wtorek, 1 lipca 2014

Krótki przystanek w Karpaczu

      

       Pogoda za oknami naszego Volkswagena Tourana szara i gęsta jak krupnik. Prognozy na następne dni też nie są specjalnie obiecujące. A my i tak się cieszymy na najbliższe kilka dni, które mamy spędzić w Karpaczu. To miasto ma atmosferę, którą określiłbym „niezobowiązującą”. W powietrzu czuć pełen luz. Choć od ostatniego pobytu coś się zmieniło. Wyłoniło się coś wielkiego, co wywiera wpływ na całą okolicę i, niestety, atmosferę, nieco ją usztywniając. Mowa o gigancie hotelowym, Hotelu Gołębiewski. Widać go niemal z każdego miejsca w mieście oraz ze szlaków. Jakże odległe są od siebie moja ulubiona Samotnia i ten kombinat turystyczny. Znak czasów, nie ma odwrotu. W końcu ja sam, też już niezbyt mam ochotę na jakieś zupełnie prymitywne warunki odpoczywania. Owszem, jeden, dwa dni, od czasu do czasu może być, ale tak na co dzień jednak pewne minimum komfortu musi być. No z jednym wyjątkiem. Na żaglach nie szukam luksusów, tam cieszę się radością żeglowania.


       W myśl zasady małe jest piękne, na nasze lokum wybieramy sobie Hotel PROMYK, mieszczący się przy ulicy o mało kurortowo brzmiącej nazwie  Obrońców Pokoju. Dojazd do niego nie nastręcza żadnych problemów. Z ulicy Konstytucji 3 Maja skręcamy w lewo w ulicę Obrońców Pokoju. Zaraz na początku, po lewej mijamy Gospodę Karpacką i dalej cały czas pod górkę. Mijamy jeszcze po drodze okazałe kompleksy Sandra Spa i Mercure i na końcu ulicy, po lewej stronie jest właśnie hotel Promyk. Trochę daleko od centrum, a tym bardziej od górnego Karpacza, ale, np. przez ulicę Wilczą, blisko do kilku szlaków.
       Pierwsze wrażenia po dotarciu na miejsce bardzo pozytywne. Z zewnątrz budynek prezentuje się sympatycznie. Wygodny parking dla gości też dodaje punktów. Wzdłuż budynku i parkingu płynie z głośnym szumem Płomnica. Główne wejście … Eee, a gdzie właściwie jest to wejście? Tam, gdzie wydawać by się mogło, że właśnie ono jest, widnieje napis: „Restauracja”. Do tego restauracja Thai. Jako ludzie grzeczni i posłuszni szukamy drogi do recepcji. Kiedy już jesteśmy na tyłach, z budynku wyłania się jakiś dżentelmen, który pyta się czego szukamy. I kieruje nas z powrotem do tego co wydawało nam się głównym wejściem. Szybko się meldujemy i … ciekawostka. Już nie pamiętam kiedy ostatni raz żądano ode mnie w jakimś hotelu zapłaty z góry i to za cały okres pobytu. Widocznie to taki tutejszy folklor. 
       Budynek jest niewielki, ma tylko jedne piętro, zatem szybko dochodzimy do naszego pokoju. Jest bardzo przytulny, dobrze wyposażony, z bardzo przyzwoitą łazienką i szumiącym strumieniem za oknem. Bardzo nam się podoba.
       Jako tako się ogarnęliśmy. Pora coś przekąsić. Schodzimy na dół, do restauracji Thai. Trochę dziwne zestawienie: Karkonosze i restauracja tajska. Ponieważ jednak jesteśmy, prawie, pozbawieni uprzedzeń postanawiamy przetestować ten lokal. No i była to dobra decyzja. Przystawka: wiosenne rulki, czyli sajgonki, są smakowitym otwarciem. Zupa słodko-kwaśna, makarony, a przede wszystkim pierożki dają powód do prawdziwej przyjemności z biesiadowania. Teraz już w pełni odczuwamy urlopowy błogostan. To nic, że ten urlop będzie trwał zaledwie trzy dni, jest pięknie.
       Wyruszamy na wieczorny spacer. Początkowo idziemy ulicą Obrońców Pokoju, później przy Muzeum Sportu skręcamy w lewo, w ulicę Kopernika i docieramy do miejsca, które wg mnie powinno być już centrum. Jeszcze raz skręcamy w lewo i idziemy główną ulicą, ale jakoś niczego nie poznaję. Ależ ten Karpacz się zmienił przez ostatnie kilkanaście lat. Pojawia się jakiś tunel. Przemykamy się przez teren letniego toru saneczkowego, grzęznąc na jego obrzeżach w błocie. Im dalej kroczymy, tym bardziej robi się nieznajomo. Przedwieczorna pora potęguje nastrój tajemniczości. Dochodzimy do Chaty Karkonoskiej. Cały czas coś się nie zgadza. Schodzimy na dół inną drogą i docieramy do amfiteatru. No tak!!! Teraz już wszystko jasne. Dochodząc do centrum, skręciliśmy w lewo o jedną ulicę za wcześnie i zamiast wejść na deptak, weszliśmy na ulicę Parkową, której zupełnie nie znam, więc nic dziwnego, że niczego nie mogłem poznać.
       Karpacz, jak wszystkie polskie miasta nasycony jest ponad miarę w różne hiper-, super- i turbomarkety. Nie ma więc najmniejszych problemów ze zrobieniem późnonocnych zakupów.
       Pierwszy dzień naszego krótkiego pobytu w Karpaczu rozpoczynamy bardzo nieśpiesznie. Nie, nie jesteśmy prawdziwymi turystami, nie zrywamy się o piątej rano, aby o siódmej być już w połowie szlaku na Śnieżkę. Powoli, wręcz bardzo powoli jemy śniadanie.  Delektujemy się każdą chwilą, swoim towarzystwem, szumiącym za okiem strumieniem, kompletnym nicniemuszeniem. Robimy to na co mamy ochotę i w tempie jakie nam odpowiada. Jakież to wspaniałe uczucie. Do tego jeszcze pani z recepcji informuje nas, że za każde opłacone dwa noclegi przysługuje nam jedno darmowe wejście do spa. Cztery noclegi – dwa. Super, na pewno po powrocie ze „szlaku” skorzystamy.
       W końcu, z wielkim trudem, udaje nam się wyjść z Promyka. Na pierwszy dzień plany nie szczególnie ambitne. Pochodzimy po mieście, zobaczymy co się zmieniło, pójdziemy do świątyni Wang i wrócimy.
       Spacerujemy więc po mieście i przyglądamy się zmianom. Jest jakby ładniej, bardziej kolorowo i mimo wszystko czyściej. Gołym okiem widać różnicę w wyglądzie domów wczasowych FWP a współczesnymi prywatnymi pensjonatami. Miasto szeroko otwiera ramiona do turystów. Tylko jedna zmiana zdecydowanie mi się nie podoba. W sposób wprost nieprawdopodobny zwiększyła się ilość reklam. Wprowadzają, zupełnie niepotrzebnie, wrażenie chaosu. Niszczą atmosferę spokoju. O.K., wiem, że marudzę. Namolne reklamy, jak kraj długi i szeroki, napadają nas na każdym kroku, w najmniej stosownym miejscu i okoliczności. Niestety, mam wrażenie, że nic już z tym nie da się zrobić. Krąg reklam coraz bardziej będzie się wokół nas zaciskać, każda ściana,  każdy mur, czy jakakolwiek płaszczyzna zamienią się w tablicę reklamową, aż w końcu każdy z nas zostanie owinięty w jakiś baner reklamowy zamiast odzieży. 


       Z centrum skierowaliśmy się do zapory na Łomnicy. Doskonały wybór! Mimo, że trafiliśmy na jakąś wycieczkę szkolną. Najpierw sesja fotograficzna przy wodospadzie. To nic, że wodospad sztuczny. Woda zawsze oddziałuje na mnie w szczególny sposób. Klimat zadumy i spokoju przy wodach śródlądowych, zauroczenie wodospadami,  podziw dla potęgi natury gdy patrzę na wzburzone morze. Zawsze muszę przystanąć i choć przez chwilę poobserwować. Nawet jeśli nie ma z tego ciekawych zdjęć, jak tym razem, to fotografowanie wody sprawia mi niezwykłą przyjemność. Stałka NIKKOR 50 mm 1,4 G w każdych warunkach daje szansę na wykreowanie portretu z miłym nastrojem, a jeżeli w tle znajdzie się spadająca z dużej wysokości spieniona woda to już jest pięknie.
       Na chwilę przysiadamy w Restauracji nad Zaporą by nacieszyć oczy widokiem z tarasu na zbiornik Łomnica. Jeszcze sezon się nie rozpoczął, pogoda też umiarkowanie piękna, nie ma więc tłumu turystów. Można spokojnie posiedzieć i pomilczeć na różne tematy. Słowa wypowiadane od czasu do czasu, są nieśpieszne i stanowią uzupełnienie myśli snujących się po głowie i okolicy. To miejsce jest wprost stworzone dla miłośników kontemplacji, dla doceniających piękno natury, a nie goniących za błyszczącą i hałaśliwą ułudą.


       Idziemy w górę Łomnicy. Szkoda, że tylko niewielki kawałek drogi prowadzi wzdłuż potoku. Wchodzimy niebawem na główną drogę i kierujemy się do Świątyni Wang. Idziemy ulicą Karkonoską. Czasami trafia się jakiś niewielki skrót. Mijamy koszmar budowlany, niedokończoną, rozpadającą się budowlą przy skrzyżowaniu z ulicą Strażacką. Niewiarygodne, że coś takiego może istnieć. Symbol niemocy państwa czy wręcz przeciwnie, symbol, szczególnego rodzaju, państwa prawa? Być może ta ruina ma związek z jakąś ludzką tragedią, ale z całą pewnością w tym miejscu ona nie pasuje.
       O tym, że zbliżamy się do celu naszej wycieczki niezawodnie świadczyła gwałtownie wzrastająca ilość bud z pamiątkami. Ciupagi, wyroby ze skóry, pluszaki, szkło grawerowane na miejscu no i moje ukochane oscypki z grilla z żurawiną. Ciekawe ile z tych wyrobów pamiątkarskich pochodzi z Azji. Moje sumienie zostaje zagłuszone konsumpcją ulubionego przysmaku. Najpierw kupuję sobie trzy sztuki, ale nie zdążyłem jeszcze dojść do następnego stoiska z serami, a już nawet śladu po tych trzech nie było. No cóż, musiałem dokupić jeszcze kilka. Na dłuższą chwilę zatrzymujemy się przy szkle, rozglądamy się za wazonem w którym dobrze prezentowałyby się frezje. Jest trochę ciekawych wzorów, ale żaden z nich nie pasowałby nam do naszych wnętrz.


       Oscypki są pyszne, szkło jest interesujące, ale przecież celem naszego dzisiejszego spaceru jest Świątynia Wang. Od pierwszej wizyty w tym miejscu, która miała miejsce wiele, wiele lat temu nazwa świątyni nieodmiennie kojarzy mi się z Azją, i to tą bardzo daleką. To nic, że doskonale pamiętam, że przewodnik opowiadał, że przywieziony został do Karpacza w 1842 z Norwegii, z miejscowości Wang nad jeziorem Wang. Pierwsze skojarzenie pozostaje te same. Co ciekawe, po rozbiórce, kościół, a w zasadzie jego elementy, najpierw trafił do Szczecina. Później , za sprawą hrabiny Fryderyki von Reden z Bukowca, zaprzyjaźnionej z królem Fryderykiem Wilhelmem IV, przez Berlin trafił ostatecznie do Karpacza. 28 lipca 1844 roku świątynia Wang, a właściwie Kościół Górski Naszego Zbawiciela, stała się kościołem miejscowej parafii ewangelickiej i tak pozostało do dnia dzisiejszego. Oczywiście jest dużą przesadą mówienie, że jest to ten sam kościół, który zbudowano w Norwegii na przełomie XII i XIII wieku. Z zapisów z 1844 roku wynika, że z Norwegii przewieziono tylko jedną piętnastą fragmentów kościoła. Brakujące części dorabiano na miejscu. Dobudowano także krużganki, wieżę oraz wykonano okna w krużgankach i w ścianach wewnętrznych. Oryginalne pozostały, umieszczone pośrodku kościoła cztery drewniane kolumny oraz bogato rzeźbione portale. Konstrukcja kościoła wykonana jest bez użycia gwoździ. Połączenia zostały wykonane przy pomocy drewnianych złączy ciesielskich. Jest to absolutnie niezwykła budowla. Z jednej strony skromna, niepozorna, z drugiej urzekająca swoim pięknem, kryjąca wiele niezwykłych detali. Nic dziwnego, że przyciąga tak wielu turystów.  Przy kościele znajduje się też niewielki cmentarz. Jest on ilustracją historii tego miejsca i okolic, ale też świadectwem, jakie wrażenie wywiera kościół Wang na wielu ludziach. Nie można nie przystanąć przy najświeższej z mogił, zmarłego 24.04.2014 Tadeusza Różewicza, którego pochowano tu 29.04.2014. To takie miejsce gdzie człowiek się wycisza, nawet nie myśląc o tym.


       Kolejny raz z przyjemnością obejrzałem świątynię Wang, zadumałem się na przyległym do niej cmentarzu, zrobiłem kilka zdjęć, pora wracać. Nawet nie zauważyłem jak szybko minął czas. Zachciało mi się jeść. Schodziliśmy właśnie ulicą Karkonoską, gdy naszą uwagę przykuła restauracja Żydowska Odessa. Z zewnątrz obiekt raczej skromny. W ogródku słychać nienachalne dźwięki muzyki żydowskiej. Przystanęliśmy przy menu wywieszonym na zewnątrz. Ponieważ wyglądało bardzo zachęcająco weszliśmy do środka. Wnętrze lokalu urządzone wedle starych wzorców. Na ścianach wiele historycznych fotografii. Dosyć surowo, ale przyjemnie. Jeszcze raz spojrzeliśmy do karty, ale prawdę mówiąc,  już byliśmy zdecydowani czego chcemy spróbować. Żonka wybrała kugiel ziemniaczany (rodzaj placka), a ja opiekane pierogi z kaszą gryczaną i wątróbką. Do tego białe wino Mogen David. Oboje byliśmy bardzo zadowoleni. Wyśmienite dania, i to całkiem słusznych rozmiarów. Najbardziej nas jednak zaskoczyła pasta, którą otrzymaliśmy jako dodatek. Przez chwilę zastanawialiśmy się z czego została ona zrobiona. Ponieważ jednak nie udawało nam się dojść do rozwikłania tej zagadki po prostu zapytaliśmy panią. Okazało się, że była ona zrobiona z jabłka, imbiru i musztardy. I znowu świat stał się trochę bardziej różowy. Na deser póki co już nie mieliśmy miejsca. 

 
       W przeciwieństwie do poprzedniego dnia, bez trudu rozpoznawałem wiele miejsc, mimo istotnych zmian jakie zaszły od ostatniego pobytu. Nie miałem też problemu z przypomnieniem sobie Cukierni Spokojnej, w której razem z naszymi przyjaciółmi zjedliśmy niejeden smakowity deser. Od obiadu parę chwil już minęło, więc czemu nie? Co prawda upału nie było, ale mimo wszystko zdecydowałem się na deser lodowy Advocat i kawę. Żonka zamówiła sobie tort bezowy. Pani ciachnęła wielkim nożem tak od serca. Czy to aby naprawdę porcja dla jednej osoby?


       Byliśmy już na deptaku. Pogoda coraz bardziej się rozkręcała. Do naszych uszu dotarły słowa jakiegoś człowieka, który ustawił sobie sprzęt nagłaśniający na ulicy i przemawiał. Okazało się, że jest to wystąpienie o charakterze religijnym. Nie rozpoznałem do jakiego kościoła człowiek mógł należeć. W każdym bądź razie mówił o tym jak sam wrócił na właściwą drogę i zachęcał innych do godziwego życia. Do tej pory takie rzeczy widziałem tylko na amerykańskich filmach, a tu proszę bardzo, na deptaku w Karpaczu, na żywo. Z resztą sposób wypowiedzi tego dżentelmena też był niczym z amerykańskich książek motywacyjnych. Wielkie zmiany zaszły, nie tylko w Karpaczu. Słońce dalej pięknie świeciło, gdy nagle spadła rzęsista ulewa. Cóż za niesamowity widok. Nad górami zrobiło się ciemno, a nad nami jaskrawo świecące Słońce i ulewa. A uliczny misjonarz opowiadał o naukach płynących z dziesięciu przykazań.


        Wracamy do naszego Promyka przyglądając się z zaciekawieniem jak się zmienił Karpacz i nasza infrastruktura turystyczna. Hotele i pensjonaty są coraz ładniejsze. Lokalne władze i różni biznesmeni starają się zapewnić turystom jak najwięcej atrakcji a oferta gastronomiczna jest wprost przebogata. Ale wydaje się, że wyróżnikiem naszych czasów jest to, że każdy hotel, choćby najmniejszy, przyjmuje za punkt honoru posiadanie własnego spa. Jeszcze parę lat temu mało kto o czymś takim słyszał, a jeszcze mniej osób wiedziało co ten skrót oznacza. A teraz , proszę bardzo, każdy kurnik ma spa. Choć wcale nie jestem pewien, czy każdy kogut wie o łacińskim rodowodzie tak modnego obecnie słowa spa – sanitas per aquam.


       No cóż, prawdziwymi turystami to my nie jesteśmy. Nie zrywamy się w środku nocy by o świcie być już na szlaku. Musimy się wyspać. Musimy pobiesiadować przy śniadaniu. Dopiero wtedy możemy wyruszyć na szlak. Nie inaczej było i tym razem. Udaje się wyruszyć o 09.50. Idziemy przez Sowią Przełęcz na Śnieżkę i wracamy Doliną Łomniczki. Przemierzając Sowią Dolinę szybko dostarczamy sobie jeszcze jeden dowód, że żadni z nas wędrowcy. Dojście do Sowiej Przełęczy zamiast 1h 20 min, zajmuje nam 1h 50min. Co prawda zatrzymywaliśmy się aby zrobić kilka zdjęć, ale i tak, nawet gdybyśmy chcieli iść szybciej, i tak byśmy nie dali rady. Sam szlak Sowią Przełęczą nie jest specjalnie atrakcyjny. Wiedzie leśną drogą. Na szczęście jest urozmaicenie w postaci Płomnicy. Ale niewątpliwym atutem tego szlaku jest bardzo mała ilość turystów. Ludzi pracujących przy modernizacji ścieżki było tym razem więcej niż włóczykijów. Z dużym uznaniem patrzyłem na mężczyzn układających większe i mniejsze kamulce. Ze mnie pot się lał tylko dla tego, że szedłem pod górę z plecakiem wypełnionym sprzętem fotograficznym. A oni z kilofami i młotami, mozolnie, kamień po kamieniu wspinali się do góry.


       W pewnym momencie las się przerzedza i po chwili jesteśmy przy Sowiej Przełęczy. Wchodzimy na czerwony szlak, na którym jest już zdecydowanie więcej ludzi. Towarzystwo międzynarodowe, najwięcej Czechów, Niemców no i naszych rodaków. To jedno z tych miejsc, gdzie doskonale widać gołym okiem jakie zmiany zaszły w Europie w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Gdy robiłem kolejne ujęcie minęła nas grupka niemieckich turystów. W pewnej odległości za nimi szedł samotny mężczyzna. Jak się okazało tez z tamtej grupy, tyle, że o nieco słabszej kondycji. Jakoś wywiązała się między nami rozmowa. Oczywiście o podróżach. Pan jak większość Niemców dużo podróżuje. To niesamowite jacy oni są mobilni. Po ok 20 minutach docieramy do horskiej boudy – Jelenka. Akurat trafiliśmy na króciutki moment, kiedy przy kontuarze była tylko jedna osoba.Za chwilę znowu ustawiła się potężna kolejka. A pan barman ze stoickim spokojem, z półgębkowym uśmiechem uwijał się jak fryga, jakby jechał na dopalaczach. Niesamowity facet.


       Po wypiciu herbatki z dodatkami w Jelence idziemy dalej czerwonym szlakiem na Czarną Kopę (1407 m npm). Szlak prowadzi ścieżką wśród „świerków o pokroju dywanowym”, jak to ładnie nazwali przyrodnicy. Dalej Czarnym Grzbietem, ciągnącym się 2,5 kilometrowej długości ramieniem od Czarnej Kopy do Śnieżki. Jest to jedno z nielicznych miejsc w Karkonoszach, które ma charakter tundrowy. Miejsce jest intrygujące nie tylko z przyrodniczego punktu widzenia.  Z jednej strony mamy rozległą panoramę terenów po Polskiej stronie, z drugiej po Czeskiej. Jesteśmy na wysokości raptem 1400 m npm. Ale okazało się to wystarczająco dużo by stworzyć barierę rozdzielającą dwa narody. Jakże inaczej potoczyły się dzieje ludzi po obu stronach, jak różną kulturę stworzyły oba narody, które żyły i żyją w swoim bezpośrednim sąsiedztwie.




       Około czternastej, po blisko czterech godzinach od wyjścia z hotelu meldujemy się na Śnieżce. Tu to dopiero kłębią się tłumy. Wejście od strony Przełęczy pod Śnieżką, choć zdecydowanie trudniejsze od wejścia Czarnym Grzbietem, ciszy się wielokrotnie większym powodzeniem. Do tego kolej gondolowa od strony czeskiej, z której co chwilę wysypuję się kolejne zastępy turystów spragnionych górskich przeżyć. Panie w bucikach na wysokim obcasie, mamusie z dziećmi w wózkach, panowie z brzuchami o pojemności półtora kega. Do tego zapach świeżych gofrów. Nad głowami latają szybowce. Krótko mówiąc atmosfera odpustu. Nie zrażeni zachodzimy do knajpki w budynku obserwatorium meteorologicznego. Tłok jak w sobotni wieczór w modnej dyskotece. Ale i tu coś się zmieniło. Już nie wszystko jest sprzedawane w jednym miejscu. Posiłki obiadowe osobno, słodkości osobno, „drinkbar” osobno. I wszystko idzie całkiem sprawnie. 


       Po półgodzinnym odpoczynku i zjedzeniu małego conieco schodzimy w stronę Przełęczy pod Śnieżką. Tym razem nie wchodzimy do Domu Śląskiego. Od razu kierujemy się w Dolinę Łomniczki. Kręta ścieżka prowadzi obok symbolicznego  cmentarzyka „Ofiar Gór”, przy którym prawie każdy się zatrzymuje. Różne myśli kłębią się w głowie. I ta najbardziej niepokojąca: ilu z tych ludzi zginęło w sposób niepotrzebny, bezsensowny? Ilu ratowników było ofiarami głupoty turystów? Podziwiamy widoki przed nami i myślimy o tych, dla których góry stały się grobem. 


       Na szczęście szybko dochodzimy do Kotła Łomniczki, gdzie możemy podziwiać Kaskady Łomniczki. Jakże inny nastrój. Tutaj można się zwyczajnie napawać pięknem natury. Każda pora roku ma swój urok. Późna wiosna to przede wszystkim świeża, soczysta zieleń. Na tej wysokości jest niezwykła mieszanina roślin z wyższych partii gór i tych bardziej znanych z nizin, jak choćby brzoza. Do tego krzaki jagodowe. Niektóre zielone inne jeszcze bezlistne. Dochodzimy do schroniska Nad Łomniczką, za którym schodzimy z czerwonego szlaku na żółty. Niestety, przez Betonowy Most nie ma przejścia i trzeba okrążyć Stację Ekologiczną Uniwersytetu Wrocławskiego i wyjść przy Centrum Informacyjnym Karkonoskiego Parku Narodowego. Trochę już jesteśmy zmęczeni. Niestety oznakowanie szlaku za centrum nie jest najlepsze i w rezultacie zamiast wyjść na ulicę Wilczą, skąd mielibyśmy już tylko żabi skok do Promyka, wychodzimy na ulicę Obrońców Pokoju przy siedzibie policji, a więc kawałek dalej niż byśmy chcieli. W końcu jednak docieramy do portu.
       Strasznie dawno już nie chodziliśmy po górach, co bardzo mocno odczuliśmy każdym, nawet najmniejszym mięśniem naszego ciała. Ale rano, przed wyjściem na szlak dowiedzieliśmy się, że przy opłaceniu czterech noclegów przysługują nam w cenie pobytu dwie wizyty w hotelowym spa. Nie omieszkaliśmy więc zamówić sobie na popołudnie, co okazało się wyśmienitym pomysłem. Trzeba było co prawda dopłacić po 50 zł za wypożyczenie szlafroków, ale cóż to znaczy wobec rozkoszy pobytu w spa po tak wyczerpującym dniu w górach. A przyznać wypada, że spa w Promyku choć niewielkie, to naprawdę godne polecenia. Zrobione bardzo ładnie i ta weranda z leżankami z widokiem na strumień. Ach! Wyśmienity relaks.


       Skoro udało się odzyskać siły, to trzeba by gdzieś wyjść i co nieco przekąsić. Naszą uwagę zwrócił, leżący niemal naprzeciwko Promyka, Dwór Liczyrzepy. Budynek niemal pachnie jeszcze nowością. Otoczenie jeszcze zupełnie surowe. A jednak ta restauracja ma coś intrygującego w sobie. Dodatkowo ciekawość wzmaga wielkich grill palący się na tarasie i rozsiewający smakowite zapachy. Wnętrze … wywołuje tak zwane mieszane uczucia. Jest zaaranżowane na coś w rodzaju sporej jaskini. Interesujące i z pomysłem. Ale to wnętrze jest olbrzymie, zupełnie jak hangar lotniczy. Do tego zimne  jak ów hangar w mroźną styczniową noc. Miotałem się w swoich odczuciach gdy podeszła kelnerka, ta na szczęcie była miła i ciepła. Po dłuższej dyskusji zamówiliśmy: oscypek grillowany na plastrach jabłka (nie mógłbym przepuścić takiej okazji), zupę ze świeżych pomidorów z lanymi kluskami, śmiejące się pierożki podgórzyńskie i pyzdraki karkonoskie. Wszystko było bardzo smakowite, a mój oscypek doskonały. A co do grilla, niestety nie był dla nas. Chwilę po nas podjechał na parking wielki autokar z wycieczką niemieckich emerytów, dla których przygotowano swoisty szwedzki stół z grillowanych mięsiw. 


       Pogoda rankiem trzeciego dnia nie jest zbyt zachęcająca. Prognoza na dalszą część dnia też nie obiecuje nic dobrego. Ponieważ jednak to już ostatni dzień naszego pobytu w Karpaczu nie można go zmarnować na gnuśnienie. Tradycyjnie bez zbytniego pośpiechu zbieramy się do wyjścia. Rezygnujemy z długiego spaceru do świątyni Wang. Pogoda rodem z krainy deszczowców więc do Górnego Karpacza podjeżdżamy taksówką. Przynajmniej unikniemy różnych pokus czyhających na turystów w mieście. Około godziny 11.00 meldujemy się przy kasie KPN. 


       Początek niebieskiego szlaku to leśna kamienna droga, nic ciekawego. Sporo ludzi. Niektórzy rwą do przodu jak charty, inni po prostu sobie spacerują. Szlak jest bardzo przyjazny, więc każdy na nim się odnajdzie. Gdy tylko pojawia się możliwość zejścia z drogi na pomarańczową, bardziej dziką odnogę, oczywiście korzystamy z tej opcji. Zawsze to przyjemniej iść leśną ścieżką niż kamienną drogą. Na rozgałęzieniu szlaków trzymamy się ponownie niebieskiego. Przecinamy Biały Potok. Las staje się coraz niższy, pojawiają się skały, robi się coraz ładniej. Podobnie jak poprzedniego dnia wielością odcieni wiosennej zieleni. W końcu wyłania się Samotnia, moje ulubione schronisko w Karkonoszach. Co prawda to jeszcze nie pełnia sezonu, pogoda taka sobie, ale jest niedziela, więc na intymność nie ma co liczyć. Wreszcie pojawia się Mały Staw. To jest dopiero widok: jeziorko w górskim kotle a nad jego brzegiem piękne górskie schronisko. Próbowałem robić zdjęcia, ale światło było nieciekawe. Nie potrafiłem znaleźć ciekawego ujęcia, oddającego urodę togo co widzieliśmy.


       Do Samotni docieramy około 12.35. Robimy jednak wyjątek i nie zatrzymujemy się tam tylko po krótkiej sesji fotograficznej idziemy dalej w kierunku Strzechy Akademickiej. O ile w tym pierwszym schronisku było dużo ludzi, o tyle w tym drugim już zdecydowanie mniej. Zdaje się, że pogoda nie sprzyjała dłuższym spacerom. W Strzesze dominują już prawdziwe górołazy, choć i kilku spacerowiczów również tu dotarło. Drugiego schroniska, to my już jednak nie odpuścimy, tym bardziej, zrobiło się jeszcze zimniej i trzeba się trochę rozgrzać. Żonka bierze gołąbki a ja dwie porcje pierogów z truskawkami. Nie wiem jak tam inni miłośnicy górskich wędrówek, ale jak tak mam, że jedzenie w górskich schroniskach  zawsze mi smakuje. Czy to za sprawą magii tych miejsc, czy też może członkowie klanu kucharzy schronisk górskich po prostu tak wybornie kucharzą, ale nie zdarzył mi się taki przypadek abym był niezadowolony ze schroniskowego jadła. Jedyny problem polega na tym, że trudno później się podnieść i iść dalej. Posiedzenie w Strzesze zajęło nam 40 minut. No ale z drugiej strony, czy nam się gdzieś spieszy?

   
       Ze Strzechy Akademickiej do Domu Śląskiego droga zajęła nam godzinę. Łatwy szlak, eleganckim kamiennym duktem. W  zasadzie można by nawet trochę pogrymasić na te kocie łby, gdyby nie widoki jakie można z niej podziwiać. Choć to podziwianie jest nieco utrudnione wciąż pogarszającą się pogodą.  Na Rozdrożu koło Spalonej Strażnicy (1430 m n.p.m.) nasz szlak łączy się z czerwonym szlakiem i dalej Równią pod Śnieżką prościusieńko do Domu Śląskiego. Jest to jedno z pierwszych schronisk, które służyły turystom zwiedzającym tereny wschodnich Karkonoszy. Już w XVII wieku wybudowano tu budę służącą za schronienie pasterzom i drwalom. Pierwszy budynek schroniska powstał w 1847 roku. Spłonął jednak w 1888. Schronisko zostało odbudowane w 1904 r, a w latach 1921-1922 gruntownie je przebudowano według projektu wrocławskiego architekta Erasa. Zwykle jest ono niemiłosiernie zatłoczone, ale dzisiaj, chyba ze względu na pogodę jest raczej pustawo.  Zatrzymujemy się na coś ciepłego licząc na to, że gdy za chwilę zaczniemy schodzić do Kotła Łomniczki, przestanie wreszcie tak wiać. Zamawiamy żurek i barszcz. Bardzo dobrze się sprawiają jako rozgrzewacze.  


       Gdy ścieżka schodzi w głąb kotła faktycznie wiatr staje się coraz mniej dokuczliwy. Wreszcie zagłębiamy się w las, gdzie jest już zupełnie spokojnie. Trochę jesteśmy zmęczeni spacerem, swoje zrobił też wiatr. Chcemy jak najszybciej znaleźć się w Promyku i skorzystać z dobrodziejstwa spa. Nie mamy ochoty nadkładać drogi przy Stacji Ekologiczne Uniwersytetu Wrocławskiego. Jakimś cudownym sposobem teleportujemy się nad betonowym mostem i niebawem jesteśmy na ulicy Wilczej. Jeszcze parę minut i jesteśmy u celu. Jest prawie 17.30.


       W hotelu czeka nas mała niespodzianka. Okazało się, że ponieważ rezerwowaliśmy sobie miejsce przez booking.com, to nie przysługuje nam darmowe spa. Co prawda wczoraj mówiono nam inaczej. Ale, pal sześć, po dzisiejszym spacerze taka odnowa w saunach i jacuzzi bardzo się nam przyda. Niech stracę (ale hotel Promyk też nieco straci). 

  
       Grillowane jadło, którym poprzedniego dnia raczyła się niemiecka wycieczka, wyglądało tak zachęcająco, że postanowiliśmy jeszcze raz odwiedzić Dwór Liczyrzepy. Oczywiście na przystawkę zażyczyłem sobie, podobnie jak przy pierwszej wizycie,  oscypek grillowany na plastrach jabłka. Zachęcony reklamą na stolikach poprosiłem też o piwo walońskie ciemne naturalne z Browaru Gontyniec. Pierwsza klasa, to chyba najlepsze polskie piwo jakie piłem! Pełne zaskoczenie. Ale kulminacja nastąpiła dopiero gdy przyniesiono naszą deska specjałów grillowych. Ho, ho, ho! Wyśmienite! Warto tu wrócić.

       Pora pożegnać się Karpaczem, który przyjemnie zaskoczył nas swoimi przemianami. Pora pożegnać się hotelem Promyk, który ujął nas swoją przytulnością, choć nie obyło się bez małego nieporozumienia. Chociaż koniecznie muszę dodać, że przy rozliczeniu końcowym, nasze pobyty w spa zostały tak rozliczone, że zapłaciliśmy tylko za jeden pobyt, w którego cenie znalazły się również szlafroki. W sumie więc obsługa hotelu wybrnęła z całej sytuacji nie najgorzej. Do Karpacza wrócimy pewnie jeszcze nie raz. 



piątek, 13 czerwca 2014

Penetrujemy Dalmację - cz. 2 - Milna - Necujan - Split - Seget

       


       Po dniu leniuchowania w Palmižanie, z wielką radością ruszam w dalszą drogę. Palmižana jest cudowna, ale i inne miejsca mają też wiele uroku. No i to, co chyba najważniejsze: żeglowanie. Przyjechaliśmy do Chorwacji aby trochę pożeglować. Nieśpiesznie więc, oj bardzo nieśpiesznie, wszak jesteśmy na wakacjach, ok godziny 09 30 zrzucamy do wody muring i oddajemy cumy.

  
       Wiaterek jest słabiutki, do tego z niezbyt korzystnego kierunku. Roler zdecydowanie odmawia współpracy. Mimo wszystko udaje nam się rozwinąć genuę i powolutku wspinamy się pod wiatr. Co jak co, ale Bavaria 36 ostro do wiatru, to raczej nie chodzi. Przez dłuższy czas możemy oglądać po prawej burcie wyspę Hvar, a po lewej wyspę Św Klementa.   Na szczęcie załoga już całkowicie przyzwyczaiła się do życia w kołysce, więc każdy szybciutko zajmuje się swoimi sprawami. Dokładniej, oznacza to, że większość załogi szuka wygodnego miejsca do ułożenia się. A wiatr słabnie i słabnie. Wszystkie znaki, na niebie i ziemi, a właściwie na wodzie, wskazują, że do słynnego Dugi Rat (znany pod nazwą Złoty Róg) nie dotrzemy o przyzwoitej porze, tzn dającej szansę na dobre miejsce w Milnie.


       Załoga miała obiecaną kąpiel, a skoro tak, to trzeba obietnicy dotrzymać. Wszak należy im się to jak 2kc zmęczonemu życiem.  Północno-zachodni kraniec Hvaru obfituje w mnóstwo urokliwych zatoczek. Co jedna to bardziej kusi, puszcza oczko, zachęcając do rzucenia kotwicy. Wiatr poszedł sobie gdzieś daleko i w najbliższym czasie nie zamierzał się z nami spotkać. Początkowo jeszcze posuwaliśmy się na dieselgrocie, naiwnie licząc, że może jednak wróci. Nic z tego. Wypatrywaliśmy więc czegoś fajnego, obserwując kątem oka wskazania sondy. W końcu zapada decyzja, tu stajemy. Michał już w pogotowiu przy kotwicy.  Stajemy. Sonda pokazuje 8 metrów, a wokół nas turkusik jak z folderów reklamowych. Moje morsy natychmiast  gotowe do wejścia do wody. Radości co niemiara. Skoki do wody, zdjęcia podwodne, nurkowanie z fajką, wyciągnięcie jeżowca. Patrząc na dokazującą załogę na moment się zawahałem, ale myśl o zderzeniu z górą lodową skutecznie mnie powstrzymała od zanurzenia choćby stopy. Za to z dużą przyjemnością przysłuchuję się wymianie zdań między członkami załogi. Młodzi, błyskotliwi ludzie, więc nic dziwnego, że co chwilę pada jakieś ciekawe powiedzenie. Czyż nie jest smakowitym kąskiem konstatacja, że „tam gdzie kończy się litość i współczucie, zaczyna się moja siostra (Michał o siedzącej obok Uli).


       W powietrzu już wyczuwało się nadciągający koniec dnia gdy opuszczaliśmy kąpielisko.  Do miejscowości Milna nie mieliśmy daleko. Wkrótce znaleźliśmy się w cieśninie oddzielającej wyspę Šolta i wyspę Brač, na której znajduje się Milna. Zaraz za nią skręcamy w prawo i jesteśmy niebawem w dosyć długiej zatoce o tej samej nazwie co miasto. Po lewej mijamy plażę miejską, za nią Marinę Vlaska. Już mamy przed sobą ujmującą panoramę miasta. A po prawej coś nowego, gdy byłem tu dwa lata temu, tego nie było. Na budynku przetwórni widnieje wielki napis” LOW PRICE BERTH”, a przy kei 4 jachty. Nie wiem czy przetwórnia jeszcze funkcjonuje, ale najwyraźniej włodarze tego obiektu postanowili uszczknąć coś z tego smakowitego tortu jakim jest biznes żeglarski. Na razie ta przystań nie wygląda najciekawiej, a i dojście do miasta też niespecjalne. Ale coś się dzieje, bardzo dobrze.


       Dopływamy do końca zatoki, gdzie mieści się marina ACI. Cóż za miła niespodzianka, dostajemy jedną z dwóch ostatnich miejscówek naprzeciw  recepcji mariny i wejścia do knajpy NAUTICA MILNA. O jak pięknie!  Kończymy manewr cumowania: tak stoimy! Teraz załoga rozgląda się dookoła i woła: jak tu pięknie! Wiem o tym, nie przypadkowo tu przypłynęliśmy. Tyle, że oni nie wiedzieli, po Palmižanie myśleli, że już nic ciekawszego ich nie spotka. Teraz śmieją się sami z siebie i swoich zachwytów. A ja się cieszę. Jeszcze dobrze się nie sklarowaliśmy, a tu podchodzi pani z konoby naprzeciwko i zaprasza nas na kolację, wręczając talerz z przekąską. Wow!, do tej pory znałem to tylko z greckiego Poros. Fajnie. Dalszy ciąg zachwytów nad mariną Milna miał miejsce gdy załoga udała się do sanitariatów. W zgodnej opinii doskonałe. No i pomiędzy nami a recepcją automat do lodu. A wszystko to za jedyne 480 kun.


       Próbujemy nawiązać kontakt z Adriatic Charter w sprawie tego nieszczęsnego rolera. Dalej nic. Prosimy o pomoc ludzi z recepcji mariny, bo zwątpiliśmy w nasze umiejętności telefonowania. A tu, dalej nic. Zjawił się nawet serwiceman, który obejrzał uszkodzenie i zawyrokował, że awaria jest poważna, ale bez decyzji AC lepiej nic nie robić, z resztą, nawet gdybyśmy zdecydowali się robić to na własny koszt, to i tak nic z tego, bo takiej części na miejscu nie ma. Zaoferował się natomiast, że on spróbuje skontaktować się z AC. E, nic z tego. Ktoś nawet zażartował, że może właśnie postawiono AC w stan upadłości za długi, a operator telefoniczny wyłączył ich telefony za niepłacenie rachunków. Padło nawet pytanie, czy nie podjąłbym się przeprowadzenia porzuconej przez właścicieli Bavarii do Polski. No tak, ale w niczym to nie zmieniało naszego położenia w kwestii rolera.

  
       Załoga jest zdecydowana udać się na kolację do Nautica Milna, ale najpierw idziemy na krótki spacer po mieście. W zasadzie niewiele jest tutaj do zwiedzania. Ale sam klimat tego miasteczka jest tak magiczny, że w zasadzie wystarczyłby sam spacer wzdłuż brzegu zatoki. Tym bardziej, że Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, malując wszystko coraz piękniejszymi, ciepłymi, barwami. Jest w Milnie kościół Gospa od Blagovijesti (Zwiastowania), pochodzący z 1783 roku. Ma niesamowite barokowe wnętrze. Pełno w nim wszystkiego. Moją uwagę zwraca zwieńczenie absydy, gdyż nieodparcie kojarzy mi się z muszlą. Nie wiem czy taki był zamysł budowniczego, ale takie było moje pierwsze wrażenie. Po wyjściu z kościoła idziemy wymienić pieniądz do „banku”. Chociaż nad wejściem faktycznie wisiał szyld informujący, że jest to oddział jakiegoś banku, to jakoś każdy z nas wchodząc do środka, miał mocno zdziwioną minę. To coś przypominało raczej tandetną ciuchbudę, lub lewe biuro bukmacherskie. Ale to co chcieliśmy, to załatwiliśmy, i o to chodzi. W trakcie dalszego spaceru trafiamy na niezwykłego lodziarza, mającego swoją budkę przy głównym bulwarze miasta. Gość po prostu kipiał energią. W sposób bardzo przyjazny, wręcz radosny zaczepiał przechodniów. Bezbłędnie rozróżniał miejscowych od turystów. Tych ostatnich pytał skąd są i po uzyskaniu odpowiedzi natychmiast zagadywał w języku przybysza. I jak tu nie kupić od niego lodów? Po drodze damska część załogi zakupuje kilka butelek słodkiego wina o nazwie Prošek, rzekomo aby zabrać je do domu.


       Zachęceni podarowaną przekąską, bliskością oraz czarującym klimatem, wyruszamy, całe 8 metrów, na kolację do Nautica Milna. Jedliśmy tam najróżniejsze rzeczy, z mięsa tego co pływa pod wodą i z mięsa tego co biega po ziemi, i … co byśmy nie spróbowali, było wyśmienite! Było więc morskie carpaccio, był też doskonały filet mignon sa pancetom, i kilka innych przysmaków, a wszystko to z odrobiną białego wina. Jedyną niespodzianką in minus był rachunek. Okazało się, że był to najdroższy lokal na naszej trasie, za wszystko zapłaciliśmy ponad 1500 kun. Może jednak następnym razem przejdziemy się kawałek dalej.


       Mimo nieco zawyżonego rachunku za kolację dobry humor załogi nie opuszczał. Po krótkiej przerwie na lekkie przetrawienie kolacji, kontynuowaliśmy biesiadę w kokpicie naszego jachtu. Też było smacznie, wybór trunków odpowiedni i jeszcze bardziej wesoło. Ponieważ dzień był dosyć ciepły, a nie mieliśmy w lodówce zapasu lodu, Michał postanowił skorzystać z lodziarki stojącej na kei. Wziął największe naczynie jakie miał pod ręką, wrzucił 15 kun i uruchomił piekielną machinę. Naczynie napełniło się w mgnieniu oka, a lód się sypał i sypał. Napełniło się całe korytko w lodziarce, a lód dalej się sypał. Takiej eksplozji śmiechu w Milnie nigdy jeszcze nie słyszano. Kiedy załogi z innych jachtów zorientowały się w sytuacji, też miały niezły ubaw. Zaczęliśmy zapraszać kolegów żeglarzy do częstowania się lodem. Jak się jednak okazało rano, w korytku jeszcze leżały resztki lodu. A w tak zwanym międzyczasie na stoliku pojawiła się pierwsza butelka Prošku. Po jakimś czasie kolejna. Koło pierwszej odpadam, ale moja dzielna załoga walczy dalej, prawie do białego rana. A Prošek? No cóż, jeśli chcemy zawieść coś do domu, to trzeba będzie zrobić zakupy.


       Milna to przemiłe i bardzo przyjazne miejsce, tym niemniej, trzeba płynąć dalej. Mimo ciężkich nocnych bojów, udaje nam się całkiem sprawnie sklarować. Z samego rana, nawet ktoś pofatygował się po świeże pieczywo. Gdy odbijaliśmy od kei ok 09 30 byłem pod wrażeniem sprawności naszej załogi. Szybko wypływamy z zatoki Milna i obieramy kurs na niezbyt oddaloną zatokę Nečujam na wyspie Šolta. Pogoda jest raczej plażowa, nic się nie dzieje. Emocje opadają, wypełza na pokład zmęczenie nocną kampanią. Każdy zajmuje na pokładzie najwygodniejszą pozycję i wpada w błogostan. Kiedy jednak mówię, że na kursie mamy delfiny, wszyscy się zrywają, jakby łyknęli po wiadrze red bulla. A dwa delfiny suną prosto na nas. Przez krótką chwilę płyną przy obu burtach jachtu. Niestety oddalają się błyskawicznie. Nie chcą nam dłużej towarzyszyć.


       Zatoka Nečujam, jest stosunkowo duża, znajduje się niemal na środku północnego brzegu Šolty. Dopływamy tam szybko i bez problemu. Wpływamy w głąb zatoki. Jest niemal pusto, w całej zatoce jesteśmy raptem piątym jachtem. Cumujemy na pięknej turkusowej wodzie. Wyspa od strony wody prezentuje się bardzo ładnie.  Na pokładzie znowu ożywienie. Perspektywa kąpieli wlewa w ludzi nowe moce. Ponton ląduje na wodzie. Załoga chce pływać wpław, i na pontonie, i … jeszcze nie wiadomo co. Ale, ale, okazuje się, że niektórzy mają problem z wejściem do wody. Mimo, że jest bardzo ciepło, woda w morzu, w ciągu jednego dnia, nie nagrzeje się nadmiernie. Kiedy jedna z dam zbyt długo się waha, tłumacząc się przy tym lekkim zmęczeniem, Michał woła: „Wskocz se do wody i kac ci sam odpłynie.” A po chwili, gdy owa dama już weszła do wody, dodał: „Zobacz jak odpływa.” Pobyt w zatoce Nečujam Michał kończy dżentelmeńskim gestem. Zrywa na brzegu bukiet kwiatów, i trzymając go dzielnie w górze niczym pochodnię ciemną nocą, dopływa do jachtu i obdarowuje nimi swoją żonkę.

 
       Podnosimy kotwicę i obieramy kurs na Split. Przysłowiowy żabi skok, z Milny przez Nečujam do Splitu robimy raptem 14 Mm. Przy wejściu do portu w Splicie mały kocioł. Dwa promy mijają się tuż przy wejściu, do tego jednostka marynarki wojennej. Mi się nie śpieszy, ja poczekam, proszę bardzo, panowie przodem. W marinie też znacznie mniej miejsca niż poprzednim razem, ale coś tam dla nas się znajduje.


       Marina ACI w Splicie, podobnie jak te poprzednio odwiedzane robi bardzo dobre wrażenie. Oczywiście ocenę rozpoczynamy tradycyjnie od sanitariatów. Bardzo przyzwoite. Recepcja mariny, co najmniej jak w jakimś Hiltonie. Na miejscu sklep spożywczy i restauracja. Niestety cena, nieco wyższa niż w Milnie, wynosi 594 kuny za dobę. No cóż, tak jest i koniec.


       Jedną z cech charakterystycznych chorwackiego wybrzeża jest niezliczona ilość taksówek wodnych. Również w Splicie można z nich skorzystać aby dostać się z mariny ACI do centrum miasta. Tak też robimy. W końcu, po całym dniu „ciężkiego” żeglowania nie mamy siły aby iść na piechotę, a przecież pałacu Dioklecjana nie możemy sobie darować. W zabytkowym centrum miasta, które powstało na bazie siedziby cesarza Dioklecjana, można krążyć wąskimi uliczkami całymi godzinami, można też usiąść na jednym z placów i wdychać tę niezwykłą atmosferę obserwując barwny i wielojęzyczny tłum turystów przemieszczających się we wszystkich kierunkach. My też trochę siedzimy sącząc jakieś drinki. W końcu ruszamy, dochodzimy do bramy północnej, Porta Aurea, za którą jest wielki pomnik biskupa Grzegorza z Ninu. Rzeźba wykonana przez Ivana Meštrovicia w 1929, jest stosunkowo młoda, biorąc pod uwagę otoczenie, to wręcz jest zupełnie nowa, ale jest celem pielgrzymek turystów. Każdy uważa za swój obowiązek pogładzenie wielkiego palca u nogi biskupa, dzięki czemu jest on wypolerowany jak srebra rodowe. Właściwie nie wiadomo w jakim celu odbywa się to głaskani, ale przecież nikomu się w ten sposób krzywdy nie czyni. A może święty biskup w dzieciach wynagradza? Z naszej ekipy, najbardziej biskupiego palucha dopieszczali Ula i Andrzej, może coś z tego będzie? . Jeszcze kawa w jednej z wielu restauracji na Rivie i wracamy, oczywiście wodną taksówką do mariny.


       Mimo późnej pory, życie w marinie tętni w najlepsze. Spotykamy wielu Polaków. Mam wrażenie, że pod względem ilości, jesteśmy tutaj drugą nacją po Niemcach. Toczą się więc żeglarskie opowieści. Niektórzy już jutro zdają jachty, my mamy jeszcze jeden dzień. Split to duże miasto, jednak zarówno w marinie jak i w zabytkowym centrum, jest tak przyjemna atmosfera, że wielką ochotą wrócę tam jeszcze raz, a może nie tylko raz. Nawet tłum turystów, jakoś mi nie przeszkadza.

  
        Piątkowy poranek wita nas „niewyraźną” pogodą. Ani słońca, ani wiatru. Gdzieś zniknęła piękna Chorwacja. A ja zaplanowałem, na ostatni dzień, przed powrotem do Trogiru, odwiedziny na kotwicowisku Krknjaš przy wyspie Veli Drvenik. Może jednak trochę się przetrze? Bez słońca to kotwicowisko traci połowę uroku. Docieramy na miejsce, rzucamy kotwicę. Nie ma specjalnego tłoku. Niestety nie rozpogodziło się. Jednak twardzielki i twardziele z Electry nic sobie z tego nie robią i korzystają z ostatniej, w czasie tego rejsu, okazji do kąpieli.


       Przed powrotem do mariny Seget podpływamy jeszcze do samego Trogiru aby zatankować paliwo. A tu proszę bardzo, również zmiany. Rozbudowuje się marina w Trogirze. Pływające keje już gotowe, trwają prace wykończeniowe. Będzie miejsce dla co najmniej kilkudziesięciu kolejnych jachtów. Chorwaci wiedzą co im przynosi dochody i inwestują.



       A w Seget już się krzątają przy odbiorach jachtów. Już nurek spaceruje sobie pod jachtami. Zamieszanie jak zwykle. My też robimy klar na pokładzie, pakujemy większość bagaży aby jak najmniej zostawić do zrobienia na rano. Kiedy jako tako jesteśmy ogarnięci możemy wybrać się do Trogiru na pożegnalną kolację. Oczywiście płyniemy taksówką wodną. Zanim jednak zasiądziemy do stołu, kręcimy się po labiryncie uliczek starówki i penetrujemy sklepiki, w których można coś kupić nadającego się na prezent. Prezenty! To dopiero jest wyzwanie. Kończę zakupy bliski kompletnego wyczerpania. Prawdopodobnie nie przeżyłbym tego gdyby nie pomoc Uli, która doradzała mi przy wyborze drobiazgów dla moich dziewczyn. Skrajnie wyczerpany, słaniając się na nogach, docieram jednak do dobrze nam już znanej pizzerii Top Balloon gdzie umówiliśmy się na kolację. Już pierwszy kieliszek białego, schłodzonego wina, przywraca mnie do życia. Tym razem testuję doradę. Bez zarzutu. W czasie obu kolacji, które tutaj jedliśmy nie było ani jednej osoby narzekającej na serwowane dania, a obsługujący pan bardzo sympatyczny. Jeżeli więc ktoś zabłądziłby na uliczkę Obrov 7, to bez większego ryzyka, może tam zakotwiczyć by oddać się jednej z najpiękniejszych ludzkich słabości, obżarstwu. Jak to w czasie pożegnalnych kolacji bywa, nie obyło się bez podsumowań i podziękowań. No i do tego przemiła niespodzianka, dla mnie niespodzianka. Moje dzielniaki obdarowały mnie kapitalnym, przesympatycznym upominkiem. Otrzymałem mianowicie ślicznego T-shirta z rysunkiem pewnego, bardzo znanego na całym świecie, niebieskiego dżentelmena w charakterystycznym czerwonym nakryciu głowy, z napisem: „I’m the boos – papa Smurf”.


piątek, 30 maja 2014

Penetrujemy Dalmację - cz. 1 Trogir - Komiża - Palmiżana - Hvar



       Droga ze Szczecina do Chorwacji, jak się okazuje, może wyglądać bardzo różnie. Na szczęście Ziemia jest okrągła i nawet jeśli pojedzie się dokładnie w odwrotnym kierunku niżby należało, i tak w końcu dojedzie się do celu. Tym razem jednak, droga nie była aż tak długa. Najpierw do Jaworzna, gdzie miała czekać na mnie załoga i skąd mieliśmy, już wszyscy razem pojechać dalej. Na ulicę Moździerzowców, do zaprzyjaźnionej firmy BEST-PEST dojechałem ok 2 w nocy. Dzięki uprzejmości przyjaciół z BEST-PEST-u, mogłem zostawić tam swoje Berlingo. Czterech członków załogi mieszka w Jaworznie, ale Ula i Andrzej przylatywali z Londynu. Mieli lądować w Krakowie, ze względu na gęstą mgłę na lotnisku Balice, samolot został przekierowany do Katowic. Powstało lekkie zawirowanie, w wyniku którego londyńczycy dotarli zaledwie kilka minut przede mną. Koło trzeciej Michał podjechał po mnie użyczoną przez Małgosię, szefową firmy, Hondą Odyssey, wielkim amerykańskim smokiem, który miał zawieść nas wszystkich na miejsce. Kiedy zaczęliśmy ostateczne pakowanie pod domem mamy Michała, okazało się, że jednak ten smok nie jest aż taki wielki, przynajmniej biorąc pod uwagę wielkość zapasów, jakie zamierzaliśmy zabrać ze sobą. Zrobiło się bardzo wesoło. Gdy wszystkie bagaże zostały spakowane, zreflektowaliśmy się, że trzeba by jeszcze upchnąć ludzi. Nie mieliśmy co prawda do pomocy upychaczy z tokijskiego metra, ale jakoś się udało i o 4 nad ranem wyruszyliśmy na spotkanie przygody.
 
       Do mariny Seget pod Trogirem dotarliśmy bez problemów. Michał gnał po autostradach, jakby prowadził prom kosmiczny, a nie zwykły samochód. Choć pewien niepokój  pojawił się, najpierw gdy dojechaliśmy do przejścia granicznego Słowenia-Chorwacja, a później do bramek autostradowych. Prawie nie było ludzi, żadnych kolejek!!! Zwykle na tym przejściu kłębiły się tłumy zniecierpliwionych turystów, niemogących się doczekać chwili, gdy wreszcie dotrą do celu i będą mogli cieszyć się urokami Chorwacji, popijając winko lub coś innego. Czyżby coś się stało o czym nie wiedzieliśmy? Przez całą drogę raczej nie słuchaliśmy radia. Może jakiś kosmiczny kataklizm, a może jakaś wojna. Ale wokół nas panował zupełny spokój. To już lepiej się nie zastanawiajmy, tylko jedźmy czym prędzej do celu.


       W marinie czuję się jak u siebie. Wszystkie kąty znajome. I zapach, i gwar, i biuro Adriatic Charter. Już jest dobrze. Przyjmuję łódkę, bavaria 36 – s/y Electra, rozdzielamy koje, pakujemy zaopatrzenie i bierzemy głęboki oddech. Zasiadamy przy stole w messie. Krótkie wprowadzenie, rozdaję okolicznościowe koszulki i wznosimy toast za rejs. Niestety nie jestem miłośnikiem trawaricy. Do tego mam bardzo złe wspomnienia sprzed dwóch lat. Zatem toast wznosimy metaxą. Alibi trochę naciągane,  trzeba jednak dochować tradycji i szklaneczkę czegoś mocniejszego wychylić. Weseli, lekko podekscytowani, idziemy do Trogiru. Zanurzamy się w wąziutkie uliczki starego miasta. Od czasu do czasu wynurzamy się na placu Ivana Pavla II lub jakimś innym, mniejszym, gdzie można spojrzeć na niebo. Od czasu do czasu przelatuje tuż nad naszymi głowami samolot podchodzący do lądowania na pobliskim lotnisku. W końcu odczuwamy przemożną ochotę aby gdzieś przysiąść. Nie jest to jednak takie proste. Trogirska starówka to przecież lokal przy lokalu. Można dostać oczopląsu. Z każdej strony atakują naganiacze. Decydujemy się na Top Balloon Pizzeria przy ulicy Obrov 7. Wygląda zachęcająco, położona przy niewielkim placyku. Pan, który zaprasza, sympatyczny, uśmiechnięty człowiek dopełnia dobrego wrażenia. Choć w nazwie jest słowo Pizzeria, można tam zamówić zdecydowanie więcej dań, niż w tradycyjnej pizzerii. W rezultacie po krótkim oczekiwaniu stół zapełnia się najróżniejszymi smakołykami: zupy, owoce morza, sałatki, mięsiwa z grilla no i kolejne dzbanki domowego białego wina. Nie trudno się domyślić, że powrót do mariny odbywał się w wyjątkowo radosnej atmosferze.

 
       O mały włos, a zapomnielibyśmy, że do Chorwacji przyjechaliśmy aby pożeglować. Zatem w niedzielę, prawie z samego rana, wyruszamy do Komiży na wyspie Vis. Plan rejsu jest taki, że przez pierwsze dwa dni mamy pływać po znanych mi już miejscach, a później odbijamy ze znanych szlaków i eksplorujemy terra incognita.

       Załoga, raczej nie ma dużego doświadczenia żeglarskiego. Dokładniej rzecz biorąc, poza Kasią, pozostała czwórka, jest na jachcie pierwszy raz w życiu. Uciechy mamy co niemiara. Płyniemy w kierunku pierwszych wysp, mijamy Otok Kluda, Drvenik Veli i Drvenik Mali, jest lekki wiaterek, kolejne osoby zmieniają się przy sterze co pół godziny. Wypływamy na otwarte morze, wiatr delikatnie tężeje, jacht przyśpiesza. Nawet trochę chlapie. Gdzieś, po 2/3 trasy mamy piękne 4 oB, a pod koniec dobre 5. Załoga dzielnie się trzyma. Niektórzy, może nieco są skołowani, ale nikt nie chce podzielić się ostatnim posiłkiem z Neptunem. Co za ludzie! W końcu widać Komiżę. Odpalamy katarynę i zrzucamy żagle. Grot poszedł bez większych problemów, ale genua ani myśli się zwinąć. Kasia za kółkiem a ja idę na dziób. Już na pierwszy rzut oka widać, że coś jest nie tak z rolerem. Nie wiem o co chodzi, ale nie mogę zwinąć genuy. Z pomocą przychodzi mi Michał. Ze sporym trudem, jednak udaje się zwinąć żagiel. Jak dopłyniemy, zadzwonię do AC, żeby coś z tym zrobili.
 
      Podeście do Komiży jest łatwe. Gdy minie się półwysep zasłaniający port, całe miasto mamy jak na dłoni. Przy kei już stoi trochę jachtów, ale jeszcze połowa nabrzeża jest wolna. Na kotwicowisku, raptem 3-4 jachty. Udało się nam przypłynąć o odpowiedniej porze. Z brzegu macha do nas człowiek z mariny, karząc wpłynąć w głąb zatoki. Przy końcu kei, od strony miasta, są jeszcze 2 wolne miejsca. Świetna miejscówka. Parkujemy spokojnie. Załoga mimo braku doświadczenia, poradziła sobie z manewrem cumowania jak należy. TAK STOIMY! Jak na pierwszy dzień, bardzo przyzwoicie, ok 30 MM w 7 godzin. A wiatr tężeje dalej. Wanty zaczynają grać. Ho, Ho, 6, 7 B. Klarujemy jacht. Na kąpiel w morzu nie ma chętnych. Poprzestajemy na kąpieli pod prysznicem. W porcie, w ciągu ostatnich dwóch lat nic się nie zmieniło, nawet szefowa sanitariatów. Cena za postój, jak na warunki chorwackie, w miarę przystępna, 488 kun za jacht 36 stóp.


       Załoga zabiera się za łagodzenie skutków całodziennego pobytu na słońcu. Choć się tego nie czuło, bo niebo nie było zupełnie bezchmurne i mieliśmy dosyć silny wiatr, to promienie słoneczne zrobiły swoje. Próbujemy dodzwonić się do Adriatic Charter. Nikt nie odpowiada. No tak, jest niedzielne popołudnie, a tam przecież też pracują ludzie. Dobrze byłoby jednak coś z tym rolerem zrobić, żeby jutro się z nim tak nie szarpać. Na jednym z jachtów, wśród wielu naszych rodaków, spotykam dwóch doświadczonych żeglarzy, którzy oferują pomoc. Roler jest jakoś dziwnie przekoszony. Rozwijamy i układamy linki, jakoś zwijamy żagiel, z zakończeniem prac musimy jednak poczekać, aż przycichnie wiatr. Może będzie dobrze, choć widok rolera nie napawa optymizmem.


       Pora jednak ruszyć „w miasto”. Komiża to niewielkie miasteczko, ale kilka ciekawostek ma: Kaštel w porcie (1585), kościół Gospa Gusarica, (XVI w), kościół Sv. Nikola, wieża i mury obronne, kościół Sv. Mihovil, Muzeum Rybołówstwa. Pamiętając o przykrej przygodzie sprzed dwóch lat nawet nie myślę o zakupie jakiegokolwiek alkoholu na ulicy. Spacerujemy nadbrzeżną promenadą, później wchodzimy w główną ulicę Riva Sv. Mikula, okrążającą zatokę. Wreszcie dochodzimy do celu wyprawy, do konoby BAKO, przy ulicy Gunduličewa 1. Kapitalny lokal, nad brzegiem zatoki, z uroczym widokiem, stylowym wnętrzem, no i przede wszystkim z wybornym jedzeniem. I tym razem również się nie zawiedliśmy. 

       Jedną z głównych atrakcji w okolicach Komižy jest Błękitna Jaskinia (Modra špilja) położona na sąsiedniej wysepce Biševo. Swoją urodę zawdzięcza niezwykłej grze światła, wpadającego przed południem i rozświetlającego jej wnętrze. Jaskinia ma 18 m długości i 6 wysokości. Otwór wejściowy ma 1,5 m wysokości i 2,5 m szerokości, nie jest więc specjalnie duży, ale pontonem da się spokojnie wpłynąć. Jest jednak pewne ale … Gdy wstaliśmy w poniedziałek rano, wiała właśnie 7 z S-E, więc impet wiatru i fal był skierowany do wnętrza jaskini.. Co prawda, prognozy zapowiadały stopniowe słabnięcie wiatru ale dopiero od południa. Czyli już po porze oświetlenia jaskini. No cóż, obejdziemy się smakiem, nie widzę przyjemności w walce o życie na pontonie przy wietrze 7-6 B. Opóźniamy wyjście z Komižy, wiatr faktycznie nieco się uspokaja. Kierujemy się do Palmižany na wyspie Św. Klementa w archipelagu Pakleni Otoci. Na samym grocie lecimy ok 6 knotów.  
 
       Pakleni Otoci i marina Palmižana to jedne z najładniejszych miejsc w Chorwacji. Płynąc od strony Visu trzeba być jednak bardzo czujnym ponieważ kolejne wyspy częściowo siebie wzajemnie przysłaniają, przysłaniają również przejścia między nimi. Nie chodzi tylko o skrócenie drogi, ale również o niezwykłe doznania estetyczne związane z kluczeniem między wyspą Marinkovač z prawej burty, a wysepkami Borovač i Planikovač z lewej burty. Widoki jak z bajki, zawsze pełno tam różnych jednostek stojących na kotwicy i ludzi kąpiących się w uroczych zatoczkach.

      
       Po przepłynięciu 19 MM cumujemy w  niezbyt zatłoczonej Palmižanie. Zdecydowanie się wypogodziło, zrobił się piękny letni dzień. Gdy już zrobiliśmy klar i załoga mogła rozejrzeć się dokoła, pierwsza reakcja u wszystkich była taka sama: Boże, jak tu pięknie! Już nigdzie dalej nie płyniemy. Zostajemy tutaj. Ja nie byłem tam pierwszy raz, a mimo to, w pełni podzielałem zachwyty nad urodą tego miejsca. Mimo, że marina do najtańszych nie należy, 612 kun za dobę, to warta jest swojej ceny. Gdy poszliśmy na plażę, na drugą stronę wyspy, zmiana planów stała się nieuchronna. Załoga zamarzyła sobie dnia leżakowania na plaży. (!?) No dobrze. Tracimy jeden dzień, co w jednotygodniowym rejsie ma dosyć istotne znaczenie, ale pewnie to nie jest mój ostatni rejs po Adriatyku.
 
      Leżakowanie to nie jest moja specjalność. Po kilku chwilach prażenia się, nie mogłem się powstrzymać od  wejścia do wody, mimo, że nie znoszę wody o temperaturze poniżej 24 oC, a tam woda miała 18-19 oC. Straszne. Wskoczyłem więc do wody i  … zapomniałem, że mam na nosie okulary, i to bez sznurka. W sytuacji zorientowałem się dopiero po wyjściu z wody. Na szczęście mieliśmy w załodze Michała, miłośnika pływania w krze lodowej. Dzielny bosman ubrał maskę i fajkę i po chwili wynurkował moje patrzałki. Nawet na South Island w Nowej Zelandii słychać było, jak w tym momencie spadł mi kamień z serca. Dogorywając na leżaku pod parasolem zaczynałem już odczuwać poparzenie łydek, które wystawały poza cień rzucany przez parasol. A tu druga niespodzianka. Coś tam rano bąknąłem o melonie, coś o szynce. Nasz kuk, Przemko przywędrował na plażę z dużym talerzem pełnym kawałków melona zawijanych w plastry szynki. No dobra, jednak świat jest piękny, mimo leżakowania.  Po kolejnych kilku chwilach, przenieśliśmy się do restauracji Toto’s, ulokowanej kilka metrów nad nami, na skarpie sterczącej nad plażą. Jej lokalizacja to coś zupełnie nadzwyczajnego, widok na zatokę z jachtami na kotwicy, ocienienie palmami i innymi egzotycznymi roślinami. Kapitalne, zupełnie jak na jakiejś wyspie tropikalnej, a do tego okazało się, że jedzenie, które tam podają też jest niczego sobie. Ze względu na pogodę i porę dnia poprzestałem na sałace greckiej, która podobnie jak w Polsce, jest tylko luźną wariacją na temat dania, które znam z rejsów po morzu egejskim. Do tego panna cotta z dżemem z czarnych porzeczek i pyszna kawa, jak we Włoszech.


       W błogim lenistwie czas upłynął niepostrzeżenie. Szybki prysznic i przygotowania do wycieczki do Hvaru. Przyglądałem się tej krzątaninie i stwierdziłem, że bohaterem dnia wcale nie jest Michał, któremu udało się odnaleźć moje okulary, ani Przemko, który przygotował i przyniósł na plażę wyśmienitą przekąskę. Okazało się, że jest nim panthnol, środek na oparzenia słoneczne. Krążył z rąk do rąk, niczym bezcenny amulet. Wydawało się, że nie będzie końca smarowania poparzonych ciał. Na szczęście moje wizje całonocnego smarowania  nie spełniły się i w końcu wylądowaliśmy w taksówce wodnej, która za jedyne 100 kun wozi żeglarzy do Hvaru i z powrotem.

 
       Płynę do Hvaru kolejny raz i znowu wieczorem. Znowu nie będzie szansy obejrzenia tych wszystkich cacuszek historycznych, których w tym niewielkim mieście jest takie nagromadzenie. Chociażby wieża zegarowa (1476), arsenał (1579-1611), teatr nad arsenałem, stale czynny od 1612, rezydencje znamienitych obywateli Hvaru (XV-XVI) czy wyjątkowo urokliwy i pięknie położony na cyplu, klasztor franciszkanów (1461-64). My jednak, najpierw kierujemy się do góry, na wzniesienie dominujące nad miastem. Tam, na wysokości 109 m n.p.m., znajduje się fort Španjol (1551). Na wytrwałych, którzy zdecydują się na wspinaczkę, na szczycie czeka nagroda w postaci wspaniałej panoramy. Patrzy się z góry na miasto, na port, na pobliskie Pakleni Otoči, na jachty i statki przepływające w pobliżu. W końcu i my docieramy na szczyt. I jakież rozczarowanie, twierdza jest zamknięta. Gdy byłem tam poprzednio, już zapadł zmrok, a my snuliśmy się po twierdzy dłuższą chwilę zaglądając do wszystkich zakamarków. W końcu zrobiliśmy sobie grupowe zdjęcie przed zejściem na dół. Tym razem nic z tego. Potężne drzwi twierdzy zamknięte były na głucho. Zrobiliśmy więc sobie pamiątkowe zdjęcie u podnóża muru twierdzy.



      


        Płynąc motorówką do Hvaru spotkaliśmy dwóch niemieckich turystów. Krótka konwersacja zahaczyła również o kulinaria. Okazało się, że panowie znają dobrze okolicę, w tym również lokale gastronomiczne. Jako miejsce na kolację polecili nam konobę Macondo. Nie jest tam łatwo trafić, ale dla chcącego nic trudnego. Szliśmy uliczką Kroz Grodu niepewnie rozglądając się na boki, w końcu wypatrzyliśmy to czego szukaliśmy. W bocznej uliczce Marije Maricič, no może, w bocznym chodniku, bo uliczka to zbyt wiele powiedziane, była konoba Macondo. Na zewnątrz wszystkie stoliki były zajęte, weszliśmy więc do środka. Wnętrze przytulne, z marynistycznym wystrojem, zachęcające do zajęcia miejsca. No to je zajęliśmy. Karta była bardzo interesująca, zdecydowałem się na steka Big Mamma. Co tu dużo gadać, był wyśmienity.
 

wtorek, 13 maja 2014

MAJOWE PRZELEWICE



       Długi weekend majowy w tym roku niestety nie rozpieszczał nas pogodą. Jednak ku mojej wielkiej radości, w sobotę, kiedy to zaplanowałem wypad do ogrodu dendrologicznego w Przelewicach, była całkiem przyzwoita pogoda. Jedyne co wzbudzało mój niepokój, to nieco zbyt silny wiatr. Owady nie przepadają za mocnymi podmuchami. No i robienie zdjęć makro, też nie jest łatwe gdy wszystko wciąż się rusza. Najważniejsze jest jednak pozytywne nastawienie. Przecież w Przelewicach zawsze coś ciekawego da się sfotografować. 
         Pakuję więc swój plecak Lowepro Pro Runner 350 AW. Całkiem spora waliza, na lotniskach bywają z nim problemy, a jednak muszę starannie zaplanować co ze sobą zabiorę. Jak co do czego, to i tak okazuje się za mały. W końcu mój Nikon 300 D się w plecaku nie mieści i muszę go zawiesić na szyi. Średnia przyjemność. Biorę ze sobą kilka obiektywów, ale główną rolę ma odgrywać Nikkor AF-S Micro 60, wszak nastawiam się na owady (?) i kwiaty.


        Będąc w Przelewicach kolejny już raz, mam ustaloną kolejność oglądania. Ruszam w lewo od wejścia i rozpoczynam od  Alei Drzew Polskich. Piękna parkowa aleja, gdzie spotykamy drzewa i krzewy dobrze nam znane z wielu innych miejsc. Ale to jest takie miejsce gdzie najłatwiej znaleźć ciszę i spokój. Ludzie jednak biegną do tych bardziej egzotycznych i efektowniejszych miejsc, nie zwracając uwagi na dyskretny urok tej części ogrodu. 


       Choć i tu nie brakuje niezwykle efektownych o tej porze roku rododendronów, które potrafią oczarować każdego. Niestety, moje obawy, związane ze zbyt silnym wiatrem okazały się uzasadnione. W tych warunkach każdy owad, nawet najbardziej pospolity, wydawał się być wielką atrakcją. W pewnym momencie, chcąc sfotografować jakieś pięknie kwitnące drzewo, wychodzę na otwartą przestrzeń rozpościerającą się przed pałacem i wychodzę niemal na wprost popasającego bociana. Bociek nie reaguje na moje pojawienie się. Spokojnie zdejmuję plecak i wyciągam nieco większe szkło, Sigmę APO DG 70-200 Macro HSM. A ptak, jakby na to czekał. Gdy byłem gotowy, zaczął pozować. Ustawiał się i en face i z profila i z pół profila. Dokończyłem sesję i zająłem się pakowaniem do plecaka Sigmy. Jak skończyłem, podniosłem głowę do góry i … boćka już nie było.


       Kolejny etap, to trzy stawy. Jakże inne środowisko, inne rośliny. A przy pięknej słonecznej pogodzie, po prostu kolejny uroczy zakątek Parku Dendrologicznego w Przelewicach. Trafiamy tam na parę łabędzi. Pani łabędzica siedzi „ukryta” na gnieździe, a pan łabędź atakuje każdego intruza, który ośmieli się podejść zbyt blisko wody. Niektórzy próbują przekupić go czymś do jedzenia, ale nie przynosi to spodziewanego efektu. Podarunek, owszem zostaje przyjęty, ale o żadnej poufałości mowy być nie może. W sprawie ochrony gniazda, pan łabędź nie uznaje kompromisów.


       Ogród w Przelewicach jest na tyle duży, że za każdym razem dokonuję w nim kolejnych odkryć. Jest to tym łatwiejsze, że jestem kompletnym laikiem, jeśli chodzi o znajomość świata roślin. Moje kryterium oceny jest bardzo proste: albo mi się coś podoba albo nie, albo coś mnie zauroczy, albo nie. Nie ma znaczenia, czy mam do czynienia z jakimś niezwykle rzadkim egzemplarzem, czy wręcz przeciwnie, zupełnie pospolitym, bo zwyczajnie się na tym nie znam. Tym razem też przytrafiły mi się takie odkrycia. Pierwsze z nich pojawiło się właśnie w drodze od trzech stawów do pałacu, gdy postanowiliśmy zrobić sobie przerwę na małe co nieco. To była ściana zapachu. Początkowo nie mogliśmy się zorientować gdzie jest jego źródło. Nie było to żadne z drzew, ani żaden krzew, znajdujące się w bezpośrednim sąsiedztwie. Jakieś dziwne zawirowanie powietrza przyniosło ze sobą ten zniewalający zapach. Jednak, po kilku metrach, odnajdujemy „winowajcę”, to kalina koreańska, niepozorny krzew z dużymi kulistymi kwiatostanami.


       Kiedy wreszcie uwolniliśmy się z objęć magicznego zapachu kaliny koreańskiej, dotarliśmy do Kawiarni Zamkowej, by nieco odsapnąć i podelektować się miejscowymi smakołykami. A tam, jak zwykle, między stolikami ustawionymi na zamkowym tarasie, przechadzały się pawie. Wśród kilku dorosłych pawic były też trzy młodziaki. Ale jak pan paw rozłożył swój imponujący ogon, większość ludzi rzuciła się w jego stronę, robiąc zdjęcia czym tylko się dało. Myślę, że nawet Michał Wiśniewski nie wywołałby większej euforii. Nie rozumiem tylko, dlaczego pan paw, nie wziął jakiegoś kapelusza i nie zrobił rundki, wśród gęstego wianuszka zachwyconej publiczności.


       Po nabraniu sił ruszamy w kierunku ogrodu japońskiego. To zdecydowanie moje ulubione miejsce w przelewickim ogrodzie. Co prawda, długi weekend majowy, to nie jest najlepszy czas na kontemplowanie uroków tego miejsca, ale jednak to jest to. Tu koniecznie trzeba na chwilę się zatrzymać i wyłączyć. 


       Później można iść dalej, dla podtrzymania nastroju, najlepiej w kierunku mauzoleum. To drugi, owiany nimbem tajemniczości zakątek ogrodu. Ze względu na nasłonecznienie, najprzyjemniej jest tutaj wczesnym, lub nieco późniejszym, popołudniem.


       Z zacisza okolic mauzoleum wracamy do „cywilizacji”. Jeziorko, skalniak, a za nim, w pewnym oddaleniu, plac zabaw dla dzieci. Ten ostatni, przynajmniej tym razem, sobie darujemy. I w tej okolicy trafiam na moje kolejne odkrycia. Trzy odkrycia, trzy różne rośliny, a jednak mające ze sobą coś wspólnego. To coś, to niezwykła delikatność, wręcz subtelność, zachwycające. 
       

       Najpierw judaszowiec kanadyjski, drzewo występujące w Ameryce Północnej. Te jego kwiaty!


       Później klon palmowy, drzewo rodem z Japonii i Korei Południowej. Jego liście cieszą oko i swoim kolorem i zjawiskową zwiewnością. 


       I wreszcie czwarte „odkrycie” tego dnia, floks szydlasty, malutka roślinka, tworząca niezwykłe kobierce, pochodząca również, jak judaszowiec, z ameryki północnej.  O tej porze roku większość roślin wygląda jeszcze świeżo i delikatnie, ale ta trójka jest zupełnie niezwykła.



       Kręcimy się po ogrodzie, to tu, to tam. Co chwilę coś przykuwa naszą uwagę. Pełen, wyśmienity relaks. Stajemy się jakby lżejsi, nieomal płyniemy nad ziemią. Trochę mniej ludzi, ciszej, głosy jakby się oddalają. Piękne otoczenie, doskonały nastrój, mięciutkie późnopopołudniowe światło, czyż można wymarzyć sobie lepsze warunki do zrobienia kilku zdjęć portretowych? Sięgam do plecaka po Nikkora AFS 50 f 1.4.  Aparat ustawiony na statywie i próbujemy. W jednym miejscu, w drugim, w trzecim. W końcu jest ujęcie, które wydaje mi się całkiem udane. Nie tylko dobrze oddaje nastrój chwili, ale też będzie świetnie się sprawdzało jako psychoterapia w bardziej pochmurnych chwilach życia. To jest jedno z tych magicznych oblicz fotografii, kiedy kawałek papieru z utrwalonym na nim obrazem, w jednej chwili odmienia nastrój człowieka, atmosferę w domu. Na twarzy pojawia się uśmiech, ożywienie czy zaduma.



       Jeszcze trochę kręcimy się po parku. Robię kilka kolejnych zdjęć. Nie mogę oprzeć się urokowi młodych pędów paproci. Wiem, już milion pięćset tysięcy ludzi fotografowało je przede mną. Nic na to nie poradzę. Musiałem to zrobić. Aż tu nagle jeszcze jedna ciekawostka: kwiatostan, który z pewnej odległości wygląda niczym wielka, włochata, barwna gąsienica. Z bliska okazuje się jeszcze bardziej atrakcyjny. Niestety nie znalazłem w pobliżu tabliczki z informacjami co to jest. Ot, taka sobie mała tajemnica. Może jak przyjadę tu następnym razem uda się ją wyjaśnić?


Postaw mi kawę na buycoffee.to

Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...