sobota, 1 sierpnia 2015

51 ETAPOWE REGATY TURYSTYCZNE - ZNAKI ZAPYTANIA ZA KAŻDYM ROGIEM

      


       Nie należę do weteranów Etapowych Regat Turystycznych, startuję w nich dopiero od 2006 roku, ale od pierwszego startu bardzo mi przypadły do gustu. Jest w nich i rywalizacja sportowa i nawiązywanie kontaktów towarzyskich, jest też okazja odwiedzenia kilku marin w naszym regionie. Wszystkie poprzednie edycje zaliczyłem na Rudziku, bardzo dzielnej carince. Tym razem dosiedliśmy się z Markiem do Janka,  kolegi żeglującego na jachcie o dźwięcznej nazwie Marimba, czyli włoski jacht Kudu 760. Bardzo przyjemna jednostka, dobrze czująca się na lekkich wiatrach, choć i przy silniejszych też sobie radzi.


       Zupełnie nieoczekiwanie 51 ERT rozpoczęły się od dyskusji na temat wysokości wpisowego, a dokładniej rzecz biorąc od narzekań na ten temat, gdyż od ostatniego roku wzrosło ono dosyć znacząco. Do tego, od razu przy zapisach, organizatorzy pobierali opłatę za postój w Świnoujściu, co sprawiło, że łączna kwota do wyłożenia  na „dzień dobry” była całkiem pokaźna. Na szczęście Świnoujście było jedyną, tak przychylną mariną, która zażyczyła sobie opłat za sam postój. Żeby ukoić skołatane nerwy w związku z podwyżką wpisowego udaliśmy się na rybkę do Sailora. To w tej chwili, chyba ulubiony wśród żeglarzy lokal w Trzebieży. Zawsze można tam zjeść przyzwoitą zupę rybną i inne specjały z ryb, wypić piwko i sobie przyjemnie pogawędzić. A jest o czym, bo frekwencja na tegorocznych regatach słaba (niespełna 60 jachtów), z resztą podobnie, a właściwie jeszcze gorzej, było na zakończonych niedawno regatach Bakista Cup. Czy to zatem zmierzch regacenia w zachodniopomorskim? Warto byłoby zastanowić się nad przyczynami tej sytuacji. Trudno się zgodzić z jednym z kolegów, który stwierdził, że jemu właściwie nic się nie podoba, tym nie mniej, coś dzieje się nie tak. I nie chodzi o to, że dostałem koszulkę o dwa numery za małą, bo większych nie było. Wszak przypłynęliśmy do Trzebieży przede wszystkim dla zabawy. Przynajmniej tak wszyscy twierdzą przed startem. Przyglądając się jednak napięciu na starcie i gorącym dyskusjom o podziale na klasy, mam jednak poważne wątpliwości co do szczerości tych deklaracji o rozrywkowym charakterze udziału w ERT.
       W zeszłym roku pojawił się nowy organizator. Na pewno uczestnicy zeszłorocznych ERT byli bardzo rozczarowani ofertą w marinach, która z racji okrągłego jubileuszu miała być wyjątkowa, a w zasadzie nic nie był. Porównanie z 49 ERT wypadło bardzo blado. A jak będą wyglądały 51 ERT, to okaże się na koniec. Podwyższone wpisowe na pewno nie wpłynęło dobrze na nastroje. Kolejna sprawa wywołująca gorące dyskusje, jak wspomniałem wyżej,  to podział na grupy i możliwość udziału jednocześnie w dwóch grupach. Pachnie to jakimś cwaniactwem, zgoła nie pasującym do turystycznego charakteru tych regat.


       Pierwszy etap, z Trzebieży do Świnoujścia, zaskoczył stałych bywalców brakiem jakichkolwiek boi zwrotnych. Po prostu minąć linę startu, a później linię mety, nie wpadając po drodze w sieci rybackie, i tyle. Nigdy ten etap nie należał do zbyt skomplikowanych, ale zwykle jedna boja zwrotna była, niekiedy nawet boja rozprowadzająca na starcie. Tym razem nic. Na starcie mieliśmy bardzo słaby wiatr, co nawet było nam na rękę. Niestety pojawiło się i drugie zaskoczenie, tym razem tylko dla nas: boja linii startu na zbyt długiej, a do tego pływającej lince. Byliśmy dobre 2-3 metry od boi gdy spostrzegłem pływającą linę. Przy tym wietrze nie było szans na gwałtowny manewr odejścia od boi. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach lina łaskawie raczyła wcisnąć się w najmniej dogodne miejsce jakie było możliwe, między płetwę sterowa a skega i skutecznie zaciągnęła się w załamaniu na samej górze. Tak oto zostaliśmy uwikłani w linę, długą linę. Moje nurkowanie i próby wypchnięcia liny przez szczelinę między płetwą a skegiem okazały się zupełnie bezowocne. Z jakiegoś powodu lina była cały czas napięta i albo mocowałem się z boją aby ją przepchnąć albo z kadłubem jachtu. W jakimś momencie, gdy na dłuższą chwilę zawisłem na drabince nad wodą aby nieco odetchnąć, zauważyłem, że cały czas pracują żagle … ha! ha! ha! Niestety lina była już tak zaciśnięta, że zluzowanie żagli nic nie dało. W końcu wpadliśmy na pomysł, że trzeba odwiązać tę nieszczęsną linę od boi, rozbuchtować ją i przeciągnąć przez szczelinę. Ponieważ i mocowanie do boi i buchta były tuż przy boi, wszystkie te czynności trzeba było wykonać w wodzie. Samo przeciągnięcie, też nie poszło bezproblemowo, bo pod zbyt ostrym kątem lina nie dawał się wybierać. Musiałem przytrzymywać ją nogami by spłaszczyć kąt i dopiero wtedy dało się ją wyciągnąć. Oczywiście najprostszym rozwiązaniem było odcięcie liny, ale wtedy było ryzyko utraty kotwicy, a tak i boja i kotwica zostały uratowane. Tyle tylko, że cała operacja trwała bardzo długo i gdy w końcu się uwolniliśmy, cała stawka odpłynęła w siną dal. Mimo to udało nam się jeszcze dogonić niektórych rywali i na mecie zameldowaliśmy się na 13 miejscu w stawce 27 jachtów startujących w naszej grupie. Na pamiątkę po tym zdarzeniu pozostanie powiedzenie wymyślone przez Janka: „Wiktor w zalewie”.


       W Świnoujściu jak zwykle nikogo nasze regaty nie interesowały. Ale żeglarze to narodek zaradny i szybko samoorganizujący się. Grupy dyskusyjne tworzyły się spontanicznie. Zaraz też przyszło zaproszenie z Trzeciego od Kaśki na pomidorową z zacierkami. Pyszna zupa. Trochę posiedzieliśmy, trochę pogadaliśmy i powędrowałem dalej ku kolejnej grupce. Ktoś miał nieco porwany żagiel. Utworzyła się grupa wsparcia. W marinie nie ma żaglomistrza, a jednak znalazła się nawet maszyna do szycia i żagiel został przywrócony do życia. A morskie opowieści płynęły szerokim i leniwym strumieniem jak Amazonka u swego ujścia. Np. jak to w dawnych czasach żeglarze zabiegali w czasie odprawy o przychylność i łaskawość wopisty częstując go szklaneczką tradycyjnego polskiego napoju. Po pierwszej szklance przyszła kolej na drugą, której wypicie poprzedzone zostało zawołaniem: no to na drugą nóżkę! Ale gdy szklanka błysnęła dnem, zasmucony wopista powiedział: O cholera! Poszło w tę samą.
       Wyścig na Zatoce Pomorskiej był całkiem ciekawy. Próbowaliśmy nawet walczyć o jak najlepsze miejsce chcąc odrobić straty z pierwszego dnia. Okazało się, że tych naszych starań wystarczyło raptem na trzecie miejsce. Bellatrix i Resnavalis były od nas szybsze. Niestety pogoda była taka sobie. Prognozy zapowiadały opady dopiero około 1700, a tu już o 1300 miała miejsce solidna pompa. Był to pierwszy poważny test zakupionej w zeszłym roku nowej kurtki firmy Regatta. Test niestety został oblany, dosłownie i w przenośni. Dobrze, że na jachcie nie brakowało płynów rozgrzewających, które sobie zaordynowaliśmy natychmiast po powrocie do mariny.


       Niedzielne popołudnie było szare i ponure. Nad mariną snuł się przygnębiający smutek. O 1800 odbyło się ogłoszenie wyników i wręczenie pucharów. W imieniu władz miasta wystąpił dyrektor Ośrodka Sportu i Rekreacji „Wyspiarz”, pan Mariusz Fryska. Czy to już faktycznie koniec Etapowych Regat Turystycznych czy to tylko  pogoda?
       W poniedziałek etap ze Świnoujścia do Dziwnowa. Prognoza pogody: 4-5 B, mniej więcej z zachodu. Pani sędzia tak się przestraszyła tej pogody, że odroczyła start aż do godziny 1500. Słuchając porannych rozmów na kei, z niejakim zdziwieniem stwierdziłem, że tych obawiających się było znacznie więcej. Hmm? W trakcie wyścigu wiatr stopniowo słabł. Jachty startujące nieco wcześniej, KWR-y i ORC dopłynęły do mety normalnie. Dla nas ostatnie metry to była katorga na rozbujanym morzu i bez wiatru. Metę minęliśmy zjeżdżając po falach niczym surferzy.


       W Dziwnowie nie było już dla nas miejsca, ani w nowej marinie ani przy miejskiej kei, gdzie zainstalowano Y-bomy co znacznie zmniejszyło ilość miejsc postojowych. Ale lipa! Czyli, znowu podziwiamy Dziwnów na odległość i nawet nie zwalniając płyniemy dalej, do Kamienia Pomorskiego. Tam zawsze znajdzie się miejsce i gościnni ludzie.
       Wyścig na Zalewie Kamieńskim zawsze jest ciekawy. Trasa biegnie po trójkącie, trochę przeszkadzają sieci rybackie, a i wiatr potrafi płatać figle. Tym razem były znowu ostrzeżenia pogodowe. Pani sędzia ograniczyła wyścig do jednego okrążenia. Jazda była piękna. Kierunek wiatru sprawił, że najdłuższy bok trójkąta był kursem spinakerowym. Jak dla nas, nie była to dobra informacja. Nie było bowiem na Marimbie wielkiego entuzjazmu do stawiania spinakera. Jeszcze w połowie kursu spinakerowego można było zobaczyć jak zbliża się do nas po niebie potężny, granatowy wał. I znowu jachty z grup pomiarowych miały szczęście. Wystartowały o piętnaście minut wcześniej i to wystarczyło by minęły linię mety przed tym co nadciągało. Nas to draństwo dopadło już za ostatnią boją zwrotną. Gnaliśmy na dużej genule, z wyluzowanym grotem. Były dwa uderzenia. Woda lała się jak z węża strażackiego. Nic nie było widać. Boję mety dostrzegliśmy dopiero tuż przed linią mety. Całe szczęście, że Camelot, statek komisji był wystarczająco duży by móc go nieco wcześniej dostrzec. Okazało się, że znowu wpłynęliśmy na metę na trzeciej pozycji. Dwanaście jachtów z 28 w naszej grupie wycofało się z wyścigu. Bezkonkurencyjny ponownie okazał się jacht Bellatrix, to ich regaty.


       Tym razem oprawa regat w Kamieniu Pomorskim zdecydowanie skromniejsza niż w latach poprzednich. Na szczęście, przed uroczystościami poszliśmy na rybkę do rybaka, do smażalni-wędzarni Zubowicz KAM-13. Od lat, jak dla mnie najlepsza ryba w rejonie Zalewu Szczecińskiego. Tym razem oprócz smażonego dorsza wziąłem na próbę ich nowość, marynowanego łososia. Muszę przyznać, że opinie na jego temat były podzielone, ale mi bardzo smakował. A gdyby tak jeszcze do niego małą, bardzo dobrze schłodzoną wódeczkę, to byłoby wyśmienite.
       Głównym wydarzeniem w Kamieniu było nadanie marinie imienia kpt. Zdzisława Michalskiego (1929-1986). Swoją żeglarską przygodę kpt. Michalski rozpoczynał w 1947 roku od rejsu morskiego na „Orliku”. Później pływał na „Generale Zaruskim”. Przez dwanaście lat związany z „Zewem Morza”. Na nim właśnie w latach 1973-1974 odbył rejs dookoła świat, trwający 388 dni. Brał też udział w 1976 roku w Operacji Żagiel. Ceremonii nadano uroczysty charakter. Była żona kapitana, zza wielkiej wody przyjechała córka, przyjechało też wielu znamienitych żeglarzy, ze skromnym jak zwykle kpt Wojtkiem Jacobsonem. To faktycznie było godne uczczenie pamięci wybitnego człowieka, któremu za życia nie raz wiatr wiał w twarz.. Przy okazji pan burmistrz Stanisław Kuryłło wręczył puchary za wyścig na Zalewie Kamieńskim. Największym wzięciem, szczególnie wśród dzieci, cieszył się wielki puchar pełen lodów.

kpt. Wojciech Jacobson
       Przejście z Kamienia do Wolina ma wybitnie turystyczny charakter. Oczywiście nie dotyczy to tych, których maszty sterczą ponad 12,5 m nad wodą. Ci muszą albo płynąć dookoła, przez Bałtyk, Kanał Piastowski i Zalew, albo dokonywać karkołomnej ekwilibrystyki przy przechylaniu jachtu pod mostem koło Wolina. W końcu jednak wszyscy docierają do Wolina. Tu również nowa, śliczna marina. Przede wszystkim jednak bardzo serdeczne przyjęcie. Pan Burmistrz Eugeniusz Jasiewicz i inni przedstawiciele władz lokalnych, pan wicemarszałek województwa, no i nie zastąpiona pani Lucyna. Z każdego zdania pana Burmistrza przebija jego lokalny patriotyzm. Miło jest słuchać tak zaangażowanych ludzi. Zabrakło jednak, również w Wolinie, jakiejkolwiek części artystycznej, na którą zwykle żeglarze wyczekują z dużym zainteresowaniem. I tylko jeden drobiazg niestety wprowadza pewien zgrzyt. Toalety! Jeden pisuar, dwie kabiny. Być może na co dzień jest to ilość wystarczająca, ale nie jak przypływa ok sześćdziesiąt jachtów . Nie ma sensu budowanie wielkich sanitariatów, które byłyby wykorzystywane raz, dwa razy do roku. Ale tylko w Trzebieży wpadli na pomysł by dostawić przenośne toalety. Nie jest to idealne rozwiązanie, ale 3-4 takie przybytki na pewno przydałyby się w czasie regat w każdej marinie do której właśnie zawitała flotylla ERT, no może poza Świnoujściem i Kamieniem pomorskim, gdzie jest nienajgorzej w tej kwestii.
       Największymi trudnościami etapu z Wolina do Nowego Warpna były: dopłynięcie do linii startu bez wejścia na jedną z licznych w tym rejonie mielizn i niezaplątanie się w liczne sieci stojące na trasie wyścigu. Poza tym, tradycyjnie już, żadnego startu na wiatr, żadnej boi rozprowadzającej, żadnej boi zwrotnej. Liczą się tylko parametry jachtu i to aby mu nie przeszkadzać. Znowu dopłynęliśmy na trzecim miejscu. Mimo, że wszystko wydawało się proste, jakoś nam to płynięcie nie szło. Atmosfera na jachcie zgęstniała. To był trudny dzień, do tego im bliżej wieczora tym gorsza pogoda. Wiało, nawet coś pokropiło. Admiralnie, jakoś tak smętnie.
     Marina w Nowym Warpnie nieco się zmieniła. A to za sprawą nowych dzierżawców. Starają się jakoś uporządkować teren, postawili trzy domki kempingowe i niewielką tawernę, w której przez cały wieczór grał muzyk na gitarze klasycznej. Widać, że bardzo by chcieli rozkręcić, tę niezwykłą marinę.  A co jest najsłabszym punktem mariny? Już nawet nie będę pisał, bo każdy to odgadnie bez najmniejszego problemu.


       Mimo nienajlepszej pogody odbyła się uroczystość wręczenia pucharów za zwycięstwo w etapie z udziałem zastępcy burmistrza tego zacnego miasteczka. Otrzymaliśmy skromny poczęstunek oraz po bochenku chleba od miejscowego piekarza.
       Każdy wiatr kiedyś w końcu się wydmucha i zapanuje cisza. Tak też się stało w Nowym Warpnie. Do tej pory pani sędzia straszyła nas silnymi wiatrami, a teraz zbyt słabymi. Rozważała opóźnienie startu w oczekiwaniu na nieco silniejsze podmuchy. Przygotowała propozycję skrócenia trasy. A co przy tym było dyskusji, to wprost trudno opisać. Gwar się zrobił jak w ulu, bo nam zawsze jest źle. W końcu wystartowaliśmy o wyznaczonej porze. Szybko pojawił się komunikat o skróceniu trasy. Wyścig znowu prościutki od startu do mety. Trzeba było tylko uważać na mielizny i sieci rybackie. Nawet nieźle nam wyszedł ten wyścig. Byliśmy dziewiątym jachtem bezwzględnie na mecie. Niestety w naszej grupie tradycyjnie musieliśmy zadowolić się trzecim miejscem. Zupełnie niespodziewanie wygrała w naszej grupie całkowicie niezauważana wcześniej Dallia, czyli stary, poczciwy birdie 24. To był drugi etap w całych regatach, którego nie wygrała Bellatrix. Co gorsza, nagle objawił się nam kolejny poważny konkurent do trzeciego miejsca w generalce. Odniosłem jednak wrażenie, że moi koledzy nie bardzo przejęli się zagrożeniem ze strony Dallii, choć w klasyfikacji dzieliły nas tylko dwa punkty.


      Stepnica, to Stepnica. Tu wciąż można liczyć na huczną imprezę. Pan Burmistrz Andrzej Wyganowski wraz ze swoimi ludźmi zapewniają regatom dobrą oprawę. Jest jarmark różności, są zabawy i konkursy dla dzieci, jest poczęstunek, koncert grupy Tonam & Synowie i DJ prowadzący dyskotekę pod chmurką do późnych godzin nocnych. Wszystko to tworzy atmosferę dobrej wakacyjnej zabawy.
       Ostatni etap, ze Stepnicy do Trzebieży rozgrywany był przy pięknej żeglarskiej pogodzie. Początkowo wiało 4-5 B, później nieco wiatr osłabł, do 3-4 B. Odcinek od startu do boi zwrotnej był z wiatrem. Kto tylko mógł stawiał spinakera. Reszta ustawiała żagle na motyla. Niektórzy próbowali z genakerami, ale to wychodziło jakoś średnio. Tym nie mniej, lepiej niż to co my wymyśliliśmy. Zamiast płynąć na porządnej genule, popłynęliśmy na foku. Chyba dopadła nas pomroczność jasna, lub coś w tym rodzaju. Jakimś cudem zajęliśmy 6 miejsce na 17 jachtów, które wystartowały do ostatniego wyścigu. Nie uratowało nas to jednak od klapy. Ta lekceważona Dallia była 4. Zrównała się zatem z nami punktami, a że miała wygrany jeden wyścig, a my żadnego, to jej przypadło ostatecznie trzecie miejsce w łącznej klasyfikacji. Nie pozostaje nic innego jak szczerze pogratulować Adamowi Bąkowi sukcesu! Co też uczyniłem osobiście wieczorem w restauracji Portowej przy zafundowanym nam poczęstunku. Już dawno tak się nie objadłem kiełbasek z grilla. A to za sprawą kolegów, którzy wcześniej wycofali się z regat. Dostaliśmy po kilka talonów, a każdy talon to solidna porcja kiełbasy, ogórki małosolne, buła i zupka chmielowa bądź napój alternatywny. Można było sobie pobiesiadować do woli. W rezultacie, kiedy zmieniliśmy lokal by świętować imieniny Krzyśka Dąbrowskiego, najzwyczajniej w świecie nie miałem już siły. 

            
       Zakończenie regat odbyło się tradycyjnie w niedzielę na terenie trzebieskiego portu. Znaczna część uczestników przebierała ze zniecierpliwienia nogami, chcąc jak najszybciej wyruszyć w drogę powrotną. W uroczystości wzięli udział prezes OZŻ, pan Zalewski i pan Jagniątkowski, oczywiście burmistrz Polic, pan Władysław Diakun, kapitan portu i jeszcze kilka osób mających znaczenie w naszym żeglarskim światku. Uroczystość rozdania nagród zazwyczaj jest bardzo przyjemna i radosna. Nie inaczej było i tym razem. Pucharów co niemiara, pan burmistrz Diakun ufundował nagrody dla wszystkich dzieci biorących udział w regatach. Niestety nie mogło się obyć bez zwrócenia uwagi na niszczejący po sąsiedzku obiekt PZŻ, niegdyś żeglarska mekka. Trwają jakieś spory prawne i proceduralne a ośrodek popada w kompletną ruinę. Zarówno w oficjalnym wystąpieniu pana Zalewskiego jak i w prywatnych rozmowach było bardzo dużo żalu i złości na decydentów z PZŻ. Wrócił też temat podziału na grupy i startowanie jednocześnie w dwóch grupach.  Niektórzy, startując w dwóch klasach, zgarnęli tyle pucharów, że mieli problem by je upchnąć na jachcie. Janek określił ich wdzięcznym mianem „złomiarzy”.


       No i 51 Etapowe Regaty Turystyczne przeszły do historii. Mam wrażenie, że firma, która od ubiegłego roku zajmuje się ich organizacją, nie sprawdza się zbyt dobrze. Momentami ma się odczucie, że poza sędzią nikt się tymi regatami nie zajmuje. Wieje jakąś smutną pustką. Druga uwaga, to coraz bardziej banalne trasy. Jazda od startu do mety z wiatrem, to zupełnie nie to o co chodzi. Tu nie ma miejsca na pokazanie choćby odrobiny żeglarskiego kunsztu. Czy nie można wyznaczyć na Zalewie 2-3, a może i 4 punktów zwrotnych? Pod koniec regat pani sędzia miała pomysł aby zrobić na Roztoce krótkiego up and dawn’a. W warunkach jakie panowały, tzn krótka trasa na akwenie tak mocno zarośniętym wodorostami, byłoby to zupełne nieporozumienie. Na szczęście pani sędzia dała się przekonać do innego wariantu, całkiem ciekawego, choć nieco krótkiego.
       Trochę grymasiłem? I tam uważam, że Etapowe Regaty Turystyczne to świetna impreza. Żadne inne regaty nie dają takich możliwości połączenia chęci do rywalizacji z piękną turystyką, z radością żeglowania. Jak tylko będę mógł to z wielką ochotą wezmę w nich udział za rok.  

Dzielna załoga Bellatrix 



wtorek, 7 lipca 2015

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.



1.    CINGOV NA START
    
       Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany jest do Rudaw Słowackich. To niezbyt wysokie góry: najwyższy szczyt, Hawrania Skała, ma 1153 m wysokości. Ale ten suchy opis nic nie mówi o licznych atrakcjach dla miłośników wędrówek po górach. Mnóstwo wąwozów urozmaiconych rzekami, bujna roślinność i bardzo duża ilość atrakcyjnych szlaków sprawiają, że kto raz tam zawitał, zawsze z wielkim entuzjazmem powróci w to miejsce. My też tam już byliśmy, więc kiedy pojawił się pomysł po ponownie pojechać do Słowackiego Raju szybko przystąpiliśmy do jego realizacji.
       Na miejsce zakwaterowania wybraliśmy Aqua Spa Ganovce położone ok 5 km od Popradu, które znaleźliśmy przez booking.com. Niewysoka cena, 210 euro za tydzień, za dwie osoby, basen z ciepłą wodą, ładne położenie, do tego wygląda na całkiem nowy.


     
       Podróż minęła nam bardzo szybko. Szczęśliwie nie trafiły się nam żadne korki. Jedyny nieprzyjemny incydent, to to, że nasza ulubiona knajpa w okolicach Bukowiny, Karczma Szymkówka, była akurat nieczynna. Chyba przestanie być ulubioną. Nieco zniesmaczenie pojechaliśmy prosto do Ganovców. Na początek tzw mieszane uczucia. Przyjmowała nas bardzo sympatyczna, uśmiechnięta pani. Tyle, że otoczenie jakieś takie surowe. Zdaje się, że jeszcze nie zaczął się sezon i nie zupełnie są przygotowani na przyjęcie gości, ale ich przyjmują, bo obiekt musi na siebie zarabiać. I prognozy pogody też nie są zachęcające. Idziemy do naszego pokoju. Faktycznie wszystko pachnie nowością, jest czyściutko. Tylko, że wszystko jakby zminiaturyzowane: pokój, szafa, półki. Tym razem zabraliśmy stosunkowo niewiele rzeczy, a i tak trudno było jakoś sensownie się rozlokować. Kabina natryskowa sprawia wrażenie przywiezionej prosto z Chin, tylko przez pomyłkę ktoś zapakował egzemplarz wyprodukowany na potrzeby przeciętnego, malutkiego mieszkańca państwa środka. Ciężko się w niej nawet obrócić. Czyli nie jest źle, ale chyba czegoś innego oczekiwałem, czegoś bardziej kameralnego. Ale przecież najważniejsi są ludzie, a ci tutaj są bardzo mili i bardzo przyjacielscy. No i wisienka na torcie baseny, dwa dla dorosłych i jeden dla dzieci. W jednym z basenów dla dorosłych jest woda o temperaturze 36 oC. Cóż za rozkosz po powrocie z wielogodzinnego szlaku zanurzyć się w bombelkującej ciepłej wodzie.
       Na miejscu nie ma restauracji, więc aby zjeść obiadokolację jedziemy do Popradu. Sobota, godzina około 20, a Poprad prawie nie żyje. Pusto, sennie, na szczęcie kilka lokali jest otwartych. Naszą uwagę zwróciło Bistro pod Vežou. Mały lokalik z bardzo przytulnym wnętrzem, przypominającym nieco luksusowe wagony dawnego Orient Expressu. Wszystko z drewna i powykańczane tkaninami. A całość jakby z CK Austro-Węgier. Kelnerka uśmiechnięta i bardzo energiczna. Zamawiamy zupę czosnkową, zemiakove sulance plnene makom i tvarohove knedlicky a do picia herbata owocowa i Zlaty Bazant. Jedzenie smaczne, w bardzo przystępnych cenach, tylko jakby zalatywało malizną.

       
      W niedzielę rano, pełni zapału, już chwilę po 10 jesteśmy gotowi do wymarszu. Pierwszą wycieczkę po Słowackim Raju rozpoczynamy w Čingowie oddalonym od naszej kwatery o ok 20 km. To już ostatnie dni czerwca, dzieci wczoraj rozpoczęły wakacje, ale jakoś tłoku specjalnego nie ma. Wejście na teren parku wygląda trochę dziwnie. Kiedyś były szlabany i automaty biletowe po których pozostały tylko resztki. Ale przy drodze siedzi sympatyczne, młodziutkie dziewczę przy niewielkim stoliku i się uśmiecha. Okazuje się, że to ona teraz robi za bileterkę, kasjerkę i szlaban. Nie wpadłem na to, żeby zapytać ją o mapy. W Polsce przy każdym wejściu do górskich parków narodowych aż roi się od różnych budek gdzie bez problemu można kupić całą masę różnych wydawnictw turystycznych.  A tu, gdy dojechałem na pustawy parking, okazało się, że nic takiego nie ma. Obok nas była jedynie knajpa i nie pomyślałem aby tam sprawdzić, czy są jakieś mapy. Przeszedłem się więc do pani kasjerki, której stolik znajdował się obok nieczynnej informacji turystycznej. Pani poinformowała mnie, że mapę mogę kupić w knajpie sąsiadującej z nieczynnym biurem informacji turystycznej. Ha!, to i pewnie w tej przy parkingu też były.
     Na parkingu wciąż nie ma zbyt wiele samochodów. Dominują Słowacy, naszych rodaków nie widać. Stosunkowo dużo jest Węgrów.


     Rozpoczynamy żółtym szlakiem w kierunku Tomasovskyego Vyhladu. Początek trasy zupełnie nieciekawy. Taka sobie, nudna leśna ścieżka. Nawet nie można powiedzieć, że górska. Taka dla dam w szpilkach, które mają ochotę na piętnastominutowy spacer po lesie. Jednak takich nie widać, za to zwraca naszą uwagę różnorodność języków, którymi posługują się turyści. Oczywiście z tym niezwykłym węgierskim włącznie. Dosłownie krok za nami idzie mężczyzna z trójką dzieci o dosyć dużej rozpiętości wieku.  W końcu wychodzimy na rozległą łąkę na której znajduje się kamping. Za nim skręcamy w lewo i znowu wchodzimy w las. Tym razem jednak szybko robi się ciekawie. Szlak dochodzi do Hornadu. Już sama obecność wody sprawia, że szlak nabiera uroku. Woda tworzy niezwykły klimat, uspokaja, roztacza nimb tajemniczości. To jednak nie koniec atrakcji. Pojawiają się skalne punkty widokowe, z których można podziwiać malownicze pejzaże Słowackiego Raju. Mimo, że nie ma tłumów na szlakach, to tu jednak jest gromadka wędrowców z rozdziawionymi ustami. Co ciekawe, Słowacy, mimo że włożyli bardzo dużo pracy w przygotowanie szlaków na terenie Słowackiego Raju, to w tych punktach widokowych nie poinstalowali żadnych barierek ochronnych. Robi to niesamowite wrażenie. Niektórzy podchodzą do skraju urwiska na czworaka, inni wręcz się podczołgują. Zresztą, przy wejściu do ścisłego rezerwatu, jest stosowna tabliczka informująca o tym, że oto wchodzisz człowieku do rezerwatu i robisz to na własne ryzyko. Spadające skały, czy walące się drzewa to tylko i wyłącznie twój problem. Bardzo mi się podoba takie podejście do sprawy. Wszystko jest dla ludzi, ale każdy jest odpowiedzialny za to co robi.


       Co chwilę mijamy się z zauważoną wcześniej  rodziną węgierską. Na kolejnym punkcie widokowym robię im zdjęcie jak się zakradają do skraju urwiska. Później podchodzę do pana i pytam o adres e-mailowy, bo chciałbym mu wysłać zrobione fotki. Wywiązuje się nawet krótka rozmowa, niestety nie po węgiersku, bo naukę tego języka zostawiłem sobie na następny tydzień.  


       Za Tomasovskim Vyhladem zielonym szlakiem dochodzimy do Hornatu i dolej niebieskim szlakiem wzdłuż rzeki do Letanovskiego Mlyna.  Wg mapy to krótki odcinek, który ma nam zająć 45 minut. Oczywiście w naszym wydaniu nie ma mowy o takim pędzie. Nie przyjechaliśmy tu na wyścigi, a dla podziwiania piękna natury. Poza tym jako ludziom statecznym nawet nie wypada nam tak biegać. Na tym odcinku jest to, z czego m.in. słynie Słowacki Raj: stupački, małe podesty przymocowane do skał wiszących nad rzeką, tworzące niezwykłą ścieżkę. Trzeba dobrze trzymać się łańcuchów, bo gdy się patrzy w dół to faktycznie może zakręcić się w głowie. Czasami wręcz trzeba trzymać się łańcuchów i odchylać tułów na zewnątrz, bo wystające fragmenty skał uniemożliwiają poruszanie się w pozycji pionowej. Najgorzej mają ci z wydatnymi mięśniami piwnymi, ci to dopiero muszą się odchylać.


     Przy Letanowskim Mlynie zamierzamy skręcić w lewo na czerwony szlak w kierunku Klastoriska, ale najpierw przechodzimy przez most na Hornadzie i idziemy 200 metrów niebieskim szlakiem by dojść do jednego z bardzo nielicznych punktów gastronomicznych na terenie Słowackiego Raju. Maleńki bufet, gdzie można napić się piwa, herbaty lub czegoś innego. Można też zjeść: orzeszki, batony i 7 days’y. Raczej skromnie, ale jest okazja sobie usiąść, odpocząć, porozmyślać. Pewnie w Polsce w takiej budce byłaby cała masa różnych dań na gorąco.


       Wracamy na nasz szlak. Trzeba przyznać, że od ostatniego naszego pobytu w Słowacji oznakowanie szlaków bardzo się poprawiło. Początkowo ścieżka idzie stromo w górę. W miarę podchodzenia coraz wyżej, mamy przed sobą coraz ciekawsze panoramy. W pewnym momencie stwierdzam, że po pokonaniu stosunkowo krótkiego odcinka drogi znaleźliśmy się na całkiem dużej wysokości, więc pewnie niebawem nastąpi wypłaszczenie. Bardzo tego już pragnęliśmy, pot spływał mi po plecach strumieniami. No ale moje pragnienia to jedno, a rzeczywistość to zupełnie inna sprawa. Jak się okazało to była dopiero połowa wspinaczki. W końcu nasza ścieżka doprowadziła nas do leśnej drogi, która faktycznie była już bardzo przyjazna. I niebawem ujrzeliśmy hatę Klastorisko, coś w rodzaju schroniska. Planując odwiedziny w Klastorisku trzeba pamiętać, że nie jesteśmy w Polsce. W ciągu tygodnia obiekt pracuje tylko do szesnastej, jedynie w soboty i niedziele do osiemnastej. W ofercie mają kilka całkiem smacznych, typowo słowackich dań, po przystępnych cenach. Miła, uśmiechnięta obsługa, bardzo sprawnie obsługuje znużonych wędrowców. Jedynym słabym, bardzo słabym, a właściwie beznadziejnym punktem Klastoriska są toalety. Korzystając z dobrej pogody ludziska pousadawiali się na sporym tarasie, z którego rozpościera się ładny widok na okolicę. Wśród gości przeważają miejscowi i Węgrzy, ale też spotykamy trzech panów z Polski. Parę minut po nas dociera też nasza „zaprzyjaźniona” rodzina węgierska, która szła inną trasą niż my. Znowu wymieniamy kilka zdań i ruszamy w drogę.


       Przed nami ostatni odcinek trasy: Klastorisko – Cingov, niebieskim szlakiem. To podobno tylko półtorej godziny. Początkowo idziemy bardzo przyjemną ścieżką wzdłuż grzbietu wzniesienia. Ładne widoki, piękna soczysta zieleń, mnóstwo kolorowych kwiatów. Jednym słowem: przeuroczo. Niestety, nie trwało to zbyt  długo. W pewnym momencie rozpoczęło się ostre zejście. Tu już ścieżka była z rodzaju tych, mniej więcej. Mniej ścieżki, więcej przypadkowych zejść. Pod nogami mnóstwo niewielkich kamieni, po których być może dobrze by się zjeżdżało, gdy nie było tak stromo, a ścieżka nie miała tylu zakrętów. To takie zejście na dobicie. A jednak udaje nam się zejść w całości. Przed nami mostek nad Białym Potokiem i nagroda za minione trudy, niezwykły kanion który można podziwiać z mostu. Żałuję tylko, że są tak fatalne warunki do robienia zdjęć.
       Znowu wróciliśmy do Hornadu. Tym razem idziemy po jego południowej stronie. Droga bardzo relaksowa, a i świadomość, że do Cingova już blisko trochę pomaga przy wydobywaniu resztek sił. W pewnym momencie słyszymy, że nie jesteśmy ostatni na szlaku. Jeszcze idzie ktoś za nami. Kto? Nasza „zaprzyjaźniona” rodzina węgierska. Więc znowu rozmawiamy przez chwilę i na koniec rozmowy propoujemy aby poszli przodem, ale Gyorgy, głowa rodziny, mówi, że oni też już są mocno zmęczeni i wcale nie chcą iść szybciej. Wracamy więc razem. Okazuje się, że co najmniej kilka spraw nas łączy. Przede wszystkim zamiłowanie do żeglarstwa. I tak sobie gawędząc, nawet nie zauważyliśmy jak na chwilę zniknęło gdzieś zmęczenie, dotarliśmy na parking. Nasze samochody stały tuż obok siebie.



2.    SUCHA BELA
       Kiedy pada, pada i jeszcze mocniej pada, chodzenie po górach czy też zwiedzanie miejscowości jest nieco utrudnione. Mimo to, my niepoprawni optymiści, wyruszyliśmy do Lewoczy. Zajechaliśmy z fasonem na plac Mistrza Pawła, gdzie bez większego problemu udało nam się zaparkować przy samym kościele św. Jakuba. I … czekaliśmy w samochodzie aż nieco zelży ulewa aby kupić bilet parkingowy. Kiedy to się stało wyruszyłem na poszukiwanie parkingowego. Chwilę mi to zajęło i w rezultacie wróciłem do samochodu mocno zmoczony. I znowu nadciągnęła mocniej wypasiona chmura, która obdarowała nas kolejną rzęsistą ulewą. Gdy już nasz Jumpy został porządnie umyty, ostrożnie wysunęliśmy się z niego i szybkim, zdecydowanym marszem udaliśmy się do najbliższej restauracji: „U Leva”.
       Restauracja „U Leva” bardzo nam przypadła do gustu. Piękne, zadbane zabytkowe wnętrze, dobra obsługa i co najważniejsze, smaczne jedzenie. Na powitanie pasta z bryndzy z mieloną czerwoną papryką. Tylko dlaczego bułka podana do tego była czerstwa? Żeby choćby ją opiekli w tosterze, byłoby znakomicie. Bardzo przyzwoita była skremowana pomidorowa. Równie dobra była pierś z kurczaka nadziewana brokułem i serem w sosie śmietanowym. Natomiast zupełnie zaskakująca była sałatka Cesar. Większość lokali w Polsce serwuje takie danie, więc zamawialiśmy je mając w głowie pewne wyobrażenie na ten temat. Tymczasem to co zobaczyliśmy to całkowicie nowa wersja tej sałatki. Duże, niepokrojone liście sałaty, odrobina pomidorów, na tym jajko sadzone i dwie, powiedzmy tortille, z nadzieniem z pieczonego kurczaka i zieleniny. Całkiem smaczne, choć w zestawieniu z pozostałymi daniami, chyba jednak najsłabsza propozycja. Wciąż, mimo zachodzących zmian, zdaje się, że Słowacy nie czują warzyw. To dla nich zupełnie przypadkowy i niepotrzebny dodatek. Zatem temperatura naszych wrażeń nieco się obniżyła, ale jak nam zaserwowano deser, czyli zavin visnovo-makovy, to hej! Byliśmy ugotowani. Z espresso, to po prostu pychota.


       Siedzieliśmy tak sobie „U Leva”, za oknem ulewa, co tu robić? Zaczęliśmy przemyśliwać o powrocie. Zajechaliśmy jeszcze po małe zakupy. W tym czasie deszcz nieco zelżał, więc wróciliśmy na Plac Mistrza Jana. Liczyłem, że uda się obejrzeć kościół św. Jakuba i nieco pospacerować po urokliwych uliczkach zabytkowego centrum, wpisanego na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Niestety, z niewiadomych przyczyn kościół był już zamknięty, a tam u góry znowu ktoś mocniej odkręcił kran. Przeszliśmy więc do Spiskiego Muzeum w Lewoczy, mieszczącego się w okazałym budynku dawnego ratusza. Jak się szybko okazało było to bardzo dobre pocieszenie. Ciekawa ekspozycja stała, bardzo sympatyczny przewodnik, który choć nie mówił po polsku, starał się mówić na tyle wolno i wyraźnie, że udało nam się całkiem sporo zrozumieć. I do tego dwie interesujące ekspozycje czasowe. Jedna to niewielkie obrazki malowane akwarelą i wsparte kreską. Druga to fotografia na szkle, składająca się z dwóch części: fotografie czarno-białe i fotografie barwne. Szczególnie te czarno-białe zimowe fotografie robiły niesamowite wrażenie. Tak skromne środki, i odpowiednie oświetlenie, a ileż nastroju. Niesamowite!


       Nawet najdłuższe ulewy kiedyś się kończą. Jak nie tego dnia, to następnego, albo jeszcze następne. Kiedyś tak padało przez 40 dni, ale w końcu przestało. I nad Słowackim Rajem też wyjrzało Słońce więc mogliśmy wyruszyć na kolejny szlak. Tym razem jedziemy do Podlesok i ruszamy na Suchą Belę. Wbrew swojej nazwie, ta Bela wcale taka sucha nie jest. Praktycznie od samego początku wchodzi się do koryta górskiego potoku i trzeba kombinować jak tu się jak najmniej utytłać. Trzeba więc skakać z kamienia na kamień, przeskakiwać z kłody na kłodę, wybierać bardziej suchy brzeg. Wreszcie koryto potoku na tyle się zwęża, że raczej trudno byłoby iść bez woderów. Ale na ratunek przychodzą nam specjalnie przygotowane kładki z drewna. Oczywiście w tych warunkach one również nie są zbyt suche, więc trzeba stawiać kroki z dużą ostrożnością. W każdej chwili można zsunąć się piętro niżej i wylądować w wodzie. Kiedy już jako tako się oswajamy ze śliskimi drewnianymi kładkami i brodzeniem w wodzie dochodzimy do Misovych Vodopadów


       Kapitalne miejsce, gdzie woda spada z wysokości kilku pięter w ciasnej skalnej szczelinie. Tuż przy wodospadzie zamontowano kilka odcinków niemal pionowych drabinek. Ależ radocha ze wspinania się po czymś takim.


       A później znowu drewniane kładki i kluczenie po dnie koryta strumienia, by dojść do kolejnego wodospadu. Tym razem wspinamy się po drabinach i metalowych podestach. Świetnej zabawy ciąg dalszy.


       I jeszcze parę kładek i nagle strumień znika. Ścieżka się poszerza, wkrótce dochodzi do asfaltowej drogi i to już koniec odcinka o nazwie Sucha Bela. Jego przejście zajęło nam ok. 2,5 godziny. Pewnie bardziej zaprawieni górołazi pokonaliby znacznie szybciej, ale gdzie tu się spieszyć? Ludzie, toż to jeden z bardziej atrakcyjnych szlaków jakie może sobie turysta wędrowiec wymyślić.
       Czas na krótki odpoczynek. U zbiegu szlaków i dróg jest polana na wypłaszeniu. Stoją dwa toi-toje, jedna budka ze stołem i ławami, kilka pojemników na śmiecie i parę porozrzucanych w różnych miejscach ławek. Fajne miejsce na odpoczynek, na nabranie sił do dalszej wędrówki i na chwilę refleksji. Gdyby tylko jeszcze bracia Słowacy częściej serwisowali te toi-toje. Woń jaką roztaczają w promieniu kilku metrów jest dosłownie powalająca. Niestety, niektórzy po prostu muszą z nich korzystać. Ale, nie brakowało w nich wody. 
       Po zjedzeniu zabranych ze sobą bomb energetycznych, ruszamy dalej. Najpierw ok 20 minut żółtym szlakiem, który prowadzi drogą, później odbijamy w lewo na szlak czerwony. Początkowo idzie się dosyć wygodną drogą. Tyle, że droga wije się zamaszystymi zakolami więc pojawiają się skróty. Szczególnie pierwsze dwa są dosyć karkołomne. Tylko korzenie drzew utrzymują ziemię w miejscu i dają jakieś oparcie stopom. Na ale skoro wdrapywaliśmy się przez dwie godziny do góry, to kiedyś trzeba będzie zejść. Nie da się tego zrobić idąc cały czas po płaskim. Nie ma co jednak narzekać kolejne odcinki mijają szybko i przyjemnie. Jest coraz słoneczniej, robi się gęsto od owadów, więc mam okazję porobić trochę zdjęć makro. Jest tu kilka gatunków motyli. Są bardzo płochliwe, ale coś tam udaje się złapać. Robiąc kolejne zdjęcia nawet nie zauważam kiedy kończy się szlak i jesteśmy na dole.


       W Podlesoku jest całkiem niezła infrastruktura turystyczna, w tym oczywiście różne jadłodajnie. My wybieramy Restaurację Rumanka. Posiada ona bardzo ładny taras, a że pogoda poprawia się z godziny na godziny, bardzo chętnie zasiadamy w wygodnych krzesłach na tymże tarasie. Menu jest niczego sobie. Wybieram czosnkową a Ula krem z brokułów. O krem jest zaledwie poprawny, to czosnkowa jest wyśmienita. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz jadłem tak dobrą. Na drugie danie Ula wybiera strapačky s kyslou kapustou a jak zapiekaną golonkę. Tym razem to Uli wybór był lepszy. Strapačky były bardzo dobre, natomiast golonka przyzwoita ale bez szału. Jak na mój gust odrobinę za twarda. W kwestii deseru pełna jednomyślność. Wybieramy odkrycie tego wyjazdu czyli zavin (strudel) visnovo-makowy i espresso. Tu zavin jest jeszcze lepszy. Po takiej wycieczce i takim obiedzie ogarnia nas totalny błogostan. Ponieważ krzesła są bardzo wygodne trudno się zebrać do powrotu. W końcu jakoś się to udaje.
       Docieramy do naszego Aqua Spa Ganove a tu czeka na nas jeszcze jedna ogromna frajda: kąpiel w basenie termalnym z bąbelkami. To był naprawdę piękny dzień.               


3.    VELKY SOKOL
       Velky Sokol to główny punkt trzeciego dnia wędrówek po Słowackim Raju. Nauczeni doświadczeniem, doskonale zdajemy sobie sprawę ze znaczenia każdej dodatkowej godziny wędrówki, szczególnie wtedy gdy ma się już za sobą kilka godzin na nogach. W związku z tym chcemy dojechać do początku naszego szlaku w miejscu zwanym Sokal. Droga jest, tyle, że nie ma gdzie zaparkować. Trzeba cofnąć się do Pile, gdzie jest regularne wejście do Parku Narodowego Słowacki Raj. Jest wejście, jest parking, są dwie knajpki. Wszystko gra, tyle że to już jest dodatkowe 30-40 minut wędrówki. Skoro jednak chcemy „zaliczyć” Velki Sokol, to nie ma innego wyjścia.


       Idziemy zielonym szlakiem do Sokol. Przyjemny spacerek. Po niespełna pół godzinie wchodzimy na szlak żółty prowadzący wzdłuż strumienia Sokol. To nie jest dobry szlak na niedzielne, poobiednie spacery z rodziną. Około trzech godzin intensywnego wędrowania przy ciągle napiętej uwadze. Najpierw jest próba wody. Szlak co chwilę przechodzi z jednej strony potoku na drugą. Przeważnie nie ma żadnych kładek. Trzeba przeskakiwać po kamieniach lub brodzić w wodzie. Niektóre kamienie są stabilne, inne tak nie do końca.


       Stopniowo robi się coraz ciemniej. Nie, to nie z powodu zapadających ciemności. To po prostu wąwóz robi się coraz głębszy, do tego mocno porośnięty wszelaką roślinnością. A na dnie wąwozu przybywa wiatrołomów, głazów które spadły z góry i połamanych elementów konstrukcji stanowiących wyposażenie szlaku. Krajobraz staje się zupełnie dziki i niesamowity. Trzeba uważać na każdy stawiany krok. Czasami szlak prowadzi po zwalonym pniu drzewa, z lekka tylko obrobionym przez pracowników parku narodowego.


       Wkraczamy w kanion Velky Sokol. Po obu stronach mamy ogromne, pionowe skały. Przybywa też różnych „drabinek”, czyli konstrukcji, po których się chodzi. Często są kładki, czy jakieś mostki, ale bez możliwości podparcia. Czujemy się jak na równoważni, dla uatrakcyjnienia, mokrej i śliskiej. I pojawiają się Kamenne Vrata. I wreszcie prawdziwa drabina, ładnie pomalowana na zielona i długa niczym schody do nieba.


       Kolejne liczne konstrukcje, mające pomóc przejść przez tę dzicz. Kolejne drabinki. Wodospady. Coś niesamowitego. Człowiek czuje się jakby przemierzał pierwotną puszczę. Tak, to, zdecydowanie najtrudniejszy szlak, spośród tych które przemierzyliśmy w Słowackim Raju. Należy mu się duży respekt.


      W końcu wychodzimy na Glacką Cestę. Koniec żółtego szlaku, koniec Velkiego Sokola. Szlak przez Velky Sokol jest jednym ze szlakow jednokierunkowych. Żeby jednak nie kusiło jakiegoś narwańca przemierzenie go w odwrotną stronę, znaki końcowe są tak  umieszczone, że nie widać ich ze szlaku czerwonego, do którego się dochodzi idąc Velkym Sokolem. Czerwonym szlakiem schodzimy aż do Palc, gdzie robimy przesiadkę na żółty, którym docieramy do Pila. Tego dnia wędrówkę kończymy w Chacie Piecky. Wprawdzie jest tam napis „restauracia”, ale jest to tylko bar, porządny bar. Można tam dobrze przekąsić i ewentualnie napić się prawdziwego Budweisera, a nie jego cienką amerykańską namiastkę.


       Do Aqua Spa Ganove wracamy wykończeni. Zanim doczłapaliśmy się do pokoju, zanim się wykąpaliśmy, było już dobrze po dziewiętnastej i nasz ulubiony basen z ciepłą wodą został już zakryty na noc. Okazało się, że nie ma najmniejszego problemu, żeby go jednak odkryć. Mało tego pan właściciel specjalnie dla nas dwojga uruchomił bąbelki. Kochani ludzie.   

4. PIECKY
       Piękny słoneczny poranek wręcz zachęca do kolejnych wędrówek po szlakach Słowackiego Raju. Gdy przyjeżdżamy na parking w osadzie Pila, jest na nim jeszcze pustawo. Ale tuż za nami przyjeżdżają, dosłownie jeden za drugim, trzy samochody z polskimi rejestracjami: krakowską, katowicką i pabianicką. Dwie rodziny z małymi dziećmi i para młodych ludzi. Z rodziną z Krakowa zamieniamy kilka słów na parkingu, z rodziną z Łodzi będziemy spotykali się kilkakrotnie na szlaku. Bardzo to miłe spotkać rodaków na trasie turystycznych szlaków i przyjacielsko sobie z nimi pogawędzić. To taki inny wizerunek Polaków, niż ten najczęściej spotykany w mediach. Sympatyczni, ciekawi świata ludzie, do tego próbujący zaszczepić to samo dzieciom.


     Idziemy wzdłuż potoku Pilanka żółtym szlakiem. Bardzo przyjemny szlak, taki relaksacyjny. Wody jest niewiele, więc długimi fragmentami można iść dosłownie wzdłuż koryta. Zaraz na początku jest jedna drewniana kładka drabiniasta, ale to raczej dla wprawy, by turyści mogli się oswoić w przyjaznych okolicznościach, z czymś, czego na tym szlaku będzie bardzo dużo. Przemierzamy Stredne Piecky. Stopniowo wąwóz staje się coraz głębszy. A że nie jest zbyt szeroki, czasami trzeba pobrodzić w wodzie. Ale któż nie lubi takiego delikatnego taplania się. Sama przyjemność.
       W pewnym momencie, po prawej stronie widzimy rozgałęzienie wąwozu, to Zadne Piecky. Nieco węższa odnoga głównego wąwozu wygląda bardzo tajemniczo. Aż korci aby nieco zejść ze szlaku i sprawdzić co też tam jest. Bo tam na pewno jest ciekawiej niż na szlaku. Udało się jednak powstrzymać i w rezultacie nie wiem co tam jest, ale nie ma czego żałować. Lekko skręcamy w prawo i naszym oczom ukazuje się Velky Vodopad i obok niego niesamowita drabinka. Niesamowita bo bardzo długa i pionowa. No właśnie to jest to miejsce na szlaku Piecky, gdzie niejeden turysta stwierdza, że zapomniał wyłączyć na kwaterze żelazka i musi natychmiast wracać. Zdarza się, że niektórzy wejdą kilka stopni, spojrzą w górę, spojrzą w dół, i stwierdzą, że coś im się pokręciło, że oni zamierzali iść zupełnie gdzieś indziej. Takie coś przytrafiło się pani przed nami. No cóż, błądzenie ludzka rzecz, tym bardziej w lesie w górach. Kiedy się jednak wejdzie do góry i spojrzy w dół, to człowiek się zastanawia, czy faktycznie ma wszystko dobrze poukładane pod kopułą. Ten widok zapiera dech.


       Po wejściu na górę Wielkiego Wodospadu wchodzi się na niekończące się kolejne kładki drewniane. Zupełnie niesamowite. Czasami leżą zupełnie poziomo, czasami wznoszą się stromo do góry. Czasami są łańcuchy aby się przytrzymać, czasami ich nie ma. A wszystko już w zupełnie wąskim wąwozie. Fantastyczne przeżycia. A tu jeszcze jedno odgałęzienie, tym razem w lewo: Predne Piecky, też kuszą tajemniczością. Ale teraz już wiemy, że trzeba podążać przed siebie. Nagroda pojawia się szybko w postaci Terasovego Vodopadu i kolejnych drabinek. O ile te poprzednie na pierwszy rzut oka wyglądały solidnie, to te niekoniecznie. Jakieś takie zardzewiałe, a i mocowania niezupełnie stabilne. Te drabinki są zdecydowanie bardziej pochylone, może jakieś 40o, tak jakoś dziwacznie. Kto miał jednak odpaść, to odpadł już przy poprzednich drabinkach. Dalej znowu jakaś kładeczka i stupaczki, ale tak w umiarkowanej ilości. Idziemy sobie dosyć relaksowo dołem wąwozu, ale spokonie. Proszę Państwa, proszę się nie martwić, za chwile pojawiają się kładeczki i to w dużej ilości. Można się nimi nacieszyć do woli.




       I tak oto dochodzimy do końca Piecków. Można tylko głęboko westchnąć. Fantastyczny szlak. Nie tak dziki jak Wielki Sokol ale też dostarczający niezwykłych wrażeń. To jedno z tych miejsc, dla których koniecznie trzeba przyjechać do Słowackiego Raju. Na koniec tego szlaku są resztki, niegdyś bardzo okazałego drzewa, na którym namalowany jest kolejny znaczek żółtego szlaku. Ale uwaga, tu żółty szlak rozchodzi się w dwie strony. Lepiej widoczna jest ścieżka biegnąca w lewo. Tymczasem na niewielkim drzewku za resztkami okazałego drzewo też jest znaczek, pokazujący, że trzeba iść ostro w górę, w krzaki. Łatwo to przeoczyć, a właśnie tędy prowadzi droga powrotna do Pile.



       Jeżeli ktoś liczył, że po wyjściu z Piecków będzie tylko „lajtowy” spacerek na dół, to mocno się przeliczył. Bo teraz wchodzimy na szlak zielony, który wspina się ostro w górę, aż do  Sucha Bela vrchol. Na tym odcinku serce po prostu chce wyskoczyć przez gardło. Na szczęście ten odcinek nie jest długi i jakimś cudem udaje nam się przeżyć. I wychodzimy na szlak niebieski. Pojawiają się cudowne wielobarwne  górskie łąki, które przy takiej dobrej pogodzie wprost kipią życiem. Zakładam na mojego D750 obiektyw do zdjęć makro Nikkor 60 i rozpoczynam łowy. Stwarza to poważne niebezpieczeństwo zatracenia się w czasie. Te małe skubance nie zawsze chcą zgodnie współpracować i trzeba się nieźle natrudzić, by zrobić udane zdjęcie. I jeszcze raz, i jeszcze raz … No cóż trzeba sobie stanowczo powiedzieć: koniec. Mijamy kolejno Glac Mala Polana i Mala Polana skąd podążamy czerwonym szlakiem aż do rozstaju Palc, gdzie wkraczamy na szlak żółty, którym schodzimy do Pila.



       Tym razem nie zatrzymujemy się w Chacie Piecky, lecz przenosimy się do Podlesoka do restauracji Rumanka, która nam zdecydowanie bardziej przypadła do gustu. I tym razem również nie spotkał nas zawód. Jedzenie było pyszne. Dobre jedzenie w zacnych ilościach nałożone na solidne zmęczenie fizyczne sprawiło, że nie mogliśmy podnieść się z krzeseł. A do tego jeszcze Słońce tak przyjemnie grzało. Mieliśmy jednak bardzo silną motywację, by w końcu się podnieść: nasze Aqua Spa Ganovce. Z każdym dniem coraz bardziej je lubimy i coraz bardziej lubimy przesympatycznych i bardzo uczynnych właścicieli. Kolejny powrót i kolejna kąpiel w basenach. Tym razem zaczynamy od rekreacyjne, gdzie można nieco popływać, by po chwili przenieść się do wielkiej wanny z bąbelkami. O dolce vita!

5. PRZEŁOM HORNADU
       Na koniec wracamy nad Hornat, tyle że z drugiej strony.  Tym razem nie od Čingova, a od strony Podlesoka. Gdy tylko zbliżaliśmy się do Podlesoka od razu było widać, że coś się zmieniło w stosunku do poprzednich dni. Na pewno zmieniła się pogoda, mieliśmy piękny, prawdziwie letni dzień. Ale to co zwróciło moją uwagę, to znacznie większa ilość samochodów na parkingu. Wjeżdżały dosłownie jeden za drugim. Bilety do parku i na parking już się kupowało osobno. Jedna osoba na parkingu sprzedawała bilety, druga ustawiała wjeżdżające samochodu. Znaczy się, sezon zaczął się na dobre, pora wracać do domu.


       Rozpoczęcie trasy Przełomu Hornadu od strony Podlesoka, ma tę podstawową zaletę, że daje wyjątkowo wiele różnych możliwości kontynuacji. Sam szlak jest bardzo malowniczy. Idzie się wąską ścieżką wzdłuż Hornatu. To po jednej stronie, to po drugiej. Co chwilę pokonujemy kolejne stupaczki. Niektóre robią spore wrażenie, gdy wisi się bezpośrednio nad wodą. Fakt, że szlak cały czas prowadzi wzdłuż rzeki dodaje mu specjalnego uroku. Szum wody tworzy szczególne tło.


       Dochodzimy do Klastorskiej Rokliny i tu następuje wielka pomyłka. Planowałem iść szlakiem zielonym nafaszerowanym kolejnymi kładkami, stopniami itp. konstrukcjami, a z bliżej mi niewiadomych powodów poszliśmy żółtym. Ona co prawda prowadzą do miejsca gdzie chciałem się znaleźć, tzn. do Klastoriska, ale to zupełnie nie to. I nie ma co dorabiać legend pt. że żółty szlak jest krótszy o piętnaście minut. Po prostu walnąłem babola. A tego żółtego szlaku nie polecam ani do wchodzenia, ani do schodzenia z Klasztoriska. Przy podchodzeniu pierwsze ok. 30 minut to prawdziwa katorga. Bardzo strome podejście po bardzo nieprzyjemnym, kamiennym podłożu, po którym co najwyżej można by zjeżdżać. Mroczki w oczak, serce walące z prędkością młota pneumatycznego i płuca podczepione na agrafkach. Później nachylenie stoku zdecydowanie się zmniejsza, ale wciąż jest stale pod górę. To jest w przybliżeniu podejście żółtym szlakiem z Klastorskiej Rokliny do Klasztoriska. Dla tego kiedy w końcu ukazują się ruiny klasztoru kartuzów, oddychamy z wielką ulgą. A tak przy okazji, to właśnie kartuzom, którzy sprowadzili się w to miejsce na początku XIV wieku, zawdzięczamy nazwę Słowacki Raj. W myśl reguły tego zakonu, raj stanowi przedsionek nieba, a każde miejsce gdzie stawiano klasztor nazywano rajem.


       W końcu udaje nam się zasiąść w schronisku Klasztorisko. Jakoś wyjątkowo ciężko nam dzisiaj się wędruje. Jakoś tak jest, że im człowiek nabywa więcej doświadczenia życiowego, tym ciężej mu się chodzi bo przecież trzeba taszczyć cały ten bagaż doświadczeń ze sobą. Nie można go zostawić w hotelu, czy przy wejściu na szlak. Wobec tego nie będziemy przedłużać dzisiejszej wędrówki i obieramy kierunek na Podlesok. Wybieramy szlak zielony, z którego później przechodzimy na żółty a następnie na czerwony. Bardzo przyjemna spacerowa trasa. W sporej części będąca równocześnie fragmentem cyklostrady, których Słowacy powytyczali niemałą ilość. Nawet na Klasztorisku można wypożyczyć rower aby tylko zjechać na dół. Jakimś dziwnym trafem, szlak który sobie obraliśmy jako drogę powrotną,  wyprowadza nas prosto na Rumankę. I tak oto powstała szybciutko nowa świecka tradycja, kończenie wędrówki po górach w Rumance.


       Wracamy do Aqua Spa Ganove. Dzień jest wyjątkowo piękny. Dużo gości w spa, a nasi gospodarze uwijają się jak co dzień, a nawet bardziej, bo pod wieczór nastąpiła awaria wodociągu. Okazało się, że jest możliwość awaryjnego przełączenia zasilania w wodę z własnego ujęcia. A my po kąpielach zaczynamy się pakować. Dużo jeszcze szlaków zostało w Słowackim Raju, którymi nie mieliśmy okazji się przejść. Zdaje się, że nie będzie innego wyjścia tylko przyjechać tu jeszcze raz.




wtorek, 16 czerwca 2015

IV REGATY STEPNICA

       


       Stepnica to miejsce lubiane przez żeglarzy. Bo i jak mogłoby być inaczej. Każda wizyta żeglarzy to okazja do szampańskiej (no, może piwnej) zabawy, odbywa się barwny jarmark, niczym dawne odpusty, są koncerty z muzyką z najróżniejszych zakamarków muzycznego świata. Gdy więc Marek zaproponował udział w IV Regatach Stepnica, nie wahałem się ani chwili, tym bardziej, że jakoś nie mieliśmy jeszcze w tym roku okazji do pożeglowania, ani tym bardziej do poregacenia się, a to już połowa czerwca.
       Piętnaście mil z przystani JK AZS do Stepnicy to zazwyczaj bardzo przyjemna wycieczka. Tak też, prawie, było i tym razem. Wystartowaliśmy ok 1700, więc należało przemieszczać się w miarę energicznie. Tymczasem Eol uwziął się na nas i bez przerwy wiało nam prosto w nos. Aby dotrzeć do Stepnicy zanim Helios zakończy swoją codzienną wędrówkę nie mogliśmy pozwolić sobie na halsówkę i chcąc, nie chcąc, musieliśmy zaprząc do roboty nasze niewielkie stadko koników mechanicznych. I w ten sposób dopłynęliśmy około 2200 do Stepnicy. Po odstawieniu kataryny, jeszcze przez dobry kwadrans szumiało mi w głowie.


      A w marinie raptem parę jachtów. Czy to fakt, że akurat równolegle odbywał się w Szczecinie organizowany z wielkim rozmachem finał Baltic Tall Ships Regatta 2015, czy też jedynie kolejne potwierdzenie, że miłośników turystycznego regacenia się jest coraz mniej, ale wyglądało to smutnie. Co prawda nową marinę oddano do użytku już w zeszłym roku, ale nie miałem jeszcze okazji w niej cumować. W czasie zeszłorocznych Etapowych Regat Turystycznych, które dla mnie skończyły się właśnie w Stepnicy, cumowaliśmy w Kanale Młyńskim. Tak więc z dużym zainteresowaniem przyglądałem się podejściu i samej marinie. Najpierw kardynalki, których na roztoce jest cztery. I nie są one ustawione dla ozdoby. Oj nie, nie. Miałem okazję zobaczyć jak dla kilku kolegów kończyło się zlekceważenie tych dwóch ostatnich, tuż przed portem. Na szczęście dno w tym miejscu jest piaszczyste i wszystko sprowadzało się do lekkiego przetarcia dna. Choć jeden z jachtów, ponad trzydziestostopowy beneteau first, który nieco za bardzo się śpieszył, całkiem efektownie podrzucił kuperek do góry, ale i jemu udało się bezpiecznie wycofać.


       Po przejściu między kardynalkami już tylko żabi skok do główek mariny. Co prawda gospodarze oszczędzają na prądzie i nie świeci się zielone światełko, ale czerwone jest na tyle mocne, że wystarczy. Ostrzegano nas, że marina nie jest przygotowana na silniejsze wiatry z zachodu. Od tej strony jest zupełnie otwarta i z szeroko rozwartymi ramionami przygarnia fale rozpędzone na Roztoce. Faktycznie tak to wygląda, no i w sobotę wieczorem przyszedł ten silniejszy, burzowy, zachodni wiatr. Nie było jednak najgorzej. Byliśmy zacumowani burtą zawietrzną więc obawialiśmy się obijania o Y-bom. Wywiesiliśmy wszystkie obijacze, ale nie wyglądało to dobrze. Gdy jednak daliśmy dwa odciągi na keję z burty nawietrznej sytuacja zdecydowanie się poprawiła. Co prawda dalej bujało, ale już nie tłukliśmy o Y-bom. A bujanie? Przyjemniej się spało. Ale wcale nie było przyjemnie, gdy natura przypomniała o sobie i trzeba było pójść tam, gdzie i król chadza piechotą. W marinie jest tylko stara, rozpadająca się budka, z epoki węgla kamiennego, z dwoma muszlami klozetowymi i jedną umywalką, a wszystko wspólne dla pań i panów. Oczywiście w kranie tylko zimna wodą. Czy ktoś zapomniał, że żeglarze również mają takie prozaiczne potrzeby i do tego czasami chcieliby się wykąpać? Czy też zwyczajnie zabrakło kasy?  
       Organizatorzy regat postanowili zmienić trasę i formułę regat w stosunku do lat poprzednich. Tym razem miały to być trzy wyścigi up & down, na krótkiej trasie mieszczącej się na Roztoce, której przebieg wyznaczał dominujący kierunek wiatru. Świetny pomysł, takie intensywne pływanie na zmianę pod wiatr i z wiatrem to spore wyzwanie dla żeglarzy. Chyba jednak ktoś zapomniał, że w tych regatach biorą udział ciężkie balastowe jachty, często sporych rozmiarów a ich załogi nie są zawodowcami. W takich krótkich wyścigach, do tego z dużą ilością manewrów szalenie istotny jest start. Dlatego w dwóch pierwszych wyścigach "obserwowaliśmy" go z pewnego dystansu, by móc lepiej docenić kunszt naszych kolegów. A co tam się działo, to ho, ho! W trzecim wyścigu jakoś tak się ustawiliśmy, że niechcący musieliśmy płynąć w czubie, mimo że wystartowaliśmy na lewym halsie. Przepraszamy wszystkich tych, którzy byli za nami. To i tak nie miało znaczenia, bo wszystko układało się zgodnie z planem: Krzysiek na Trzecim daleko przed nami, raczej bez szans na przeliczenie. Grzegorz na Alderanie z kolei regularnie przychodził za nami, do tego ma gorszy przelicznik, więc w naszej grupie bez niespodzianek. Trzy biegi minęły błyskawicznie. Wracaliśmy do mariny bez specjalnych emocji.


       Festyn na brzegu rozkręcał się w najlepsze. Wodzirej ze sceny co chwilę zapraszał do kolejnych konkursów. Kiełbaski, szaszłyki, piwo i inne specyjały rozchodziły się w najlepsze. A komisja sędziowska liczyła i liczyła wyniki. Trochę się to przeciągnęło, ale jakoś nikomu to nie przeszkadzało, wszyscy zajęci byli konsumpcją i żeglarskimi opowieściami. W końcu konferansjer zapowiedział ogłoszenie wyników i zaprosił na scenę pana burmistrza Andrzeja Wyganowskiego. Jak zwykle w Stepnicy oprawa wręczenia pucharów i dyplomów jest bardzo uroczysta. Gdy ogłoszono nazwę jachtu, który zajął pierwsze miejsce w grupie I KWR, bo od tego rozpoczęto wręczanie pucharów, powstało pewne zamieszanie. Tego jachtu nikt nie znał! Wyczytano go ponownie, i jeszcze raz, w końcu jakoś niepewnie ruszył ku scenie … Grzegorz z Alderana, bo to co wyczytywano jakoś najbardziej przypominało tę nazwę. BINGO!!! To o niego chodziło. Tylko dlaczego I grupa KWR, przecież my jesteśmy w grupie III? No dobra, niech będzie, że na potrzeby tych regat będziemy grupą pierwszą. Ale Alderan? Jak to możliwe? Jeszcze nie całkiem ochłonąłem, gdy wyczytano drugie miejsce. Łoł, to my. Za chwilę trzecie: Trzeci. I dalej kolejne jachty … Chwila, nas było w grupie tylko trzy jachty. Pani sędzia zapomniała powiedzieć o połączeniu grup, byliśmy klasyfikowani razem z jachtami II grupy, a więc nieco większymi. Oczywiście instrukcja przewidywała taką możliwość, tyle, że w jednym miejscu była mowa o minimum trzech jachtach w grupie, a w innym o pięciu. Wśród żeglarskiej braci zawrzało jak w ulu. Wyniki były dla wszystkich kompletnym zaskoczeniem. Czy to były jedyne pomyłki? Niestety nic nie udało się wyjaśnić, bo pani sędzia wraz z głównym organizatorem, Piotrem Stelmarczykiem, krótko po ceremonii wręczenia pucharów odpłynęła do Szczecina podziwiać Wały Chrobrego przystrojone na finał Baltic Tall Ships Regatta. A uczestnicy IV Regat Stepnica zostali sami ze sobą, z piwem w dłoniach i szantami dobiegającymi ze sceny.



Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...