wtorek, 19 czerwca 2018

CHORWACJA NA WIOSNĘ - CZYLI: WYSOKI SĄDZIE A PANI MAŁGOSI TO WCALE Z NAMI NIE BYŁO




       Rzec by można, że żeglowanie w Chorwacji to już zupełna rutyna. Wyjazd za wyjazdem. Te same trasy, te same miejsca. A jednak nie. Jest zbyt dużo zmiennych, by faktycznie mogło być dwa razy tak samo. Przede wszystkim załoga. Wystarczy jedna osoba, która wcześniej nie pływała z pozostałymi członkami załogi a już się robi interesująco. A co dopiero, kiedy połowa ośmioosobowej załogi to nowe twarze, w tym dwóch raczej młodych dżentelmenów. Nie ma mowy o choćby chwili nudy. Właśnie tak było w ostatnim rejsie po Adriatyku. Choć odwiedziłem miejsca dobrze mi znane, nic nie było takie same.
       Te inności rozpoczęły się już od dojazdu na miejsce. Ponieważ ze Szczecina jechałem tylko ja, a cała reszta to koleżeństwo ze Śląska, więc umówiłem się z Weroniką i Tomkiem, że najpierw dojadę do nich, do Bobrownik i w dalszą drogę wyruszymy razem, ich Passatem. To, że będę jechał jako pasażer to też nie jest takie zwyczajne, dopiero drugi raz w historii mojego skiperowania coś takiego się wydarzyło.  Ze względów logistycznych wyruszyłem już w czwartek. No i bardzo dobrze, bo na drogach był istny koszmar. Raptem sześćset parę kilometrów jechałem ponad dziesięć godzin. W dalszą drogę wystartowaliśmy w piątek, niekoniecznie wczesnym ranem. W czasie rozmowy telefonicznej w czwartek Tomek żartował, że limit stania w korkach wyczerpię od razu na całą drogę do Trogiru. Och jak bardzo się mylił. To była długa, wyjątkowo długa podróż do Chorwacji. Wciąż przejazd przez Wiedeń potrafi być prawdziwym koszmarem.  przejazd przez Wiedeń. Trasa przez Czechy i Austrię wciąż jednak nie najlepsza



       Postój w Mariborze. Hotel Lent, ul. Drawska 9, niby trzygwiazdkowy ale jakiś taki mało przytulny. Położony na samą Drawą, przy starym centrum. Niestety bez własnego parkingu, a w piątkowe popołudnie akurat wszyscy mieszkańcy Mariboru zapragnęli zaparkować przy bulwarze na Drawą. Kolacja w przytulnym zaułku. Restauracja Bascarija. Jedzenie dobre, choć bez fajerwerków. Fajna przystawka z serów i wędlin. Coś w rodzaju pączków tylko nie na słodko i bez powideł w środku. Zestaw grillowanych mięs.

       Przejazd z Mariboru do Trogiru minął wyjątkowo przyjemnie. Tomkowy Passat elegancko i równiutko sunął po chorwackich autostradach. To naprawdę dobre auto. Całą drogę towarzyszyła nam „Achaja” Andrzeja Ziemiańskiego czytana przez Joannę Jeżewską. Szczęśliwie nie mieliśmy dłuższych przestojów, ani na granicy słoweńsko-chorwackiej ani na wjeździe na autostradę E 71. Wystarczyło więc czasu aby na krótką chwilę zjechać z autostrady i odwiedzić Szatana, czyli Krzyśka Kotlewskiego, w marinie Dalmacja w Sukosanie. Jakoś nie przepadam za tą mariną mimo bardzo przyjemnych wspomnień. Ogromna i nieprzyjazna niczym huta Lenina w Nowej Hucie. Ale móc przez parę minut porozmawiać z Szatanem to zupełnie inna sprawa. Na pożegnanie obdarował mnie specjalnym lekarstwem własnej roboty na wypadek jakiegoś kryzysu. Jeszcze w Trogirze ostatnie zakupy w Kauflandzie i do mariny Baotic.



      Na parkingu w marinie obie ekipy zameldowały się niemal jednocześnie. Od razu zrobiła się miła atmosfera. Trudno żeby było inaczej, wszak wszyscy nastawieni bardzo pozytywnie. Z całego towarzystwa najwięcej obaw, to zdaje się, że ja miałem. Dosyć nietypowy skład załogi sprawiał, że całe stada różnych myśli ganiały mi po głowie. Na szczęście zaraz po wejściu do mariny trzeba było się wziąć do roboty i nie było czasu na dzielenie włosa na czworo. Marina Baotič w ostatnich latach bardzo się zmieniła. Z dużym uznaniem przyglądałem się wszystkiemu wokół mnie.  Aby od razu zaangażować naszych młodszych członków załogi, Wojtka i Krzysia, powiedziałem im jakiego jachtu mają szukać. Nie zajęło im specjalnie dużo czasu odnalezienie s/y Amadi. Sam tym czasem udałem się do biura Navigare Yachting. Pierwszy raz korzystałem z usług tej firmy. Pierwsze wrażenie, bardzo dobre. Przyjemnie, przyjaźnie – no dobra, zobaczymy jak będzie na koniec. W końcu mamy wykupiony pakiet VIP, który zawiera kilka drobnych udogodnień, m.in. brak odbioru po rejsie, brak kaucji, brak dodatkowej opłaty za sprzątanie końcowe i drobny pakiet powitalny. S/y Amadi, Bavaria 46 Cruiser przy pierwszym kontakcie robi dobre wrażenie, szczególnie na tych co jeszcze nie pływali. Więc było: wow! Ale prawdziwe wow! w upale, jaki nas powitał w Seget to było schłodzone piwo w lodówce, część pakietu VIP. Czy jest odbiór jachtu, czy go nie ma, ja jednak w miarę dokładnie obejrzałem sobie naszą jednostkę.  Bavaria 46 Cruiser to całkiem spore i eleganckie coś, pływający hotel. Ale szybko wpadły mi w oko drobne, tym nie mniej, irytujące braki. Swobodnie przemieszczające się drzwiczki do zejściówki, brak miejsca na korbę od kabestanów, nie ma miejsca na liny, itp. No i brak tradycyjnej nawigacyjne. To mnie trochę zaskoczyło, skiper nie ma swojej świątyni. O.K. przy takim rekreacyjnym pływaniu, i przy spodziewanej leniwej pogodzie, nie powinno to mieć większego znaczenia, no może poza tymi nieszczęsnymi drzwiczkami. Już oczami wyobraźni widziałem jak ktoś w taki czy inny sposób się zaczepia i …
AMADI - nasz dom na najbliższy tydzień
        Z podziałem kajut nie było najmniejszego kłopotu, bo załoga nie zgłaszała żadnych specjalnych roszczeń. Zatem Michał z Kasią i chłopakami zajęli dwie kabiny dziobowe, Tomek z Werką jedną rufową, Małgosia drugą, a ja w salonie.  Natomiast przetransportowanie ton bagażu i jego zaształowanie, to już było spore wyzwanie. Jednak po paru chwilach gorączkowej krzątaniny wszystko udało się jakoś poupychać. Zasiedliśmy więc do tradycyjnej odprawy. Krótkie omówienie planowanej trasy, podstawowych zasad bezpieczeństwa z przymierzaniem kamizelek ratunkowych, instruktarz obsługi toalet morskich i można było wznieść toast „za rejsa”

       Wszystko sklarowane. Kabel prądowy zwinięty. Trap na pokładzie. Diesel równiutko klekocze. Możemy ruszać. Nie zwróciłem jednak uwagi, że zbyt delikatnie wcisnąłem włącznik steru strumieniowego. W ostrym słońcu diodowa kontrolka była zupełnie niewidoczna. Dopiero jak chciałem nadrzucić dziób, to zorientowałem się, że coś jest nie tak. Tylko nie zaskoczyłem od razu o co chodzi. Ale nie byłem tym zbytnio zaskoczony. Wręcz przeciwnie, prawie zawsze na czarterowanych jachtach coś nie działa, taka ich uroda. No dobra, ale jakoś trzeba wypłynąć, a tu już mi znosi dziób na lewo, a ja chciałbym w prawo. Jak to uczyli, zawężanie cyrkulacji. Co prawda na wsteczu znosi rufę na prawo, nic nie szkodzi wypłyniemy tyłem. Pewnie ludziska na sąsiednich jachtach trochę się dziwili, ale jakie to ma znaczenie. Najważniejsze aby bezpiecznie wyjść z mariny, a to w pełni się udało. Godzina 1810. Zadanie prowadzenia dziennika jachtowego zostaje powierzone Wojtkowi. Co prawda w nieco uproszczonej wersji, ale jednak, wszak to porządny jacht. Kierunek Bobovišce, wyspa Brač.



       Piękna pogoda. Nawet mamy trochę wiatru. Na Trogirskim Zalewie ruch, niczego sobie. Nie tylko ja jestem stęskniony pływania. Inni też uciekają jak najszybciej z marin. Trochę późno, biorąc pod uwagę, że słońce w tych szerokościach szybciej chowa się za linią horyzontu. U nas odbywa się to leniwie, z ociąganiem. Można nacieszyć się ostatnimi promieniami słońca. Narobić mnóstwo kiczowatych zdjęć i nieco się rozmarzyć. A tu – ciach, ktoś wyłącza prąd i jest ciemno. Ale puki co płyniemy, a Tomek nie byłby sobą, gdyby natychmiast nie rozpoczął swoich harców w kambuzie. Na powitanie żurek!  Oczywiście z jajem i kiełbasą. Wyśmienity, mimo że nie byłem na kacu.

       Tak jak się spodziewałem, do zatoki Bobovišce dopływamy już po ciemku. Wspieramy się potężną, zaczepno-obronną amerykańską latarką MAG-LITE. Na szczęście z poprzednich pobytów pamiętałem jak tam się cumuje. Trochę mnie zaskoczyła spora ilość jachtów, które przycupnęły tu wcześniej. Przecież to dopiero 19 maja. Jeszcze kilka miejsc było jednak wolnych. Upatrzyłem sobie odpowiednią boję i do niej się skierowałem. W Bobovišce cumuje się trochę nietypowo jak na Chorwację. Jeden koniec muringa jest przy boi i ten łapiemy na knadze dziobowej, drugi koniec zamocowany jest na brzegu i ten łapiemy za knagę rufową. I już stoimy sobie. Przepłynęliśmy ok 16 MM, jest 2140, trochę późno. Opuszczamy jednak rufę, aby chociaż móc pomoczyć sobie nogi. Rozpoczynamy pierwszy wieczór przy świecach i różnych smakołykach.



       Następnego dnia obudziłem się gdy tylko pierwsze promienienie słoneczne zaczęły zaglądać przez bulaje. W domu, bez pomocy budzika, nie ma najmniejszych szans abym wstał o tak wczesnej porze. A tu nawet było jakoś tak radośnie. Z resztą nie tylko ja wstałem. Werka nawet wcześniej się obudziła, ale jak przystało na prawdziwego nowicjusza, nie śmiała zakłócać snu „kapitanowi”. Szkoda, że tylko nowicjusze wyzazują tyle atencji wobec „kapitana”. Nie ma co bujać w obłokach. Załoga przygotowała pyszne śniadanie. Zasiadamy do stołu. Jak zwykle robimy klar i rzucamy muring. Niewiarygodne, jest dopiero 0740. Poprzedniego wieczora nikt nie przypłynął skasować opłaty za postój – pewnie było za późno. Rano - też nikt nie pofatygował się do nas w tej sprawie – pewnie było za wcześnie. Dziwne, czy my aby na pewno jesteśmy w Chorwacji?



       Tym razem obieramy kurs na wyspę Vis, by szukać miejsca Komizy. Tym razem ani Euros, ani żaden inny z bogów, nie był uprzejmy zesłać nam choćby niewielkiego zefirka.  Wsłuchiwaliśmy się więc w monotonny klekot kataryny. Morze gładkie jak stół przykryty wyprasowanym obrusem. Słońce prażyło jak w środku lata. A my zalegaliśmy po kątach. A tu, ni z tego, ni z owego pada pytanie: czy możemy się wykąpać? Połączenia nerwowe w moim mózgu bardzo powoli zaczęły się rozkręcać. Że co? Wykąpać się na środku morza? Pod nami ponad osiemdziesiąt metrów głębokości. No ale w zasadzie jesteśmy poza szlakami żeglugowymi, dookoła zupełna pustka. No dobra, stajemy. Jacht z wolna wytracał prędkość po odstawieniu silnika. Korzystamy z kolejnego udogodnienia jakie oferuje nasz jacht: elektrycznie rozkładanego i składanego pokładu kąpielowego. Fajna zabawka, pierwszy raz mam coś takiego. Załoga błyskawicznie w gotowości do kąpieli. Ze względu na różnicę temperatur proszę tylko o schłodzenie się przed wejściem do wody. I zaczyna się zabawa. Jak to niewiele potrzeba aby móc się radować.



       Tomek nie zwalnia tempa. Tym razem uraczył nas pysznymi roladami wołowymi. Nie da się ukryć, że spożywanie smakowitych posiłków, do tego w miłym towarzystwie to też ogromna przyjemność. Gdyby tylko te efekty uboczne i przednie nie pojawiały się tak szybko i tak okazale

       Po przepłynięciu 28 MM i dłuższej kąpieli, docieramy do Komižy ok. 1430. Komiža to liczące sobie ok 1800 mieszkańców miasteczko nad Zljevem Komiža leżące po zachodniej stronie wyspy Vis. Nazwa miejscowości pochodzi od łacińskiej nazwy wyspy. Pierwsze zapiski o tej miejscowości pochodzą z 1145 roku. Nazywała się wtedy Val Comesa. O długiej historii miasta poświadczają zachowane zabytki: klasztor benedyktynów z X wieku, kościół Matki Boskiej Pirackiej z XVI wieku, cytadela w porcie. Turyści doceniają piękne plaże, i tę w mieście, i tę położoną nieco dalej. Dla mnie jednak pobyt w Komižy nie może się obyć bez spaceru ulicą Ribarską, wąską, klimatyczną uliczką, biegnącą półkolem niemal równolegle do brzegu zatoki. No i te knajpki nad brzegiem. Te na bulwarze są takie zwyczajne, typowe fabryki gastronomiczne, nastawione na obsługę tysięcy turystów, gotowych nieco przepłacić za możliwość zjedzenia pysznej kolacji w promenadowym zgiełku i gwarze. Ale tu, między Ribarską a brzegiem, dzieją się rzeczy magiczne.
       Lubię też port w Komižy, kameralny, wręcz zachęcający do zawierania znajomości. Każdy pobyt tam to jakieś pogaduchy z przypadkowo spotkanymi żeglarzami z całej Europy. Oczywiście jest prąd i woda. I tylko te sanitariaty i ich szefowa trwająca na swoim posterunku od niepamiętnych czasów. Straszny zgrzyt, jakbym miał piasek między zębami. Wielokrotnie już tam byłem i jakoś nie widać widoków na zmiany. Opłata za postój – no cóż, tu już wracamy do chorwackiej rzeczywistości – 600 kun.     



       Komiža ma jeszcze jeden niewątpliwy walor, bliskość do Modrej Špilji, położonej na malutkiej wyspie Biševo. To jest prawdziwy cud natury, który koniecznie trzeba zobaczyć. Co prawda Chorwaci ograniczyli dostęp do jaskini mianując go chronionym pomnikiem przyrody, a co za tym idzie wprowadzając opłaty za wstęp w wysokości 70 kun (osoby dorosłe), ale i tak warto się tam wybrać. Więc jeszcze w niedzielę umówiłem się z właścicielem bardzo szybkiego pływadła, aby i sama trasa do Biseva była jakąś atrakcją, na kurs następnego dnia rano. W poniedziałkowy poranek wiatr się nieco wzmógł, dobra czwóreczka wiała i pilot naszej motorówki musiał bardzo starannie sterować aby przy prędkości ok 30 węzłów nas nie katapultować lub nie zrobić jakiegoś, nie do końca kontrolowanego salta. Jazda była całkiem niezła. Już na Bisevie przesiadka do oficjalnych łódek mających uprawnienie do wpłynięcia do groty. Fale już zdążyły się zbudować, więc wpływając do grotu musieliśmy przysiąść na dnie łodzi aby nie nabić sobie guza. A później już tylko niesamowity błękit światła wpadającego do środka po odbiciu od dna morskiego i rozświetlającego wnętrze jaskini. I gdzieś w tym czasie, po szalonej jeździe motorówką – prawdopodobnie - kiedy to omawialiśmy możliwość „przypadkowego” wypadnięcia Małgosi, szefowej Michała, do morza narodziło się powiedzenie, które jak się później okazało, stało się szlagwortem tego rejsu: Ależ wysoki sądzie, pani Małgosi wcale z nami nie było!



       Kiedy się odwiedza jakieś wyjątkowe miejsca, zwykle jest pokusa do przedłużania pobytu, bo tak fajnie. I nie myśli się, że tam za rogiem czeka kolejne wyjątkowe miejsce, może nawet jeszcze bardziej atrakcyjne. Trzeba więc podjąć męską decyzję i ruszać. To już 1050. Tym razem wyspa Lastovo, czyli ponad 40 MM. Niestety wiatr zaczął słabnąć i w końcu znowu musieliśmy uruchomić diesla. Zrobiło się nawet trochę późno i wbrew sobie podkręciłem obroty do 2300. Nasza Amadi omal nie uniosła się nad wodę. Jednak na wszelki wypadek wziąłem telefon i zadzwoniłem do konoby Santor w zatoce Zaklopatica, przy której chciałem się zatrzymać na kolację i na nocleg. Do celu dopłynęliśmy kwadrans po dziewiętnastej. Pewnie za sprawą mojego telefonu, na prywatnej kei nie czekała na nas jeden dyżurny, zwykle machający zachęcająco ręką do przypływających jachtów, ale prawie cała rodzina plus osoby towarzyszące. Pomagają zacumować jacht, informują gdzie co jest. Na razie nie wiedzą, że już u nich byłem. Teraz już nigdzie się nie śpieszymy. Wszystko jest tak jak miało być. Po długim, słonecznym dniu wszyscy chcą przede wszystkim się odświeżyć. Kasia przy okazji testuje przy pomocy swojej suszarki do włosów stan bezpieczników elektrycznych. No, nie są najwyższej klasy. Wywalają ze 3-4 razy, zanim udało wysuszyć się włosy. Dzień był mimo wszystko dosyć leniwy, więc nic dziwnego, że wszystkich rozpiera energia. Źle to się skończyło dla klucza od ubikacji, który został ułamany tuż przy dziurce od klucza. Na szczęście udana akcja ratownicza w wykonaniu Michała zapobiegła wyważaniu drzwi. Podziwiamy magiczny zachód słońca. Trudno nie sięgnąć po aparat w takiej chwili. Wiem, wiem, pewnie znowu wyjdzie jakiś kicz. Ale to takie ładne. I wreszcie punkt kulminacyjny: kolacja. Zamawiamy różne różności, zupełnie inaczej niż poprzednim razem. Moja cielęcina jest wyśmienita, sałatka warzywna też niczego sobie. Bardzo udana uczta, oczywiście z chorwackim winem, bardzo przyzwoitym. Komuś jedynie przytrafiło się przesolone danie. Pewnie kucharz zakochany. Pod koniec biesiady Tomek pokazuje właścicielowi zdjęcie sprzed roku, na którym nasz gospodarz oprawia murenę. Spore poruszenie. A później jeszcze długie wieczorne rozmowy w kokpicie. W tej dyscyplinie Małgosia i Kasia były nie do pokonania. Ja wytrzymywałem maksymalnie do drugiej, inni odpadali wcześniej, a dziewczyny dalej!



       Planując ten rejs najbardziej zależało mi na pokazaniu załodze Modrej Špilji oraz Korčuli. Pierwszy punkt został już zrealizowany. Dlatego na kolejny dzień zaplanowałem przelot na wyspę Mljet położoną w niewielkiej odległości od miasta Korčula. Jeśli wypłyniemy o w miarę przyzwoitej porze z Mljetu, to pewnie będziemy mieli miejsce w marinie ACI i pozostanie wystarczająco dużo czasu na snucie się uliczkami starego miasta. Z pewnym niepokojem patrzyłem na prognozę pogody. Na środę zapowiadano solidne burze. Prognozę sprawdzę za kolejne kilka godzin, a tym czasem płyniemy na Mljet. Start bez pośpiechu. Cumy oddaliśmy dopiero za dziesięć dziesiąta.

       Gdy opuszczaliśmy Zaklopaticę towarzyszyło nam duże stado mew, jak za kutrem rybackim. Kiedy zaczęliśmy je częstować chlebem jeszcze ich przybyło. Natychmiast przyszedł nam do głowy film Alfreda Hitchcoca Ptaki. Ach te schematy, czasami trudno jest im się oprzeć. Etap Lastovo – Mljet rozpoczął się bardzo miło. Wiatru było wystarczająco dużo aby można było pożeglować. Co prawda kierunek niekoniecznie taki jak by nam pasował, ale możemy sobie przecież pohalsować. Bawiliśmy aż do ostatnich podmuchów. A co? Śpieszy się nam gdzieś? W końcu jednak musieliśmy się poddać i uruchomić silnik. Około czternastej kolejne sprawdzenie prognozy pogody na następny dzień. Dalej podtrzymują burzę wczesnym popołudniem. Wieczorem jeszcze raz sprawdzę. Tymczasem, zupełnie niespodziewanie dotarliśmy do Mljetu. Brzeg wyspy od północy jest bardzo atrakcyjny. Cała masa zatoczek, wysp i efektownych skał. Aż kusi, żeby się natychmiast zatrzymać. Już teraz, od razu. Gdzieś tam podpłynąć i rzucić kotwicę. Ale, nie. My mamy swój plan. Płyniemy do zatoki Polace. Nie ma tu żadnej mariny. Owszem są keje będące własnością knajp. Można też tu i ówdzie stanąć cumując do czegoś na brzegu. Można też po prostu stanąć na kotwicy. My wybieramy ten ostatni wariant, bo w to miejsce przypływa się dla nastroju. Kiedy jacht  myszkuje sobie leniwie wokół kotwicy, słońce powoli zbliża się do linii horyzontu a w szkle można znaleźć jakiś zacny płyn, to nietrudno zapaść w melancholijne, pogodne zadumanie. A jeśli do tego komuś (Kasi) przyjdzie do głowy zapalić kilka świeczek, to … ech. Na moment spadamy na ziemię, i to z wielkim hukiem. Podpływają sympatyczne dziewczyny zbierające opłaty za postój. Tak, tak, za postój na kotwicy w Chorwacji też się płaci. Tutaj płaci się ekstra, bo jesteśmy na terenie objętym ochroną dziedzictwa naturalnego – 300 kun za noc! A niech ich diabli … Wracamy do naszego błogostanu. 



       Zanim jednak popadniemy w przedwieczorne zadumanie można jeszcze trochę nacieszyć się dniem. Można sobie popływać, można zrzucić ponton. Ponton wszystkim dostarcza uciechy i starszym i młodszym. Przy okazji dzielna ekipa desantowa płynie do sklepu, uzupełnić najpilniejsze potrzeby. A prognoza pogody niemal bez zmian. Gdzieś koło 1500 – 1600 ma być burza. Bardzo być chciał moim przyjaciołom pokazać Korčulę. Podzielić się z nimi moim zauroczeniem tym miejscem. Ale też nie chciałbym narażać ich na pływanie w czasie burzy, szczególnie tych co pierwszy raz. Na ile można wierzyć prognozie pogody? Och! Już nie raz się przekonałem jak bardzo są one zwodnicze. Tym nie mniej perspektywa czasowa tej ostatniej prognozy nie jest specjalnie odległa. Trzeba więc potraktować ją z należytą powagą. Jeżeli chcemy płynąć, to musimy wystartować odpowiednio wcześnie, gdyby przypadkiem okazało się, że burza pojawi się nieco wcześniej niż przewidywali to synoptycy. Nieco wcześniej? Czyli? Mamy do przepłynięcia ok 20 MM, więc może wstaniemy o 0400? A czemu nie? Przecież nie wszyscy muszą się zrywać w środku nocy. Wystarczy jedna, ewentualnie dwie osoby i możemy płynąć.  O.K. tak robimy. Kotwica na pokładzie o 0430.      



        Odcinek Mljet – Korčula mija nam bardzo przyjemnie. Podziwiamy wschód słońca. Brakuje tylko wiatru. Załoga stopniowo, powoli, bardzo powoli, pojawia się w kokpicie. Leniwe wakacje. Podziwiamy z lewej burty wyspę Korčulę wraz z licznymi niewielkimi wysepkami tuż przy niej. Po prawej burcie Półwysep Peljesac z jego wysokimi wzniesieniami. Zszedłem na dół na chwilę i zaraz usłyszałem że koledzy już dostrzegli jakąś marinę. Byłem przekonany, że to dopiero Lumbarda. Coś mi jednak nie grało, więc na wszelki wypadek wyjrzałem i ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłem w niewielkiej  odległości Korčulę. Trudno ją pomylić z czymkolwiek. Ale przecież jest dopiero chwila po ósmej.  No, no. O tej porze jeszcze nie wpływałem do tej mariny. Przybyliśmy za wcześnie! Brać żeglarska dopiero się budziła po trudach minionego wieczoru i nocy.  Z trudem wypatrzyłem jedyne wolne miejsce w basenie. Co prawda było to miejsce na skosie kei, więc niezbyt komfortowe do cumowania, ale nie ma co grymasić. Stoimy! Trochę było ciężko się wcisnąć. Tym bardziej więc mogę wygodnie rozsiąść się w kokpicie z puszką piwa i głęboko odetchnąć. Mamy cały dzień na Korčulę, miasto znane z cudownej starówki i jej najbardziej znanego syna: Marco Polo. Jest czas na wypad na plażę, na porządną toaletę i na włóczenie się po uliczkach pełnych tajemniczego uroku. Najpierw jednak sobie posiedzę i podelektuję się urokiem chwili. Coś w powietrzu zaczęło się zmieniać. Niebo się zaciągnęło, upał gdzieś nagle znikł. W końcu dało się słyszeć odgłosy nadciągającej burzy. Na niebie pojawiły się błyskawice. Więc jednak. Ale my od kilku godzin bezpiecznie stoimy w marinie. Przygotowałem się nawet na robienie zdjęć burzy. A tu niespodzianka. Burza zatrzymała się gdzieś za wzgórzami Peljesaca. Owszem padało, ale burza do nas nie podeszła. Spojrzałem na www.lightningmaps.org i faktycznie całkiem niedaleko nas i nie tylko, natura dawał ostry pokaz z cyklu światło i dźwięk, a my gdzieś na obrzeżach tych gwałtownych zjawisk, patrzyliśmy jak to wszystko zatrzymało się tuż przed nami. Tak po prostu sobie stanęło. Wyraźnie się ochłodziło. Część załogi w tzw. międzyczasie zrobiła zakupu. Jeden z kolegów kupił whisky o nazwie Embassy Club.  Nikt z nas wcześniej nie miał okazji spotkać się z tym napojem. Nie pozostało nam zatem nic innego niż zrobić rozpoznanie bojem. Okazało się, że całkiem przyzwoity trunek.



       Spacerowanie po starówce Korčuli to niezwykłe przeżycie. Można sobie zrobić jakiś plan, można iść gdzie nogi poniosą. Ja zazwyczaj zaczynam od XVIII-wiecznych schodów, które zastąpiły wcześniejszy most zwodzony. Radośnie wkraczam do miasta. Wita mnie wykuty w kamieniu wenecki skrzydlaty lew. Znaczna część wysp chorwackich była pod panowaniem weneckim blisko 400 lat. Da się to zauważyć niemal na każdym kroku. Idę prosto przed siebie główną „arterią starówki” ulicą św. Roka. Mijamy placyk św. Marka. Jak ktoś ma ochotę i odpowiednią kondycję może wejść na wieżę w katedrze św. Marka. Warto, sprawdziłem to któregoś razu osobiście. Widok wart jest wylanych paru kropel potu. A później czas na wąziutkie, tajemnicze odnogi. I w prawo, i w lewo. Zawsze wyjdzie się jakoś nad morze. M.in. na piękny nadbrzeżny bulwar Šetalište Petra Kanavelica. Ciąg najróżniejszych knajp i knajpeczek. Tam też można zjeść świetne lody. Oczywiście trudno liczyć na kameralny nastrój, bo turystów zawsze jest tutaj co niemiara. Nawet w połowie maja. Trzeba to sobie jakoś w głowie poukładać, odciąć się mentalnie od tłumów i cieszyć się z niezaprzeczalnych uroków tego miasta. A kiedy już robi się ciemno, to dopiero jest nastrojowo.     



       Prognozy pogody już zapomniały o burzach. Nam się nigdzie nie śpieszy. W końcu jednak ruszmy, o dziwo jest jednak bardzo wcześnie, 0645. Może staniemy gdzieś po drodze na kąpiel, może popłyniemy prosto do Palmiżany. Zobaczymy.  Wcześniej oczywiście uregulowaliśmy rachunek za postój – 676 kun. Nie jest to mało. Ale w porównaniu do 300 kun na Mljecie za nic, to wręcz rewelacja! Naprawdę trzeba zwiewać z Chorwacji. Chorwaci kroją turystów bez opamiętania. Dzień mijał wyjątkowo leniwie, do przepłynięcia było ok 40 MM. więc przez głowę przewalały mi się takie różne myśli. Im bliżej końca rejsu, tym jakoś mi mniej wesoło. Trochę to irracjonalne, bo przecież to dopiero początek sezonu. Rok zapowiada się bardzo interesująco. Jest zatem dość powodów do dobrego humoru.



       W niemal pustej marinie ACI w Palmižanie meldujemy się ok 1330. To duża marina, na sto osiemdziesiąt jachtów, więc te kilkanaście jachtów bujających się przy kejach sprawia raczej smutne wrażenie. W zatokach, na kotwicowiskach stoi całkiem sporo jachtów. No cóż, kolejny raz niewątpliwe wielki urok miejsca zderzają się z ceną za postój w marinie. To najdroższa marina na tej trasie – płacimy 830 kun. Żeby jednak zejść na ląd, pospacerować między egzotyczną roślinnością, okazałymi sukulentami, posłuchać krzyku nieuchwytnego pawia, pokąpać się w uroczej zatoczce, skorzystać z eleganckich sanitariatów i jeszcze sprawnie przemieścić się do Hvaru, to trzeba przycumować w Palmižanie. Tam jest naprawdę pięknie.



       Jak Palmižana, to oczywiście musi być wieczorny wypad taksówką wodną do Hvaru. Przedłużające się oczekiwanie na transport, również przypomina o tym, że do rozpoczęcia właściwego sezonu jeszcze daleko i panowie przewoźnicy lekko przysypiają. Po dłuższej chwili bezowocnego oczekiwania, spontanicznie rozpoczynają się zawody w puszczaniu kaczek. Nasi młodzi załoganci i, chyba, jakiś holender. Mały tłumek oczekujących z zainteresowaniem przygląda się wyczynom współzawodników. Nie brakuje fachowych komentarzy. No ale my chcemy do Hvaru. W końcu pojawia się taxi i oczywiście nie jest w stanie zabrać wszystkich chętnych. Robi się nieco szumu. My jednak wsiadamy i jeszcze zabieramy ze sobą młodego Amerykanina podróżującego po Europie z plecakiem.

       Jest już dosyć późno i załoga nie pała specjalnym zapałem by zdobyć Spanjolę, monumentalną twierdzę górującą nad miastem. Pierwsze informacje na jej temat pochodzą z końca XIII wieku. Ostatecznie ukończona w połowie XVI w. Chwile chwały przeżyła w 1572 w czasie najazdu tureckiego. Krótko później, w 1579, na skutek uderzenia pioruna w prochownię, twierdza uległa poważnym uszkodzeniom. I mimo, że została odbudowana, jej znaczenie militarne, stopniowo zaczęło maleć. Byłem tam już kilkakrotnie i uważam, że warto się tam wspiąć. Sama Spanjola jest interesująca, a widoki wręcz zapierające dech w piersiach. Istny raj dla miłośników fotografii.



       Skoro nie idziemy do góry, to pokręcimy się po urokliwych uliczkach Hvaru. Oczywiście jest tutaj sporo interesujących zabytków, wszak przez długie lata był to port zimowy floty weneckiej, jak chociażby: najstarszy teatr miejski w Europie z 1612 roku (robimy sobie zdjęcie pamiątkowe na balkonie), mury miejskie z XIII wieku – rozbudowane w XV w., wieża zegarowa (1476), arsenał, katedra św. Stefana, studnia miejska (1529), kościół św. Marka, rezydencja Lucica, klasztor Franciszkanów (XV w) i wiele innych. No i te uliczki!  Ach można się w nie zanurzyć i bujać w obłokach fantazji. Przystanęliśmy na chwilę aby napić się jakiegoś drinka. Obsługa nie specjalnie się nami interesowała. Posiedzieliśmy chwilę, wstaliśmy i poszliśmy sobie. Litościwie nie wspomnę nazwy tego lokalu. Może kiedyś dam im drugą szansę i wtedy spiszą się lepiej. Póki co mam w Hvarze dwa ulubione lokale: Macondo – ul. Marije Maričiċ 7 i Pizzeria Kogo – trg svetog Stjepan. Pyszne jedzenie, miła, pogodna obsługa. Tym razem wahadełko wychyliło się w stronę Kogo. To był wieczór na zaproszenie Małgosi – dziękuję, było bardzo, bardzo miło i bardzo smacznie. Szkoda tylko, że takie wieczory tak szybko mijają.



       No i ostatni etap naszego rejsu: Palmiżana – Trogir. Ten dzień zawsze staram się jakoś wydłużać. No, nie lubię kończyć rejsów. Dla tego zarządzam brak pobudki, jak wstaniemy, to wstaniemy. Rano jeszcze kilka zdjęć, niestety nie udało mi się „upolować krzyczącego pawia. Cumy oddajemy o 1000. Po drodze mijamy flotyllę jachtów biorących udział w jakichś regatach. Wiatr jest słabiutki i do tego wieje nam w nos. Rezygnujemy z żagli i wolniutko pyrkamy naszym dieslem. A tam chłopaki dzielnie się regacą. Płyną pełnym baksztagiem, ale i tak bardzo wyraźnie widać różnicę miedzy jachtami prawdziwie regatowymi a pozostałymi. Przepaść. Gadu, gadu, winko raz, winko dwa, a tu hop, jak zajączek z kapelusza wyskakuje Zatoka Susula. Tam zaplanowałem postój na kąpielkę. Fajna zatoka, z różnymi zakolami. Tym razem zaskoczyli mnie knajpiani naganiacze na motorówkach. Kiedy byłem tam poprzednio, nie było tego. Dla tego, kiedy pierwszy podpłynął, to myślałem, że płyną poborcy opłat, dopiero po chwili zorientowałem się o co mu chodzi.  Popłynąłem w głąb zatoki, nie było tam zbyt wiele jachtów, ale stały tak, że nie pozostawiały zbyt wiele miejsca dla innych. Podpłynąłem do kolejnego zakątka, tam był tylko jeden jacht, ale dokładnie na środku wejścia. Pomyślałem o kierowcach parkujących tak, że potrafią zablokować trzy miejsca parkingowe. Ludzie, co z wami? Mimo wszystko próbuję zaparkować. Kotwica w dół. Czekam. Jacht zaczyna myszkować. W skrajnym położeniu jesteśmy ok trzy metry od brzegu, ale głębokość ok sześć metrów. Drugie, trzecie wychylenie, jest o.k., stoimy mocno. Można się kąpać. Oj, było dokazywania, a dokazywania. A że po zabawie w wodzie chce się jeść… Tomek oczywiście stanął na wysokości zadania i przygotował obiad. Szczęśliwi, rozradowani i najedzeni ruszamy do Trogiru. Ho! Ho! Ho! Nawet wiatr zaczął wiać i to nawet momentami przekraczał prędkość 20 kn. Pięknie!  



       Dopłynąwszy do Trogiru, najpierw oczywiście podpływamy pod stację paliwową. To już chyba trzeci, albo czwarty sezon jej funkcjonowania, a ja wciąż się nią cieszę. Pamiętając tę starą, pamiętając koszmar w Biogradzie, czy inne kłopotliwe tankowania, tu jest naprawdę super. No może tylko ilość paliwa wlanego do zbiornika nie jest zbyt radosna. Po raz pierwszy, po tygodniowym pływaniu zatankowałem ponad 100 litrów. Co prawda minimalnie przekroczyłem „setkę”, ale jednak. No cóż, wilki okręt, to i wypił odpowiednią ilość paliwa.  A teraz już do kei i koniec. Oczywiście jeszcze tego samego dnia zjawił się nurek i chłopak z Navigare Yachting. Obejrzał, posprawdzał, popytał co i jak i tyle. Po chwili dostałem e-mailem potwierdzenie check-outu. Sympatycznie, przyjaźnie, bez zbytecznej napinki. Nie wiem czy to Navigare Yachting ma takie standardy, czy to kwestia naszego pakietu VIP ale bardzo mi się podobało.

       I w takim momencie schodzi ze mnie powietrze. Wszystko jest o.k., nikomu nic się nie stało, możemy spokojnie wracać do domu napakowani świetnymi wrażeniami niczym chłopski wóz sianem. Polako! Polako! Jeszcze przed nami wieczorny wypad do miasta. Z mariny Baotič do centrum jest spory kawałek i nikt nie ma ochoty na taki spacer. Płyniemy taksówką wodną. Te taksówki wodne to zawsze dodatkowa atrakcja.



       Trogir to jedno z najładniejszych miast na wybrzeżu Chorwacji. Piękne stare miasto z atrakcyjnym bulwarem nad wodą. Do tego targowisko z różnymi naturalnymi produktami. Trochę za późno tam docieramy i niewiele stoisk jest jeszcze otwartych. Coś tam jednak kupujemy i obładowani jak wielbłądy zapuszczamy się w labirynt starego miasta. Trogir z racji swojej atrakcyjności oraz łatwości dojazdu zawsze jest pełen turystów. To nic, niech sobie będą. Prawie mi to nie przeszkadza. Nie ma szans na robienie zdjęć bez jakiś postaci, to niech będą z ludźmi. Po drodze przystaję na lody. Chorwaci robią całkiem przyzwoite lody. Trogir to też ogromna ilość restauracji. Najbardziej rzucają się w oczy te przy promenadzie, zawsze też nie brakuje tam turystów. Ale też ceny w tych lokalach są zdecydowanie wyższe niż w głębi starego miasta. Niemal w każdej uliczce jest jakiś  magiczny zakątek, z uroczym ogródkiem, gdzie jest nieporównanie przyjemniej niż na bulwarze. Jest też niewielki placyk Obrov przy którym jest kilka klimatycznych knajpek. Najczęściej stołuję się w Top Baloon i tym razem też tam przysiadamy. To jest bardzo dobry wybór.
      
       Czasami zdarzają się chwile, gdy człowiekowi dech zapiera. Gdy zaczęliśmy zajmować w miejsca w Top Baloon, podszedł do mnie Krzyś, najmłodszy członek załogi, w obstawie mamy, taty i starszego brata. W rękach krzepko dzierżył drewniany model statku z żaglem w postaci woreczka z lawendą. Myślałem, że chce mi się pochwalić swoim nowym nabytkiem. Już miałem zamiar docenić jego wybór. A tu słyszę, że to prezent od niego dla mnie. Żeby nie było, kupiony za własne, zaoszczędzone pieniądze. I co tu powiedzieć poza banalnym: dziękuję? Kurczę, musiałem wziąć głębszy oddech, załatwił mnie ten mały urwisek. Krzysiu! Bardzo, bardzo, bardzo gorąco dziękuję! To dopiero radość, zostać tak obdarowanym.



           Powrót na jacht. Jeszcze trochę posiedzieliśmy w kokpicie. Na wielu innych jachtach też odbywały się takie pożegnalne spotkania. Na niektórych nawet były jakieś gitary i śpiewy. Ale już wyraźnie czuło się atmosferę powrotu. Rano załadunek do samochodów i jazda do domu. Miło było, bo przede wszystkim, była świetna ekipa, radosna przyjazna i dobrze współpracująca. Z takimi to można pływać. 



niedziela, 1 kwietnia 2018

Zillertal






       Przez kilka ostatnich lat jeździliśmy na narty do Włoch. Ale jak to mam w zwyczaju mawiać, owszem ważne jest gdzie, ale zdecydowanie ważniejsze z kim. Nasi znajomi, miłośnicy nart w Austrii zaproponowali aby tym razem wyskoczyć do Zillertal, a dokładniej do Mayrhofen. Nawet się nie wahaliśmy czy przyjąć tę propozycję, bo nie ma to jak miłe towarzystwo. Do tego w tej dolinie nigdy wcześniej nie byliśmy, więc ciekawość nowego jeszcze bardziej nas zachęcała do togo wyjazdu. Termin też bardzo obiecujący: pierwszy tydzień marca. Można zatem spodziewać się, że nawet jak temperatura nieco spadnie, to i tak nie będzie tragedii. No i dzień już zdecydowanie dłuższy. Czyli, wszystko przemawia za!

       Podróż do Zillertal przebiegała wyjątkowo płynnie. Owszem, jakieś tam korki po drodze się zdarzyły, nie było one jednak jakieś specjalnie dokuczliwe. Taka niemiecka, autostradowa norma. Jest nas w Europie dużo. Bardzo dużo z nas preferuje podróżowanie samochodami. W rezultacie autostrady są zatłoczone do granic możliwości. Ponieważ do Mayrhofen mamy zaledwie 930 kilometrów wydawało się, że będziemy na miejscu o zupełnie przyzwoitej porze. Nic z tego. Korek do zjazdu z autostrady w kierunku Zillertal rozpoczynał się ok 2 kilometry przed zjazdem. Niestety szybko zorientowaliśmy się, że to w tym sznureczku należy się ustawić i grzecznie czekać na swoją kolej. Nie wszyscy jednak byli tak spostrzegawczy, szczególnie wielu Niemców i Holendrów niemal do samego końca „nie wiedziało” o co chodzi, by nagle, tuż przed zjazdem się zorientować i „na krzywy ryj” się wciskać. Nie przyśpieszało to zjazdu z autostrady. W rezultacie przejechanie ostatnich ok. 30 kilometrów zajęło nam ok 2 godziny. W takim korku dopiero ujawnia się prawdziwa natura ludzi. Nagle znika kultura i wystudiowane uśmiechy. Z całą mocą objawia się bezczelność i arogancja. Nawet austriacka policja, która przyjechała do drobnej stłuczki nie chciała zauważyć zagrożenia powodowanego przez blokujących prawy pas autostrady kierowców wciskających się na pas zjazdowy. Szczytem wszystkiego był dżentelmen, który jeszcze na ślimaku zjazdowym próbował na siłę wyprzedzać innych. To był prawdziwy koszmar. Nie najlepiej zaczęły się nasze ferie zimowe w dolinie rzeki Ziller.

       Po zjechaniu z autostrady nie było specjalnie lepiej. Gigantyczna rzeka sunących zderzak w zderzak samochodów nie napawała optymizmem. Gdy dojechaliśmy do tunelu, którym wjeżdża się do doliny znowu musieliśmy się zatrzymać na dłuższą chwilę. Prawdopodobnie z powodu nadmiaru spalin tunel został zamknięty aż do przewietrzenia. W końcu wjechaliśmy do doliny. Zapadł już zmrok. Przynajmniej zrobiło się pięknie, jak to w górskiej dolinie. W górach śnieg, domy migające zapalonymi światłami, uczepione górskich zboczy. Kolorowo, bajecznie. Nawet ten niekończący się sznur samochodów przestał być tak uciążliwy. Spłynęło napięcie towarzyszące podróży. Jechaliśmy sobie wolno przez dolinę rzeki Ziller. Dolina położona w sercu Tyrolu. Rozciąga się na dystansie kilkudziesięciu kilometrów, mniej więcej od miejscowości Strass do naszego Mayrhofen, gdzie odchodzą od niej mniejsze odnogi.



       Same Mayrhofen, to niewielka gmina targowa z mocno rozbudowaną bazą turystyczną. Mieszka tam raptem ok 4000 mieszkańców, ale ogromne tłumy przewalających  się we wszystkich kierunkach turystów tworzą charakterystyczny odpustowy klimat. Z różnych alpejskich miejscowości, które widziałem, akurat Mayrhofen nie należy do najładniejszych. Główna ulica w mieście choć zadbana i z wyraźnymi oznakami zamożności, to jednak nie to co choćby rynek wraz z przyległościami w Ortisei. Takie to nijakie. Jeszcze gorzej jak się odejdzie choćby kawałek na bok. Bardzo dużo obiektów noclegowych, trochę gastronomi i niewiele więcej. Jak większość naszych nadbałtyckich kurortów.

       Zakwaterowanie mieliśmy zarezerwowane w apartamentowcu Bergland w samym centrum miasta przy ulicy Głównej. Dojazd od tyłu, trochę dziwnie. Żadna nawigacja na to by nie wpadła, na szczęście mieliśmy świetnych przewodników w osobach Ani i Wojtka, którzy już tam byli. Niewątpliwym atutem tego apartamentowca jest całkiem spory garaż. Niestety nie ma róży bez kolców. Wojtek swoim GLK z trumną na dachu nie miał szans się zmieścić. Nasz Jumpy miał z kolei pewne problemy przy wjeździe z racji swojej długości, gdyż zaraz po zjeździe w dół należało wykonać ostry skręt w prawo przy naprawdę niewielkiej szerokości. Liczne ślady otarć na narożnikach ścian potwierdzały, że niejednemu ten manewr nie do końca się powiódł.



       Powitanie, jak to w ekonomicznym apartamentowcu. Trzeba zadzwonić po kogoś z obsługi i chwilę poczekać. O.K. nie ma problemu, możemy poczekać. Skoro już jesteśmy na miejscu, nigdzie się nam nie śpieszy. Po chwili zjawia się pan, młody człowiek. Wita nas i intensywnie szuka wśród nas dziecka. Nic nie rozumiemy. W zamówieniu wyraźnie napisane jest, że będzie pięć dorosłych osób. Tego z kolei nie może zrozumieć nasz sympatyczny Austriak. Jak to, w dwóch pokojach będzie mieszkać pięcioro dorosłych? Dwa małżeństwa i jeszcze ktoś? To rodzina? Wojtek, dla świętego spokoju szybko potwierdza, tak, to rodzina. Pan wydaje się lekko zszokowany, patrzy na nas jakoś dziwnie. W końcu jednak prowadzi nas na górę, do naszego apartamentu. Sam apartament bardzo przyzwoity, od razu nam przypada do gustu. Przede wszystkim spora kuchnia z jadalnią, gdzie bez problemy wszyscy się zmieszczą i mogą spokojnie coś robić. Ładny balkon z widokiem na ulicę Główną. Apartament jest dobrze wyposażony, chyba największą radość sprawiła nam zmywarka. Miło jest, będąc wykończonym po szaleństwach na stoku, nie musieć zmagać się z jeszcze jedną górą, górą brudnych naczyń. Dodatkowo komfort podnosi   ogrzewanie podłogowe. Dla mnie hitem była fantastyczna, duża kabina prysznicowa. Co prawda robiliśmy niedawno remont łazienki w naszym mieszkaniu i wygląda ona w tej chwili świetnie, ale szczerze zazdroszczę takiej kabiny prysznicowej jak ta w Bergland. No i narciarnia. Bardzo dobra, znajdująca się w piwnicy, tuż obok garażu i windy, co ma niebagatelne znaczenie w trakcie powrotu z nart. Każdy apartament ma przypisaną sobie szafkę w narciarni, w której przechowuje się sprzęt. Oczywiście wieszaki na buty są z podgrzewaniem, co radykalnie zmniejsza poranną traumę zakładani butów narciarskich.



       W niedzielę rano, wypoczęci i radośni wbijamy się w narciarskie uniformy i niestety w narciarskie bucki i ruszamy zdobywać alpejskie nartostrady Zillertal. Do kolejki Penkenbahn mamy kilka minut na piechotę. Oczywiście, mimo że chodzenie w butach narciarskich nie należy do szczególnych przyjemności, jakoś pokonujemy ten dystans bez większych problemów. Przy dolnej stacji kolejki są kasy biletowe, a przy nich niesamowity tłum ludzi!!! Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Nawet w zeszłym roku we Włoszech, gdzie nieopatrznie trafiliśmy na tydzień karnawałowy.  Jakoś to wytrzymamy. Przecież pierwszego dnia nie mamy bardzo ambitnych planów. Rozjeździć się najpierw na jakiejś łatwej niebieskiej. No i wcześniejszy powrót do kwatery, by się nie przeforsować pierwszego dnia. Po Penkenbahn przesiadka na foteliki i wyjeżdżamy na wysokość ok 2000 m npm. No i zrobiło się naprawdę przyjemnie. Te wspaniałe, ośnieżone góry ciągnące się w nieskończoność robią niesamowite wrażenie. Do tego jeszcze cudowna pogoda. Zupełnie jak w bardzo starannie przygotowanej reklamówce.
       Już na początku chwila nieuwagi i … zamiast na łatwiej niebieskiej wjeżdżamy na dosyć wymagającą czerwoną. Mięśnie trochę się spinają, jakoś jednak sobie radzimy. Docieramy w końcu na upragnione łatwiejsze szlaki, gdzie wykonujemy kilka zjazdów. Ogólnie trasy w obrębie Penken są całkiem niezłe o różnej trudności. W sumie 136 kilometrów. Wtym słynna trasa nr 34, która nosi nieformalną nazwę Harakiri. Cała ma ok 2000 m długości, ale swoją sławę zawdzięcza głównie ponad czterystumetrowemu odcinkowi o nachyleniu 78 %. Prawdziwa rzeźnia. Gospodarze do obsługi tej trasy mają nawet specjalny ratrak o mocy 430 KM i wadze 9 ton. Jakoś nikt z naszej radosnej piątki nie miał ochoty wybrać się na Harakiri. Pozostaliśmy na tych nieco mniej wymagających. Trochę nam doskwierał tłok, raczej nie spodziewaliśmy się aż takiego. Nic więc dziwnego, że stan tras szybko się pogarszał i jazda na bardziej wymagających odcinkach stawała się nie tak fajna.


       Jak przystało na ośrodek z ambicjami, jest też na Penken parę lokali gastronomicznych. Nie ma mowy o dobrym wyjeździe na narty bez odwiedzenia paru klimatycznych knajpek. Poranne zjazdy trwały nieco dłużej niż pierwotnie zamierzaliśmy, więc jak tylko coś się przed nami pojawiło, bez zastanowienia tam zakotwiczyliśmy. Była to Lämmerbichl. Ponieważ łatwiej nam było wejść do dolnej części to i tak zrobiliśmy. Rzut oka po lokalu, rzut oka na menu i … To chyba nie był najlepszy wybór. Bida z nędzą. Dwie zupy, jakieś burgery, piwo, chrupki i niewiele więcej. Byliśmy jednak na tyle zmęczeni, że mimo wszystko nie zdecydowaliśmy się na dalsze poszukiwani. Zamówiłem sobie czosnkową. Znowu pudło. Gdy w końcu sobie usiedliśmy i zaczęliśmy się przyglądać otoczeniu, okazało się, że dół to właśnie taki bieda-bar a u góry była restauracja. No dobra niech już będzie jak jest.
       Jeszcze parę zjazdów i zarządzamy odwrót. Zmęczenie zbyt długim pierwszym dniem, potwornie zmuldzone trasy, po których nie wszyscy byli w stanie zjechać. I okazuje się, że ostatni wyciąg którym mieliśmy podjechać przed dojazdem do Penkenbahn już nie kursuje. W trybie awaryjnym przemieszczamy się w kierunku Finkelberger Almban i nim zjeżdżamy w dół. Już parę lat jeździmy w Alpy na narty, ale taka przygoda przytrafiła nam się pierwszy raz. Zawsze kiedyś musi jednak być ten pierwszy raz. Nici z naszych planów wcześniejszego powrotu i uniknięcia nadmiernego zmęczenia.
       Wojtek, który już w tym ośrodku bywał, w pewnym momencie zorientował się, że nieco przeholowaliśmy i pojechał przodem, dzięki czemu zjechał do Mayrhofen. Jak to dobry kolega i prawdziwy dżentelmen, zostawił sprzęt w naszej narciarni i przyjechał po nas samochodem. Ale jak mawiają inni moi znajomi, eee, to jeszcze nic,  a my … Tym razem te potwornie irytujące mnie powiedzenie jest jak najbardziej na miejscu. Wojtek zapakował do samochodu … nasze kapcie. Więc natychmiast po oswobodzeniu się z tych piekielnych skorup butów narciarski mogliśmy wskoczyć w milusie kapciuszki!



       Kolejne dwa dni również spędziliśmy na Penken. Tym razem bez takich przygód jak w niedzielę. Za to lokale, które odwiedziliśmy, Heidi’s Skialm i Hilde’s Skitenne, były naprawdę fajne. Przy okazji spotkaliśmy sympatyczną kelnerkę ze Słowacji (Heidi’s Skialm) i zjedliśmy m.in. coś co w tym miejscu nazywane było cesarskim naleśnikiem, choć bardziej przypominało omlet, i co było pyszne. Wciąż w naszej ekipie nieodmienną popularnością cieszyły się görm knedel z masłem lub sosem waniliowym z jak największą ilością maku. Ale wieprzowina z kwaśną kapustą czy spätzle z boczkiem, też były niczego sobie.



       Później ruszyliśmy do Gerlos. Ok 20 km od Mayrhofen bardzo ładną, górską drogą. Byle dobrze odśnieżoną, bo momentami serpentyna jest bardzo efektowna. Ten ośrodek to fragment większej całości: Zillertal Arena, w którego skład wchodzą oprócz Gerlos również: Zell, Königskeiten i Hochkrimml. W sumie 143 km tras.  Na miejscu dosyć duży parking w bezpośrednim sąsiedztwie Isskogelbahn. Pierwszego dnia zjeżdżaliśmy z tras w rejonie Arena Center i Isskogel. Drugiego dnia przejechaliśmy na szlaki z Königsleitenspitze. Również tutaj było bardzo tłoczno. Trudno jednak było nie zauważyć, że nartostrady tutaj są bardzo ładne. Na mnie osobiście najlepsze wrażenie zrobiły te z Königsleitenspitze. Długie, szerokie o różnym stopniu nachylenia. Jest ich tam kilka więc można sobie dobrać odpowiednią do swoich umiejętności.


      
       Tydzień, to bardzo mało aby w pełni nacieszyć się doliną Ziller. Skoro do zagospodarowania był już tylko jeden dzień, to Ania i Wojtek, nasi przewodnicy zaproponowali oczywiście Hintertuxer Gletscher – lodowiec Hitertux, położony na samym końcu doliny. Być w takim miejscu i nie pojechać na lodowiec? 


       Jakoś nigdy mnie nie ciągnęło na lodowce. Moje wyobrażenia o nich były raczej mgliste, ale zawsze wydawało mi się, że jazda po lodowcu to nic przyjemnego. Oglądane w austriackiej telewizji migawki z różnych lodowców, to zazwyczaj ok – 20oC i wiatry urywające głowę, do tego (to już moja fantazja) odwieczny lód pod nogami. Jakże inna miała się okazać rzeczywistość! Trzeba jednak pamiętać, że to już był marzec, więc temperatury były wyższe (na szczycie -12o C), do tego poprzedniego dnia dopadało sporo świeżego śniegu. Jedynie dosyć silny wiatr się potwierdził. Jednak z całą pewnością  warto było się tam wybrać. Fantastyczne widoki, panoram gór widziana z poziomu ok 3500 m zapierająca dech w piersiach. Bardzo atrakcyjne, długie trasy. Ku mojemu zaskoczeniu w tym regionie jest aż 196 km tras i 65 różnych wyciągów. Całość ma 604 ha powierzchni. Nigdzie wcześniej nie widziałem tak wielu osób jeżdżących poza trasami. Tam po prostu stoki wręcz zachęcały do takiej zabawy. Ja zdecydowanie mam zbyt słabe umiejętności i daleko niewystarczające przygotowanie fizyczne aby wybierać się w taką podróż. 


Niestety i tutaj duża liczba narciarzy sprawiła, że szybko pojawiły się na niektórych trasach gigantyczne muldy, które nieco osłabiały przyjemność z jazdy. Na szczęście nie brakuje przy szlakach przyzwoitej gastronomi, gdzie można uspokoić rozdygotane mięśnie i nerwy. Lodowiec to jednak nie jest wcale taka zła sprawa, wręcz przeciwnie, może być całkiem fajnie.


       Choć ogólnie Mayrhofen nie wywołało we mnie specjalnego entuzjazmu, to przynajmniej jest tam sporo różnych knajpek. A przecież udany wyjazd na narty musi mieć zakończenie w dobrym lokalu. Choć najbardziej przy Hauptstraße rzuca się w oczy Ice Bar przyciągający uwagę zimnym niebieskim światłem i dziewczynami tańczącymi na stołach, to jakoś nam klimat tego lokalu nie przypadł do gustu. A w ogóle to kto powiedział, że musimy zakotwiczyć przy Hauptstraße? A może by tak pójść nieco w bok? Intuicja nas nie zawiodła. Trafiliśmy do restauracji Edelweiss (Szarotka). Było już dosyć tłoczno. Pan zapytał najpierw o rezerwację, której oczywiście nie mieliśmy. Mimo wszystko znalazło się dla nas miejsce i to bardzo przyjemne. I znowu trafiliśmy na jakąś słowiańską kelnerkę, nie pamiętam dokładnie skąd. Było bardzo miło i bardzo smacznie. Wreszcie zjadłem dobrą zupę czosnkową. Co prawda nie była taka, do jakiej przyzwyczaiłem się i polubiłem w Czechach, ale była godna polecenia. Podobnie jak cała dolina Ziller. Mimo koszmarnego dojazdu, pobyt w Zillertal był bardzo udany.



czwartek, 22 lutego 2018

MALAGA I OKOLICE – Cz. 3 – CEUTA – GIBRALTAR - MALAGA



       Wypływamy z Tarify. Wieje całkiem przyjemnie, początkowo nawet do 30 w, czyli 7 B, prawie z E. Płyniemy więc bajdewindem mając Ceutę niemal na kursie. Trochę nas odrzucało w kierunku S. Dodatkowo mieliśmy kilka mijanek z płynącymi w najróżniejszych kierunkach statkami. Afrykański brzeg przybliżała się w szybkim tempie. Pięknie! Po prostu pięknie. Ale jak to zwykle bywa, to co piękne nie może trwać bez końca. Wiatr stopniowo słabnie, zmieniając nieco kierunek. W końcu wieje prosto z Ceuty. Nasz dzielny kapitan nie odpuszcza i cały czas płyniemy na żaglach. Skradamy się żółwim tempem do portu, a tu jeszcze raz trzeba założyć hals oddalający. Wielki falochron, na końcu którego wspaniały Herkules pręży mięśnie podtrzymując walące się na niego dwa słupy, mamy od dłuższego czasu w zasięgu ręki. Tylko jakoś nie możemy się do niego zbliżyć. Żagle już zwisają jak dwie smętne ściery. Poddajemy się i uruchamiamy katarynę.


       W Ceucie wpływamy do prawdziwej mariny. Nie jest ona jakoś specjalnie okazała, nie powala swoim wyglądem ani wyposażeniem, ale wszystko jest O.K. Dobre schronienie, woda, prąd a wszystko w bardzo przyzwoitej cenie: 20,29 Euro. Jak dla mnie super, bo jest wszystko czego potrzebuję i bardzo intrygujące miasto.
       Ogarnąwszy jacht wyruszamy na spotkanie miasta, a przede wszystkim jakiejś knajpy. I niestety jedyny plan jaki mieliśmy to dojście do wyszukanej w internecie, polecanej tawerny. Posługując się nawigacją w telefonie, z niewielkimi problemami trafiamy do El Meson De Mati przy Paseo de la Marina Española 8. To całkiem niedaleko mariny, wystarczyło w odpowiednią stronę pójść Aleją Jana Pawła II. My, na szczęście poszliśmy nieco dookoła, bo początkowo jakoś nie mogliśmy się zdecydować dokąd chcemy się udać. Na szczęście, bo przy okazji zrobiliśmy sobie krótki spacer po mieście. 

   
       El Meson (Gospoda) De Mati nie olśniewa swoim wnętrzem. Jest raczej zwyczajna, taka trochę jak uboga tawerna dla rybaków i marynarzy. Ale to wydaje się, że można jej zapisać na plus. Taka bezpretensjonalność to raczej zaleta. Nie czułem jednak jakiejś fajnej atmosfery. Gdy tam trafiliśmy było nieco pustawo. Kelner, mimo późnego popołudnia sprawiał wrażenie jakby dopiero co został wyrwany z głębokiego snu i całym sobą wyrażał niezadowolenie. A może po prostu miał zły dzień. W każdym bądź razie obsługa w wykonaniu tego pana była w najlepszym razie nijaka. Nie starał się w żaden sposób ułatwić nam zrozumienia co ma do zaoferowania, a już o jakimkolwiek uśmiechu można było zapomnieć. Jeszcze raz przydatna okazała się nowoczesna technologia, czyli tłumacz hiszpańsko polski w telefonie. W końcu coś nam się udało zamówić. Ja się zdecydowałem na pimientos asados (pieczona papryka) i parilladas carne (mięso z grilla).  Zanim pan przyniósł to co sobie wybraliśmy, najpierw na stole pojawiły się przystawki. Sześć różnych dań, po dwa talerze każdej. Każdy zatem mógł spokojnie wszystkiego posmakować. Jedzenie w El Meson De Mati nie było wykwintne, ani nawet wyszukane, ale z całą pewnością świeże, smaczne, przypominające zwykłe domowe potrawy. Za wszystko nasza szóstka zapłaciła 190 Euro. Tylko ten chłód emocjonalny, nie dający cieszyć się posiłkiem.


       Po wyjściu z gospody obraliśmy azymut na Lidla, którego szyld widać było z daleka. Była zatem jeszcze jedna okazja do spaceru po wieczornej, pełnej najróżniejszych barw Ceucie. Za dnia miasto wyglądało ciekawie, ale po zmroku było fascynujące. Różnorodność ludzkich typów. Architektura ilustrująca wpływy kultur z wielu stron.  Trochę chaosu, trochę bałaganu, spory ruch samochodów. Nawet McDonald’s z zewnątrz wyglądał inaczej, niż zwykle, ładnie wtopiony w otoczenie. Nie zawiódł nas Lidl, w którym kłębiło się mnóstwo ludzi. Zdecydowanie większy niż te w Polsce i nieźle zaopatrzony. Ale po Ceucie pozostał wilki niedosyt. Prześlizgnęliśmy się po niej bardzo powierzchownie. Po poza jedną knajpą i Lidlem nigdzie nie weszliśmy, nigdzie nie przystanęliśmy by choć przez chwilę chłonąć różnymi zmysłami atmosferę miasta. Właściwie niewiele będzie do wspominania. No cóż, jak na miasto, którego barwna historia sięga V wieku p.n.e. to słabo jakoś te nasze odwiedziny wypadły. Rano, przed wypłynięciem w dalszą drogę, jeszcze wyskoczyłem na krótki spacer z aparatem w ręku, ale to nie zmieniło ogólnego wrażenia niedosytu.


       Na środę, kolejny dzień naszej eskapady, mamy bardzo skromne plany żeglarskie, chcemy dotrzeć na drugą stronę cieśniny, do Gibraltaru. Jest piękna pogoda, sprzyjający wiatr i wspaniały nastrój. To takie chwile, gdy sobie myślę, że nic więcej mi do szczęścia nie potrzeba. Czasami coś oczywiście trzeba zrobić na jachcie, czasami trzeba stanąć za sterem, ale to niczego nie zmienia. Jest pięknie. A do tego jeszcze od czasu do czasu pojawiają się delfiny, których w tej okolicy nie brakuje. Ich śmiejące się mordki wszystkich wprawiają w pogodny nastrój. Ale to miejsce jest niezwykłe z innego powodu. Niemal cały czas widzimy „Skałę”. Im bliżej do niej podpływamy tym trudniej oderwać od niej wzrok, ma w sobie jakąś magnetyczną siłę. Gdy kilka dni temu zobaczyłem ją pierwszy raz, to to zauroczenie złożyłem na karb tego, że to pierwszy raz. A teraz jest kolejny raz i dalej to samo. Ta skała wyskakująca wysoko w górę niemal prosto z morza jest naprawdę niezwykła. Do tego jeszcze wyobraźnia się podłącza z różnymi obrazami, z długiej i niezwykle bogatej historii tego miejsca.


       Wiatr znowu słabnie. Ale to już nie ma znaczenia. Gapiąc się na”Skałę” wpływamy do Zatoki Gibraltarskiej. Podobno sama nazwa Gibraltar, to zniekształcone arabskie Dżabal Tarik – Góra Tarika. Najpierw mijamy część brytyjską. Jak twierdzą bywali w świecie, marina tam jest droższa i nie taka fajna jak w części hiszpańskiej. Po drodze mijamy liczne statki handlowe stojące na kotwicy. Dopływamy w końcu do bardzo okazałej mariny: Alcaidesa Marina. Grzecznie zatrzymujemy się przy biurze aby załatwić formalności. Tuż obok nas stał imponujący jacht Rhea, 179 stóp (54,6m) długości. Wyglądał na klasyczny kecz, ale okazało się, że został zwodowany w … 2017 roku. Po chwili zaczął odbijać i odpłynął.
       Marina jest nowoczesna, ładnie zagospodarowana, oferuje wszelkie potrzebne udogodnienia łącznie z bardzo przyzwoitymi sanitariatami. Co najważniejsze są tam 624 miejsca postojowe dla jachtów o wielkości od 8 do 100 metrów. Po sąsiedzku jest stocznia jachtowa. Super! Co prawda jest już mocno po sezonie i wolnych miejsc nie brakuje, ale i tak marina robi bardzo dobre wrażenie. No i co jest również istotne, blisko stąd do części brytyjskiej. A ”Skałę” mamy jak na dłoni.
       Przed wyruszeniem „w miasto” robimy sobie na jachcie prawdziwą ucztę. Wiadomo przed spacerem należy się wzmocnić. Jeszcze w Polsce Bolek przygotował mięso na trzy obiady. Tym razem padło na wyśmienite de volaille z ziemniakami w mundurkach i sałatką. Danie główne poprzedzone było desą świetnych serów. Nie zabrakło też stosownych napitków. No tylko jakoś ciężko było po tym się podnieść od stołu i wyjść z jachtu. Mocno musieliśmy wytężyć naszą nadwątloną wolę odkrywców by zebrać się w sobie.  Jednak świadomość, że jesteśmy w jednym z bardziej niezwykłych miejsc w Europie pomogła nam wyjść na spacer.


       Już odzwyczailiśmy się w Europie od granic. A tu na „dzień dobry” przejście graniczne ze sprawdzaniem dokumentów, kontrolą bagażu i mundurowymi z bronią. Nas przepuścili bez problemu. Jednak od czasu do czasu można było zauważyć jak z groźną miną kogoś kontrolują. Łatwo przyzwyczajamy się do dobrego i zapominamy, że świat wcale nie jest doskonały. Z resztą historia Gibraltaru jest na tyle bogata i pełna zakrętów, że sama w sobie może stanowić podstawę do długich i wciągających dyskusji. Do Brytyjczyków należy od 1713, kiedy to został im przyznany na mocy traktatu pokojowego z Utrechtu. I od tej pory jest ważną twierdzą Zjednoczonego Królestwa. Nie brakowało zakusów aby ją Brytyjczykom odebrać. Do tej pory miejsce to jest puntem spornym w relacjach Hiszpanii i Wielkiej Brytanii. W roku 1967 i 2002 odbyły się nawet referenda na temat możliwości przejścia pod jurysdykcję hiszpańską, jednak ten pomysł nie spotkał się z przychylnością większości mieszkańców Gibraltaru.  
       Zostawiamy za sobą poważne rozważania, bo zaraz za przejściem granicznym mamy koleją atrakcję tego miejsca: lotnisko. Niesamowite. Pas startowy od jednego brzegu do drugiego brzegu. Początek oznakowani podejścia stoi w wodzie. Ale to nie koniec. Ten pas przedziela też miasto. Nie można objechać lotniska bokiem. Bardzo ruchliwa ulica, Winston Churchill Ave., po prostu przecina pod kontem prostym pas startowy. Samochody sobie jeżdżą, ludzie chodzą, normalnie jak to w mieście. Nie mogłem sobie darować i zrobiłem kilka kroków w bok by przez chwilę stanąć na środku pasa startowego i popatrzeć jak to wygląda z tak małej odległości. A tam na końcu woda!  Dla nas, Polaków, Gibraltar kojarzy się również ze smutną kartą historii. To właśnie tutaj, po starcie z tego lotniska, 4 lipca 1943 roku tuż prze północą, po 16 sekundach lotu, samolot B24 Liberato II LB nr AL523 spadł do wody po wschodniej stronie półwyspu. Na pokładzie samolotu znajdował się m.in. Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych, generał Władysław Sikorski. W sumie zginęło wtedy 16 osób. I do tej pory nie ma jednoznacznej odpowiedzi jakie były przyczyny i okoliczności tej katastrofy.


       Po chwili wchodzimy w Main St.. Mam wrażenie jakbym znalazł się gdzieś w zupełnie innym miejscu. Znajome budki telefoniczne, znajome szyldy, charakterystyczne pub’y. Całkiem sporo ludzi. Jakże barwny ten tłum. Jakby jakiś zapomniany fragment Londynu. Spacerujemy nieśpiesznie chłonąc atmosferę miejsca. Choć, oczywiście żeglarze nie piją alkoholu, zaglądamy do wyjątkowo dobrze zaopatrzonych do sklepów z napojami wyskokowymi. Chcemy sprawdzić, czy faktycznie ceny tutaj są takie atrakcyjne. No i faktycznie są. Skoro tak, to już na słowo wierzymy, że podobnie jest w sklepach z kosmetykami i biżuterią. Po pewnym czasie otoczenie się zmienia. Właściwie trudno powiedzieć, z czym to można skojarzyć. Pełen eklektyzm z elementami solidnej twierdzy. Dochodzimy do kolejki górskiej, którą można wjechać na „Skałę”. Zamierzamy jednak stopniować doznania, tym bardziej, że słońce jest już bardzo nisko, i zostawiamy sobie tę przyjemność na następny dzień. Na razie idziemy jeszcze kawałek dalej i wchodzimy do ogrodu botanicznego Alameda Gardens, który został założony w 1816 roku przez gubernatora Gibraltaru sir George Don. Tu przed zapadnięciem ciemności ogród sprawia niesamowite wrażenie. Niesamowicie bujna roślinność i jakaś niesamowita ilość niemiłosiernie hałaśliwych ptaków. Pojawiają się tabliczki z napisem: „Nie karmić makaków.” Jednak tych ostatnich nie spotykamy na swojej drodze.


       Robimy odwrót. Wracamy do „londyńskiej” części miasta. A skoro tak, to czy mogło być inaczej. Lądujemy w pubie. Ten nazywał się The Horseshoe. Bardzo typowy angielski pub. Usiedliśmy sobie przy stolikach ustawionych na chodniku. Szef jakiś taki zblazowany, a może nieufny wobec nas, w każdym bądź razie ponurak. W niczym to nam jednak nie przeszkadzało, zamówiliśmy co mieliśmy zamówić i wesoło spędziliśmy kolejną godzinę.   
       Jak zaplanowaliśmy, tak zrobiliśmy. Zaraz po śniadaniu wyruszamy w kierunku „Skały”. Starsi panowie (poza jednym dżentelmenem) muszą roztropnie gospodarować swoimi siłami. W związku z tym, zaraz po przekroczeniu granicy wsiadamy do autobusu miejskiego i za niewielką opłatę dojeżdżamy do Cable Car. Bo chyba nikt nie myślał, że będziemy wchodzić na górę. Wjazd kosztuje 11 GBP, nie jest to więc opłata symboliczna, ale jak już się rzekło, starsi panowie muszą szanować swoje siły. Wagonik jest już nieco leciwy. Pokonanie 412 metrów zajmuje mu 6 minut. Naprawdę warto dostać się na górę, widok we wszystkie strony był zachwycający. My byliśmy tam stosunkowo wcześnie, więc słońce znajdujące się nisko nad horyzontem w połączeniu z mgłą unoszącą się nad wodą, potęgowało jeszcze wrażenie.


       Chwilę po wyjściu z wagonika spotykamy pierwsze makaki, dokładniej makaki berberyjskie, z których słynie „Skała”. Sporo jest ostrzeżeń aby ich nie karmić i zachować ostrożność, bo mogą coś podwędzić, albo, jak się zdenerwują, mogą ugryźć. Na szczęście, te które ja spotkałem były bardzo przyjaźnie nastawione i spokojnie pozowały do zdjęć. 


       Wędrując po kolejnych fragmentach góry natrafia się na działa z różnych epok. To broń za pomocą, której kolejni włodarze tego terenu, zapewniali sobie panowanie nad cieśniną. Co prawda współczesne sposoby walki mocno się zmieniło, ale położenie Gibraltaru sprawia, że odgrywa on wciąż ważną rolę. Przystajemy na kolejnym tarasie widokowym (wiele z nich wyposażonych jest w solidne lunety) by podziwiać niezwykłą panoramę. Właśnie trafiamy na moment zamykania drogi przecinającej pas lotniska. Myśleliśmy, że za chwilę będzie startował lub lądował jakiś samolot. A tu nic z tego. Kiedy już zupełnie ustał ruch, wyjechał jakiś samochód obsługi lotniska i przejechał kilkakrotnie wzdłuż całego pasa startowego. Po kilku minutach znowu podniesiono szlabany i normalny ruch odbywał się jakby nigdy nic.


       Na dół postanowiliśmy jednak zejść na piechotę. A co tam! Zejście prowadziło wąską i stromo opadającą w dół drogą. Ciekawe czy to na niej właśnie  kręcono scenę początkową do kolejnego Bonda – „W obliczu śmierci”, z Timothy Daltonem w roli głównej i piosenką A-Ha „Living Daylights”? Przyszedł mi wtedy do głowy taki pomysł aby odwiedzić, obfotografować i opisać miejsca gdzie rozgrywa się akcja filmów o niezwykłym agencie MI-6. Pomysł może i ciekawy, tylko skąd wziąć kasę na jego realizację?
       Schodząc w dół zaglądamy na wystawę „Citi under siege”. Niewielką ale bardzo sugestywną, pokazującą jak się żyło w garnizonie brytyjskim na początku XVIII wieku. W zabytkowym otoczeniu umieszczono kilka figur naturalnej wielkości w typowych sytuacjach z tamtych czasów. Sporo miejsca poświęcone jest zarazom, które wyniszczały brytyjski garnizon. To raczej nie było zbyt wesołe życie.


       W końcu schodzimy na dół. Wracamy do rzeczywistości i do części hiszpańskiej. Jeszcze nie na jacht. Bolek zaprowadził nas do chińskiej knajpy znajdującej się w pobliżu mariny – Restaurante Wok Hong Kong. Restauracja miści się u zbiegu Av. Principe de Asturias i Av. De España. No cóż znowu knajpa nie mająca nic wspólnego z możliwością poznawania lokalnych przysmaków. Trzeba jednak przyznać, że jedzenie było pierwsza klasa. Co ważniejsze po zapłaceniu 13 Euro można było jeść do woli. Były dania gotowe w dużym wyborze, można było też zamówić coś robionego na poczekani. A wszystko to w przestronnym i czystym lokalu. Nie czuć było tak dobrze znanego z wielu chińskich restauracji specyficznego smrodu przypalonego tłuszczu. Zatem, choć kolejny raz nie dane mi było skosztować mojego ulubionego bakalao, to jednak polecam.


       Kończymy nasz pełen wrażeń pobyt w Gibraltarze. Będzie co wspominać. Dzień dobiega końca gdy wypływamy z zatoki na Morze Śródziemne. Bardzo przyjemna nocna żegluga. Zaraz po zapadnięciu zmroku pojawiają się znowu delfiny. Ale tym razem w większej ilości i przez długi czas. Momentami płyną z boku, momentami ustawiają się przed dziobem niczym konie w czwórce ciągnącej rydwan. Niesamowity pokaz, trudno było oderwać od nich wzrok.   
       Wachtę kończymy o trzeciej. Po nas jest nasz kapitan i Bartek. W domu śpię jak kamień. Dopóki nie zadzwoni budzik, niewiele rzeczy jest w stanie wyrwać z objęć Morfeusza. A na jachcie jest inaczej. Każdy dźwięk różniący się od tła, czy zmiana rytmu dźwięków powodują, że natychmiast staram się zorientować w sytuacji. Jak przysłowiowy zając pod miedzą. Nic więc dziwnego, że słyszę kiedy Bolek uruchamia silnik. Znając jego niechęć do pływania na katarynie domyślam się, że wiatr zdechł całkowicie. Później rejestruje jakieś problemy z silnikiem. Skoro jednak Bolek nas nie woła, to znaczy, że nic się nie dzieje. Słyszę jednak, że rzucamy kotwicę. Ale dalej cisza, więc jeszcze trochę się wyleguję. Wychodzę do kokpitu na powitanie pięknie wschodzącego słońca. Okazało się, że Bolek nie chciał abyśmy zbyt wcześnie dopłynęli do Malagi, więc rzucił kotwicę przy Benalmadenie.


       Cumujemy w końcu w Maladze. Znowu powtarzają się korowody z umawianiem się z naszym sympatycznym Diego. Czas dla niego ma zupełnie inny wymiar. A może on w ogóle nie istnieje dla naszego hiszpańskiego przyjaciela. Ruszamy więc na jeszcze jeden spacer po Maladze. Tym razem zdobywamy twierdzę. Wracamy przez centrum okrężną drogą. Już krążąc ciasnymi uliczkami starego centrum zauważamy znacznie większy ruch w mieście niż przed tygodniem. Coś się dzieje. Rozbłysły przedświąteczne dekoracje. Śmiesznie wyglądają drzewka pomarańczy z wiszącymi jeszcze obficie owocami, przyozdobione bożonarodzeniowymi lampkami. W końcu wychodzimy na główną avenide a tam tłum. Żadnych samochodów. Gdzieś dalej scena, na której występuje jakaś piosenkarka. I nagle przypominamy sobie, że przecież w niedzielę rozpoczyna się adwent, więc jest to ostatnia balanga przed okresem oczekiwania i wyciszenia. Całe miasto skrzy się od okolicznościowych światełek. Wzdłuż kei ludzie kręcą się niemal do rana.


       W sobotę rano w końcu udaje się nam spotkać z Diego. Okazał się bardzo sympatycznym i życzliwym człowiekiem. Przy odbiorze jachtu nie szukał dziury w całym. Do wszystkiego podszedł rzeczowo. Gdy dowiedział się, że mamy dostać się na dworzec kolejowy, zaoferował przewiezienie bagaży. Tak więc kończymy rejs w wyśmienitych nastrojach. Było bardzo fajnie. Do następnego!!!



wtorek, 30 stycznia 2018

MALAGA i OKOLICE - cz.2 TARIFA




       Oddanie cum, to zawsze bardzo przyjemna chwila. Coś jakby z człowieka opada. Czuję cudowną lekkość, jakby ulgę. Cały zgiełk zabieganego i pokręconego świata zostaje daleko w tyle. Coś wspaniałego.
       Oczywiście, jak to teraz jest, wyjście z portu na silniku, ale gdy tylko znaleźliśmy się za główkami, kapitan wydaje komendę: żagle staw! No i teraz już zupełnie jesteśmy w innym świecie. Co prawda wiatr ledwo, ledwo dmucha i posuwamy się z minimalną prędkością, raptem 2 kn. Ale, czy nam się gdzieś spieszy? Absolutnie, nie!  Zaraz, zaraz, ale gdzie my właściwie płyniemy? Kapitan robi mądrą minę i po dłuższym namyśle pokazuje z namaszczeniem ręką: Tam! Ogólny kierunek mamy, taaak, a co do szczegółów to się zobaczy. Rozkoszujemy się kapitalną atmosferą. Czas mimo wszystko mija dosyć szybko. Kolejne wachty, kolejne przekąski, kolejne żarty. Płyniemy sobie wzdłuż wybrzeża, mniej więcej na południowy-zachód. Kapitan snuje opowieści o mijanych miejscach, w których już był. Kiedy już zbliżamy się do Punta de Calaburras, Słońce powoli zniża się ku widnokręgowi. Mamy okazję podziwiać barwne widowisko na niebie. Wiatr mamy niemal zupełnie z rufy. No cóż, nasza Bavarka, nie czuje się z tym najlepiej. Od czasu do czasu da się usłyszeć szemranie z tęsknotą w głosie, że to jednak nie to co Lady Melina, którą pierwotnie mieliśmy płynąć. Lady Melina to stalowy kecz Bruce Roberts 432. Całkiem możliwe, że lepiej by płynął na fordziaku niż Bavarka, choć nie jestem pewien, czy faktycznie tak by było przy tym znikającym wietrze, wszak to dosyć ciężka łódka. Tak, czy owak, takie gdybanie nie ma sensu, bo Lady Melina stoi w jednym z hiszpańskich portów z poważną awarią i właśnie dla tego żeglujemy Bavarką, wyczarterowaną w trybie awaryjnym. I też jest pięknie. Nie marudzić!
       Gdzieś tam, w trakcie rozmów pojawia się nazwa Marbella. Może tam zawinąć? Jesteśmy już całkiem blisko. Po kolejnej godzinie, może dwóch, Bolek podejmuje decyzję, że jednak nie. Płyniemy dalej. Robi się noc. Bardzo lubię nocne żeglowanie. Tym bardziej w miejscu, gdzie jest w miarę bezpieczny akwen. Zaczyna się zabawa w odgadywanie światełek. I tych na brzegu i tych na morzu. Jakby niebyło, zbliżamy się do Cieśniny Gibraltarskiej, czternastokilometrowego przesmyku między Europą i Afryką, będącego wyjściem z Morza Śródziemnego na Ocean Atlantycki. Nic więc dziwnego, że ruch statków jest tutaj całkiem spory. Suną jeden za drugim, jak po sznurku. Do tego jeszcze światła na niebie. W takich chwilach bardzo żałuję, że nie posiadłem wiedzy o tym co tam nad nami tak intrygująco się błyska. Na wachcie od 0300 pierwszy raz w życiu miałem też okazję zobaczyć delfiny w nocy. Tym razem nie było ich wiele, ale wrażenie niesamowite. Płynęły głównie tuż pod powierzchnią wody, z niesamowitą prędkością, niczym jakieś torpedy. Do tego fantastycznie odbijały światło Księżyca. Szybko jednak sobie popłynęły w siną dal. Ale co najważniejsze, w tzw. międzyczasie wzmógł się w końcu wiatr.


       Dla mnie jednak wydarzeniem nocy, a właściwie już bardzo wczesnego poranka, było spotkanie z gibraltarską skałą. To jeszcze była nasza, Leszka i moja, wachta, musiało się zatem to wszystko rozegrać sporo przed 0600. Nie powiem, że Skała wyłoniła się nagle, bo byłaby to zbytnia przesada, nawet jak na morskie opowieści. Stopniowo rozjaśniało się i zmniejszał się dystans. I Leszek i ja, jesteśmy miłośnikami fotografii. Były więc takie momenty, że nasz dzielny jacht, musiał radzić sobie sam, bo widok jaki się przed nami rozpościerał był absolutnie niesamowity, nie mogliśmy sobie odmówić zrobienia kilku ujęć tak niezwykłego zjawiska. Potężna skała, wystająca bardzo wysoko z morza, przykryta od góry chmurą, zupełnie jak czapa na miarę. Do tego wszystko pomalowane w ciepłe kolory światłem Słońca dopiero co wychodzącego spod linii horyzontu. Po prostu hipnotyzujące. 

    
       „Skała” powoli przesuwa się poza trawers. Teraz dopiero robi się ruch na morzu. Większość jednostek płynie kursem podobnym do naszego. Dodatkowo pojawiły się statki kierujące się do Gibraltaru, lub z niego wypływające w kierunku Maroka. Minęła jednak szósta i następuje zmiana wachty. Przy sterze staje sam kapitan. To dopiero nazywa się wyczucie czasu. Jak tylko kapitan stanął przy sterze sytuacja zrobiła się „poważna”, jednak jego doświadczenie nie dopuściło do jakiegokolwiek zagrożenia. A wiatr wiał coraz mocniej. I to już nie były żarty, bo faktycznie fest się rozdmuchało. Zmienił się też kierunek wiatru na południowy. I nagle okazało się, że wcale ta nasza leciwa Bavarka nie jest taka zła. Zupełnie dobrze sobie radziła przy, chyba 8 B. (nie sprawdziłem niestety na przyrządach). Naprawdę gorąco zrobiło się bezpośrednio przy podejściu do Tarify. Wiatr raczej nie miał zamiaru zelżeć. Gdy zbliżaliśmy się do solidnego falochronu zauważyliśmy, że z portu wypływa szybki prom. Trzeba było chwilę zaczekać. Kiedy wreszcie weszliśmy w główki ludzie z pilotówki, która towarzyszyła wypływającemu promowi, coś tam do nas krzyczeli. Wyglądało na to, że chcą abyśmy spadali. Ponieważ jednak nie mogliśmy zrozumieć o co im chodzi, po prostu wpłynęliśmy do portu. Ale zanim wpłynęliśmy do basenu, na widnokręgu pojawił się pędzący w naszą stronę taki sam prom, jak ten, który przed chwilą wypływał. Po chwili był już prawie przy główkach. Czyżby to o to chodziło gościom w pilotówce? Na wszelki wypadek odpływamy jak najdalej od miejsca manewrów promu i z cumowaniem czekamy aż prom stanie.   Falochron świetnie spełniał swoją podstawową funkcję: chronił przed falami, ale co do wiatru, to niestety, jego siła w basenie portowym nie była znacząco mniejsza. Manewrowanie zatem nie było najprostsze. Próbujemy przez radio ustalić gdzie powinniśmy stanąć. W końcu wskazują nam miejsce idealne do tego aby przy tym wietrze dobrze poobijać jacht. O spokojnym przenocowaniu absolutnie nie ma mowy. Bolek nie daje się i szuka na własną rękę miejsca. O żadnej marinie nie ma tu mowy, ale wynajdujemy miejsce między jednostkami rybackimi, całkiem przytulne. Biorąc pod uwagę warunki pogodowe, to wielki szacun dla naszego kapitana za pełne gracji podejście do kei.


       Jak to zwykle po zakończeniu cumowania, robimy klar na jachcie. Wszyscy odetchnęli z ulgą, że udało się w takim fajnym miejscu stanąć. Nie wiadomo, czy ktoś nas stąd nie przegoni, ale co by się nie zdarzyło, na razie mamy niezłą miejscówkę. Nie jest to marina, a zwyczajny port rybacki, z jednym ale za to intensywnie użytkowanym miejscem promowym. To jest połączenie do Tangeru i jak mogliśmy się przekonać, cieszy się sporą popularnością. Port różni się od innych tego typu miejsc, że bardzo trudno jest tam zapłacić za postój, nikt nie chce przyjąć pieniędzy.
      Tuż przy porcie, na wzniesieniu dumnie góruje nad okolicą zamek wybudowany w X wieku przez Arabów. Oczywiście przebudowywany w późniejszych czasach. Ale arabski fragment historii jest o tyle ważny, pomimo, że historia miasta została zapoczątkowana przez Fenicjan, że obecna nazwa miasta pochodzi od nazwiska arabskiego wodza Tarifa ibn Malika, który zdobył miasto w 710 roku. Miasto pozostawało pod panowaniem Arabów aż do 1292 roku. W tymże właśnie roku król Kastyli i Leonu Sancho IV Dzielny, którego pomnik znajduje się przed wejściem do twierdzy, wspierany przez Aragonię i muzułmańską Grenadę (!) odbił miasto z rąk Merynidów.


       Zwiedzanie zamku tuż przed zamknięciem, zdecydowanie po sezonie, ma w sobie wiele uroku. Byliśmy niemal jedynymi gośćmi. Nie musieliśmy walczyć o dobre miejsce w punktach widokowych, nie przepychaliśmy się na wąskich schodach, nie była jazgotu zagłuszającego myśli. Można było spokojnie chwilę postać i powpatrywać się w morze, w odległy o ok 20 km brzeg Afryki, czy z drugiej strony na gęstą zabudowę niewielkiego miasteczka z licznymi arabskimi akcentami w architekturze. I to zachodzące Słońce. I ta niezwykła cisza niemal bezludnego miejsca.


       Zamek, historia, zaduma… To wszystko jest bardzo fajne, ale powoli zaczynały dawać o sobie inne potrzeby. Opuszczamy więc pełne tajemnic zakamarki zamku i zanurzamy się w labirynt uliczek. Tu też spotykamy tylko nielicznych przechodniów. Robimy lekki łuk i trafiamy na Iglesia de San Mateo – XV wieczny kościół z barokową fasadą i gotyckim wnętrzem. Na chwilę przystajemy. Wkrótce ruszamy jeszcze żwawszym krokiem i w końcu jest! Knajpka, stoliki na chodniku i piwo! Cafe Central okazało się właśnie tym, czego w tym momencie wszyscy najbardziej potrzebowali. Cafe, jak to cafe, specjalnie nie pojemy, napić się jednak można, a Zbyszek i Mirek jako ludzie bywali i doświadczeni, „załatwili” jakieś pieczywo w pobliskiej piekarni więc i zagrycha była. 


Po zregenerowaniu nieco sił mogliśmy przystąpić do dalszych peregrynacji po tym najbardziej na południe wysuniętym mieści Hiszpanii kontynentalnej. W końcu trafiliśmy na deptak miejski wzdłuż Avenida de la Constitucion, a tu proszę ja kogo, knajpka przy knajpce. Tak długo nie mogliśmy się zdecydować, że doszliśmy niemal do końca tego urokliwego zakątka i przysiedliśmy w La Ternera Mimosa. Zamówiliśmy sobie kalmary i ogromnego steka. Niestety zdania na temat jakości jedzenia były bardzo podzielone. Ktoś tam optował za kalmarami, ktoś za mniej wypieczonymi częściami steka, ktoś narzekał, że kalmary są gumowe, ktoś, że stek jest źle wypieczony,  a ja muszę ze skruchą przyznać, że nic mi nie smakowało. Kalmary? Kochani zapraszam na Lastovo do Zaklopaticy do konoby Santor, tam podają dobre kalmary. Jedyne co było warte uwagi to Rioja z Hacienda Lopez de Haro. Niestety nie była w cenie wina kartonikowego, więc na dwóch butelkach się skończyło. Koledzy nie byli skłonni docenić wyśmienitego smaku tegoż napoju.

      Spacer po barwnej Tarifie się skończył. Grzecznie udaliśmy się na spoczynek, a rano, z pewnym zaskoczeniem skonstatowaliśmy, że nikt nas nie chciał przegonić z tej zacnej miejscówki. A zatem, śniadanko i w drogę – kierunek Ceuta, znaczy się Afryka! 


Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...