poniedziałek, 30 września 2013

JEGO WYSOKOŚĆ DUBROWNIK



       Wypoczęci i zrelaksowani, a co najważniejsze w komplecie, wypływamy z cudownej Korczuli w dalszą drogę. To dopiero nazywa się rozdarcie wewnętrzne. Miasto Korczula jest rzeczywiście przeurocze, szkoda więc je opuszczać. Z drugiej jednak strony, naszym głównym celem tegorocznej wyprawy jest Dubrownik, miasto wręcz legendarne.  No to płyniemy. Ale nie kierujemy się bezpośrednio do Dubrownika. Wyruszamy z Korczuli stosunkowo późno, więc plan jest taki, aby popłynąć jak najdalej w kierunku portu docelowego. Zatrzymać się gdzieś po drodze na nocleg, jak się uda to w Žuljanie. A rano następnego dnia wyruszyć jak najwcześniej, aby mieć maksymalnie dużo czasu na Dubrownik.
       Pogoda jest ustabilizowana, jak wzorzec z Sevres. Wcześnie rano i późnym popołudniem całkiem przyjemnie wieje. W ciągu dnia i nad ranem wiatr cichnie niemal do zera. Z jednej strony to dobrze, bo wiemy czego się spodziewać. Z drugiej jednak strony kiepsko się żegluje jak nie wieje. A, że o określonej porze nie będzie wiało, to pewne jak 2 x 2. I nie ma co się łudzić, że będzie inaczej. Na szczęście silnik na naszym okręcie pracuje bez zarzutu, w przeciwieństwie do GPS-a, który zdecydowanie częściej nie pracuje, niż pracuje. Powoli, acz systematycznie, płyniemy wzdłuż półwyspu Pelješac delektując się pięknem okoliczności przyrody. Zupełna sielanka. Aż tu nagle plum! Kamil wyskoczył sobie z jachtu?! Czy trafił mnie szlag? Tak!!! Erupcja bardzo ciężkich słów jak w tym momencie nastąpiła, wyczerpała mój limit przekleństw na najbliższe dwa lata.
       Wypłynęliśmy późno, wiatru prawie nie ma, więc za daleko nie dopłyniemy. Tym nie mniej, krótko przed zachodem Słońca dopływamy do Žuljany. Žuljana to zarówno nazwa miejscowości jak i zatoki. Zatoka jest bardzo łatwa do wypatrzenia z morza. Jest tam nawet małe molo, ale całe zajęte. Nie ma problemu, i tak zaplanowane było stanie na kotwicy. Wpływamy więc na środek zatoczki i rzucamy kotwicę. Co prawda Žuljana chwali się posiadaniem szczątków rzymskich grobowców, barokowym kościołem św. Marcina, który powstał na miejscu kaplicy z XII wieku oraz kaplicą św. Julii, ale tym razem, chcemy tu tylko przenocować. Swoją drogą, gdy wspominam swoją edukację szkolną będąc w Chorwacji, nie mogę się nadziwić, że nic nam nie mówiono o tych terenach w kontekście starożytności, średniowiecza i odrodzenia. A tu na miejscu okazuje się, że pamiątek, często bardzo ciekawych, z tamtych czasów jest niezmiernie dużo. Czasami mam wrażenie, że starożytnych zabytków jest w Chorwacji więcej niż w Grecji.
 

Zuljana

      
       Rozglądamy się po okolicy. Na brzegu widać raptem parę domów. Na krańcu wioski jest boisko do koszykówki, po którym biega kilku młodzieńców. Gdyby nie odgłosy z boiska, panowałaby tu absolutna cisza.  Miejsce jest osłonięte od wiatru, kotwica dobrze trzyma, więc chętni mogą się trochę pokąpać. Słońce zdążyło się już schować, co sprawiło, że sceneria do kąpieli jest niezwykła. Dwóch dzielnych młodzieńców, Kamil i Filip postanawia wpław wyruszyć do wioski po „złote runo”.  Początkowo nikt nie zwracał uwagi ile czasu minęło od ich wypłynięcia. Na jachcie i wokół jachtu trwała wesoła zabawa. Gdy jednak już wszyscy pokończyli wieczorną kąpiel i zaczęła robić się nieco senna atmosfera, ktoś skonstatował, że jakoś długo nie ma naszych argonautów. Romek już zaczynał nawet się niepokoić o Filipa. Co w razie czego powie Jasi? W końcu wyłoniły się dwie głowy z ciemności. Obaj zdobywcy w świetnych humorach z przejęciem opowiadali o swoich przygodach i trudnościach z nabyciem czegokolwiek, zarówno w miejscowej knajpie jak i w sklepie. Sądząc jednak po ich minach wyprawa udała się nienajgorzej. I tylko, to coś co dostarczyli na jacht było jakieś dziwne. Smakowało jak landrynki mandarynkowe rozpuszczone w rozcieńczonym i posłodzonym spirytusie. Chyb nikt nie wypił tego co miał nalane, a przecież to była raptem połowa butelki. I tak to, stał się cud na jachcie Kaneja, że ponad połowa zakupionego alkoholu powędrowała za burtę.
       Jakoś do kotwicy mam ograniczone zaufanie. Wyznaczam wachty aby nie było jakiejś niemiłej niespodzianki. Gdy wstałem ok. 0530 stwierdziłem, że wszystko jest w najlepszym porządku, wciąż jesteśmy tam gdzie byliśmy wieczorem. Jedynie taki drobiazg, Kamilowi nie udało się wstać na wachtę. Na szczęście Ania była na tyle litościwa, że dotrwała do końca zastępstwa. No cóż, nie wszyscy rozumieją co to znaczy odpowiedzialność za siebie, a przede wszystkim za innych.   


        Zaczynało już robić się jasno, zaraz miał być wschód Słońca. Odpaliłem katarynę. „Kotwica w górę!” Powolutku wysuwamy  się z zatoczki i zostawiamy Žuljanę za rufą. Kierunek Dubrownik. Zgodnie z planem mamy piękny wiatr. Na tyle silny, że Kaneja porusza się bardzo żwawo, ale wciąż jeszcze nie musimy się refować. Wyprzedzamy nawet jakiś jacht płynący na silniku. Po chwili widzimy, że tamci też stawiają żagle. Piękna jazda o wschodzie Słońca. To są te niezwykłe chwile pod żaglami, gdy człowiek całym sobą odczuwa niezwykłą radość.


       Mamy kolejny piękny dzień. Przed wypłynięciem w rejs, zasięgnąłem języka w sprawie fajnych miejsc do kąpieli przed Dubrownikiem. Krzysiek „Szatan” Kotlewski (Masteryachting Polska) polecił mi Šunij przy wyspie Lopud. Kto jak kto, ale Krzysiek te wody zna całkiem dobrze, więc zdecydowałem się skorzystać z tej rekomendacji. 


       Faktycznie miejsce okazało się bardzo przyjemne, pogoda wyśmienita, prawdziwa wakacyjna sielanka. Co prawda nie byliśmy tam sami, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Popełniliśmy jednak pewien mały błąd, pozwoliliśmy dzielnym argonautom popłynąć na brzeg. A ci jak popłynęli, tak popłynęli i nie bardzo wiedzieli kiedy wrócić. Już chcemy płynąć dalej, wszak czeka legendarny Dubrownik, a tu nie, trzeba czekać na naszych dzielnych wesołków. W końcu doczekaliśmy się i załoga była w komplecie. Na szczęście tym razem nie przytaszczyli ze sobą żadnego mandarynkowego paskudztwa, a co mieli wypić, wypili na brzegu.


       Dubrownik już zupełnie blisko. Widać imponujący most nad Dubrowačką, a właściwie nad samym jej ujściem. Jego wysokość nad lustrem wody to 45 metrów. Zbliżamy się do niego, po prawej stronie mamy Gruž, czyli port w samym Dubrowniku i marinę Porat-Gruž. Jednak nie jest to miejsce specjalnie polecane miłośnikom ciszy i spokoju. Płyniemy w górę Dubrowački, do mariny Miho Pracat. Bardzo sympatyczna marina. Co prawda w informatorach żeglarskich można wyczytać, że bora wieje tu często, osiągając czasami siłę huraganu, jednak nie tym razem. Warunki mamy bardzo dobre. Infrastruktura w marinie doskonała, włącznie z basenem, ale też i cena, jak najbardziej stosowna. Płacimy za postój 115 euro. Chorwaci w łupieniu turystów są po prostu bezwzględni. Żadnej litości.


       Z mariny do miasta jest całkiem spory kawałek. Na szczęście działa komunikacja miejsca. Co piętnaście minut jest autobus. Przejazd w jedną stronę 15 kun od osoby. Końcowy przystanek jest dosłownie przy wejściu do starówki. Przechodzi się przez bramę, jeden rzut oka i zapomina się o wszystkich niedogodnościach, o wysokich cenach i innych nieprzyjemnych rzeczach. Oczywiście jeśli ktoś lubi takie klimaty. Jest tu ogromny tłum ludzi, więc trzeba umieć włączyć widzenie selektywne. Ten tłum to tylko tło bez żadnego znaczenia, liczą się tajemnicze zaułki, wyszlifowane poza granice możliwości milionami stóp chodniki i ulice, potężne mury obronne i ta niepowtarzalna atmosfera. I w żadnym wypadku nie można zawracać sobie głowy tym mrowiem ludzi. Szybko robi się ciemno, już nie wszędzie możemy wejść. Ale jeszcze tu, jeszcze tam. Jeszcze porcję pysznych lodów. Przeciągamy nieco nasz spacer, tym niemniej, znowu pozostaje niedosyt.


     W Dubrowniku dobrze znają Polaków i Polskę. W knajpach bez trudu znajdzie się menu w języku polskim. Miejscowi restauratorzy są bardzo aktywni w przechwytywaniu gości. Zapraszają i od razu pytają o pochodzenie. Natychmiast przekonałem się, że również Szczecin nie jest im obcy. Bardzo dobrze pamiętają Pogoń Szczecin. Posiadają w swoich zbiorach szaliki, chyba, wszystkich klubów naszej piłkarskiej ekstraklasy (ekstraklasa – jak to dumnie brzmi ?!). Piłka nożna jest dla nich naturalnym punktem zaczepienia przy nawiązywaniu konwersacji. Równolegle z oferowaniem gratisów. My zdecydowaliśmy się na restaurację Antunini znajdującą się w jednej z bocznych uliczek. Ponieważ było już ciemno, a uliczka oświetlona była niezbyt mocno, było to niezwykle urokliwe miejsce. Obsługa lokalu uwijała się niesamowicie. Dania tam serwowane były wyśmienite. Chorwaci świetnie przygotowują owoce morza. Ale i tradycyjne mięso nie pozostawiało żadnych wątpliwości.  Trzeba też przyznać, że porcje były zupełnie godziwe. Prawdziwa uczta dla miłośników biesiadowania. No i zgodnie z obietnicą pana, który nas zapraszał, dostaliśmy trzy litry wina gratis, rabat 10 % i na koniec, dla chętnych gratis medicina. Medicina, to nic innego jak trawarica, której nie znoszę, więc nawet jeśli jest za darmo, to nie reflektuję. Naturalnie, nie mam żadnych złudzeń, że te wszystkie gratisy są bardzo starannie skalkulowane i nasi przemili gospodarze nie dokładają do interesu, ale zawsze to miło jest być w taki sposób obsłużonym.



       Opuszczamy stare miasto w Dubrowniki. Wracamy autobusem do mariny Miho Pracat, a tam zupełnie inny świat: cudna cisza, plusk wody, cykady i piękna noc. Delektujemy się tą sielanką, jednocześnie przeżywamy wrażenia z Dubrownika. Co za miejsce!   


środa, 18 września 2013

Chorwacja 2013 - Jak dziecko we mgle.

Marina Kremik
       I znowu wyruszamy na żagle do Chorwacji. W pewnym sensie rozpoczynamy naszą podróż tam, gdzie kończyliśmy ubiegłoroczną, w Grazu. Nazwa wzięła się od słoweńskiego słowa gradec oznaczającego mały zamek. A właśnie Graz powstał na terenie starej słowiańskiej osady.  Ten sam przytulny hotel Strasser, choć otoczenie w trakcie poważnych zmian. Wieczorny spacer po mieście. Most z przypiętymi do barierki kłódkami, eleganckie ulice ze specyficzną atmosferą, kolejna fajna knajpka z pysznym jedzeniem i wspinaczka na górę Schlossberg dominującą nad miastem (475 m), na szczycie której są ruiny zamku, będącego kiedyś częścią niezdobytej twierdzy. Ależ dużo tych schodów.  To już jest taka wysokość, że świat w dole wydaje się jakby odrealniony. Jakby dwa światy równoległe, ten nasz na górze, tchnący spokojem i ten w dole, taki dziwny, tętniący życiem. Z zaciekawieniem przyglądam się tym na dole. Gdzie oni wszyscy tak się śpieszą? Dlaczego są w ciągłym ruchu? Jak te mrówki, w tę i z powrotem, w tę i z powrotem. Hej tam, ludzie, już wieczór, stańcie na chwilę, usiądźcie. Przecież te kręcenie się w kółko nie ma sensu. Ee, chyba mnie nie słyszą. W takim razie zejdę tam do nich.

Graz - magiczne miejsce na trasie do Chorwacji
       W zasadzie, to nie schodzimy, tylko zjeżdżamy. Zjeżdżamy niesamowitą windą, jak w jakimś futurystycznym wieżowcu. Winda jest oczywiście płatna, ale automat sprzedający bilety na górze jest uszkodzony. Kupuję więc bilety dla naszej czwórki na dole. W tym czasie Kamil, nie wiadomo jak i nie wiadomo kiedy, przeszedł na drugą stronę bramki. Gdy skierowałem się w tamtą stronę, już widziałem jak w kierunku Kamila podąża pan z obsługi, ze strasznie groźną miną. Sytuacja została natychmiast opanowana gdy machnąłem biletami.
       Gdy zaparkowaliśmy auto przy hotelu, okazało się, że Kamil nie ma ze sobą żadnych dokumentów. Na szczęście (?) w recepcji nie zażądano od nas jakichkolwiek papierów, gdyż mieli mnie już zarejestrowanego po zeszłorocznym pobycie. Dało to nam złudne poczucie spokoju. Jesteśmy w Europie. Przemieszczamy się bez problemu z kraju do kraju. Nikt o nic nas nie pyta. Niestety rano spotyka nas bolesne przebudzenie już na początku podróży, a dokładniej na pobliskiej granicy słoweńsko-chorwackiej. Chorwacja nie jest sygnatariuszem układu z Schengen!!!  Wszyscy podróżni proszeni są o okazanie dokumentów tożsamości. Nie ma szans na przekroczenie granicy. Żadne czary nie pomagają. Może to i dobrze, bo jak się później okazało, Chorwaci również sprawdzają wszystkim podróżnym dokumenty.
       Wracamy do najbliższego miasta w Słowenii, do Ptuj. W czasie powrotu dzwonią koledzy, którzy już dotarli do mariny Kremik, gdzie mamy zacząć nasz rejs. No tak, my się wycofujemy, nie wiedząc jeszcze co dalej będziemy robić, a tam już sześciu ludzi na nas czeka i się niecierpliwi. Napięcie zaczyna rosnąć. Postanawiam wysłać Kamila jakimś środkiem transportu do Lubljany, aby tam załatwił dokumenty tymczasowe i dołączył do nas w Dubrowniku, a my pojedziemy jak najszybciej do Kremika. W Ptuj odnajdujemy dworzec autobusowy. Mimo, że jest jeszcze stosunkowo wczesna pora, okazuje się, że w sobotę, autobusem w żaden sposób do Lubljany nie da się dojechać. Idziemy na pobliski dworzec kolejowy. Może pociąg? Jest! Za piętnaście minut. Biegiem z powrotem do samochodu. Wyposażamy naszego pechowca w niezbędne rzeczy i czekamy na pociąg. Pociąg … nie przyjeżdża. Wpatruję się w rozkład jazdy z takim wysiłkiem i natężeniem, że papier o mało się nie zapalił. A i tak nic nie rozumiem, dlaczego nie ma tego pociągu? Na całej stacji jest tylko jedna kobieta, klimat jak tuż przed pojedynkiem w „W samo południe”. Próbujemy jakoś nawiązać kontakt z tą kobietą. Ciężko to idzie, niby nasze języki są bardzo podobne, a jednak bardzo inne. Pani wykazuje mnóstwo dobrej woli, dzięki temu udaje nam się zrozumieć, że ten rozkład jazdy już dawno jest nieaktualny. Pani pokazuje nam swego rodzaju informację kolejową. Wciskamy stosowny przycisk i łączymy się z centralną informacją kolejową. To co usłyszeliśmy przez słuchawkę było tak zniechęcające, najbliższy pociąg za ok 6 godzin, że nie chciałem w to uwierzyć. Wróciłem do tego nieszczęsnego rozkładu jazdy i znowu się w niego wpatrywałem. Niczego to jednak nie zmieniło, a sympatyczna Słowenka nie pozostawiała  najmniejszych złudzeń. No i co? Tylko ja mogę poprowadzić ten rejs. Chłopaki już tam czekają. Jeżeli pojedziemy do Lubljany to pewnie zakończymy załatwianie formalności w poniedziałek. Wszyscy czujemy spory dyskomfort, pozostawiamy jednak Kamila w Ptuj, a sami ruszmy, co konie mechaniczne wyskoczą, do Kremika.
       Dalsza część drogi mija nam już bez przeszkód. Naszych szanownych kolegów odnajdujemy wylegujących się w namiocie dającym odrobinę osłony przed słońcem. Ponieważ ich oczekiwanie trwało ładnych parę godzin, to aby jakoś dotrwać do naszego przyjazdu musieli nieco się wzmocnić specyfikami przywiezionymi z kraju. Trzeba przyznać, że przywitali nas w całkiem dobrej formie jak na tak długie oczekiwanie..
       No, ale szkoda czasu na gadanie. Trzeba jak najszybciej załatwić przyjęcie jachtu i ruszać w morze. Po części formalnej, pora na łódkę. Przyszedł do nas dżentelmen o imieniu Pavle, menager bazy firmy Yacht202. Od razu był na nas wkurzony, bo zgłosiłem, że brakuje nam jednego odbijacza i jest bardzo mało gazu w butli. Okazało się, że jednak odbijacz był, ale dostaliśmy jeszcze dwa dodatkowe. Co do gazu nie doszliśmy jednak do porozumienia. Pavle upierał się, że podłączona butla jest maksymalnie wypełniona, a my porównując wagę tej butli z wagą innej nie mieliśmy wątpliwości, że tego gazu jednak, nie ma tam zbyt wiele. Ale to chyba jednak nie był problem. Problemem raczej było to, że Pavle po prostu nie znosi swojej pracy, nie znosi żeglarzy których musi obsługiwać i chyba w ogóle nie lubi ludzi. Nawet tak przyjaznemu i pogodnemu człowiekowi jak Romek coś tam się dostało od wściekłego menagera bazy. Choć nikt nie ma pojęcia czym Romek mu się naraził. Szkoda, że akurat nam ktoś taki się trafił, ale niech tam. Nie będziemy się zbyt długo nim zajmować, bo szkoda naszego urlopu.
       Według słów, wyżej wspomnianego Pavle, nasz jacht, Kaneja – Sun Odyssey 43, to jacht już nieco wiekowy, ale bardzo dobry. Manewry w porcie trzeba wykonywać bardzo wolno, zasilanie windy kotwicznej trzeba wyłączać gdy winda nie jest używana bo korozja niszczy styki, pompy wody pitnej raczej zbyt wiele nie należy używać, a GPS nie służy do nawigacji a jedynie do określania pozycji. Czy ten dzień wreszcie się skończy? Póki co, kończymy rozlokowywanie się na łodzi i ruszamy. Marina Kremik położona jest w osłoniętej zatocze w północnej części zatoki Peles. Daje to niezłe schronienie od wiatru, ale wyjście chwilę trwa. Gdy wyszliśmy na morze, wiatr zaczął nieco tężeć. Spojrzałem na wskaźnik siły wiatru i stwierdziłem, że … wskaźnik nie działa, w związku z tym pozostało tylko ucho i nos. Rzut oka na log. Też nie działa. Na szczęcie sonda działa, mam przynajmniej informację o głębokości. Wieje całkiem przyjemnie, co najmniej 4-5 B. Stawiamy żagle i obieramy zaplanowany kurs. Koło południa następnego dnia, jak dobrze pójdzie, powinniśmy być w Korczuli.  Mogę oddać ster i zejść pod pokład aby zweryfikować dane na GPS-ie. Patrzę, patrzę i jeszcze bardziej patrzę, a im bardziej patrzę, tym bardziej nie widzę naszej pozycji. Tylko w lewym górnym rogu NO FIX. A na UKF-ce „brak sygnału GPS”. Resetuję urządzenie raz po razie i nic. Jasna cholera! Za bulajem już zupełnie ciemno. Wracać? Co to da? Czy wymienią nam od ręki jacht? Czy w ogóle o tej porze będzie z kim rozmawiać? A poza tym, czy nawigowanie bez przyrządów tak blisko brzegu, po ciemku, to dobry pomysł? Może tych pytań powinno być więcej, może powinny być inne odpowiedzi. Pomyślałem jednak, że biorąc pod uwagę to jaką trasą i jakim kursem mamy płynąć, bezpieczniej będzie jednak nie wracać. Wręcz przeciwnie, ponieważ nie znałem w tym momencie dokładnej pozycji, lepiej będzie jeszcze przez godzinę płynąć w morze a później obrać już właściwy kurs i spokojnie żeglować w obranym kierunku po otwartym morzu. Wachty już wcześniej wyznaczone, trzeba żeglować. Oczywiście ze wzmożoną uwagą ale spokojnie. Po jakimś czasie stwierdziłem, że nie zgadzają mi się światła. Niestety założyłem, że to wina bardzo starych i dawno nie aktualizowanych map. Skoro nic nie działa, to i mapy są do kitu. Na kursie żadnych zagrożeń, odległości od świateł bezpieczne. W końcu nastaje świt. Przynajmniej widzimy co mamy przed dziobem. Ale nic się nie zgadza, zupełnie nic, a GPS milczy jak kamień.

A po nocy, przychodzi dzień.
       O poranku znowu bardzo ładnie wieje, koło południa jednak wiatr siada. Kolejny telefon od Kamila. Wreszcie wszystko załatwione. Tyle, że nie ma połączenie do Dubrownika a ma do Splitu. No i dobrze, trochę zmienimy kurs i po południu powinniśmy być w dobrze znanym Splicie. Jest już popołudnie. Dalej coś mi się nie zgadza. Płynąc do Splitu z daleka widać duże miasto, mnóstwo świateł, a tu dalej nic się nie zgadza. Odkąd zbliżyliśmy się do brzegu cały czas stoję przy sterze. W końcu młodzieży udaje się uruchomić GPS na telefonie. Jakość beznadziejna, ale zarysy konturów lądów jakoś daje się zidentyfikować. Tomek porównuje to z mapą. W końcu wiemy gdzie jesteśmy. Przeżywam prawdziwy szok. Okazuje się, że całonocny i całodzienny kurs trzymaliśmy idealnie. Wprost niewiarygodne, jak po sznurku.  Tyle, że odejście w morze było znacznie większe niż się spodziewałem. Rezultat? To nie okolice Splitu. Jesteśmy dużo dalej. Jesteśmy przy południowo-wschodnim krańcu wyspy … KORCZULA.  Za moment widzimy światła Lumbardy. 

A oto i ona - Korczula
       Tak, chciałem dopłynąć do Korczuli, ale miała być zmiana planu, mieliśmy zawinąć do Splitu. No dobra. Niech będzie Korczula. Jest już ciemno gdy cumujemy w marinie. Co za 24 godziny! Uff. Jeszcze tylko telefon do Kamila, będącego w drodze do Splitu. Jak tam dotrze, niech rozejrzy się w połączeniach promowych na Korczulę.
       Poranek w Korczuli przepiękny. Pogoda wprost wymarzona do zwiedzania, plażowania, relaksu. Rewelacja. Tyle się nasłuchałem i naczytałem o tym mieście i tej wyspie, że bardzo chciałem tu dotrzeć. To wręcz legendarne miejsce. Dla tego zaraz po śniadaniu wyruszamy na „podbój” miasta. Rozpoczynamy od niewielkiego targowiska tuż obok XIII-wiecznych murów obronnych.   Kilkanaście straganów ze standardowym zestawem pamiątek. A i tak zawsze znajdzie się ktoś chętny aby coś tu kupić. Trudno w to uwierzyć, ale tak się dzieje. Wszystko to wygląda bardzo tandetnie, a do tego, jak mawiają bywali w świecie ludzie: „nie ważnie gdzie pojedziesz na urlop, pamiątkę i tak przywieziesz z Chin”. Obok kilka straganów z owocami i warzywami. Tam widzimy jakieś poruszenie. Z placyku ze straganami wyproszeni zostają kupujący. Po paru chwilach handel odbywa się już tylko na dwóch straganach. Oho, chyba nie całkiem legalnie coś robili. Ale warzywa i owoce kupimy w drodze powrotnej.

Marina w Korczuli
       Przekraczamy bramę miejską i wkraczamy w magiczny świat. Plątanina wąziutkich uliczek. Perełka na perełce. Mamy co prawda kilka godzin, ale okazuje się, że to bardzo niewiele czasu. Wchodzimy do katedry Św. Marka. O rety!  Wnętrze zapiera dech swoim wyglądem. Fragment po fragmencie, można by delektować się godzinami. A gdyby tak jeszcze obok przysiadł jakiś ekstra fachowiec i zaczął o tym wszystkim opowiadać. Zaglądam do jakiegoś maleńkiego kościółka. Nawet nie sprawdziłem jakiego. Jakże inaczej. Wnętrze wręcz ascetyczne, jednak tchnie jakąś niezwykłą atmosferą. Wchodzimy na wieżę przy katedrze. Co za widoki. Choćby tylko dla nich warto było tu przypłynąć. Korczula to faktycznie piękne miejsce. Schodzimy na dół i ponownie zagłębiamy się w korczulańskie uliczki. Trafiamy na sklepik ze świecami. Nie wiem czy to faktycznie ręczny wyrób, ale są ładne, przyjemnie pachną i mogą być przyjemnym upominkiem. W końcu zasiadamy na nadmorskim bulwarze w lodziarni przy pysznym deserze. Jakie życie może być piękne.

Widoki z wieży - bezcenne
       Wracając na jacht zrobiliśmy zakupy owocowo-warzywne. Niestety ceny na targu są wyższe niż w normalnym sklepie, ale produkty tam oferowane są wyśmienite. Dałem się też namówić panu na zakup wina. Tym razem było to normalne, butelkowane wino. Ceny mocno wygórowane, ale jakie to przyjemne, kupić chorwackie wino w Chorwacji i móc je wypić po powrocie do kraju wspominając piękne wakacje.  Przy okazji tych zakupów zadziwiła nas jednak pani z drugiego straganu. Miała własnego wyrobu, wyśmienity, pięknie pachnącą oliwę z oliwek. Niestety za litr zażyczyła sobie 150 kun. Nie sama cena jednak była najbardziej zdumiewająca. W końcu każdy może oczekiwać za swoje wyroby tyle, ile uzna za stosowne. Jeśli jednak chce ten towar sprzedać, to chyba jednak trzeba się trochę dostosować do realiów rynkowych. Tym czasem, ta pani ani myślała obniżyć cenę choćby symbolicznie i tylko powtarzała pytanie: Ale dobra jest? No dobra, ale nie aż tak. Oliwy nie kupujemy.

Jeden z wielu uroczych zakątków Korczuli 
       Jeszcze przed śniadaniem okazało się, że Kamil ma prom ze Splitu na Korczulę. Niestety nie do Korczuli a do Vela Luka, portu położonego na zachodnim krańcu wyspy. Ale ta dodatkowa godzina nie ma już żadnego znaczenia. Dalej popłyniemy już w komplecie.    

Chwila przerwy na lody

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Finał Regat Wielkich Żaglowców



       Ze Szczecina do morza jest całkiem spory kawałek. Mimo to mamy w naszym mieście  port morski i wiele różnych atrybutów z tym związanych. Dlatego nikogo specjalnie nie zdziwiło, że w 2007 roku Szczecin był organizatorem finału The Toll Ships Races. Okazało się, że wybór był bardzo trafny i w związku z tym przyznano Szczecinowi organizację kolejnego finału TSR, w 2013 roku.




       To co się działo w czasie finału The Toll Ships Races 2007, to było istne szaleństwo. Szczególnie w kwestii pochłaniania wielkich kanapek ze smalcem. Gdzie by się człowiek nie obrócił, widać było ludzi wcinających wielkie pajdy chleba. A kolejki do stoisk z tym specyjałem, przypominały te z okresu głębokiej komuny. To był przebój tamtej imprezy. 


       Ale to, co się działo w tym roku, to przeszło wszelkie wyobrażenia. Absolutnie niezwykłe nagromadzenie żaglowców. 


Setki tysięcy ludzi krążących każdego dnia między tymi wspaniałymi jednostkami a licznymi straganami, estradami, różnymi diabelskimi młynami itp. atrakcjami. Oferta koncertowa bardzo różnorodna, od gwiazdy pop Nelly Furtado, wielu znanych lub mniej znanych polskich artystów przez koncert orkiestry szczecińskiej filharmonii z zespołem Voo Voo do maratonu muzyki okołożeglarskiej. Barwny korowód załóg jednostek biorących udział w TSR do teatru letniego gdzie było ogłoszenie oficjalnych wyników. Jednym słowem impreza na cztery fajerki!


       Wielki, ogromny, jarmark różności. Oczywiście, ludzie narzekali na tłok, ale każdy chciał tam być, każdy chciał pooddychać atmosferą tego niezwykłego wydarzenia. Lubimy takie spędy, lubimy jak coś się dzieje. Ale wydarzenie było, faktycznie dużej rangi. A wszystko to dzięki magii wielkich żaglowców. Nawet pan prezydent Komorowski pofatygował się z tej okazji do Szczecina. Ogromna rzesza rozbawionych, uśmiechniętych ludzi, w pięknym anturażu, czyż to nie wymarzona sytuacja do publicznego wystąpienia?   


       Pływałem sobie na maleńkiej carince pośród tej wspaniałej żeglarskiej szlachty. Co jednostka to piękniejsza. Harmonia kształtów, wycyzelowane szczegóły, wszystko to zapiera dech w piersiach. Aż tu nagle jakiś złośliwy chochlik szepnął mi do ucha: a właściwie, to po co wydaje się tak wielkie pieniądze na utrzymanie tych nikomu niepotrzebnych dinozaurów?
-  Dla celów szkoleniowych.
- Ee ?! W nowoczesnych szkołach morskich szkoli się ludzi zupełnie inaczej, bo realia pracy na współczesnych statkach nie mają nic wspólnego z pływaniem na żaglowcach.


- Dla turystyki.
- A kogo na to stać? Ci których na to stać wolą super wycieczkowce lub mega jachty.


- No ale … żeglarze.
- Ok. znajdzie się paru pasjonatów. Jednak przeciętny żeglarz zdecydowanie woli normalne jachty. Do tego jak najbardziej komfortowe. Dlaczego młodzi, i nie tylko młodzi, nie chcą już pływać na takich skorupkach jak carina, bez kingstona i kambuza? Jedyne praktyczne zastosowanie to rejsy stażowe dla szaleńców chcących mieć polski patent kapitana jachtowego.



No cóż, musiałem się poddać. Utrzymanie tych pięknych pływadeł jest monstrualnie drogie a ich praktyczne zastosowanie raczej wątpliwe. Ale są piękne!!! I na szczęście zawsze znajdą się ludzie skłonni utrzymać je przy życiu, by cieszyły oko różnych romantyków i szerokiej publiczności. Byle jak najdłużej.  


piątek, 2 sierpnia 2013

49 ETAPOWE REGATY TURYSTYCZNE



       Od lat, w ostatnim tygodniu lipca, całkiem spora grupka żeglarzy spotyka się w Trzebieży, by wystartować w kolejnych Etapowych Regatach Turystycznych. Tym razem, to już 49 raz. To nic, że trasa od lat prawie się nie zmienia. To nic, że z góry wiadomo, kto wygra. To nic, że już wszyscy znają dowcipy o kluczykach do samochodów i czekach na okrągłe sumki prezesa Jagniątkowskiego. Ludzie mają wielką potrzebę bycia razem, żeglowania, rywalizowania na wodzie. To takie ludzkie, takie bardzo naturalne. Do tego w towarzystwie dobrze znanym po prostu dobrze się czujemy. Daje to poczucie bezpieczeństwa. Pewnie dlatego trzon ekip biorących w ERT stanowią stali bywalcy. Owszem, czasami pojawiają się meteory, ale to nie oni nadają ton imprezie. Niestety frekwencja w ostatnich latach nie jest najlepsza. Sądząc po niewielkiej kolejce w sobotę rano w toalecie w trzebieskim porcie rybackim, chyba nawet ta frekwencja się zmniejszyła. Na tę mniejszą frekwencję pewnie składa się wiele czynników: zaniechania organizatorów w minionych latach, opłakany stan sanitarny większości  naszych marin, mnogość imprez konkurencyjnych, brak współdziałania klubów i mediów w popularyzowaniu tych regat. Patrząc w jakim tempie przybywa jachtów w naszych marinach, należałoby się raczej spodziewać, że organizatorzy będą zmuszeni do wprowadzenia ograniczeń w przyjmowaniu chętnych.  


       W minionych latach często dokonywaliśmy wyboru gminy, która najlepiej przyjęła żeglarzy. Zwykle o palmę pierwszeństwa rywalizował Kamień Pomorski, Stepnica i Trzebież. I bez wątpienia, uznanie tym gminom się należało i należy. W tym roku takiego plebiscytu, z bliżej mi nie znanych powodów nie było. Gdyby jednak organizatorzy chcieli w przyszłości powrócić do tego plebiscytu, to zgłaszam propozycję drobnego uzupełnienia. Mianowicie do wyborów gminy, która najlepiej się przygotowała do przyjęcia żeglarzy, dołożyć plebiscyt o beczkę miodu z łyżką dziegciu lub odwrotnie, beczkę dziegciu z łyżką miodu, rzecz pozostawiam jeszcze do negocjacji, dla gminy, która najbardziej zirytowała żeglarzy. Czy będzie to Świnoujście, czy Dziwnów, czy Wolin, czy, o zgrozo, moje ulubione miejsce nad Zalewem Szczecińskim, Nowe Warpno? Wg mojej subiektywnej oceny, chyba jednak Świnoujście, miasto i marina z największym potencjałem spośród kandydatów do tej zaszczytnej nagrody. Co można by tam zrobić, to ho, ho, ho! Jak można by podejmować uczestników ERT, to ojoj!  A co się robi? To ręce opadają. 


       Odnosiło się wrażenie, że te regaty nikogo tam nie interesowały, a może nawet byliśmy jedynie kłopotem? Marina jest rozległa, a posiada tylko jeden obiekt sanitarny, do tego niezbyt duży. Z miejsca gdzie cumowaliśmy do toalety szło się szybkim krokiem ponad 10 minut. Z drugiej strony basenu mieli jeszcze dalej. Nic więc dziwnego, że w nocy ludzie załatwiali swoje potrzeby, gdzie im się udało. Płaczące prysznice, płatne 8 zł za żeton, bardzo oszczędnie dozują wodę, do tego stopnia, że czasami traci się ochotę na kąpiel. Ja rozumiem potrzebę oszczędzania wody, ale może nie aż tak bardzo. Do tego jeszcze przeuroczy zapach wody, niczym Chanel nr 5, w części basenu przy bosmance. A na deser sobotni poczęstunek dla żeglarzy. Zastanawiam się czy tą kiełbasę i ogórki kiszone wzięto z demobilu wojskowego, czy z zeszłorocznych zapasów domów wczasowych. I chociaż w ceremonii wręczenia pucharów za wyścig o Błękitną Wstęgę Zatoki Pomorskiej wziął udział pan Wołoszański, który był bardzo przyjazny dla żeglarzy i zaprezentował się bardzo dobrze, to jednak, niestety nie zmienia to ogólnej oceny tegorocznego obrazu świnoujskiej mariny.


       Równie beznadziejny jest Dziwnów, choć trzeba przyznać, że coś tam przez ostatni rok zrobiono. Nie na tyle jednak dużo, by zatrzymać większą liczbę żeglarzy na noc. Tak jak w minionych latach, większość, po oficjalnym zakończeniu etapu, niektórzy przed, uciekała do Kamienia Pomorskiego. Nawet pyszna zupa grochowa i niezły zespół muzyczny, nie mogły temu zapobiec.


       Dziwnów i Kamień to dwa różne światy, w Kamieniu poczułem się jak na prawdziwych, luksusowych wczasach. Fajna przystań, z niezłym domkiem klubowym, cisza, spokój, najładniejsze w okolicy zachody i wschody słońca i burmistrz, prawdziwy pasjonat. W tym roku poczęstunek był wyjątkowo, jak na te miasto, skromny. Na szczęście, właśnie w Kamieniu Pom. jest rewelacyjna, może najlepsza w naszym województwie smażalnia ryb „U Rybaka”. Co istotne jedzenie jest tam nie tylko wyśmienite, ale też porcje są bardzo zacne, każdy pasibrzuch będzie kontent. Nie było też w tym roku konkursów dla żeglarzy. Był natomiast kapitalny koncert Andrzeja Koryckiego, śpiewającego z Dominiką zarówno szanty jak i cudne rosyjskie ballady. Brawo!


       To, że w Wolinie trwają prace przy nowej marinie, wiedzieliśmy już od dawna i byliśmy przygotowani na nieco trudniejsze warunki. Jednak to co zastaliśmy, przygięło mnie do samej ziemi. Dla około trzystu osób biorących udział w regatach przygotowano dwa toi-toie i w niewielkiej odległości maleńki, miejski szalet. Czarna rozpacz. A przecież w Nowym Warpnie i Stepnicy czekały nas jeszcze gorsze warunki! NIEWIARYGODNE!!! XXI wiek, dookoła widać jak wszystko się zmienia. Realizuje się inwestycje za grube miliony. Fury, komóry, kompy, loty w kosmos i tylko kibli brak. Tradycyjnie jednak Wolinianie bardzo się starają, a tamtejsza grochówka i smalec są wręcz legendarne. Obawiam się, że gdyby kiedyś ich zabrakło, mogłoby dojść do poważnych rozruchów ulicznych. A wieczorem koncert, jednego z czołowych zespołów szantowych, EKT.


       Organizatorzy 49 ERT, ku ogólnemu zaskoczeniu, załatwili na cały czas trwania regat słoneczną, bezdeszczową pogodę. Najstarsi zalewowi górale nie pamiętają takiego wydarzenia. Chyba nawet nieco przesadzili z tą urlopową pogodą, co spowodowało niejakie zamieszanie, od etapu z Wolina do Nowego Warpna. Już sam start był niezwykły. Startowaliśmy z postawionymi spinakerami, trochę dziwnie, ale niezmiernie widowiskowo. Ale wiatr słabł z minuty na minutę i w pewnym momencie zastygł w pozycji kwiatu lotosu i odpłynął. Pierwsza nie wytrzymała komisja regatowa i anulowała wyścig. A szkoda, bo po ok. 1,5 godziny zaczęło całkiem przyzwoicie dmuchać. Czyżby spotkanie z panem burmistrzem i zaplanowany koncert Starego Szmuglera tak zmotywowały organizatorów? No i w rezultacie pan burmistrz nie miał komu wręczyć pucharów. Ale Nowe Warpno z roku na rok piękniejsze, przyjęcie żeglarzy pierwsza klasa i tylko chłopaki ze Starego Szmuglera mieli jakieś problemy z aparaturą nagłaśniającą, choć i tak fajnie grali.


       To co działo się z pogodą na etapie do Nowego Warpna, okazało się jedynie wstępem do fanaberii jakie wyczyniali bogowie wiatrów. Rano, gdy mieliśmy startować do Stepnicy, wiatr zdechł zanim jeszcze wyścig się zaczął. Komisja wywiesiła flagę odroczenia. Bujaliśmy się jak spławiki. Przy okazji, okazało się, że jednak żeglarze to wcale nie są tacy cierpliwi ludzie. Zaczęło się marudzenie, narzekanie na sędziego. Oczywiście każdy widział lepiej co sędzia zrobić powinien. Po kilkunastu minutach, pojawili się pierwsi chętni do kąpieli. Co prawda Woda miała konsystencję zupy kremu z zielonego groszku, ale nie zniechęcało to znacznej części uczestników regat. Podobno w tym dniu było ponad 300 C w cieniu, którego na jachtach nie stwierdzono. Po około godzinie oczekiwania, przez ukaefki popłynął komunikat: płyniemy na silnikach do drugiej bramy torowej. A tam wszystko od początku: odroczenie startu, masowe kąpiele i inne dokazywanie i kolejny komunikat, płyniemy na silnikach w okolice trzeciej bramy torowej. W końcu wytrwałość komisji sędziowskiej i żeglarzy została nagrodzona i nieco powiało, dzięki czemu, choć w mocno okrojonej wersji, wyścig mógł się odbyć. Jak wiadomo do Stepnicy płynąć warto. Pan wójt, jego współpracownicy i mieszkańcy gminy zawsze przygotowują wielki piknik z najróżniejszymi, stosownymi do okoliczności atrakcjami. No i te przepyszne okonki w tawernie. I gdyby jeszcze te sanitariaty … W zeszłym roku był dodatkowy kontener z dwoma kabinami, niestety przez zimę uległ uszkodzeniu. Ach, bajko ty moja!


       W sobotę, przed startem do ostatniego wyścigu, problemy z wiatrem się powtórzyły. Tym razem jednak, gdy tylko pojawiła się flaga odroczenia, momentalnie w wodzie znalazł się tłum ludzi. Znaleźli się również i tacy, którzy byli niezadowoleni z powodu odroczenia startu, bo przecież kiedyś nawet przy słabszych (od 0?) wiatrach puszczali wyścigi. To nic, że przejście flotylli ok. 70 jachtów z prędkością bliską zera między Chełminkiem a Byczą Wyspą stwarzałoby spore zagrożenie na torze wodnym. Trzeba płynąć i już. Ciekaw jestem co by się działo, gdyby jachty były właśnie tam, a na horyzoncie pojawiłby się wodolot. Po dłuższym czasie oczekiwania usłyszeliśmy komunikat, płyniemy w okolice boi TN-A, czyli kilka mil do przodu i na drugą stronę toru wodnego. Dodatkowo, jeśli wystartujemy, trasa zostaje skrócona. No i faktycznie, gdy dotarliśmy w okolice TN-A zaczęło lekko dmuchać, potem nawet nieco mocniej i mogliśmy wystartować.


       A w Trzebieży jak zwykle zabawa na cztery fajerki. Zakończenie regat od lat jest częścią neptunaliów. Odbywają się koncerty, pełno różnych straganów, przewalają się tłumy ludzi, miejscowych i przyjezdnych. Faktycznie godna oprawa zakończenia tej kapitalnej imprezy. W KWR-ach triumfowali w tym roku zgodnie z oczekiwaniami Kiwi w III grupie – Krzysiek Krygier, Lady Dana w II – Janusz Fraczek i Antidotum w I – Marcin Mrówczyński. Niezłe jachty i świetni żeglarze. Jeszcze bardziej, o ile to możliwe, oczywiste były wyniki w klasach otwartych. Pojawia się pytanie o sens  ścigania się w tej samej grupie jachtów typowo turystycznych z regatowymi maszynami typu Master 3 czy Bryza 33. Jest to raczej bez sensu. Może, trzeba by wydzielić osobną klasę dla jachtów regatowych i zobligować ich do posługiwania się współczynnikami przeliczeniowymi. Przy wszystkich niedoskonałościach formuł przeliczeniowych, wydaje się to najsprawiedliwszym rozwiązaniem.


       Jako się rzekło na początku, w całej tej zabawie, oprócz ścigania równie ważne są relacje koleżeńskie. Etapowe Regaty Turystyczne to poza wszystkim, również spore wydarzenie towarzyskie. Spotykają się na nich przeróżni ludzie, ale na te kilka dni wszyscy są przede wszystkim żeglarzami. I właśnie na koniec, w Trzebieży, najlepiej było to widać. Ludzie z różnych jachtów, w różnych konfiguracjach, biesiadowali do późnej nocy, a niektórzy dłużej. I nawet burza z gwałtownymi opadami deszczu, która po dziesięciu dniach totalnej suszy, w końcu nieco odświeżyła ziemię, nie przeszkodziła niektórym w dobrej zabawie. Dlatego w przyszłym roku, znowu, z wielką radością wrócę na szlak Etapowych Regat Turystycznych, mimo, że na carince nie mamy już żadnych szans na jakikolwiek sukces.



środa, 17 lipca 2013

OSTATNI DZIEŃ W TOSKANII




Massa Marittima
       Ostatni dzień wyjazdu jest zawsze smutny, pewnie dla tego wiele osób na koniec urlopu robi ostre imprezy, aby kompletnie się znieczulić. Czy to żal związany z opuszczeniem pięknego miejsca, gdzie świetnie się czujemy czy rozpacz na myśl o powrocie do pracy i do codziennych obowiązków, do szarej beznadziejności? Ja nie należę do tych co na koniec się znieczulają, bo nie lubię żałować, że przeżyłem wczorajszy dzień. Ale jakoś tak, zwalniam ruchy, chcąc zaczarować czas, wydłużyć go w nieskończoność,  ale on jest odporny na moją magię, nic sobie z niej nie robi i płynie jak płynął.


       Zaledwie musnęliśmy powierzchnię niezwykłego oceanu możliwych doznań, wszystkiego mi mało. Nie zagłębiliśmy się w ten świat. Przede wszystkim brak mi bliższych kontaktów z ludźmi. Brak znajomości języków obcych jest poważną barierą w uprawianiu takiej turystyki, jaka wydaje mi się najciekawsza. A może, nie tylko brak znajomości języków obcych, bo, czy ja potrafię nawiązywać takie kontakty z przygodnymi ludźmi? Żadnego punktu zaczepienia, żadnej nowej znajomości, może tylko udział w pochodzie w Sienie był jakąś próbą zanurzenia choćby kostek w tym wielobarwnym oceanie rozmaitości. Pustka, pustka, pustka. No może jeszcze ten pierwszy wieczór w Roccastrada gdzie chowając się przed deszczem trafiliśmy do nieturystycznej knajpki, gdzie jadły kolację włoskie rodziny, gdzie była pijana pani, którą jak się zdaje, wszyscy tam znali i traktowali mocno pobłażliwie, i gdzie było jakoś tak przytulnie.
       Mimo takich, czy innych rozterek, staramy się jak najlepiej wykorzystać również i ten ostatni dzień pobytu w Toskanii. Rano jedziemy do Massa Marittima, miasta będącego jedną z wizytówek tego regionu. Niespełna 9 tyś mieszkańców, ale nagromadzenie zabytków niesamowite. Miasto składa się z trzech części: Citta Vecchia – historyczne stare miasto, Borgo – pierwotnie dzielnica rzemieślników oraz Citta Nuova – która powstała z dzielnicy zamieszkiwanej ongiś przez górników (i niech nikogo nie zmyli słowo Nuova, bo ta część miasta też ma kilkaset lat).


       Zwiedzanie rozpoczynamy od Piazza Garibaldi znajdującego się Citta Vecchia, jakby niżej położonej części miasta. Naturalnie najbardziej w oczy rzuca się katedra – Duomo, romańska budowla, rozbudowana w 1287 roku przez Giovanniego Pisano. Gdy się wejdzie do środka nie można oprzeć się niezwykłemu wrażeniu jak wywiera jej majestat. Ale jest też ciekawostka w postaci marmurowej płaskorzeźby pochodzącej z rzymskiego sarkofagu z III wieku. Oczywiście nie jest to rzecz zupełnie niespotykana, wręcz przeciwnie, ale ilekroć trafiam na takie zagospodarowanie elementów z wcześniejszej epoki, bo było ładne, bo pasowało, bo było przydatne, zawsze muszę się przy tym zatrzymać. Jest to szczególny symbol ciągłości ludzkich dziejów. Choć niekiedy, paradoksalnie ta ciągłość zawierała w sobie element niszczenia, to jednak nie można było odciąć się od przeszłości w sposób zupełny.   Jest też w katedrze Madonna delle Grazie Duccia di Buoninsegni (1255-1318). Trudno tego nie zauważyć, ze względu na to jak bardzo te dzieło różni się od późniejszych. Matka Boska ma niewspółmiernie dużą głowa, jakby cała reszta się nie liczyło a dzieciątko ma twarz starca, a przynajmniej bardzo dojrzałego mężczyzny. Oczywiście nie tylko ten obraz tak wygląda. Inne dzieła z tego okresu prezentują się podobnie. Raczej jest to świadectwo jak zmieniała się sztuka.
       W Citta Vecchia jest więcej zabytkowych budowli, np.: Palazzo del Podesta (siedziba muzeum archeologicznego), Palazzo Comunale, Palazzo dei Conti di Biserno i kilka innych, ale my po wyjściu z katedry robimy sobie przerwę na kawę i jakąś małą słodkość. 


       Mimo ładnego, słonecznego dnia, w restauracji panuje prawie półmrok. Kawa, niezmiennie wyśmienita. Sączymy ją powolutku. Czas zwalnia, snuje się jak poranna mgła, świat staje piękniejszy. W kawiarni jest pustawo. Turystów prawie nie ma, 2-3 Włochów popija kawę i przegląda gazety.

       Pokrzepieni fizycznie i duchowo wyruszamy do „górnego miasta”, do Citta nuova. Gdy sieneńczycy podbili w 1337 roku Massa Marittima częściowo zniszczyli miejskie fortyfikacje, zostały one jednak jeszcze w tym samym wieku odbudowane. Parę budowli z tamtego okresu przetrwało do dzisiaj, m.in. część fortyfikacji, trzy wieże: Porta San Rocco, Porta al. Salnitro i Porta alle Silici. W tej części miasta jest też Muzeum Górnictwa (Museo della Miniere) oraz Muzeum Historii i Górnictwa (Museo di Storia e Arte delle Miniere).  
       

       Nas jednak ciągnie do góry. Wieże, wieże, wieże, tutaj w Toskanii jest mnóstwo. Idziemy do Torre del Candeliere. Kolejne wejście na wieżę z poważną zadyszką i kolejne niezwykłe krajobrazy. Czy faktycznie ludzie kiedyś tak chodzili po tych schodach w górę i w dół? To niemożliwe. Ale gdy w końcu, pokonawszy własne słabości, udaje nam się dotrzeć na szczyt, kolejny raz stwierdzamy, że warto. Niestety na murach nie ma wygodnych foteli i choćby niewielkich stolików, przy których można by się rozsiąść, z butelką białego schłodzonego wina i wpatrywać się w kolejne wzniesienia ciągnące się po horyzont.


       Pięknie, ale mimo pewnego wahania, jedziemy jednak dalej. Trudna decyzja bo miejsce atrakcyjne i jest co oglądać, z drugiej jednak strony ciekawość gna nas dalej, bo przecież nie wiadomo co tam jeszcze ciekawego może nas spotkać.
Campiglia Marittima
       Od tej strony, z której przyjechaliśmy do Campiglia Marittima nie zauważyłem żadnego parkingu i zupełnie nieoczekiwanie jechałem po krótkiej chwili ciasnymi uliczkami średniowiecznego miasteczka. Przejazd przez środek miasta, ulicami gdzie lusterka ocierają się o mury budynków, to lepsza zabawa niż wesołe miasteczko. W końcu trafiamy na parking i ruszamy na zwiedzanie. I znowu okazuje się, że trafiliśmy do jakiegoś górskiego kurortu. Tyle, że ten kurort ma ponad tysiącletnią historię, co widać i czuć na każdym kroku. A przy tym jest niewielu turystów, więc cieszymy się niezwykłymi widokami i atmosferom w zupełnej ciszy. Coś absolutnie niezwykłego. Wydaje się, że słyszymy jak przesuwają się cienie.


       Przy głównym placu miasta, Piazza della Repubblica, jest bardzo fajnie zlokalizowana knajpka, z tarasem widokowym, na którym można bardzo przyjemnie spędzić dłuższą chwilę. Jest jednak mały problem, przerwy obiadowe –  gdy doszliśmy na miejsce, okazało się, że mamy 3,5 godziny do otwarcia lokalu. Poczuliśmy się nieco rozczarowani i mimo, że bardzo nam się podobała atmosfera tego miasteczka, zdecydowaliśmy się ruszyć dalej.  
       Zanim jednak na dobra opuściliśmy Campilia marittima, jeszcze chwilę, pokręciliśmy się po jej uliczkach. Niezwykłe zaułki pełne kwiatów w donicach, piękny dzień i ta cisza. Co chwila naciskam spust migawki. Co ja robię. Przecież takie pstrykanie nie ma sensu. Tylko jak nie dać się, tak bez reszty, zaczarować okolicznościom. Jak to niesamowicie wciąga. Wszystko chciałbym mieć na zdjęcie. Tylko, kto będzie chciał później oglądać pokaz złożony ze stu tysięcy zdjęć?  Poza tym to ma niekorzystny wpływ na fotografowanie. Zauroczony miejscem niezbyt dokładnie przyglądam się temu co znajduje się w kadrze a później … ale fajne zdjęcie, byłoby, gdyby nie … A przecież można by tego uniknąć, wziąć głęboki oddech, jeszcze raz spojrzeć w wizjer. Może chwilę poczekać aż coś się zmieni, może samemu coś zmienić. Admiralnie, nie śpieszyć się!!!


Castagnetto Carducci

       A więc ruszamy dalej. Bez pośpiechu ale jednak. To już finał, ostatni nasz przystanek na bajecznym toskańskim szlaku, Castagnetto Carducci, niespełna dziewięciotysięczne miasteczko. Jego udokumentowana historia sięga roku 754!  Trzeba ten finał jakość uczcić. Szukamy jak najbardziej klasycznej włoskiej pizzerii. Bez problemu taką znajdujemy. Wąska, jak zwykle, uliczka, po jednej stronie knajpa po drugiej stoliki z widokiem na piękny pejzaż i przeciskające się samochody. Młody sympatyczny kelner zjawia się bardzo szybko. Mamy niejakie trudności z ustaleniem nazwy lokalu. Chłopak pisze więc w moim notatniku: Bruschetteria Enoteca „Sapori Mediterranei”. Trafiliśmy doskonale,  pyszna pizza i najlepsze domowe wino jakie kiedykolwiek piłem. Ja wiem, wąskie uliczki i przy nich małe stoliki, tak się dzieje we Włoszech w bardzo wielu miejscach, ale w takich miejscach czuję się jak w przeciągu; czy za chwilę jakaś owłosiona wielka łapa z przejeżdżającego obok samochodu nie zabierze mojej pizzy, albo co gorsza wina? Ale w tym miejscu, okazało się, że nawet, te dwa samochody, które przejechały ulicą w czasie naszego pobytu, nie zepsuły atmosfery. Do tego widok w drugą stronę …
       To zabawne, trzecie miasto tego dnia. W żadnym nie było mowy o tłumach turystów. A w każdym z nich spotkaliśmy naszych rodaków. Fajnie.


       Siedząc tak przy kolejnym dzbanuszku tego wyśmienitego wina podsumowywałem swój pierwszy pobyt w Toskanii. I stwierdziłem, że to wszystko działo się za szybko, dużo za szybko. Nie było czasu na refleksję, próby zastanowienia się nad tym gdzie jestem, co widzę, co czuję, to nie tak miało wyglądać. Muszę wrócić do Toskanii i chłonąć ją w wolniejszym tempie. Przecież i tak nie ma szans, by przez tydzień lub dwa dobrze ją poznać i dobrze się nią nacieszyć. To jak z wyspami greckimi. Możną tam wracać wiele razy i zawsze będzie coś do odkrycia.

       Wracamy przez Norymbergę. Jakże inny świat, też wyjątkowo piękne miejsce, mnóstwo niezwykłych zabytków. Ale ulice są szerokie, eleganckie, wszystko jak pod sznurek. Ile różnych twarzy może mieć piękno? Warto podróżować i być co chwilę zaskakiwanym różnorodnością otaczającego nas świata. Tylko hotelu A&O w Norymberdze nie polecam.


Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...