wtorek, 22 sierpnia 2023


 

21 Regaty Unity Line

 

       Regaty Unity Line, to takie trochę poważniejsze regaty cyklu imprez dla amatorów. Owszem, otwarte dla wszystkich, ale na każdym kroku czuć nieco inne podejście do całego przedsięwzięcia, aniżeli w większości pozostałych regat organizowanych w regionie Zachodniopomorskim.  Mimo to, jakoś tak się składało, że tylko raz miałem okazję w nich uczestniczyć i to bardzo dawno temu. Płynęliśmy wtedy na jachcie „Marimba” w trzyosobowym składzie: Janek Waraczewski (właściciel jacht), Marek Stoeck no i ja. To była dosyć ciekawa edycja Regat Unity Line, bo jej trasa prowadziła ze Świnoujścia do Kroslin i z powrotem. O ile w Świnoujściu organizatorzy się jakoś przygotowali, to w Kroslin wielkiego entuzjazmu raczej widać nie było. Przypłynęli, przenocują, popłyną.  

       Czasy się zmieniają i regaty też. Teraz jest inny komandor, inne trasy i inna organizacja. Komandorem i głównym organizatorem jest Paweł Hapanowicz. Niesamowicie energiczny gość. Dzielnie wspiera go jego żona Sylwia i paru chłopaków z tak zwanej ekipy brzegowej. Sędzią głównym w tym roku był Wojtek Denderski.

        Jak przystało na poważne regaty, uczestnicy zbierali się już od czwartku, mimo że oficjalne otwarcie i pierwsze wyścigi miały być dopiero w sobotę. Piątek był dniem przeznaczonym na sprawy organizacyjne i ostatnie prace na jachtach, a przy okazji na liczne spotkania towarzyskie. No i bardzo dobrze! Jak niestety się okazało, moje problemy z silnikiem, które miałem podczas Etapowych Regat Turystycznych, się nie skończyły. Najpierw półgodzinne opóźnienie z wyruszeniem ze Szczecina, a później katastrofa na wysokości przeprawy promowej w Karisborzu, gdzie moja Yamaszka zupełnie odmówiła współpracy. No i do tego wybrała sobie doskonałe miejsce. Co prawda od momentu oddania tunelu pod Świną ruch promów już nie jest tak intensywny, ale jednak od czasu do czasu Karsibory się przemieszczają. I oczywiście jak mi silnik padł, to od strony zachodniej właśnie ruszał prom. Siłą rozpędu i kilkoma próbami odpalenia silnika udało mi się przebyć jeszcze spory kawałek, dzięki czemu nie było poważnego zagrożenia kolizją z promem.

       Posejdon czuwał nade mną. Czuwał nade mną w osobie Krzyśka Dąbrowskiego płynącego na swoim Trzecim, bliźniaku Ondita, z którym umówiliśmy się na wspólne żeglowanie do Świnoujścia. Był co prawda kawałek przede mną, ale jak się dowiedział o moich kłopotach to zawrócił i wziął mnie na hol. Już w drodze do mariny zadzwonił do kolegi ze Świnoujścia – Radka Okińskiego, z pytaniem o ewentualną pomoc. Ten skierował mnie z kolei do innego kolegi ze Świnoujścia: Janusza Musolda, który jak się okazało jest mechanikiem, a swój warsztat ma w „Czterech wiatrach” czyli całkiem niedaleko Mariny im. Jurka Porębskiego . Janusz miał co prawda sporo pracy, ale umówiliśmy się na poranny telefon następnego dnia kiedy to wyklarują się jego plany. Tak więc do Mariny im. Jurka Porębskiego dotarłem  na sznurku. I niezmiernie się cieszyłem, że miałem w zapasie ten dodatkowy dzień!


       
Zgodnie z planem piątek stał pod znakiem próby przywrócenia do życia silnika. Janusz na szczęście znalazł dla mnie czas. Z kolei Sławek Turniak pomógł mi przetransportować dostawczakiem silnik do Czterech Wiatrów. Niby to raptem nieco ponad dwadzieścia kilo, ale jakoś nie fajnie robiło mi się na myśl, że będę musiał go taszczyć. Bez obciążenia przeszedłem tę drogę w 12 minut. Kiedy pomyślałem o spacerze z moją Yamahą pod pachą, to pot lał mi się z czoła obfitym strumieniem. Powrót załatwił Andrzej z Kantapera. Ponieważ Sławek już pojechał dalej w drogę, Andrzej wpadł na bardzo prosty sposób, takie są najlepsze – wziąć taksówkę. Taksówkarz co prawda nieco się wzbraniał, nieco grymasił, ale w końcu dał się przekonać, pod warunkiem, że ostateczną decyzję o przewiezieniu silnika podejmie dopiero jak zobaczy na własne oczy to co ma przetransportować. Zdaje się, że nie wyglądaliśmy zbyt wiarygodnie. Po drodze okazało się, że pan taksówkarz również zna Janusza. Szczęśliwy finał sprawy był taki, że Januszowi udało się ustalić przyczynę moich ciągłych i pogłębiających się problemów z silnikiem – woda w paliwie, a nasz pan taksówkarz nie przestraszył się mojej Yamaszki i podwiózł mnie pod samą burtę Ondita. Uff! chociaż jeden problem z głowy.

       A impreza rozkręcała się coraz lepiej. Jak na razie organizacyjnie wszystko było bardzo dobrze. W końcu w drogę ruszyły jachty chętne do pokonania trasy extrim. Nie było ich wiele, ale szacun, dla tych co się zdecydowali. Jachty płynące na tej trasie zostały wyposażone w urządzenia umożliwiające śledzenie ich trasy.

       Uroczyste otwarcie, było faktycznie uroczyste! Ku mojemu niemałemu zaskoczeniu wziął w nim udział nie tylko pan v-ce prezydent Paweł Sujka ale nawet, osobiście pan prezydent Janusz Żmurkiewicz. Co w kontekście zupełnego lekceważenia od lat przez włodarzy Świnoujścia Etapowych Regat Turystycznych było dla mnie sporym zaskoczeniem. Ciekawe czy zadziałała „magia” Pawła, a może Unity Line, a może jeszcze inne względy? Ogólnie atmosfera i w czasie otwarcia i poza nim była bardzo dobra, bardzo radosna. Choć niestety był też moment smutnej zadumy, gdy Paweł na początku uroczystości otwarcia wspomniał tragicznie i zdecydowanie przedwcześnie zmarłego Jurka Kaczora, żeglarza i sędziego żeglarskiego. Jurek był powszechnie lubiany i dla tego gdy Paweł poprosił o uczczenie jego pamięci minutą ciszy, jakby nagle uszło z nas powietrze.


       
Niestety jeden błąd, może niedopatrzenie muszę organizatorom wytknąć. Otóż wypełniając zgłoszenie popełniłem piramidalny błąd zgłaszając się do rywalizacji samotników. To był jakiś moment zaćmienia umysłowego, jakaś pomroczność jasna, czy licho wie co! Przecież tam nie ma żadnych przeliczników i ja ze swoim maleństwem byłem z góry skazany na przegraną. Nawet iluzorycznych szans nie miałem. Już następnego dnia wysłałem wiadomość z prośbą o przeniesienie mnie do odpowiedniej grupy KWR. Po przybyciu do Świnoujścia również zgłaszałem komu się dało, włącznie z szanowną komisją sędziowską, że chciałbym popłynąć w KWR. I co? Jak dostaliśmy oficjalną listę startową, byłem na jej szarym końcu jako ostatni z samotników. Ani Garbina – jacht typu scampi, ani Floki – jacht typu X – 79 to nie są jachty w moim zasięgu, tym bardziej, że mają całkiem niezłych skiperów. Bardzo gorzkim pocieszeniem był fakt, że było nas tylko trzech, więc miejsce na „pudle” było gwarantowane. Nie jestem pewien czy aby na pewno o to mi chodziło. Być może Wojtek Denderski koniecznie chciał mieć trzy jacht w tej grupie i udał, że nie zauważył moich próśb o zmianę grupy.

       No i wreszcie nadszedł ten dzień! Dzień rozpoczęcia prawdziwego ścigania się. Wiem, pamiętam od bardzo dawna, że żeglarstwo polega głównie na czekaniu, ale wciąż jest to zawsze dla mnie duże wyzwanie. Kiedy więc problemy z silnikiem pozostał za mną, stan gorączki przedstartowej gwałtownie wzrósł.

   Na pierwszy dzień trzy krótkie wyścigi na wodach Zatoki Pomorskiej, w stosunkowo niewielkiej odległości od brzegu, tak aby ludzie odpoczywający na plaży mieli nas cały czas w zasięgu wzroku. Pogoda była wspaniała. Wiatr o sile ok 3 B, do tego od lądu więc nie było zbyt dużych fal. Sama, czysta przyjemność. Sędzia główny regat, Wojtek Denderski wymyślił sobie, że w oparciu o te same boje będą trzy różne trasy. Oczywiście dla oldtimerów i samotników najprostsza trasa w postaci pojedynczego trójkąta. Ponieważ jednak w jednym czasie rywalizowały na akwenie wszystkie trzy grupy, trudno było się zorientować o co chodzi, a turyści na plaży wciąż widzieli na wodzie kilkadziesiąt jachtów podążających w najróżniejszych kierunkach. A co do ścigania się, to przystąpiłem do niego na wyjątkowym luzie. Dopiero kilka minut po minięciu linii mety, zorientowałem się, że gdyby nie moja niefrasobliwość wygrałbym ten wyścig. Wydawało mi się, że Floki jest daleko z przodu, a było wręcz przeciwnie, był daleko w tyle. A Garbina wyprzedziła mnie dopiero na ostatniej prostej do mety przez moje robione w nieodpowiednim momencie zwroty. Dalej już było bardziej zgodnie z planem choć nie do końca. Floki wygrało dwa raz. Natomiast Garbina miała awarię rolera, przez co została pozbawiona swojego gigantycznego przedniego żagla. Zupełnie nieoczekiwanie, pierwszego dnia byłem trzy razy na drugim miejscu. Innymi słowy, pierwszego dnia rządził przypadek.



       Jak zwykle na regatach, jednym z głównych tematów porannych rozmów jest prognoza pogody. I jaka by nie był zawsze wywołuje poruszenie wśród braci żeglarskiej. Tak też było i drugiego dnia regat. Tym razem duży niepokój wywoływała informacja, że wczesnym popołudniem mają zupełnie wyłączyć wiatr. Konsekwencją takiej, a nie innej prognozy pogody była nie całkiem zrozumiała decyzja sędziego regat. Nie skrócił wyścigu, nie przyśpieszył startu, a wymyślił mianowicie, że będzie czekał na mecie tylko na jachty z tych grup, których liderzy przekroczą linię mety do godziny 1500. Dystans do przebycia ok 20 MM czyli trasa Świnoujście - Dziwnów, prawie nie ma wiatru, a czas dla tych większych i szybszych 3 h 50 minut, a dla tych mniejszych i wolniejszych 3 h 40 minut. Dla naszej klasy, jak i dla oldtimerów czy innych mniejszych jachtów niewykonalne. Po co w ogóle puszczać taki wyścig, skoro z góry wiadomo, że nic z tego nie będzie. Ludzie niepotrzebnie tylko męczyli się w tej flaucie okraszonej wysoką temperaturą, niczym na patelni. I żeby sprawa była do końca jasna, do godziny 1500 linię mety minął tylko jeden jacht z grupy ORC. Podobno jeszcze kilka jachtów było niedaleko mety, ale „niedaleko” się nie liczy. Można było odpalić silniki i dopłynąć do Dziwnowa.

       Od wielu lat tułam się po akwenach i marinach Pomorza Zachodniego. Wielokrotnie też bywałem w Dziwnowie. Zwykle uciekałem z niego jak najrychlej do pobliskiego Kamienia Pomorskiego. Ale tym razem dane mi było pierwszy raz zawitać do Mariny Dziwnów. Maleństwo toto, ale bardzo urokliwe. Jest wszystko co potrzebne. Specjalnie na potrzeby regat marina została zamknięta na dwa dni. Byli tylko rezydenci, więc prawie się pomieściliśmy. Część jachtów stała w porcie rybackim. Ja tradycyjnie skorzystałem z uprzejmości „Trzeciego” i stanąłem przy jego burcie.



       Trzeci dzień regat, to wyścigi na wysokości plaży w Dziwnowie. W zasadzie, prawie kopia dnia pierwszego. Różnica polegała na tym, że na akwen pierwszy wypłynął sędzia aby obserwować jak będzie kształtowała się pogoda. Prognozy ponownie zapowiadały możliwość wyłączenia wiatru. Sędzia pobujał się około godziny i jednak dał znak do wypłynięcia. Od razu zastrzegając, że najprawdopodobniej rozegrane zostaną tylko dwa wyścigi z planowanych trzech. I tak się właśnie stało. Mimo całkiem dobrego startu w pierwszym wyścigu i początkowego prowadzenia, w końcu i tak zameldowałem się na mecie jako trzeci. Jeszcze jakaś iskierka nadziei tliła się przed ostatnim wyścigiem ale i ona została brutalnie zgaszona na linii startu, kiedy to zostałem bezceremonialnie zepchnięty na jachty które miałem po prawej (dwa, trzeci był już statek komisji sędziowskiej) przez rozpędzone Fujimo. On przejechał mi tylko po burcie, po czym pozostały tylko rysy. Trochę gorzej wyglądało to po drugiej stronie. Na szczęście większych strat nie było. Ale zanim się rozplątaliśmy reszta stawki odjechała na znaczną odległość. No cóż, czasami i tak bywa.



Podobnie jak w Świnoujściu Paweł Hapanowicz i jego firma HP Reklama Hapanowicz bardzo fajnie wszystko przygotowali. Było kolorowo, efektownie i radośnie. Przybyli i tutaj liczni goście łącznie z burmistrzem Dziwnowa, panem Grzegorzem Jóźwiakiem. Pan burmistrz miał w tym roku szczególny powód do satysfakcji, bo tuż przed Etapowymi Regatami Turystycznymi, czyli raptem ok 4 tygodni wcześniej otworzył nową marinę miejską i Dziwnów wreszcie ma trochę miejsca dla żeglarzy. Ceremonia rozdania nagród była nieco przydługawa, no ale skoro organizatorzy byli tacy mili i stworzyli aż 11 grup, to było co rozdawać. W trakcie gali wręczania nagród, można było sobie dobrze pojeść, a i piwa się napić, chyba do woli. Zatem nikt nie narzekał na czas trwania ceremonii wręczania nagród.



XXI Regaty Unity Line się zakończyły. Było bardzo miło i ciekawie. Organizatorzy dołożyli naprawdę dużo starań – gratulacje i podziękowania! Regaty Unity Line to kolejne regaty, na których organizatorzy tworzą grupę na WhatsApp do przekazywania różnych informacji. Trzeba przyznać, że ten wynalazek bardzo dobrze się sprawdza. A byłoby jeszcze lepiej, gdyby ludziska w trakcie regat nieco pohamowali się z wrzucaniem tam wszystkiego co popadnie. Niech w czasie regat pozostanie to miejscem przekazywania naprawdę ważnych informacji.

Nie ukrywam, że podobały mi się te regaty. Z przyjemnością wziąłbym w nich udział również w przyszłym roku. Choć jest tu pewien drobny problem – 15. sierpnia – to dla mnie taka dosyć szczególna data i raczej powinienem być w tym czasie w domu. Zobaczymy.



wtorek, 31 stycznia 2023

MUZEUM TECHNIKI I MOTORYZACJI W SZCZECINIE

 

              Gdyby zapytać przeciętnego Polaka o związki Szczecina z motoryzacją, to zapewne większość nic by nie widziała. Jakaś, niewielka część, szczególnie ci starsi, przypomnieli by sobie o produkowanym przed laty w Szczecinie motocyklu JUNAK. To była maszyna, taki polski Harley. Podobno Fordy T można było kupić w dowolnym kolorze, byle to był kolor czarny. A tu proszę. Junaka można było kupić w kolorach czarnym i wiśniowym. Rozpędzał się do szalonych 115 km/h. Ich produkcja ruszyła w 1957 roku. Niestety był to drogi  pojazd. Na początku kosztował ok 2 razy więcej niż popularna wtedy wfm-ka. No cóż, w tamtych zamierzchłych czasach było to marzenie bardzo wielu facetów. Ale jak to w życiu bywa, na marzeniu przeważnie się kończyło.


       A tym czasem, historia szczecińskiej motoryzacji sięga zdecydowanie odleglejszych czasów i może się pochwalić całkiem ciekawymi dokonaniami. A wszystko to za sprawą braci Emila i Bernhard juniora Stoewer. Zaczynali od produkcji pojazdów trzy- i czterokołowych z jednocylindrowym silnikiem o mocy 1 KM. Ale już w 1899 roku ruszyli z produkcją "pełnowymiarowych" samochodów. Co ciekawe już wtedy Stoewer produkował seryjnie samochody napędzane silnikami elektrycznymi. Zainteresowanych historią motoryzacji, nie tylko szczecińskiej, zapraszam do szczecińskiego Muzeum Techniki i Motoryzacji - Zajezdnia Sztuki przy ulicy Niemierzyńskiej.


            
Najstarszy ze Stoewerów w kolekcji szczecińskiego muzeum, to Stoewer C-2 z 1913 roku. Pojazdy te produkowano przez dwa lata i wyprodukowano ich ok. 470 sztuk. To były taki czasy, że nie było niczym niezwykłym, że jakiś angielski dżentelmen zakupił w Szczecinie podwozie z silnikiem a resztą zajęła się angielska firma The London Inproved Coach Builders Ltd. Jak więc widać, ledwo ruszyła produkcja samochodów a już wystąpiły pierwsze symptomy globalizacji. A tak przy okazji, ten model nie miał rozrusznika. Trzeba było nieźle zakręcić aby pojechać.


           Bracia Stoewer rywalizowali z najlepszymi w tamtych czasach, niemieckimi producentami samochodów. Takim pojazdem, który otwierał drzwi do elity był Stoewer S8. W szczecińskim muzeum jest jedyny zachowany na świecie egzemplarz z nadwoziem typu phaeton.


             W 1937 roku wprowadzono do sprzedaży Stoewer Sedina. Samochód ceniony za jakość wykonania i niezawodność. Niestety, był to ostatni cywilny samochód produkowany w fabryce Stoewer. Ale zanim nastąpił smutny koniec, w sumie w firmie braci Stoewer wyprodukowano 60 różnych modeli samochodów. Nie brakowało wśród nich samochodów bardzo luksusowych, takich którymi jeździli celebryci tamtych czasów, jak chociażby Stoewer Arkona Phaeton.


       Były też pojazdy o zacięciu sportowym, jak np Stoewer V5 sport roadster. Ten w szczecińskiej kolekcji pochodzi z roku 1931. Rozpędzał się do 100 km/h. Istne szaleństwo.


        Oczywiście na Stoewerach ekspozycja się nie kończy. Jest tam parę bardzo interesujących ciekawostek z Europy:




    

    No i oczywiście, nie brakuje eksponatów ilustrujących historię polskiej motoryzacji z okresu powojennego. Oj! niejednemu łezka w oku się zakręci.


























        Myślę, że wycieczka do szczecińskiego Muzeum Techniki i Komunikacji jest naprawdę godna polecenia, nie tylko miłośnikom motoryzacji.



SEDINA








piątek, 11 listopada 2022

PEŁCZYCE - KONTEMPLOWANIE CISZY I SPOKOJU W BARWACH JESIENI


 

            Całe swoje dorosłe życie, nie licząc krótkich wyjazdów tu i tam, spędziłem w Szczecinie. I oto, nagle, zupełnie niespodziewanie, pojawiła się okazja na wprowadzenie jakiś, poważnych zmian w tej materii. Postanowiliśmy wyprowadzić się ze Szczecina, ale nie za daleko, tak aby w ciągu godziny móc się w nim znaleźć. W końcu związków z tym miastem mamy mnóstwo. Zaczęliśmy się rozglądać po okolicy w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego. Po kilku mniej udanych lustracjach i dziwnej przygodzie z jednym z biur nieruchomości, które przez rok nie zdążyło usunąć jednej oferty ze swojej strony, znaleźliśmy ofertę z Pełczyc. Ciekawa oferta ale ... to jednak ponad godzinę ze Szczecina. Niech będzie, pojedziemy i sprawdzimy. No i pojechaliśmy ... i to był koniec naszych poszukiwań! Może nie jest to idealne rozwiązanie, ale jest tu tak uroczo, cisza, spokój, jeziora, lasy i cmentarz tuż za oknem, więc jakby co to nie będzie daleko. Pełczyce - powiat choszczeński - , kiedyś Bernstein (bursztyn) liczy sobie niespełna 2700 mieszkańców, ale - uwaga, uwaga - możemy znaleźć tu sześć jezior. Patrząc od północy: Sławno, Krzywe, Stawno, Panieńskie, Mały Pełcz no naprawdę piękne Jezioro Pełcz od długości 7 km i maksymalnej głębokości 31 metrów. 

Jezioro Panieńskie z widokiem na kościół pw. Narodzenia NMP z XIII wieku i przesmyk do Jeziora Stawno.   

        Nie mają Pełczyce zbyt wielu zabytków. Jest kościół pw. Narodzenia NMP z XIII wieku, który należał do zespołu klasztornego cysterek. Poza kościołem zachowały się jeszcze zabudowania klasztoru, i folwark klasztorny pochodzący z późniejszych czasów. Ale Pełczyce i okolice to przede wszystkim doskonałe miejsce dla miłośników kontaktu z naturą. Jak już wyżej wspomniano dużo jezior i tras rowerowych. Niedaleki Barlinek - 9 km - szczyci się mianem europejskiej stolicy nordic walkingu. Nie wiem, nie sprawdzałem osobiści jak to jest, ale nie ulega najmniejszych wątpliwości, że miłośnicy spacerów z kijkami znajdą tu dla siebie mnóstwo ciekawych ścieżek.


        Pierwsze miesiące pobytu w Pełczycach minęły mi tak szybko, że wprost trudno to opisać. Przyspieszenie, zupełnie jakbym wchodził w nadświetlną.


       Jednak ku mojej wielkiej radości, wraz z nastaniem jesieni mieliśmy najgorętszy okres poprzeprowadzkowy za sobą (prawie) i mogłem zapakować swojego Nikona D750 i ruszyć w teren. A że jesień tego roku była bardzo udana, to fotografowanie sprawiało ogromną frajdę. Ze względu na uniwersalność i niewielką wagę najczęściej miałem podpięty do aparatu obiektyw Nikkor AF-S 28-300 f 3,5-5,6 G. (zdjęcie powyżej). Nie rezygnowałem jednak z innych obiektywów, przede wszystkim Sigma APO DG 70-200, F 2,8 II Macro HSM, z którego korzystałem robiąc trzy kolejne zdjęcia poniżej.


       Jesień to zdecydowanie czas kontemplacji. Można się zadumać, można się rozmarzyć. A przyroda sama posuwa przeurocze obrazy. Zawsze pojawiają się wątpliwości, czy zdołam pokazać na zdjęciu to co mnie tak bardzo zafascynowało.


       Czy będą to oziminy, które kolorystycznie jakoś nie do końca pasują do tych jesiennych nastrojów, ...


   ... czy będą to niezwykle groźnie wyglądające chmury, które zmuszają do zastanowienia czy aby na pewno jestem odpowiednio ubrany na tę porę roku, to za każdym razem ulegam fascynacji tymi niezwykłymi obrazami. I, no właśnie, czy potrafię to odpowiednio ukazać, tak aby oglądający te zdjęcia, choćby odrobinę podzielał te moje fascynacje. Jeżeli tak się dzieje to dopiero jest fajnie.

       Jako się rzekło, Pełczyce nie są zbyt duże, ale warto spenetrować też bliższą i dalszą okolicę. Oczywiście nie samochodem! To byłoby karygodne. Można po prostu pójść na spacer, można wybrać się "na kijki" albo wsiąść na rower. Ja nawet, specjalnie w tym celu kupiłem sobie nowy rower Kross Trans 4.0 - naprawdę fajny rower - i wyruszyłem.



        Początkowo było trochę dziwnie. Wydawało mi się, że prawidłowo ustawiłem wysokość siodełka, ale po kilkuset metrach miałem nieodparte wrażenie, że zdecydowanie urosłem i mam za nisko siodełko. Dawał się to szczególnie odczuć na podjazdach, a że Pełczyce i okolice położone są na obszarze polodowcowej moreny czołowej, to nawet w samym mieście różnica poziomów waha się od 65 do 119 m n.p.m. a poza Pełczycami te różnice są jeszcze większe. Ale nie tylko moje nagłe podrośnięcia o dobrych kilka centymetrów nie dawało mi spokoju. Natychmiast po zjechaniu z utwardzonej drogi rower zaczął żyć zupełnie własnym życiem. Ja skręcam kierownicę w lewo, a on jedzie sobie w prawo. W końcu musiałem zsiąść i z nim porozmawiać o co chodzi. Za pomocą jednego imbusa szybko doszliśmy do porozumienia.

       Jesień, sama w sobie tworzy niezwykłe klimaty, a jak dodamy do tego jeszcze jakieś tajemnicze miejsce, jakieś ruiny, to wchodzimy w świat baśniowych opowieści.


       Można śmiało popuścić wodze fantazji i imaginować sobie przeróżne niezwykłe obrazy. Nawet patrząc na zwykłe grzyby, których tutaj nie brakuje, wyobrażam sobie, że znalazłem się w krainie elfów.


I nawet zwykły muchomor jakoś inaczej wygląda.


       Skoro jednak udało się dojść do porozumienia z moim Krossem, to ruszam dalej, bo w okolicy są bardzo atrakcyjne trasy rowerowe. Jak pojadę w jedną stronę, to mniej więcej po pół godzinie dotrę do Barlinka najpierw przejeżdżając pod starym wiaduktem prowadzącym pod drogą nr 151 ...


... by po chwili przejechać górą wiaduktu prowadzącego nad leśnym duktem.


A i tak w końcu ląduję na leśnej drodze, bo tak tu pięknie.


Aż zakręciło mi się w głowie ...


 więc muszę już kończyć ten jesienny spacer po Pełczycach i okolicach. Zachęcam do odwiedzania.


niedziela, 13 marca 2022

Śnieżka zimą.

 


       Na każdym kroku podkreśla się, że aby myśleć o dobrych zdjęciach krajobrazowych, trzeba je dobrze zaplanować. Przypadek raczej nie sprzyja fotografowi. Owszem może się zdarzyć, że coś trafimy, ale podkreślmy: może się zdarzyć. Przypadek, pośpiech, brak pełnej swobody czasowej, to nie są wymarzone warunki do fotografowania.


        Zdarzają się jednak sytuacje, że oto trafia nam się jakaś ciekawa wycieczka, ba, mało tego wycieczka na której mamy robić za fotografa. Mamy obfotografować jakąś imprezę, uśmiechnięte buzie uczestników, ciekawe momenty imprezy no i przede wszystkim logo organizatora i sponsorów. No cóż normalne zadanie, a jednak okoliczności przyrody są bardzo atrakcyjne i nie mogę powstrzymać się od zrobieniu kilku zdjęć, niekoniecznie ilustrujących wycieczkę.


       Impreza plenerowa i to w zimie. Trzeba się dobrze przygotować. Z jednej strony sprzęt z drugiej odpowiedni ubiór. Aparat to oczywiście mój Nikon D750. Jako podstawowy obiektyw, moja ulubiona "spacerówka" Nikkor AF-S 28-300. Do tego jeszcze Nikkor 18-35 i na wszelki wypadek moje maleństwo Nikkor 50 1:1.4G. No i zestaw zapasowych akumulatorów, ujemne temperatury robią swoje. Na taką wycieczkę plecak nie może być zbyt ciężki, trudne warunki, dosyć forsowny masz - młodzież jest niezmordowana.


       Wyruszamy z Przełęczy Okraj z zamiarem dojścia na Śnieżkę. Część wycieczki zgodnie z planem rwie do przodu niczym harty afgańskie. Muszę za nimi nadążyć, żeby uwiecznić ich w czasie tej, niewątpliwie pięknej wycieczki, bo pogoda nam dopisała wyśmienicie. Śnieg, większość dnia z błękitnym niebem, niezbyt silny mróz no i przez większość drogi niezbyt silny, jak na Śnieżkę, wiatr. Niestety kiedy wyszliśmy powyżej linii lasu szybko zorientowałem się, czego nie wziąłem ze sobą, a co powinienem mieć koniecznie - raki!!! Przecież to nie pierwsze moje wędrowanie po górach w zimie. Co prawda to nie Tatry, ale żadnych gór nie można lekceważyć. Oj boli! 



        Obowiązki, obowiązkami, rozglądam się dookoła siebie, licząc na to, że wypatrzę coś ciekawego i będę mógł to uwiecznić. Skoro nie mogłem nic zaplanować, to staram się jak najlepiej wykorzystać zastane warunki. Przede wszystkim uwzględniam położenie Słońca na niebie. Nie z każdej pozycji daje się robić zdjęcia, ale coś tam wyłowiłem. I trochę panoramy, i trochę detalu. Góry są po prostu piękne same w sobie. Kiedy ruszyliśmy w drogę powrotną zaczęły nadciągać zdecydowanie ciemniejsze chmury. Nawet popadał delikatnie śnieg. Przede wszystkim stworzyło to niesamowity nastrój. Część gór była jeszcze w pełnym słońcu, a część całkowicie zasłonięta groźną, brunatną chmurą. Jak w jakimś filmie katastroficznym. Zeszliśmy jednak bezpiecznie na dół, gdzie organizator zafundował nam pyszną, gorącą czekoladę.


        Jeśli się podobało, postaw kawę.

buycoffee.to/zagleifotografia

niedziela, 6 lutego 2022

Zimowe poszukiwania

 

       Ostatnimi czasy, moja mobilność była mocno ograniczona. W rezultacie nie bardzo mogłem realizować swoje żeglarsko-fotograficzne pasje. Lubię fotografować żagle i pejzaże. Może nawet trochę szerzej, lubię fotografować naturę. Lubię po prostu to co jest naturalnie piękne. Nie lubię mody na brzydotę, która obecnie panuje niepodzielnie i z niezrozumiałych powodów. Chcę żeby było ładnie i przyjemnie.

       Ponieważ, jak już napisałem nie bardzo ostatnio się ruszałem, to postanowiłem pobawić się trochę tworzeniem montaży. Od dawna wszystkie zdjęcia robię w RAW-ach więc możliwości zabawy w postprodukcji są bardzo duże. Wpadło mi w oko zdjęcie mojego wnusia., na którym ma minę, w zgodnej opinii najbliższych, zupełnie jak dziadek. 😂. Dodatkowo wsadziłem go w ramę, w której nie do końca się mieści. Bo już jest taki duży. Później przypomniałem sobie, że mam kilka fajnych fotek  z bardzo ciekawego skansenu w Kudowie-Czermnej, w którym oprócz eksponatów przypominających ginące zawody jest również mini zoo. Wśród nich zdjęcie przesympatycznego koziołka, z bardzo bojową miną, nieco podobną do tej mojego wnusia. Czegoś mi jednak brakowało dla uzupełnienia kompozycji. Znalazłem zdjęcie mewy w locie, które uzupełniło mi linię przekątnej. I w ten sposób powstała całkiem zabawna całość.



 

A co wy o tym myślicie?

Jeśli wam się podoba postawcie proszę kawę 

buycoffee.to/zagleifotografia

.

sobota, 10 kwietnia 2021

W lutym z La Rochelle do Gibraltaru

 




       Piątek, siedemnasty stycznia, chwila po siedemnastej. Jak to zwykle o tej porze roku zrobiło się już ciemno, ale warunki na drodze są bardzo dobre. Jechałem obwodnicą Gorzowa. Teraz przede mną ostatni odcinek dzisiejszej ponad 650-kilometrowej trasy. Tutaj już jest niewielki ruch, można włączyć tempomat i delektować się spokojną jazdą, cichą muzyką dobiegającą z głośników i niezwykłym nastrojem takich chwil. A jak jeszcze sobie pomyślę, że jutro jest sobota i nie mam  żadnych obowiązków to po prostu robi się cudownie. Wyprzedzam na lekkim łuku jakieś malutkie autko jadące bardzo wolno i nagle mam przed sobą dziesiątki aut! One stoją, niektóre mają włączone awaryjki a pośrodku korytarz życia. Hamulec, awaryjki, zjazd na bok, stop. Niesamowite, ale pomyślenie tego wszystkiego zajęło mi więcej czasu niż wykonanie. Pełny automatyzm. Dopiero po zatrzymaniu zacząłem się rozglądać co się dzieje. No tak, przecież mam przejechane grubo ponad 1,5 mln kilometrów. Działa. No to stoimy, długo stoimy, gdzieś około dwóch godzin. Gdy zaczynamy ruszać, bardzo wolno, dzwoni telefon. Rzut oka na wyświetlacz telefonu. Andrzej Podgórski? Ooo! Bardzo dawno się nie widzieliśmy, ani dawno nie rozmawialiśmy. Częstotliwość naszych kontaktów, to mniej więcej raz na 2-3 lata. Tym nie mniej od czasu naszego wspólnego żeglowania z Den Helder do Szczecina są bardzo przyjazne. On już dawno zrobił kapitana i szlaja się po świecie a ja … no cóż, niedzielne żeglowanie. Miło, że dzwoni, ciekawe z czym, bo przecież raczej nie po to by tak sobie pogadać. Nasze relacje są przyjacielskie ale nie aż tak zażyłe, byśmy do siebie dzwonili dla samego pogadania. Kiedy słyszę z czym dzwoni otwieram dziób ze zdumienia. „Wiktor nie popłynąłbyś 28 ze mną z La Rochelle na Sycylię? Trzeba przeprowadzić jacht, nowiutki katamaran.” Mózg znowu wchodzi na najwyższe obroty, niemal jak przy okazji awaryjnego hamowania, sam się dziwię, jaki spokój zachowuję. To ja, okropny choleryk? Jak to się dzieje, że czasami zachowuję absolutnie zimną krew, a czasami wybucham jak bomba? Co to jest. No dobra, bardzo ciekawa propozycja. Trochę zimno. Ale towarzystwo pierwsza klasa. W tym czasie mam mniej pracy. Koszty? Dojazd i przyjazd, no i wyżywienie. Bardzo ciekawy akwen: legendarne Biskaje, Atlantyk. No, no - pięknie. Dobra, ale najpierw porozmawiam z Ulą. I to nie przez telefon tylko twarzą w twarz. Tak też kończymy rozmowę. Oddzwonię po rozmowie z Ulą.

       W końcu docieram do domu. Jak się okazało tego popołudnia na S 3 były dwa wypadki tuż obok siebie, z czego jeden bardzo poważny, z udziałem trzech aut osobowych. No a Uli jak na złość nie ma w domu. Oczywiście widziałem, że miały babskie spotkanie u Ani. To już ostatnie 3-4 tygodnie przed narodzinami Natana, naszego pierwszego wnuka. A ja tu mam taką niecierpiącą zwłoki sprawę do omówienia. W końcu się doczekałem Co zrozumiałe Ula nie przejawiała wielkiego entuzjazmu do tego pomysłu, będzie musiała zostać sama na dwa tygodnie, a tego nie lubi. Z drugiej strony rozumie moją pasję, więc nie wyrażała sprzeciwu. No to do roboty. Andrzej miał już rozeznaną logistykę w tamtą stronę. Rezerwacja lotu Wrocław – Paryż,  autokaru, FlixBus do La Rochelle i gotowe. A z powrotem się zobaczy.

La Rochelle

       Faktycznie z rezerwacją biletów nie było problemu, mimo że termin wyjazdu był bardzo bliski. Szybkie i stresujące pakowanie. Ach te limity kilogramów i ilości bagażu. Najpierw to co niezbędne do ubrania. Sztormiak niestety sporo waży a i zimowe ciuchy do najlżejszych nie należą. Resztę dozwolonego ciężaru dopełniam jedzeniem. Drobna zagwozdka, Air France, którym mamy lecieć z Wrocławia do Paryża dopuszcza 23 kilogramy bagażu głównego a FlixBus tylko 20. Decyduję się zapakować wg normy linii lotniczej. Z kierowcą autobusu jakoś się dogadam. Po francusku?

       Przyjąłem propozycję transportu Andrzeja specjalnie się nad tym nie zastanawiając. No i dostałem za swoje. Podróż autobusem okazała się niemal tak samo niewygodna i nieprzyjemna jak samolotem. Ciasno, nie ma miejsca na nogi. Do tego droga ze Szczecina do Wrocławia jak się okazuje nie jest taka prosta. Startuję późnym wieczorem z okolic dworca głównego. Najpierw do Poznania. Później oczekiwanie w środku nocy na kolejny autobus. I wczesnym rankiem melduję się we Wrocławiu. Żaden z kierowców nie interesował się ciężarem mojego bagażu, przynajmniej to dobre. Ale dużo fajniejsze w tej podróży było to, że jak moi przyjaciele z Wrocławia, Basia i Darek dowiedzieli się, o mojej podróży to zaprosili mnie do siebie na śniadanie. Bardzo to miłe z ich strony, a ponieważ między przyjazdem autobusu do Wrocławia a odlotem samolotu miałem kilka godzin czasu, to z przyjemnością ale choć i pewnym skrępowaniem przyjąłem ich zaproszenie. Robić komuś najście o szóstej rano, to jednak trochę nietypowe. No chyba, że jest się w służbach specjalnych, to i owszem. Później jeszcze Darek podrzucił mnie na lotnisko. Dzień zaczynał się dla mnie bardzo pogodnie. Na lotnisku spotkaliśmy się z Andrzejem i trzecim członkiem eskapady – Jerzym. Nieco starszy ode mnie, niewysoki pan z dużym bagażem podręcznym. Zakupiliśmy na lotnisku nieco tradycyjnego żeglarskiego trunku pochodzącego z Karaibów i ruszyliśmy do samolotu. Ludzie z obsługi Air France nie byli aptekarzami. Kilo nadwagi bagażu czy kilka dodatkowych centymetrów wielkości nie stanowiło dla nich problemu. Zapakowaliśmy się do Embraera 170. To niewielki samolot, zabiera ok 70 pasażerów, a siedzenia ma w ustawieniu 2 + 2, nie ma więc tak nielubianych środkowych miejsc. Nieco wygodniej niż w samolotach tanich linii lotniczych.

Jesteśmy we Francji.

       Lot trwała niespełna dwie godziny, raptem parę chwil. Wylądowaliśmy na paryskim lotnisku im. Charles’a de Gaulle’a. Ha, ha, ha „paryskie lotnisko” Równie dobrze mógłbym określić Schönefeld jako lotnisko szczecińskie. Do Paryż to jest stamtąd kilkadziesiąt kilometrów. Znajduje się ono w miejscowości Roissy-en-France, będącej częścią ogromnej aglomeracji paryskiej. Ale tak to jest z wielkimi lotniskami. A  port lotniczy Roissy-Charles de Gaulle to największe francuskie lotnisko. W roku 2018 obsłużono tam ponad 72 mln pasażerów. Posiada rozbudowaną komunikację wewnętrzną. Najpierw musieliśmy przejechać autobusem z terminala, na który przyleciał nasz samolot do innego, odległego terminala, gdzie był przystanek wewnętrznej kolejki. Tą z kolei dojechaliśmy do kolejnego terminala, gdzie była stacja kolejowa, na której stawał również słynny TGV, oraz stacja autobusowa, z której miał odjechać nasz autobus do La Rochelle. Do odjazdu autobusu mieliśmy ponad osiem godzin. Bardzo dużo czasu, ale nie na tyle dużo aby wyskoczyć na małą wycieczkę do Paryża. Więc zakotwiczyliśmy w tym terminalu, w pobliżu jedynej tam kafejki i obserwowaliśmy lotniskowe życie. Tłumy pasażerów wysypujących się z lotniskowej kolejki. Część z nich kierowała się na perony, by wsiąść do kolejnego z pociągów jadących do najróżniejszych zakątków Francji. Część ludzi po prostu kierowała się do wyjścia. Równie duża fala ludzi kierowała się w drugą stronę. Ponieważ to część otwarta lotniska, to zagląda tam sporo okolicznych mieszkańców, ale też bezdomni. Kilka arabskich rodzin z gromadką dokazujących dzieci. Terminalowa knajpka chyba jest tania, bo zagląda do niej sporo osób, które trudno posądzić o zasobny portfel. Późnym popołudniem życie stopniowo zaczęło zamierać. O 19 zamknięta została nasza knajpka, o 20 sklep spożywczy. Na dworze zimno i mokro, nieprzyjemnie. A tu jeszcze tyle czasu.

       Już na lotnisku w Paryżu Andrzej dostał wiadomość, że naszym śladem podąża ktoś, kto podobnie jak my ma płynąć z La Rochelle na Sycylię Lagoonem 42. I tyle. No jak, przecież to my mamy płynąć Lagoonem 42? O co chodzi? To oni w końcu mają płynąć? A może mamy płynąć razem? Później był kontakt telefoniczny. W końcu spotkanie z dwoma dżentelmenami, Maćkami, którzy również przybyli z Polski, tyle że innym samolotem.  Okazało się, że firma – zleceniodawca Andrzeje, organizuje przerzut dwóch bliźniaczych jednostek dla tego samego armatora, na tej samej trasie. Do kolejnego autobusu FlixBusa pakujemy się zatem już w piątkę. Przed nami dziewięć godzin podróży autokarem. Francuski FlixBus okazał się nieco wygodniejszy od naszych. Poza tym to już druga doba mojej podróży, więc pojawiło się też nieco zmęczenia. O ile początkowo obserwowałem z zaciekawieniem obraz za oknami, przejeżdżaliśmy przez Paryż, to już wkrótce później zapadłem w kamienny sen. Gdzieś po drodze, gdy autobus przystanął na chwilę, otwierałem nieznacznie oczy by zorientować się w sytuacji i dalej smacznie spałem. I tak aż do La Rochell, gdzie dotarliśmy około ósmej rano.

La Rochelle

       Trudno powiedzieć, że La Rochell jest ładnym miastem. Raczej nie. Jest to niewielkie miasto, nieco ponad 80 000 mieszkańców. Jest tam całkiem sympatycznie. Ma niezłą i niedrogą komunikację autobusową, z której kilkakrotnie korzystaliśmy. Chodząc po nim ma się wrażenie chaosu urbanistycznego. Domy przeważnie obdrapane z sypiącym się tynkiem.  Jest kilka uliczek, które od biedy można by nazwać sercem miasta, ale to w dużym cudzysłowie.  Sporo bezdomnych na ulicach. Wielu z nich z psami. Miałem wrażenie, że niektórzy z nich wręcz posługiwali się psami aby zwiększyć swoje dochody. Nieduże, ale urokliwe targowisko, gdzie zjadłem pysznego, świeżo obranego ananasa. Mimo wszystko najciekawiej jest jednak w okolicach portu.

       Szybko odnaleźliśmy jacht, ale tylko jeden. Akurat ten którym mieli płynąć Maćkowie. Nasz nie dojechał jeszcze ze stoczni i właściwie nie wiadomo kiedy dojedzie. Okrętujemy się więc w piątkę na to co jest i włączmy tryb czekania. Tylko nie wiadomo na jak długo. Nikt na razie nie może powiedzieć nic konkretnego. Włosi? Polacy? Francuzi? Pierwszy Lagoon potrzebuje 2 dni aby być gotowy do startu. Pozostaje tylko obserwować prognozy pogody, bo pogoda na Biskajach to kluczowa sprawa.

       Środa - Pierwszy dzień oczekiwania wykorzystujemy na zrobienie zakupów, zarówno spożywczych jak i innych, bo jachty są zupełnie puste. Żadnego wyposażenia kuchennego ani hotelowego. Nasi kapitanowie dostali jakąś kasę na paliwo, opłaty portowe i inne drobne zakupy, ale była to raczej kasa symboliczna. Nie było z czym poszaleć. Najpierw odwiedziliśmy sklep z artykułami gospodarstwa domowego i Decathlon, gdzie uzupełniliśmy swój ekwipunek żeglarski. Później odwiedziny w markecie Leclerc i solidne zaopatrzenie spożywcze. W tym ostatnim była też urzekająca oferta rumów, w Polsce raczej rzadko spotykana. Wzięliśmy więc kilka gatunków w celach naukowych, do przetestowania i porównania. Poczynając od powszechnie znanego u nas Captain Morgan Black Spiced, poprzez kilka średniej klasy, mniej znanych u nas, kończąc na Diplomatico Reserva Exclusiva i Kraken Black Spiced, które są tam pozycjonowane nieco wyżej. Jak się później okazało, czasu na próby mieliśmy aż nadto.

La Rochell

       Czwartek - Kolejny dzień nic nie zmienił. Pierwszy Lagun został doposażony, a o naszym żadnych wieści. Na szczęście dla naszej trójki pogoda na Biskajach zaczęła się pogarszać, więc szanse, że nasi koledzy wypłyną w ciągu najbliższych dwóch – trzech dni, spadły do zera. Możemy ruszać na zwiedzanie miasta. Najpierw poszliśmy rzucić okiem na marinę, w której mieliśmy zatankować paliwo i z której mieliśmy ruszać w drogę: Port Des Minimes. To podobno największa marina we Francji. Mają ponad 4500 miejsc postojowych z czego ponad 460 przeznaczonych jest dla gości. No … robi wrażenie, i same baseny jachtowe i gigantyczne zaplecze. Wracamy do miasta, kręcimy się trochę tu, trochę tam. Odwiedzamy ładnie odremontowany dworzec.

       Piątek – pierwsza pozytywna informacja, dzisiaj mają przywieść nasz jacht. Póki co ciąg dalszy nieśpiesznego zwiedzania miasta. Tym razem obieramy sobie za cel wieżę Saint-Nicolas z XIV, jedną z dwóch broniących wejścia do portu. Po drugiej stronie kanału wejściowego stoi wieża łańcuchowa, biorąca swoją nazwę od łańcucha rozciąganego między wieżami, chroniącego wejścia do portu. Wieża Saint-Nicolas jest dobrze zachowana, z wieloma informacjami na temat miasta, które stało się bardzo ważnym portem już w XII wieku, kiedy to Wilhelm X Święty nie tylko zniszczył konkurencyjny port ale też nadał La Rochelle przywilej wolnego portu, handlu i samorządu. Do XV wieku La Rochelle było największym francuskim portem nad Atlantykiem. Co ciekawe długimi okresami znajdowało się pod panowaniem Angielskim. W czasie II Wojny Światowej była to ważna baza niemieckich U-Bootów. Sama wieża w środku też wywiera duże wrażenie. Dla tych zaś, którzy zechcą pofatygować się na samą górę, oferuje niezapomniane widoki. Jak zwykle z góry lepiej widać, ładniej. W „międzyczasie” przywieźli nasz jacht. Stał sobie smętnie na nabrzeżu, bez antyfulingu, bez masztu i paru innych rzeczy. Piątek? No cóż, nie ma co liczyć na to, aby tego dnia, czy choćby następnego ktokolwiek, cokolwiek zechciał przy nim zrobić. Weekend przed nami, kolejne dwa dni bezczynności i snucia się z konta w kont. W sobotę odwiedzamy targ staroci. Niewielki ale interesujący. Jeżeli ktoś lubi takie klimaty, to ma dużą szansę znaleźć tam coś dla siebie. Charakterystyczne i oczywiste jest to, że można tam znaleźć wiele przedmiotów marynistycznych. Oni tam faktycznie żyją morzem i z morza.

Jest Lagoon, ale nie nasz.

       Dla mnie znacznie ciekawsza od wizyty na targowisku była wizyta w Aquarium La Rochelle. Owszem byłem już w większych tego typu obiektach, ale to w La Rochelle jest wyjątkowo ładnie zrobione, jest wręcz dopieszczone. Możemy obejrzeć akwaria  odwzorowujące i zimny Atlantyk i bajecznie kolorowe rafy koralowe. Bogactwo kształtów i barw. Jest na co popatrzyć. Zupełnie inne przykłady związku La Rochelle z morzem mamy okazję obejrzeć w Musee Maritime de la Rochell. Muzeum Morskie to kawał historii zmagania ludzi z oceanem, to opowieść o ciężkiej i często niebezpiecznej pracy ludzi morza. Wszystko zaś pokazane w ciekawy, wciągający sposób. Są też stanowiska edukacyjne dla dzieci, na których dzieci się bawią i poznają różne aspekty czy to życia na morzu czy gospodarki morskiej. W osobnej hali prezentowane są zabytkowe, małe łódki regatowe. Warto odwiedzić to miejsce.

Słońce i do nas zaczyna się uśmiechać.

       Poniedziałek – szósty dzień oczekiwania. Od rana się dzieje. Zrobił się ruch przy naszym katamaranie. Jedni malują podkład pod antyfuling, inna ekipa bierze się za maszt. Kolejne jachty są zrzucane do wody. Te które już są gotowe szykują się do przepłynięcia do Port Des Minimes. Również nasz hotel ma się przestawić. Czuć w powietrzu wielkie ożywienie. Maciek planuje wypłynąć już następnego dnia, gdyż prognozy pogody dla Biskajów są korzystne. Oddajemy cumy i ustawiamy się przed śluzą.  Z jednej strony lekkie podekscytowanie z drugiej, żal to jeszcze nie my. Żal tym bardziej, że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będzie to ostatnia noc w naszym dotychczasowym „hotelu”.  Wieczorem, po ogarnięciu wszystkich spraw, odbywa się mała biesiada z udziałem ekip z trzech jachtów w tym kilku „wielkich” kapitanów. Nieco rozczarowujące. Ci kapitanowie – Geograf, Wojtek, Rafał i paru innych, których do tej pory znałem byli jacyś inni. A tu wybujałe ego niektórych jakby nie mieściło się w jachcie. W takim gronie lepiej się nie odzywać. Nasz kapitan na tym tle wyróżnił się bardzo pozytywnie.

       Wtorek – to już siódmy dzień oczekiwania. Zgodnie z planem dwa katamarany, które zostały przygotowane poprzedniego dnia w końcu  wypływają, a my zostajemy na kei. Zbieramy swoje klamoty i drepczemy z mariny Les Minimes na Rue Senac de Meilhan gdzie czeka na nas nasz katamaran. Jakoś tak dziwnie jest jak koledzy odpływają a ja zostaję na brzegu. Ale jeszcze dziwniej się czułem wdrapując się na jacht stojący na ulicy. Zimno, brak wody i prądu, no i nie można korzystać z ubikacji. Po prostu super. Wysyłam najserdeczniejsze pozdrowienia w kierunku osób organizujących ten transport jachtów. Totalna partyzantka. Na noc ubieram na siebie co mam najcieplejszego wraz z wełnianą czapką i pakuję się do śpiwora.

Nuwasy ruszają z portu wewnętrznego

       Środa – ósmy dzień wyprawy. Od rana spore ożywienie. Jest szansa, że w końcu wypłyniemy. Francuzi specjalnie się nie śpieszą, ale systematycznie robią swoje. Andrzej negocjuje z kierownikiem robót, że mycie końcowe weźmiemy na siebie. Widzieliśmy wcześniej jak oni to robią. Zajmuje im to cały dzień. Oferujemy się, że zrobimy to sami. Niech tylko dadzą nam preparaty których używają. Zakładamy, że będziemy mieli wystarczająco dużo czasu w trakcie rejsu na pucowanie, a w ten sposób zaoszczędzimy jeden dzień postoju. Francuzi przystają na naszą propozycję. Kiedy więc następuje tak bardzo wyczekiwany przez nas moment wodowania naszego katamaranu omal nie podskakujemy z radości. Oczywiście to jeszcze nie koniec prac wyposażeniowych, jeszcze szprycbuda, jeszcze żagle. Powoli jednak wyłania się tablica z napisem „koniec”. W okolicach pory otwarcia śluzy jesteśmy gotowi, no prawie gotowi, aby płynąć do Les Minimes. Oddajemy cumy. Mimo radosnego nastroju raczej jeszcze nie myślę o samym rejsie. Boję się zapeszyć? Na prawdziwą radość przyjdzie czas jak, w końcu znajdziemy się na morzu. Na razie czekamy na otwarcie śluzy. Później płyniemy wzdłuż potężnego falochronu, za którym wyrasta niekończący się las masztów. W końcu „brama” i podpływamy pod stację paliwową. Nigdy jeszcze nie tankowałem takiej ilości paliwa. Dwa razy po 170 litrów plus 200 do kanistrów, które Andrzej bardzo sprytnie mocuje na rufie jachtu. A każdy literek po 1,5 Euro, wychodzi spora suma. Bardzo dużo, ale też nigdy nie pływałem na katamaranie. Nawet 56 stopowa Bavarka w żaden sposób nie może się z tym równać.


       
Jest takie stare powiedzenie: „Kto nie ma w głowie, ten ma w nogach”.  Po raz kolejny przekonałem się na sobie o jego prawdziwości, i to bardzo mocno. Jak to ja, po zakończeniu tankowania nie pobrałem faktury, no bo i po co nam faktura. A tu niespodzianka. Przecież Andrzej musi się porozliczać z kosztów. Szybki telefon do biura mariny. O.K. nie ma problemu, mogą nam wydać duplikat faktury. Wystarczy przyjść do nich. Uuuchumm. 2,1 km w jedną stronę. I znowu mam okazję podziwiać ogrom tej mariny. Obowiązkowym wyposażeniem naszego jachtu powinny być rowery. Ale ich nie ma. Wieszam na szyję mojego Nikona, może coś ciekawego dojrzę, i ruszam w drogę. Biura mariny okazują się całkiem przyjemne, przestronne i jasne, a personel przyjazny. Po kilku minutach wychodzę więc szczęśliwy z odpowiednim świstkiem papieru i wracam na nasz okręt. Ostatnie przygotowania, sprawdzenie zaształowania, ustawienie nawigacji. Andrzej jeszcze raz omiata wszystko wzrokiem. O.K. Schodzę na keję oddać cumy, jest prawie 16 45 miejscowego czasu. Wreszcie głęboki oddech ulgi. Płyniemy!!!!

Port des Minimes

       Andrzej wyznacza wachty. Zostawiamy za sobą wyspy leżące przy podejściu do La Rochelle. Z prawej burty Ile de Re, po lewej Ile d’Oleron. Słońce schodzi do wody. Mój pierwszy zachód Słońca na Atlantyku. Dużo tych pierwszych razów w tym rejsie. Moja kolejna wachta, pierwsza nocna, rozpoczyna się o godzinie 00 00. Jest w miarę spokojnie, a biorąc pod uwagę, że jesteśmy w legendarnej Zatoce Biskajskiej, należałoby powiedzieć, że jest bardzo spokojnie. Słabnący wiatr wieje od rufy. Pozostaje jednak spory rozkołys. Na razie jedziemy na silniku. Wg prognoz pogody korzystne okno w Zatoce powinna potrwać ok 4 dni. Musimy więc się zbierać dosyć raźno. Powoli przyzwyczajam się do dyskoteki na kokpicie. Jeszcze wolniej rozszyfrowuję poszczególne funkcje, bo oczywiście nie było czasu przeczytać instrukcji obsługi. Zauważam pierwszy mankament naszego jachtu. Tworzywo, z którego są zrobione „okienka” szprycbudy jest lekko mleczne, nie przezroczyste jak prawdziwe szkło. A to jest poważny problem, gdyż co i raz mijamy kolejne, bardzo słabo oznaczone sieci. Noc nie jest zbyt jasna. Żeby dostrzec cokolwiek na wodzie z nieco większej odległości trzeba się wychylić na zewnątrz. A noc jest niestety zimna. Ciepłe ciuchy, wełniana czapka na głowie. To nie jest wakacyjne pływanie na Egejskim. Trzy godziny mijają spokojnie. Tuż przed trzecią zapala się światło w kabinie Jurka. Słyszę jego krzątanie. Niemal co do minuty, pojawia się o 03 00 w kokpicie. Zdaję wachtę i schodzę do kabiny. Tu jest jakby jeszcze zimniej. Wszystko jest wilgotne. Zdejmuję tylko sztormiak, zostaję nawet w czapce i wciskam się do śpiwora. Och ta włoska oszczędność.

Płyniemy

       Mimo drobnych przeciwności losu, zasnąłem szybko i mocne. Nie wiem jak długo spałem, gdy dobiegł do mnie głos Andrzeja: Wiktor wstawaj, siedzimy w sieciach. Chyba nie spałem zbyt długo, bo jeszcze trwała wachta Jurka. Słaby wiatr od rufy. Czy zahaczyliśmy śrubą czy sterem, czy jedno i drugie. Andrzej próbował po prostu przeciągnąć linę dochodzącą od boi do sieci.  Ciężka sprawa wiejący wiatr od rufy wciąż napinał linę. Do tego okazało się, że są dwie boje ze sobą połączone. Andrzej położył się na pokładzie kąpielowym by mieć lepszy dostęp do lin. Za chwilę przyszła nieco większa fala i nasz kapitan został potraktowany solidnym showerem, A lina ani myślała nas uwolnić. Może trzyma nas lina łącząca obie boje? Udaje nam się wyciągnąć kawałek tej liny. Bardzo solidna. Nie było łatwo ale udało się ją przeciąć. I dalej nic.  Wyglądało na to, że jesteśmy zaczepieni lewym pływakiem, a prawy jest wolny. Andrzej, ponieważ już i tak był mokry pozostał na swoim stanowisku i dalej starał się wyciągnąć tę przeciętą linę. Ja stanąłem przy sterze i uruchomiłem prawy silnik. Bardzo delikatnie zacząłem cofać. Jazda na wsteczu i fala od rufy! Mimo, że starałem się manewrować jak najdelikatniej to co chwilę odczuwaliśmy solidne klapnięcie, a Andrzej dawał mniejszego lub większego nura. Od samego patrzenia przechodziły zimne ciarki. I nagle, jest! Lina wyszła, boja od sieci powoli zaczęła się od nas odsuwać. Niedowierzanie. Naprawdę jesteśmy wolni? Cholera! Na to wygląda. Andrzej mimo niedoleczonego wcześniejszego przeziębienia i kompletnego przemoczenie staje natychmiast za sterem i sam sprawdza sytuację. Ruszamy bardzo wolno do przodu. Po chwili uruchamia drugi silnik i sprawdza reakcję. Żadnych sensacji! Wszystko chodzi normalnie. Ruszamy na dobre i wracamy na kurs. Andrzej wreszcie idzie się przebrać i wysuszyć a ja wracam do koi. Pierwsza noc dobiegała końca.

       Zatoka Biskajska była dla nas wyjątkowo łaskawa, aż do przesady. Wiatr był tak słaby, że nasz ociężały mastodont nie bardzo miał ochotę płynąć pod żaglami. Jechaliśmy więc na katarynach po coraz gładszym morzu. Tyle, że kiedy już dobiegała końca pierwsza doba rejsu, a nawet nieco więcej, a my wciąż na silnikach, to zaczęło to być nieco męczące. Ach, ten jednostajny warkot silników. Niestety nie nadaję się na motorowodniaka.

Końcówka Biskajów

       I tak sobie leciały, wachta za wachtą. Nic specjalnego się nie działo. Po ponad dwóch dobach żeglugi zaczął majaczyć na dziesiątej jakiś ląd. Słabo widoczny. Początkowo nawet nie było pewności czy to brzeg czy złudzenie. Zachmurzone niebo, taka szarówka, lekkie zamglenie. Powoli jednak zarys brzegu stawał się coraz wyraźniejszy. Wyłaniały się Cabo de Bares i Cabo Ortegal. Pojawili się rybacy, nawet sporo. No i oczywiście gęsto porozstawiane sieci. To lubimy najbardziej. Ale też po raz pierwszy w czasie tego rejsu dostrzegliśmy ulubieńców żeglarzy – delfiny. Pierwszy dostrzegł je Andrzej. Natychmiast na pokładzie nastąpiło wyraźne ożywienie. Niestety nie chciały podpłynąć blisko jachtu. Mogliśmy obserwować je jedynie ze znacznej odległości. Tym nie mniej było bardzo miło popatrzeć na te sympatyczne zwierzaki.

       Po upływie kolejnych kilku godzin mieliśmy na trawersie La Coruña. Chciałoby się trochę pozwiedzać, zobaczyć nowe miejsca. Niestety tydzień, który przesiedzieliśmy bezproduktywnie w La Rochelle sprawił, że nie mieliśmy żadnego zapasu czasowego. Trzeba było gnać przed siebie, tym bardziej, że prognozy przewidywały zmianę pogody i pogorszenie warunków w Zatoce Biskajskiej i okolicy. Obrazki jakie docierały do nas z północno zachodniej Europy motywowały nas jeszcze bardziej. Orkan Ciara siał spustoszenie, a prognozy średnioterminowe przewidywały kolejne nawałnice. Im bardziej będziemy na południu tym ma być spokojniej. Więc gnamy.

Rybacy przy pracy

       Po trzech dobach byliśmy na wysokości Cabo Finisterre. Trzy doby żeglugi i ok 450 MM. No cóż, wychodzi kolejna słaba strona Lagoona, niewielkie zbiorniki wody pitnej i brak instalacji do odsalania wody morskiej. Mimo bardzo ostrożnego gospodarowania wodą, niestety zaczynało być widać dno zbiorników. Prowiant też się nieco skurczył. O dziwo najszybciej wyszedł nam chleb. A bez chleba ani rusz!  Chcąc, nie chcąc trzeba się rozglądać za jakimś przytulnym portem. Póki co zapadła noc, a sieci wokół nas zatrzęsienie. I znowu irytujący plastik na szprycbudzie, przez który prawie nic nie widać. Ale tym razem spotyka nas miła niespodzianka. Na wielu bojach, może na większości, są światełka. Bladziutkie bardzo, ale są! Zdecydowanie łatwiej jest wypatrywać w nocy światełka, choćby takie anemiczne, niż czarne chorągiewki na szczytach boi.  W dalszym ciągu trzeba było być bardzo czujnym, ale jednak było to spore udogodnienie. A było na co uważać, oj było! Pogoda, zgodnie z zapowiedziami zaczęła się zmieniać. Wiatr się trochę nasilał. Niestety zmienił też kierunek i wiał nam teraz prosto w twarz, więc dalej gnamy na silnikach.

Marina Duoro

       Na krótki postój, Andrzej wybiera Porto. Zanim zdołaliśmy tam dopłynąć, morze rozbujało się już całkiem przyzwoicie. Lagoon z wielkim mozołem wspinał się na kolejne fale i z łomotem opadał w dół fali. Już z daleka mogliśmy zobaczyć, jak efektownie fale rozbijają się o wychodzący w morze falochron. Niby jeszcze dzień, ale jakoś tak szaro i ponuro. Gdy schowaliśmy się za falochronem woda zdecydowanie się wygładziła. Pierwsze co rzuca się w oczy, gdy wpływa się do Porto to imponujący most nad rzeką Duero – Ponte da Arrabida. Jest to łukowy most łączący Porto z Vila Nova de Gaia. Biegnie nim sześciopasmowa autostrada, ma zaledwie 493 m długości, ale maksymalny prześwit wynosi ponad 70 m. Można więc przepłynąć pod nim całkiem sporym jachtem, bez obawy o zahaczenie topem.

       Do Douro Mariny dopłynęliśmy dosyć późno ale nie było problemu z załatwieniem czegokolwiek. W biurze jeszcze normalnie pracowali. Dostaliśmy karty magnetyczne do furtek wejściowych na keję. Wypytałem panią w recepcji gdzie iść na kolację. Mogliśmy spokojnie odetchnąć, podłączyć się do prądu, zatankować wodę i wykąpać się bez obawy, że zużyjemy zbyt dużo wody. Nieco wcześniej do Douro Mariny przypłynął też Maciek na bliźniaczym Lagoonie 42, więc zaparkowaliśmy obok niego. Ponieważ wypłynęli dobę wcześniej i płynęli nieco szybciej zrobili sobie po drodze jeden krótki postój. Trochę im tego zazdrościłem, ale jak to śpiewają Stare Dzwony „najważniejsze w odpowiedniej być załodze”.

Tu jedliśmy kolację

       Gdy się ogarnęliśmy nastała pora wyjścia „na miasto”. Właściwie to trudno powiedzieć, że byliśmy w Porto. Ta część miasta, gdzie znajduje się Douro Marina to dawna niewielka wioska rybacka Afurada, wchłonięta teraz przez większe miasto, stała się jego integralną częścią. Do tej pory zachowała swoją specyficzną zabudowę. Małe domy, ciasno poupychane przy wąskich uliczkach. Niemal każda fasad obłożona barwnymi kafelkami z jakimś ciekawym dekorem. Na dekorach dominują dwa motywy: rybacy i motywy religijne. A wszystko to bardzo kolorowe, radosne i schludne. No i co kawałek jakaś tawerna, często z wystawionym na ulicy grillem. My szukamy poleconej przez panią z recepcji restauracji Casa do Pescador. Akurat od strony mariny to prawie na końcu wioski. Casa do Pescador jest bardzo dobrze oznaczona, nie ma wątpliwości, że to to. Gdy weszliśmy było jeszcze sporo wolnych miejsc. Dopiero nieco później zaczęli przybywać kolejni goście, tak że w końcu lokal wypełnił się w całości. Wciąż nie mogę się przyzwyczaić, że na południu Europy tak późno rozpoczyna się kolację, która przeważnie stanowi prawdziwą biesiadę. A nam się powtarza, że późne jedzenie jest niezdrowe. Może niektórym to faktycznie szkodzi, ale jak nie trudno się zorientować w dowolnej knajpie w Portugali, Hiszpanii, Włoszech czy w Grecji, takich którym to odpowiada jest bez liku.



       Wnętrze Casa do Pescador to milion bibelotów. Jak w prawdziwej wiejskiej chacie ilość różnych ozdobników wprost niezliczona. Zgodnie z tym czego można się było spodziewać dominują akcenty rybackie i religijne. Jest nawet coś w rodzaju kapliczki, są zdjęcia właściciela i jego rodziny z audiencji u papieża. Większość przedmiotów sprawia wrażenie nieco siermiężnych, choć może lepiej określić je mianem rustykalnych? Tak czy owak przyglądam się temu wszystkiemu z dużym zaciekawieniem. Takich wnętrz w Polsce, ani w ogóle w północnej Europie się nie uświadczy. Intrygujące i bardzo niepoprawne politycznie. Ale jakież autentyczne. To jest ich życie, tacy są ci ludzie. W tak zwanym międzyczasie kelner przyniósł nam karty dań. W końcu podstawowy cel naszej wizyty w tym miejscu to zjedzenie kolacji. Wybranie czegokolwiek wcale nie było łatwe, mimo że było napisane również po angielsku. Wespół w zespół, przy pewnej pomocy kelnera, udało się coś zamówić. Bardzo byłem ciekaw portugalskiej wersji bakalao, bo wydawało mi się, że skoro za miedzą coś takiego jest bardzo rozpowszechnione to i tutaj może być. W karcie czegoś takiego nie znalazłem. Na wszelki wypadek zapytałem jednak kelnera. Jak najbardziej jest odpowiednik hiszpańskiego bakalo i nawet jest to jedno z ich dań sztandarowych. No to biorę! Najpierw na stole pojawiły się napoje. Ja naturalnie zamówiłem wino. Aż mnie wykrzywiło gdy na stole pojawiła się też cola. O tempora, o mores. W Portugali, do lokalnych dań cola?! No dobra. Nie zajmujmy się tym na co nie mamy wpływu. Po napojach pojawiły się przystawki, najróżniejsze, na ciepło i na zimne. Oczywiście były to najróżniejsze owoce morza i … łapki żółwi. To dopiero niespodzianka. Pierwszy raz miałem okazję coś takiego jeść. Bez rewelacji. Ale kalmary smażone w panierce na głębokim olej naprawdę wyśmienite. Główne danie, już z daleka widać, że to bardzo solidna porcja. Ryba, opiekane ziemniaki i warzywa. I z wyglądu i w smaku bardzo domowe jedzenie. Smaczne, ale to jednak nie to co te hiszpańskie bakalao. Nie jest tak delikatne i tak soczyste. Trudno, będę musiał jeszcze kiedyś wybrać się na południe Hiszpanii. Tak czy owak jestem zadowolony z pobytu w Casa do Pescador. Miła atmosfera, przyjaźni ludzie i świeże, domowe jedzenie. Koledzy raczej nie podzielali moich pozytywnych opinii. Dla niektórych szczytem wykwintności i smakowitości jest kebab z kolą. No, cóż m.in. dla tego świat jest taki intrygujący, że tak bardzo się między sobą różnimy. Na koniec jeszcze pytam o to czy mają na sprzedaż jakieś dobre porto, wszak być w Porto i nie nabyć flaszeczki tego smakowitego trunku to grzech. Tak, i owszem. Tanie nie jest, ale biorę dwie butelki jako prezenty dla moich zięciów. W tym przypadku cena raczej się nie liczy. Opuszczamy gościnne progi Casa do Pescador i jeszcze trochę kręcimy się po najbliższej okolicy. Zarówno pogoda jak i pora roku sprawiają, że na uliczkach jest pustawo. Jedną z ciekawostek Afurady są bardzo stare zbiorniki znajdujące się w lekkim pawilonie, służące miejscowej ludności do prania. Myślę, że jest to jeszcze jeden sposób na wspólne spędzanie czasu. Tuż obok na placyku porozstawiane są wielkie tyki, między którymi porozciągane są sznurki, na których wiszą wyprane rzeczy. Wszystko to tworzy swoistą, bardzo swojską atmosferę. 

Kolorowa uliczka

       Następny poranek po przybyciu jest bardzo leniwy. Wypłynięcie zaplanowane jest na wczesne popołudnie. Najpierw mamy uzupełnić zapasy spożywcze, później, być może, będzie jeszcze chwila na krótki spacer. Aby dojść do jakiegoś większego sklepu trzeba kawałek się przejść. Wybieramy Lidla przy ulicy Nova de Alvites, oddalonego od nas o ok 1,7 km, czyli jakieś 20 minut marszu. Droga wspina się dosyć stromo. Wydaje się jakby to była zaawansowana wiosna. Ciepło, lekki wiaterek, a w ogródkach przydomowych kwitnące kwiaty. To faktycznie jest dziesiąty dzień lutego?  Bujnie rozkwitnięte róże i wyjątkowo efektowne strelicje królewskie. Kwiat piękny ale jego polska nazwa beznadziejna. Anglicy nazywają je bird of paradise i jest to zdecydowanie bardziej adekwatna nazwa. Wciąż wspinamy się do góry. Od jakiegoś czasu podążamy sporą ulicą  nazwaną imieniem Manuela Marquesa Gomesa. Nic mi to nie mówi. Po prawej wyłania się wielka budowla, na ogromnej parceli. Jednak wszystko to sprawia wrażenie opuszczonego. Co to jest. Wygląda dosyć ponuro.

       Zakupy, jak zakupy, udane. Tylko dla czego tego wszystkiego jest tak wiele? Raczej o powrocie na piechotę nie ma co marzyć. Zagadujemy przed sklepem trzy damy wieku już raczej poprodukcyjnym, zajęte ożywioną dyskusją. Czy znają Panie jakiś numer firmy taksówkowej?  Okazuje się, że z paniami można porozumieć się po angielsku. Są uśmiechnięte i bardzo energiczne.  Zaraz zamawiają dla nas jakiś pojazd i wracają do przerwane rozmowy.

       Taksówka zjawiła się dosyć szybko i jakoś upchaliśmy nasze zaprowiantowanie. Pan taksówkarz również rozmawiał po angielsku, więc zagadnąłem go o patrona tej długiej ulicy, którą szliśmy i o opuszczoną posiadłość. No i trafiłem. Taksówkarz nie tylko był dobrze poinformowany, ale też bardzo chętnie podzielił się z nami swoją wiedzą, a właściwie znajomością legendy. Bo okazało się, że Manuel Marques Gomes to właśnie postać owiana legendą. I to do niego należał ta ogromna posiadłość. Żył w latach 1867 – 1932, a więc przeżył zaledwie 65 lat. Jak nie trudno było zgadnąć, był synem rybaka. Miał w życiu sporo szczęścia, bo trafił na jakąś zamożną kobietę, która pomogła mu odmienić jego życie. W jakimś momencie emigruje  do Brazylii. Tam rozpoczyna działalność handlową I znowu kobieta z dużym posagiem, tyle, że tym razem chodzi o  ożenek.  Dama nazywa się Rosalina dos Santos i pochodzi z zamożnej rodziny, co jeszcze nadało rozpędu jego interesom. Powrócił do Portugali w 1890. Kontynuuje swoją działalność biznesową, stał się jednym z miejscowych potentatów. Zbudował też tę wielką rezydencję, która zwróciła naszą uwagę.  Dorobił się zacnej gromadki dzieci – 13. Był też wielkim filantropem.

Most w porto

       Ponieważ mamy wyjść w morze dopiero popołudniu, idziemy jeszcze na krótki spacer. Próbuję uchwycić aparatem co nieco z klimatu tej kolorowej dzielnicy. Ciasne uliczki nie ułatwiają zadania,  ale jest pięknie. Andrzej oddalił się na samotny spacer. Pewnie by nieco odpocząć od naszego towarzystwa i w spokoju porozmawiać ze swoją dziewczyną. Po powrocie na jacht okazało się, że brakuje już tylko Andrzeja. Co było do sklarowania, to sklarowaliśmy, a kapitana jak nie ma tak niema. Zaczynała robić się szarówka, do tego nad Porto opadła dosyć gęsta mgła. Zaczynał się odpływ. Pogoda się pogarszała. Ale bez kapitana nie popłyniemy. Ostatecznie wypływamy o 19:40.  Warunki zrobiły się jednak na tyle trudne, że wypływamy w stanie najwyższej gotowości. Andrzej za sterem, wychylający się za tą cholerną szprycbudę, żeby cokolwiek widzieć. My z Jurkiem na obu burtach wypatrujemy oczy by nie przeoczyć żadnego znaku nawigacyjnego, żadnej boi. Czas w takich sytuacjach biegnie niesamowicie powoli. Wlecze się niemiłosiernie. Fala robi się coraz większa. Po prawej burcie już mamy falochron, więc otwarta woda już blisko. W końcu jest. Zanim obierzemy właściwy kurs, odpływamy jeszcze trochę od brzegu aby było bezpieczniej. W takich warunkach trzymanie się blisko brzegu nie byłoby zbyt rozsądne, liczymy też na to, że głębiej w morze będzie mniej sieci. Przynajmniej tak nam się wydaje. Buja coraz mocniej.


 
          Gdy w końcu obieramy właściwy kurs, życie na jachcie wraca do normalnego rytmu. Mamy przed sobą dosyć długi przelot. Następny przewidywany postój to Gibraltar, czyli ok 500 MM. Wachty są rozpisane od początku rejsu. Nic się nie zmienia.  Wchodzimy w ustalony wcześniej cykl. Moja pora na sen przychodzi o 03:00. Zazwyczaj dobrze się, w każdych okolicznościach.  Tym razem jest to jednak męczarnia. Dzioby pływaków spadające z dużych fal tłuką wprost niemiłosiernie o wodę. Przez cały kadłub za każdym razem przechodzi mocne drżenie. No cóż, kabina dziobowa w tym przypadku to bardzo słaba miejscówka. Łup i łup! Łup i łup! Łup i łup! I tak bez końca. Prognoza na najbliższe dwa dni nie zapowiada słabszego wiatru. A poza tym nawet jak wiatr ucichnie, to jeszcze przez wiele godzin morze pozostaje rozkołysane.

       Mimo wszystko pogoda się klaruje. Zaczynamy wreszcie łapać ciepełko. Ależ to przyjemne, móc się tak pogrzać. Pierwszego dnia po wyjściu z Porto, wczesnym popołudniem odwiedzają nas delfiny, całe stadko. Podpływają do samego jachtu i dokazują prze dziobem. Przeurocze stworzenia. Można by przyglądać się im bez końca. Ponieważ warunki jednak się poprawiły, płyniemy nieco bliżej brzegu. Oczywiście natychmiast pojawiają się sieci oraz kutry rybackie, ale za to możemy sobie pooglądać wybrzeże portugalskie. W końcu mamy na trawersie Cabo de Sao Vicente, czyli zmieniamy kurs na S-E. A od Ponta de Sagres już niemal prosto na E. Łączność telefoniczna albo jest albo nie. Czasami coś tam się pojawia i dowiadujemy się, że Maciek zaliczył sieci i to dosyć poważnie. Odbył mało przyjemną kąpiel, żeby się uwolnić, ale niestety ma jakieś uszkodzenie i płynie na jednym silniku. A już było tak miło. Zrobiło się cieplej, ładna pogoda, a tu na ostatniej prostej do Gibraltaru takie coś. Oczywiście znowu stan podwyższonej gotowości. Głupio byłoby zaliczyć taką przygodę. Rozluźnienie przychodzi gdy zbliżamy się do Cieśniny Gibraltarskiej, tu pogoda jest już naprawdę dobra. Zaczynają się żarty, sesje fotograficzne. Jest co prawda nieco później niż byśmy chcieli, ale pal licho – jest pięknie. Niestety zabraknie nam 45 minut aby zdążyć zatankować paliwo po angielskiej stroni, gdzie jest dużo taniej. Opóźnione wyjście z Porto dało znać o sobie. Będzie musiał Andrzej sam już to załatwić następnego dnia. Na trawersie Tarifa i miłe wspomnienia sprzed kilku lat z innego rejsu.




 Kolejna korekta kursu, odchylamy się na N-E i jest Skała!

       Do mariny Alcaides dochodzimy już po ciemku. Jest około 21. Andrzej wywołuje przez radio marinę ale bez rezultatu. Głucha cisza. Przez chwilę kręcimy się przy budynku gdzie jest biuro ale nic. W końcu przez telefon dowiadujemy się gdzie stanęli nasi koledzy i tam też podążamy. Jeszcze nie zdążyliśmy dobrze obłożyć cum jak pojawił się marinero z wielkimi pretensjami, że stanęliśmy tak samowolnie. Trochę trwało obłaskawianie gościa, ale w końcu łaskawie pozwolił nam zostać. Magiczne „tak stoimy” padło o 21:04. Niestety dla mnie to stacja końcowa. Ze względu na perturbacje w La Rochelle straciliśmy cały tydzień i szara rzeczywistość się o mnie upomniała. Nie dopłynę na Sycylię.  I tak było bardzo ciekawie. Fajny kapitan. Przepłynięte prawie 1100 MM w niecałe 8 dób. Szkoda było schodzić, choć nie zostałem fanem katamaranów. Taki jak ten, którym płynęliśmy, to zdecydowanie jednostka do pływania przy bardzo sprzyjających wiatrach lub na silniku, po gładkiej wodzie i na krótkich dystansach, no i oczywiście z drinkiem z palemką w dłoni.



Stoimy w Gibraltarze

I to już koniec
jeśli się podobało postaw kawę: 

buycoffee.to/zagleifotografia




Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...