poniedziałek, 12 grudnia 2011

Weekend na Stogu Izerskim


     Rejon Gór Izerskich nie należy do najpopularniejszych regionów turystycznych w naszym kraju. Daje się to odczuć już po minięciu Gryfowa Śląskiego i wjechaniu na drogę do Mirkowa. Nagle robi się jakby ciszej, nieco tajemniczo. Na drodze nie ma specjalnego ruchu, na szczęście, bo wąskie te drogi. Mimo to jedzie się po nich bardzo przyjemnie. Przypomniały mi się czasy dzieciństwa, kiedy to na większości polskich dróg tak było. Z zadumy i rozmarzenia wyrwał mnie samochód, który wyłonił się zza kolejnego zakrętu i jadący po mojej stronie drogi prosto na mnie. Przyhamowałem, tamten zjechał na swoją stronę. Przeleciały mi przez głowę, wszystkie te sytuacje drogowe, w których uczestniczyłem lub, których byłem świadkiem, które rozgrywały się na pustych lub prawie pustych drogach. Jest w tym coś zupełnie irracjonalnego. Na drodze dwa samochody, dobre warunki pogodowe i dochodzi do kolizji. O co tu chodzi?

       Dojeżdżam w końcu do Świeradowa, gdzie mam się spotkać z pozostałymi uczestnikami imprezy pod nazwą Darbórki. Okazuje się, że do końca II wojny światowej ta miejscowość nie miała polskiej nazwy. Istniała tylko nazwa niemiecka: Bad Flinsberg, a Świeradów Zdrój pojawił się dopiero w 1947 roku w wyniku referendum. Umówiliśmy się przy domu zdrojowym, okazałym i efektowym budynku z 1899 roku. Wszak kurort tu już od bardzo dawna. Pierwsze wzmianki o właściwościach leczniczych tutejszych wód pochodzą z roku 1572. Badania potwierdzające te właściwości przeprowadzono w 1783.

       W samym domu zdrojowym cisza i spokój. Jakieś trzy-cztery stoiska odpustowe, na których dominowały artykuły o charakterze świątecznym. Przecież to raptem dwa tygodnie do Świąt Bożego Narodzenia. No! Przeleciał kolejny rok. A tam na końcu dwóch dżentelmenów gra w szachy, takie duże, na szachownicy na posadzce. Ale fajne. Przystanąłem obok, coraz bardziej wciągałem się w kibicowanie. Magiczny świat szachów. Najpierw jeden z panów zyskał lekką przewagę. Po chwili drugi lekko przechylił szalę zwycięstwa na swoją drogę. Zacząłem analizować poszczególne posunięcia. Gdzieś ulotnił się cały świat. Coś mnie tknęło, spojrzałem na zegarek. Już pora. Rozejrzałem się dokoła i zauważyłem kilka znajomych postaci. Towarzystwo już się zbierało.

       Plan był następujący: gitary i co cięższe bagaże pojadą nowowybudowaną gondolą wraz z czterema osobami, które nie mogły iść na piechotę. Reszta idzie czerwonym szlakiem. Te podejścia to już legenda Darbórkowych imprez. Ludzie są do nich świetnie przygotowani. Co najmniej połowa imprezowiczów ma przygotowane różne niespodzianki w piersiówkach. To prawdziwa rewia najbardziej wymyślnych mieszanek. A ileż przy tym ochów, achów, cmokania i wywracania oczami z ukontentowania. W takich warunkach to można iść, choćby na koniec świata. I dobrze, że jesteśmy w takich radosnych nastrojach, bo z kondycją jest umiarkowanie dobrze. I tylko, dzięki talentowi w piersiówkach i niekończącym się żartom można dotrzeć do Schroniska na Stogu. Położonym na wysokości 1060 m npm. Zajęło nam to 1,5 godziny. Niektórym nieco dłużej, ale jakie to ma znaczenie. A u góry… pyszny chleb rycerski z placu Bema i smalec własnej roboty, niebo w gębie.

       Darbórki to niebanalny pomysł na spędzenie imienin przez moich przyjaciół Basię i Darka. A może odwrotnie, imieniny to pretekst do zorganizowania czegoś takiego? Nie ważne, tak czy owak, to już po raz dziesiąty organizowali swoje imieniny gdzieś w schronisku, w gronie licznych przyjaciół.  To są ludzie, którzy nie idą na skróty, nie są pożeraczami telewizyjnej papki i hamburgerów. Dają coś od siebie, angażują się, myślą. Obcowanie z nimi to prawdziwa przyjemność, to sposób na odreagowanie bólów egzystencjalnych, ucieczki od bezinteresownej zawiści i obezwładniającej głupoty, tak niestety powszechnej. Dają, ale i otrzymują. Przychodzą do nich ludzie równie niebanalni. Na tych imprezach nie ma DJ-ów i disco polo, ale są niesamowicie utalentowani ludzie, którzy grają i śpiewają, niekoniecznie „Hej! Sokoły”. W tym roku było aż sześć gitar. Tradycją Darbórek są różne konkursy. W tym roku był to konkurs na najlepszą fraszkę. Oj! Było uciechy, co niemiara. Jako, że to dziesiąte Darbórki, zaproszeni, w wielkiej tajemnicy prze solenizantami, zamówili wielki tort, na którym było zdjęcie Basi i Darka, nieco „ucharakteryzowanych”. Obdarowani byli wzruszeni, ale i żartów okolicznościowych nie zabrakło.

       Niestety, nie należę do członków założycieli tego bractwa. Z Darkiem znamy się raptem 16 lat. A jest to towarzystwo dosyć szczególne. Znają się od wczesnej młodości. Żeglują, jeżdżą na nartach, chodzą po górach, pływają kajakami itd., itp, a przy tym są niesamowicie kreatywni. Jest to więc społeczność dosyć jednorodna. A tu nagle woła mnie Darek, abym szybko biegł z aparatem, bo trzeba coś uwiecznić. Wychodzę w pośpiechu przed budynek i widzę … zjawisko z innego świata. Co ja mówię, z innego świata, z innej planety. Dziewczyna w różowym płaszczyku, różowej wełnianej czapeczce z kwitkiem, różowych bucikach, z walizką i kilkoma torebkami, machająca do nas energicznie rękoma. Z daleka widać, że energia z niej aż kipi.  Oniemiałem. Kogoś takiego jeszcze w tym gronie nie widziałem. Kontrast między tą damą a resztą, niesamowity. Okazuje się, że nie musimy być wszyscy tacy sami, by móc się dobrze bawić. Świat jest niesamowicie kolorowy.

       Jak towarzystwo jest dobrane, to i trudno mu się rozejść. W niedzielę, schodziliśmy już w stylu dowolnym. Jedni wcześniej, drudzy później. Jedni prosto w dół, inni nieco dookoła. Ale w jakimś momencie, jeszcze przed rozejściem, rzucił, że w Świeradowie jest taka knajpa La Gondola, gdzie dają dobre jedzenie. Ha! Ha! Ha! Wystarczyło. Ponad połowa imprezowiczów zlądowała w La Godola. Zabrakło miejsc. Zmienialiśmy się przy stołach, ale i tak niektórzy zrezygnowali z czekania. A czekać było warto, bo jedzenie było faktycznie pyszne i  w bardzo umiarkowanych cenach. Ja przetestowałem solę w szpinaku. Poezja!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz