawigacja pokazywała, że jeszcze około trzy kilometry pozostały do celu. Jadąc dalej, minąłem tablicę oznaczającą koniec miejscowości. I nagle nawigacja każe mi skręcać w lewo, w krzaki. Była tam wprawdzie jakaś ścieżka, ale się nie odważyłem w nią skręcić. Jeszcze raz wprowadziłem namiary do nawigacji i wciąż to samo. Zamiast adresu wpisałem współrzędne geograficzne, i bez zmian. Wszystko jednak wskazywało, że to jednak gdzieś, już zupełnie niedaleko. Ruszyłem dalej główną drogą i za moment  wyłonił się wjazd do jakiegoś kompleksu hotelowego. Jak na tę okolicę było tam całkiem dużo samochodów, tylko nie pasował jeden drobiazg: nazwa hotelu, to nie poszukiwany Harmony a jakaś Fontana II. No, ale to musi być gdzieś niedaleko. Poddałem się i zadzwoniłem do kolegi, którego spodziewałem się spotkać na tej imprezie. W słuchawce usłyszałem roześmiany głos: A tak, wszystko się zgadza, my też trochę błądziliśmy, ale jesteśmy już na miejscu. Po prostu Harmony to dawna Fontana II, tylko właściciele zapomnieli zmienić nazwę przy bramie wjazdowej i na budynku hotelu !!! Brawo!    

Hotel Harmony vel Fontana II
       Zaraz przy wejściu spotykam panie z Czeskiego Stowarzyszenia DDD, na zaproszenie którego przyjechałem do Luhačovic..  Witają mnie z uśmiechem na ustach, wręczają program Dni DDD i Walnego Zebrania,  kupony na posiłki oraz wejściówkę do R. Jelinka. A „ubytovanie” w recepcji hotelu. Odwracam się w kierunku recepcji, od której dzieliły mnie trzy, może cztery metry, robię krok i czuję straszny chłód. Zupełnie jak w krainie królowej śniegu. Podchodzę, a pani recepcjonistka zupełnie na mnie nie zwraca uwagi, zajęta jakimiś swoimi sprawami. Dopiero po dłuższej chwili podnosi głowę, powoli, jakby miała poważny uraz kręgów szyjnych, i wreszcie mnie dostrzega. Nie jestem pewien czy się cieszyć, czy wręcz przeciwnie. Czuję, jak stopniowo przenika mnie zimno bijące od niej. Muszę zebrać w sobie cały zapas energii, żeby nie zamarznąć. Niczym w krainie królowej śniegu, której samo spojrzenie potrafi zamrozić. W końcu dostaję jednak klucze do pokoju i czym prędzej się oddalam.  
       Jest już po dwudziestej. Część uzdrowiskowa Luhačovic wygląda jak wymarłe miasto, żywego ducha nie uświadczysz. A ja chciałbym coś zjeść. Nawet restauracja hotelowa zakończyła już pracę, a coś bym przekąsił. Na szczęście usłyszałem, że kilka osób wybiera się na kolację do uzdrowiska. Było wśród nich bardzo sympatyczne małżeństwo polsko-czeskie, Monika i Milosz. I to właśnie Monika wykazała się odpowiednią przedsiębiorczością. Zadzwoniła do restauracji Racek, którą znała ze swoich wcześniejszych pobytów w Luhačovicach.  Co prawda oni też już kończyli pracę, ale obiecali, że jak przyjedziemy w ciągu pół godziny, to poczekają na nas. Super, ponieważ znałem dwóch ludzi z tej grupy, wprosiłem się na ten wieczorny spacer. Trochę przesadziłem z tym spacerem. Nie było to wprawdzie daleko, ale zapakowaliśmy się w dwa samochody i pojechaliśmy jak paniska.  W Raczku, podobnie jak i wszędzie indziej zupełnie pusto. Tym niemniej, kelner przywitał nas z uśmiechem na ustach. Przy zamawianiu okazało się, że wszystko, co jest w karcie, jest dostępne. A po skosztowaniu serwowanych kolejno dań, okazało się, że każde z nich to prawdziwa rozkosz dla podniebienia. Czyż nie piękne zakończenie długiego, pełnego emocji związanych z zimowymi warunkami na drogach, dnia?


       Już kilkakrotnie miałem przyjemność być w Czecha, ale w tej części tego kraju, byłem pierwszy raz. Więc jak tylko nadarzyła się okazja w ciągu dnia by wyrwać się na chwilę i coś obejrzeć, uczyniłem to z wielką radością. Pogoda, delikatnie rzecz ujmując, nie była zbyt przyjazna pieszym eskapadom. Ale mimo, że preferuję słoneczne klimaty, jakoś wyjątkowo dobrze się w tych warunkach czułem. Niebo zasłonięte chmurami, lekki mróz, trochę wiatru i cały czas pustawo, bardzo niewielu ludzi. Tak też lubię, choć miejscowi, zapewne byli odmiennego zdania, szczególnie co do braku turystów.. W pewnym sensie, doskonałe warunki do rozmyślań, i nieco gorsze do robienia zdjęć. Jeżeli komuś się nie śpieszy, jeżeli ma ochotę na włóczenie się w bardzo miłym otoczeniu, to tu, to tam, to jest to bez wątpienia miejsce dla takiego kogoś.


       To chyba nie chodzi tylko o Luhačovice. Ja po prostu lubię małe czeskie miasteczka. Są takie bezpretensjonalne i tchną niezwykłym spokojem. A Luhčovice?  Miasto liczące ok 5500 mieszkańców, to przede wszystkim uzdrowisko. Jest to czwarte pod względem wielkości uzdrowisko w Czechach i największe na Morawach. Najbardziej znane źródła to: Vincentka, Ottovka, Aloiska, Źródło Dr. Šťastnego, Żródło Św Józefa,  Amandka, Janovka, Elektra, Jubilejní, Sirný i Jaroslava. Dzięki specyficznemu, łagodnemu klimatowi i licznym źródłom mineralnym, specjalizuje się w chorobach płuc i układu pokarmowego. Pierwsze pisemne wzmianki o miejscowości pochodzą z roku 1412, choć wykopaliska archeologiczne potwierdzają zamieszkiwanie tych terenów już na przełomie VII i VIII wieku.
       Nie ma w Luhačovicach niezwykłych zabytków, zapierających dech w piersiach, tym niemniej parę ładnych budynków się tutaj znajdzie. Ślad po sobie pozostawił tutaj wybitny słowacki architekt Dušan Jurkovič (23.08.1868 – 21.12.1947), autor fascynujących i nader urokliwych projektów budynków zdrojowych (tzw. kolonada), zupełnie unikalnych: Dom Jurkowiczów i Dom Slunečni lazne. Budynki zaprojektowane przez Jurkoviča doskonale harmonizują z otoczeniem i są perfekcyjne pod względem użytkowym.


       Bardzo ciekawym epizodem w życiu Duszana Jurkowicza była jego praca w Oddziale Grobów Wojennych CK Komendantury Wojskowej w Krakowie przy dowództwie okręgu wojskowego „Galicja Zachodnia” w latach 1916-1918. Pełnił funkcję kierownika, projektanta i nadzorcy budowy cmentarzy wojennych w Okręgu Żmigrodzkim (jednym z dziesięciu w Galicji Zachodniej) z siedzibą w Nowym Żmigrodzie, w którym powstało 31 cmentarzy wojennych. Stał się najpopularniejszą i niekonwencjonalną postacią w środowisku artystycznym skupionym w Oddziale Grobownictwa Wojennego. Zachwyt i podziw budziły, powszechnie uznane za najbardziej udane kompozycyjnie i krajoznawczo, jego rozwiązania projektowe cmentarzy wojennych w całej Galicji Zachodniej. Jurkowicz osobiście zaprojektował ok. 35 cmentarzy wojennych.  Swoją drogą, samo stworzenie takiego stanowiska w armii austriackiej daje wiele do myślenia o ludziach z tamtej epoki. Nie tylko poczucie obowiązku wobec poległych i dbałość o porządek, ale też wrażliwość estetyczna, potrzeba piękna w każdym miejscu. Tylko pozazdrościć.

       Duszan Jurkowicz zrealizował wiele różnych projektów i można by o nich napisać osobny, całkiem spory artykuł. Warto jednak wspomnieć o jeszcze jednym ciekawym zleceniu, jakie zrealizował Duszan Jurkowicz. Otóż, otrzymał on zamówienie na projekty zespołu schronisk turystycznych na grzbiecie Pusteny pod Radogoszczem w Beskidzie Ślądko-Morawskim. Zbudowane w latach 1897-1899 schroniska: Libušín i Maměnka, do dziś wyróżniają się oryginalną architekturą i pieczołowicie zachowanym wystrojem wnętrz.
       W innym miejscu trafiam na informację, że w Luhačovicach tworzył też Leoš Janaček (1854-1928) - czeski kompozytor. Co ciekawe, przez długi czas nie chciano wystawiać jego oper w Pradze. Dopiero w 1916 r. zaprezentowano operę Její pastorkyňa (czyli Jenufę), która odniosła wielki sukces. Prawykonania wszystkich jego oper były w Brnie, potem wystawiano je w Pradze. Dzięki temu, że libretta na niemiecki tłumaczył zaprzyjaźniony z kompozytorem pisarz Max Brod, były one szybko wystawianie w operach austriackich i niemieckich. W Polsce przed wojną wystawiono tylko Jenufę. W oparciu o czeską muzykę ludową komponował  opery oraz utwory na fortepian i orkiestrę. Był też kolekcjonerem piosenek ludowych. Janáček, podobnie jak Jurkovič byli miłośnikami miejscowego folkloru. Janaček razem ze swoimi współpracownikami,  wędrował po morawskich i słowackich wioskach i zapisywał lub nagrywał na fonografie autentyczny śpiew mieszkańców.


       Organizatorzy imprezy, oprócz części oficjalnej, przewidzieli również wycieczkę „krajoznawczą”  do nieodległej miejscowości Vizovice, a właściwie do jej przedmieścia. Działa tam fabryka, która została założona w 1894 przez Zygmunta Jelinka. Nie udało mi się ustalić, czy ta rodzina miała coś wspólnego z Emilem Jelinkiem (1832 Budapeszt-1892), austriackim dyplomatą, i pionierem austriackiej motoryzacji oraz ojcem Adrienne Manuela Ramona (Mercédès) Jellinek, damie, której imieniu zawdzięczają nazwę pewne niemieckie samochody produkowane do dzisiaj i cieszące się bardzo dobrą opinią.  Wracając jednak do Jelinków z Czech, gdy w 1921 roku założyciel firmy przeszedł na emeryturę, interesem zaczął zawiadywać jego syn Rudolf. I to właśnie pierwsza litera jego imienia oraz nazwisko rodowe widnieją do dzisiaj na wyśmienitych produktach tam wytwarzanych. Już przekraczając drzwi sklepu firmowego, który jednocześnie jest początkiem i końcem szlaku turystycznego, robi się bardzo przyjemnie ze względu na ujmujący zapach, panujący we wszystkich pomieszczeniach. Jak w kuchni, u ulubionej cioteczki na wsi, jesienią, w czasie przygotowywania przetworów z węgierek. No właśnie, jesteśmy w najsłynniejszej, znanej na całym świecie, czeskiej wytwórni śliwowicy – R. Jelinek. Najpierw zapoznajemy się z zawikłaną historią rodziny i firmy.

Gdy przyszli hitlerowcy, Jelinkowie trafili do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Tylko dwóm z nich udało się przeżyć wojenny koszmar. Później przyszli komuniści i znacjonalizowali fabrykę. Niestety początek wycieczki jest nieco przygnębiający. Ale, na szczęście, dalej jest już znacznie przyjemniej.  R. Jelinek wytwarza nie tylko śliwowicę. Powstają tutaj również znamienite napoje z innych gatunków owoców. Aby nas o tym przekonać, w kolejnej sali degustujemy gruszkówkę. Noooo! Dobra. 

Przy okazji możemy podziwiać długie rzędy beczek wypełnionych różnymi trunkami i niewielkie szafki pozamykane na kłódki z alkoholami już w butelkach. Od samego widoku może się w głowie zakręcić. W tej chwili R. Jelinek to już sześć fabryk, nie tylko w Czechach, ale też w Bułgarii, Rumunii i w Chile. Fabrykę w Chile uruchomili ponieważ z tego kraju sprowadzali gruszki (?!) i okazało się, że korzystniej jest uruchomić tam po prostu destylarnię niż wozić tony gruszek. Chodzimy tak od miejsca do miejsca, słuchając kolejnych wątków opowieści o firmie, a tu kolejny poczęstunek. Tym razem ciekawostka: śliwowica miodowa, taka ich „novinka”. Jak dla mnie, miłośnika słodkich alkoholi, wyśmienita! Wreszcie docieramy do końca wycieczki, do sklepu firmowego (czyż nie sprytnie pomyślane?). Aby nam nie było tak smutno, z powodu końca jelinkowej przygody, jeszcze jedna degustacja. Na koniec tradycyjna śliwowica, to z czego firma znana jest na świecie. Czy można było nie zrobić zakupów?   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz