niedziela, 16 lutego 2020

NA NARTY PRZEZ WENECJĘ




       Kolejny raz wybieramy się do Mezzany. Kolejny raz, więc wydawać by się mogło, że już nic nowego się wydarzyć nie może. A tym czasem wszystko jest inaczej. Po pierwsze termin. Nigdy jeszcze nie byliśmy na nartach w pierwszym tygodniu nowego roku. To najmniej atrakcyjny termin ze względu na bardzo niepewną pogodę, krótki dzień no i sam termin też jest zupełnie nijaki. Jeszcze nie weszliśmy w nowy rok, jeszcze nie zakończyliśmy starego, panuje jakieś dziwne napięcie, a tu proszę – wyjazd na narty. To nie był nasz pomysł. Termin zaproponowali znajomi, Kamila i Dominik. A że najważniejsze na wszystkich wyjazdach jest fajne towarzystwo, więc postanowiliśmy spróbować. W nagrodę dostaliśmy karnet w cenie apartamentu! Bardzo miło.
       Nowości związane z tym wyjazdem nie kończą się tylko i wyłącznie na mocno eksperymentalnym terminie. Jak do tej pory, każdy wyjazd na narty, to był ściśle wyjazd na narty. Nawet nie robiliśmy postojów pośrednich. Wsiadaliśmy wcześnie rana do samochodu i późnym popołudniem lub wręcz wieczorem meldowaliśmy się na miejscu. Z pewnymi modyfikacjami w przypadku wyjazdów lotniczych. A tym razem odmiana. Wyruszamy 31 grudnia, we wtorek i stajemy na nocleg w Norymberdze, później jedziemy na dwa dni do Padwy, z zamiarem spędzenia jednego dnia w Wenecji. I dopiero z Padwy ruszmy w sobotę do Mezzany. To dopiero jest intrygująca podróż na narty.
       Wyjechaliśmy ze Szczecina tuż po piętnastej. Nie wszyscy mogli sobie zrobić tego dnia wolne w pracy. Już przejazd ze Szczecina do Norymbergi dostarczył mi miłego zaskoczenia w postaci niewiarygodnie pustych niemieckich autostrad.  Takie obrazki pamiętam jedynie z mojego dzieciństwa, kiedy to w nocy wybraliśmy się na podszczeciński odcinek autostrady, której jezdnie można było traktować jak plac zabaw. Momentami mogłem sobie pozwolić na zapalenie długich świateł. Tempomant, poza odcinkami z ograniczeniami prędkości, ustawiony na 130, w ciszy i spokoju przemierzaliśmy kolejne kilometry. Mniej więcej w połowie drogi postanowiliśmy zrobić sobie przerwę na kawę. Zjechaliśmy z autostrady do Aral Autohof Bitterfeld. Z daleka widać było, że jest tam m.in. Burger King. Sprawdzone miejsce, oferują przyzwoitą kawę. No cóż spotkało nas tym razem rozczarowanie. Lokal otwarty tylko do 16 a tu już 18. To przecież 31 grudnia!!! Stacja paliwowa Aral była jednak otwarta. Pora nie była zbyt późna byliśmy jednak w pewnym momencie jedynymi klientami. Tym nie mniej zostaliśmy bardzo miło obsłużeni a kawa okazała się bardzo dobra.

Wenecja - Canal Grande
       Swego rodzaju novum było też miejsce wybrane przez Kamilę i Dominika na nocleg – hostel A 1. Zwykły blok, wśród wielu innych na typowym blokowisku. Oczywiście, jak to na blokowiskach bywa, żadnych szans na zaparkowanie. Wszystkie parkingi i uliczki osiedlowe zapchane samochodami. Hostel dysponuje kilkoma miejscami parkingowymi, ale gdy przyjechaliśmy wszystkie były zajęte, przynajmniej tak nam się wydawało. Co prawda trzy miejsca nie były zajęte, ale były postawione klamry blokujące co świadczyć miało, że są zarezerwowane. Jeszcze na wszelki wypadek, najpierw Kamila, później Dominik sprawdzili czy faktycznie nie da się położyć tych klamerek, ale nie. Właściwie nie wiem dla czego wysiadłem z samochodu i jeszcze raz sprawdziłem czy faktycznie nie da się którejś położyć. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu i jeszcze większej radości okazało się, że i owszem, jednak z klamerek bez specjalnego oporu dała się położyć. Mieliśmy gdzie zaparkować!
       Hostel A 1. Ale bieda! Kiedyś narzekałem, że w hotelu samoobsługowym było bezdusznie i bezpostaciowo, ale to tutaj przebija zdecydowanie tamto miejsce. Nie mamy z Ulą specjalnego doświadczenia w noclegach w tego typu obiektach, więc trudno mi go ocenić w stosunku do innych. Małe, surowe pokoje, z dwoma pojedynczymi, metalowymi łóżkami, z umywalką i szafkami na ubranie. Pościel powleka się we własnym zakresie, ale są ręczniki. Jeden zestaw pryszniców i toalet na piętrze i jedna kuchnia z minimalistycznym wyposażeniem. Kubeczki czy talerze trzeba mieć swoje. O.K. Można się przespać. Przyjechaliśmy dosyć późno, a następnego dnia rano ruszamy dalej. Decydującym argumentem była w tym przypadku cena – ok 35 Euro za pokój. W żadnym normalnym hotelu za takie pieniądze nic byśmy nie znaleźli.
       No i jeszcze jedna atrakcja noclegu na takim blokowisku, w takim szczególnym dniu. Niekończąca się kanonada fajerwerków od wczesnego wieczora, kiedy to przyjechaliśmy, niemal do rana. Co chwilę uzupełniana prze sygnał karetki pogotowia zmierzającej do kolejnej ofiary sylwestrowego fajerwerkowego szaleństwa.   

Ponte di Rialto
       Drugi dzień naszej nieco okrężnej podróży do Mezzany rozpoczynamy w piękny, słoneczny, pierwszostyczniowy poranek kierując się do Padwy. Jest – 6 stopni C. Początkowo na drogach niemal zupełnie nie ma ruchu.  Kiedy tankujemy paliwo, jeszcze w Norymberdze na kolejnej stacji Arala, jesteśmy zupełnie sami. To naprawdę ogromna przyjemność jeździć samochodem w takich warunkach. Za Monachium pojawiają się góry, robi się jeszcze bardziej malowniczo. Jednak z upływem czasu ruch na drogach się wzmaga. Kiedy mijamy przełęcz Brenner robi się już zupełnie gęsto, ale wciąż jednak bez korków. Dzięki temu do Padwy docieramy chwilę po siedemnastej. Ponieważ właściciel wynajętego przez nas mieszkania przy Via Goito poinformował nas, że przyjdzie dopiero o dziewiętnastej, zostawiamy Jumpy’iego pod budynkiem i idziemy na pierwszy spacer po Padwie. Taki drobny rekonesans.
       Pierwsze wrażenie? Zwykle, w czasie podróży zachwycam się różnymi starówkami. Mniejsze, większe, zawsze wzbudzają moje zainteresowanie, jestem ich wielkim fanem. Ale w Padwie określenie „starówka” trzeba by chyba zdefiniować od nowa. W zasadzie całe centrum, to jedna wielka starówka. Na prawo, na lewo, jedna magiczna uliczka za drugą. Co budynek to ciekawszy. Do tego świąteczne dekoracje świetlne. Niesamowite. Omiatam spojrzeniem wszystko co się da i wszystko wydaje mi się być interesujące. Jedyna niedogodność, to fakt, że większość lokali gastronomicznych w tym dniu jest zamknięta. Te nieliczne, które są otwarte, są zapełnione do ostatniego miejsca. Wyszukujemy w gogle lokal przy rynku, który ponoć jest godny polecenia, ale go nie odnajdujemy. Mniej więcej w tym miejscu jest jakiś inny, Canejo (?), Też tłoczno, ale udaje się nam zdobyć stolik i to z promiennikiem (wszystkie stoliku są na zewnątrz). Zamawiamy jakieś napoje i zestaw lokalnych zakąsek na ciepło. Bardzo smaczne, choć nad wyraz minimalistyczne.
         Kiedy dochodzimy do budynku, w którym znajduje się zamówione przez nas mieszkanie, właściciel już czeka. Wdrapujemy się na trzecie piętro aby dokonać odbioru. Całkiem fajne mieszkanko, sypialnia, pokój dzienny z aneksem kuchennym i łazienką. Wszystko za ok 200 Euro za trzy noclegi na cztery osoby. Całkiem znośnie, choć nie obyło się bez drobnej niespodzianki. W sypialni znajdujmy łóżko piętrowe. Owszem, i na dole i na górze mogą spać po dwie osoby, ale jakoś to tak trochę niezręcznie. Ponieważ w pokoju dziennym jest rozkładana kanapa, rozdzielamy się z noclegami na sypialnię i pokój dzienny, tak chyba będzie lepiej.

Wenecja - poza głównymi szlakami
       Kolejny przystanek na naszej trasie do Mezzany to oczywiście Wenecja. Podobno wszyscy teraz tak podróżują. Stąd głównie takie niesamowite ilości turystów w Wenecji, ok 30 mln rocznie. Hmm, w Wenecji mieszka ok 260 tysięcy ludzi, z czego tylko niespełna 60 tysięcy w historycznym centrum. Istne szaleństwo. No cóż niegdyś to Wenecjanie byli jednymi z najbardziej aktywnych globtroterów, odwiedzających najdalsze zakątki świata, a teraz … teraz karma wraca. Tylko przepływ kasy jest wciąż w tę samą stronę, do Wenecji, bez względu na to czy to oni wyruszają w świat, czy świat przybywa do nich.  
       Z Padwy do Wenecji to niezbyt silny rzut beretem – niecała godzina jazdy z czego większość autostradą. Co ważne, to nie jest Autostrada Wielkopolska i za odcinek ok 40 km opłata wynosi zaledwie 2,70 euro. Auto zostawiamy na bezpłatnym parkingu Centro Commerciale La Piazza przy Via Tirstina i przesiadamy się na komunikację miejską. Całodobowy bilet kosztuje 20 euro i obejmuje zarówno lądowe jak i wodne środki komunikacji miejskiej. Zwykłym, choć bardzo przyzwoitym tramwajem dojeżdżamy do samych granic zabytkowego centrum, do Piazzale Roma. Krótki spacer i wsiadamy do tramwaju wodnego, zwanego tutaj vaporetto. Jest ich tutaj co niemiara i kursują z bardzo przyzwoitą częstotliwością. „Okrętujemy się” na przystanku S. Toma’. Gdy tramwaj rusza, czuję się jakbym brał udział w jakimś filmie. Niezwykłe widoki i słoneczna pogoda tworzą niepowtarzalną atmosferę. Cały czas płyniemy po Canal Grand. To nieprawdopodobne, żaden film nawet Bond, który gościł tam kilkakrotnie („Pozdrowienia z Rosji”, „Moonraker” „Cassino Royale”), żadna opowieść, nie są w stanie zbliżyć się do tej zapierającej dech w piersiach rzeczywistości. Tam koniecznie trzeba pojechać i zobaczyć to z bliska. Absolutnie zrozumiała jest ogromna ilość turystów odwiedzających Wenecję, ale też i zmęczenie mieszkańców tym niekończącym się najazdem.  Z tramwaju wodnego wysiadamy na przystanku San Marco (Vallaresso), tuż przy placu św. Marka. Nawet drugiego styczna przemieszczają się po nim nieprzebrane tłumy ludzi. Totalny chaos, ludzie zmierzają we wszystkich możliwych kierunkach, w jakiś cudowny sposób omijając się. Z konkretów chciałem wstąpić tylko do dwóch obiektów: architektonicznej perły, Bazylika św. Marka i dzwonnicy św. Marka, najwyższej budowli Wenecji, mierzącej ponad 98 metrów. Oj, naiwny, naiwny. Bez wcześniejszej rezerwacji biletów nawet nie ma co marzyć o wejściu do jednej z tych budowli. A swoją drogą, dzwonnica ma pięć dzwonów. Największy to La Marangona, jego dźwięk oznaczał początek dnia roboczego cieśli w arsenale, zwanych marangoni. Ale inny dzwon, ten dzwoniący w południe nazywa się Nona lub – uwaga!, uwaga! – Mezzana.

Burano - kolorowa wysepka
       Nie lubię tego gdy nie mogę realizować swoich planów. Ale w tym przypadku byłem zupełnie bezsilny. Nie i już. Pozostało nam zatem pokręcenie się po okolicy i podziwianie miasta tylko z zewnątrz, no z małym smakowitym wyjątkiem. W końcu to tylko jeden dzień i natychmiast się zorientowałem, że jeden dzień na to niezwykłe miasto to zdecydowanie za mało. Aby jednak nie poruszać się tak zupełnie bez celu obraliśmy za cel wyspę Burano, licząc na możliwość zrobienia kilku zdjęć na tej najbardziej kolorowej z wysp archipelagu weneckiego. Samo prze się zrozumiałe, że nie najkrótszą drogę. Co to, to nie. Najpierw podziwiamy Ponte di Rialto – najstarszy most nad Canal Grande, łączący brzegi Riva del Vin i Riva del Ferro. Most ma 48 metrów długości i 22 szerokości. Rozpiętość łuku to 28 metrów. Łuk wspiera się z każdej strony na 6 tysiącach dębowych pali. Choć te liczby mogą wydawać się imponujące, to jednak nie dla nich przychodzą tu tysiące ludzi. On jest po prostu piękny, niezwykle finezyjny, jest dziełem sztuki. Jest na nim sporo sklepów z biżuterią i różnymi pamiątkami, w których panuje bardzo duży ruch, bo zrobienie zakupów w takim miejscu ociera się już o magię. Żeby nie psuć nastroju nie sprawdziłem jakie tam są ceny.
          Zawsze bardzo ważnym punktem w trakcie zwiedzania jakiegokolwiek miejsca jest bliskie spotkanie z lokalną gastronomią. Nie sprawdzamy co jest polecane. Szukamy ciepłego, przytulnego miejsca, raczej tradycyjnego no i oczywiście z toaletą, co jak się okazuje nie jest tutaj aż tak oczywiste. W końcu znajdujemy coś, co dokładnie odpowiada naszym oczekiwaniom: Ristorante - Pizzeria Ca Dolfin przy Cannaregio.  Tak, to jest to. Od przekroczenia progu jest miło. Kelnerzy, a jakże sami panowie, są bardzo uprzejmi i uczynni. Naprawdę dobrze robi się jednak dopiero gdy na stole pojawiają się zamówione dania. Są bardzo smaczne, takie do jakich jesteśmy przyzwyczajeni we Włoszech.
       Po zacnym posiłku maszerujemy dalej, do kolejnego przystanku wodnego tramwaju, bądź autobusu, jak kto woli. Tramwaj na Burano odpływa z przystanku Fondamente Nove A. Sporą frajdę sprawia mi pływanie tymi stateczkami. Tym razem płyniemy po dosyć rozległym akwenie. Co ciekawe liczne jednostki nie poruszają się po nim dowolnie, np. najkrótszą trasą. Na wodzie wytyczone są szlaki, których kapitanowie różnych pływadełek ściśle się trzymają. Po drodze nasz tramwaj zatrzymuje się na wyspie Murano, znanej  z wyrobu niezwykłych ozdób z barwnego szkła. Mogę potwierdzić, są niesamowite. Podobno w dawnych czasach ludzie zatrudnieni w tych hutach nie mieli prawa opuszczać wyspy, aby tajemnice  rzemiosła nie wydostały się poza ten mały skrawek lądu.

Zaułki Burano
       W końcu nasz tramwaj zatrzymuje się na Burano. Pierwsze wrażenie: takie miasteczko dla lalek. Małe, bardzo kolorowe domki, wąskie uliczki i oczywiście kanały. Jest bajkowo. Tutaj też jest sporo turystów, ale odwiedzając tak niezwykłe miejsca, trzeba po prostu się do tego przyzwyczaić, że nie jest się samemu. Po prostu nie należy zwracać uwagi na otaczający cię tłum. Co prawda, bardzo to przeszkadza w robieniu zdjęć, a w końcu głównie po to tu przybyłem. Jednak nie z tego powodu, nie jestem zadowolony z sesji na Burano. Byliśmy tam zdecydowanie za krótko. Tam należy spędzić minimum cały dzień, a jeszcze lepiej kilka, od wschodu do zachodu słońca, którego światło maluje te bajeczne obrazy. O każdej porze dnia inne. Coś tam udaje się zrobić, ale nic specjalnego. Gdy nasz stateczek rusza w drogę powrotną, natura daje nam nagrodę pocieszenia w postaci niesamowitego zachodu słońca nad wenecką laguną. Gdy tylko skręcamy w kanał tuż za wyspą Mazzorbo, bliską sąsiadką Burano, kto żyw dobywa wszelkie urządzenia, którymi da się zrobić zdjęcie. Niesamowity widok.

Wenecja nocą
       Kiedy dopływamy z powrotem do Fondamente Nove jest już zupełnie ciemno. No cóż jest drugi stycznia, dzień jest jeszcze wyjątkowo krótki. I tu kolenja niespodzianka. W zabytkowym centrum Wenecji prawie nie ma ulicznego oświetlenia. Sprawę ratują sklepowe witryny, ale tam gdzie ich nie ma panują niemal egipskie ciemności. Natychmiast też bardzo się ochłodziło. Próbujemy przysiąść w jakiejś knajpce, ale o tej porze wszędzie jest komplet. Owszem są miejsca w ogródkach, ale jakoś nie mamy na to ochoty. I tak, zaglądając to tu, to tam, kupując kilka szkiełek z Murano, lądujemy w końcu na dworcu kolejowym, Stazione di Venezia Santa Lucia. Jest gdzie przysiąść i są toalety, oczywiście odpłatne, 1,5 Euro, ale i tak jest nieźle. Tylko to jedzenie … Jest przyzwyczajony, że we Włoszech to jedzenie jest jednak na nieco innym poziomie. O.K. było ciepło i pożywnie.
       Kiedy się pożywiliśmy i ogrzaliśmy ruszyliśmy jeszcze trochę pospacerować. Niesamowicie intrygują mnie nocne zdjęcia, a jeśli do tego pojawiają się w wizjerze odbicia w wodzie i jeszcze jest jakiś ruch oświetlonych pojazdów to robi się wręcz magicznie. Co chwilę rozstawiam statyw i poluję na kolejne ujęcia. Niestety i w tym przypadku kazało się, że tego czasu jest zdecydowanie za mało. Należałoby jeszcze raz obejść wszystkie te miejsca, które odwiedziliśmy w ciągu dnia i jeszcze wiele innych. Dzień w Wenecji? To tylko na zrobienie sobie apetytu na kolejne wizyty.


Wenecja nocą - swobodnie
       Skoro już mieszkamy w tej Padwie, to może jednak warto się po niej przejść i coś tam zobaczyć. Miasto zostało założone w IV wieku przed naszą erą. Kawał czasu. Teraz jest to stosunkowo nieduże miasto, liczące ok 215 tysięcy mieszkańców. Trochę zmieniamy naszą strategię w stosunku do poprzedniego dnia. Tym razem zakładamy konkretne miejsce od którego chcemy zacząć i wokół którego chcemy budować plan dnia. Jak dla mnie czymś absolutnie fenomenalnym jest to, że Padwa może się pochwalić uniwersytetem, który założono w 1222 roku. To jest tradycja! To dopiero daje możliwość zaczepienia w czasie i przestrzeni. Nawet pobieżnych rzut oka na listę absolwentów tej uczelni zapiera dech w piersiach: Mikołaj Kopernik - mój absolutny numer jeden, ale też Jerzy Ossoliński, Stefan Batory, Jan Zamoyski, kilku Sapiechów, Firlejów, Leszczyńskich, William Harvey, Girolamo Savonarola, Jan Kochanowski, Federico Faggin, Reinhold Messner, Elena Cornaro Piskopia – pierwsza kobieta, która otrzymała tytuł naukowy czy Giacomo Casanova.   

Padwa - wydział astronomii
     Tak się dobrze złożyło, że chcąc dotrzeć do centrum miasta mamy po drodze wydział astronomii. Widać go z daleka dzięki okazałej wieży. Przede wszystkim jest tam też muzeum: Museo La Specola, il museo dell'Osservatorio Astronomico di Padova. Zwiedzanie odbywa się z przewodnikiem o ustalonych porach. Nie da się tak po prostu wejść i pooglądać. Idziemy dalej wzdłuż malowniczego kanału. Później zanurzamy się w uliczki centrum. Jest bardzo gwarnie i kolorowo. Skręcamy w kierunku Il Palazzo Della Ragione. Po obu jego stronach odbywa się targ. Tutaj dopiero jest gwarnie! Na Piazza delle Erbe dominują artykuły spożywcze, po drugiej stronie Palazzo, na Piazza dell Frutta dominują artykuł przemysłowe. Niestety i tutaj dotarła ogromna fala chińskiego tsunami. Trzeba dobrze się starać aby trafić na prawdziwe lokalne wyroby, choć trzeba przyznać, że ich nie brakuje.

Padwa też ma swoje kanały
       Pora odwiedzić Il Palazzo della Ragione, budynek oddany do użytku w 1218 lub 1219 roku. Najpierw obchodzimy go dookoła podziwiając mistrzostwo wykończenia detali. Wchodzimy na niewielki dziedziniec ze schodami, które wprost zachęcają do zrobienia paru zdjęć. I wreszcie ustawiamy się w kolejce do kasy biletowej. Od początku na parterze budowli znajdowały się sklepy i zakłady rzemieślnicze, i w dalszym ciągu tak jest. Góra natomiast, do której aby się dostać, trzeba wykupić bilet, służyła celom administracyjnym i sądowym. Wnętrze nie od razu miało obecny kształt wielkiej hali, największej hali w Europie bez podparcia kolumnami o wysokości 24 metrów. Stało się tak po pożarze w 1420. Wnętrze tej wielkiej Sali to prawdziwa encyklopedia. Naj jej ścianach znajdziemy freski z informacjami o znakach zodiaku, porach roku, miesiącach. No i wahadło Foucaulta, hipnotyczne urządzenie, które podobno dowodzi obrotu ziemi wokół własnej osi. Buja się i buja, powoli, bezszelestnie, stopniowo zmieniając płaszczyznę, po której się porusza.  
       I tak cały czas dotykamy historii i nauki. To jest po prostu Padwa, siedziba jednego z najstarszych uniwersytetów, do tego cały czas funkcjonującego. Najwyższa więc pora skierować swoje kroki do głównego celu tego dnia, czyli właśnie do Palazzo del Bo, od 1539 roku głównej siedziby padewskiego uniwersytetu. Uniwersytet Można zwiedzać z przewodnikiem o określonych godzinach. Samodzielnie można wejść jedynie na dziedziniec i zajrzeć do kilku korytarzy. Tutaj dopiero naprawdę mocno można odczuć oddech historii. Chodzić po korytarzach ze świadomością, że po tych samych korytarzach chodzili studenci już blisko 500 lat temu. Niesamowite, dreszcze przebiegają po plecach. Te mury, te rzeźby, te obrazy – oni też na nie spoglądali.
Aby trochę ochłonąć od wrażeń i dać odpocząć nogom szukamy jakiegoś fajnego lokaliku, takiego tradycyjnego, włoskiego. Wybieramy Ristorante – Pizzeria PenPen przy Piazza cavour 15. No cóż, co tu dużo gadać – znakomite! A jak podali deser - Coppetta di mascarpone con cioccolato e amaretti to było niebo w gębie. Pychota!

Prato della Valle
       Dzień w Padwie był bardzo udany, choć pozostał wielki niedosyt. O ile jadąc do Wenecji spodziewałem się, że to będzie coś niezwykłego, to Padwa była wielkim pozytywnym zaskoczeniem. Nie ma tutaj tyle kanałów co w Wenecji ale ilość atrakcji jakie oferuje to miasto jest niesamowita. To też miejsce na kilkudniowy pobyt. Dzień się skończył, ale pozostał jeszcze wieczór. Już pierwszego dnia, podczas wstępnego rekonesansu zwróciłem uwagę na fontannę na Prato dell Valle, ogromnym (90 000 m2) eliptycznym placu. Wyglądała zachęcająco sama w sobie. A jak do tego dodać zapalone lampy przy alejkach, 40 rzeźb w kręgu zewnętrznym (m.in. Galileo Galilei, Francesco Petrarca) i 38 w kręgu wewnętrznym (m.in. Jan III Sobieski i Stefan Batory), to robi się bardzo intrygująco. Przymierzam się do różnych ujęć, krótki obiektyw, długi obiektyw, stałka 50 mm, w końcu podchodzę do fontanny i wyciągam kryształową kulę i zaczyna się zabawa. Nie jest to wcale takie proste, mimo wszystko próbuję. W pewnym momencie podchodzi do mnie para Włochów, gdzieś koło sześćdziesiątki, może trochę więcej i pytają co robię. Raczej się tego domyślam niż wiem, bo państwo mówią tylko po włosku, a ja … no cóż buona sera. Mimo wszystko jakoś dogaduję się z panem, który później z przejęciem tłumaczy i pokazuje swojej partnerce co robię. Klepie mnie po ramieniu i mówi jakieś ciepłe słowa. Buonanotte ! Buonanotte amici! Buonanotte Padova! A przy okazji wielkie dzięki Padwo za Aperol, jutro jedziemy do Mezzany, a na stoku nie wyobrażam sobie, żeby się nie napić wyśmienitego … Aperol Spritz. To właśnie z Padwy pochodzi ten aperitif będący podstawą jednego z moich ulubionych drinków.
       W sobotę, lokalnymi drogami przemieszczamy się w końcu do Mezzany. Czujemy się tutaj prawie jak u siebie. Jesteśmy w tej okolicy już czwarty raz. Za każdym razem nocujemy w innym miejscu ale Val di Sole to Val di Sole. Tym razem jest to Piz Aot Family Residence. Niewielki obiekt już na skraju miejscowości należący do większej firmy zarządzającej hotelem Monte Giner, gdzie też załatwiamy formalności meldunkowe. Z okien widzimy niewielką rzeczkę Torrente Noce malowniczo wijącą się w dolinie. A przystanek Ski Busa znajduje zaledwie kilkadziesiąt metrów od drzwi naszego domu. Obiekt skromny ale bardzo przyjemny a do tego cena naprawdę niewygórowana: ok 770 euro na parę razem ze skipassem obejmującym cały region z Madonną i Pinzolo. Ponieważ dojechaliśmy do Mezzany stosunkowo wcześnie, to jeszcze tego samego dnia odbieramy nasze skipassy żeby następnego dnia nie stać już w kolejkach. Jesteśmy gotowi do jazdy!

Widok na "niedźwiadka"
       Pierwszy dzień rozpoczyna się nieco nerwowo. Kamila z Dominikiem wyruszyli  na stok nieco wcześniej, a my, jak to my powolutku, spokojnie, bez pośpiechu. W końcu mamy dwa komplety kluczy, więc obie pary są pod tym względem niezależne. Jakież było nasze zdziwienie gdy okazało się, że żaden z naszych kluczy nie pasuje do szafki z nartami. Próbowaliśmy na wiele sposobów. Ja z nieco większym zacięciem, Ula delikatnie, nic z tego. Rad nie rad dzwonię do recepcji licząc na jakąś pomoc. Nic z tych rzeczy. To że mamy dwa komplety kluczy wcale nie oznacza, że te komplety są identyczne. Klucz do szafki w narciarni jest tylko jeden i okazuje się, że to akurat nie my go mamy. Pani z recepcji poradziła nam abyśmy zadzwonili do naszych znajomych, którzy już są na stoku aby podrzucili nam klucz. W tym momencie, to dopiero się wkurzyłem. Ale niestety lepszej opcji nie było. Każda inna była jeszcze bardziej czasochłonna. Tak więc biedny Dominik musiał przybyć nam z odsieczą. Cały czas, który zaoszczędziliśmy załatwiając karnety w sobotę, straciliśmy przez nieco inne rozumienie przez Włochów terminu „dwa komplety kluczy”, niż się tego spodziewaliśmy.
       Reszta dnia była na szczęście bardzo udana. Piękna, słoneczna pogoda, lekki mróz, świetnie przygotowane trasy. Sama radość. Najpierw kilka zjazdów na terenie Marillewy. Świetne trasy. Jedynie, tradycyjnie wąskie gardło przy dolnej stacji wyciągu Orso Bruno. Mimo, że jest tutaj kanapa sześcioosobowa, i tak zawsze trzeba odstać kilka minut w kolejce. To kluczowe miejsce, bo tym wyciągiem dojeżdża się na Monte Vigo skąd można ruszyć zarówno do Folgaridy jak i Madonna di Capiglio, łącznie z Groste oraz na Pinzolo. No cóż, Monte Vigo, to centrum całego regionu. Jak zwykle pierwszy dzień to głównie rozjeżdżenie. Nie zapuszczamy się więc w odleglejsze zakątki regiony, tym nie mniej dojeżdżamy do Madonny i Malghet Aut – czyli niemal Folgarida. Jest sporo ludzi, ale daje się wytrzymać. Kończymy dzień z przejechanymi 35,5 kilometrami. Całkiem przyzwoicie biorąc pod uwagę, że jeździmy bardzo spokojnie, robiąc sporo przerw na odpoczynek. Największa prędkość z jaką jechałem tego dnia to 63 km/h, a więc też nic specjalnego. Ale to jeszcze jest prędkość, przy której czuję się stosunkowo pewnie. Dzień kończymy rozgrywką w Catan. Bardzo wciągająca gra planszowa. Zwycięzcą zostaje Dominik.    
       Poniedziałek, drugi dzień pobytu w Mezzanie i drugi dzień pięknej narciarskiej pogody. To po prostu niemożliwe, jak Włosi to robią, że mają tyle słonecznych dni. Do tego jest jakby nieco luźniej na stokach. W planie jest Pinzolo, jeden z najbardziej oddalonych od Mezzany fragmentów tego regionu. Na szczęście kilka lat temu wybudowano kolejkę umożliwiającą bezproblemowy dojazd tam niemal z dowolnego miejsca rejonu Folgarida-Marillewa-Madonna. Do tej pory nigdy jeszcze tam nie byłem, więc wycieczka jest bardzo interesująca. Nowe trasy, nowe wyciągi i nowe plenery fotograficzne. Przejazd trzyczęściowym Pinzolo-Campiglio Express (bez wysiadania z wagonika) trwa ok 16 minut. Pokonujemy w tym czasie 4727 metrów. Później trochę zjazdów i podjazdów i docieramy na szczyt. Po dotarciu na najwyższy punkt Pinzolo – Dos Del Sabion (2100 m n.p.m.) jesteśmy bardzo usatysfakcjonowani. Przyjemne trasy, o różnym stopniu trudności. Wspaniałe widoki i bardzo przyzwoita gastronomia. Kilka zjazdów w różne strony, sprawiam nam prawdziwą frajdę. Spędzamy na stokach i na wyciągach ok 6,5 godziny i przejeżdżamy na nartach ok 43 km, ale nie odczuwamy specjalnego zmęczenia. Zauważamy je tak naprawdę dopiero po zdjęciu butów narciarskich. Biedne nogi!

Widok z Pinzolo
       Przyjemności dozujemy sobie stopniowo, kontemplujemy przyjemności. Trochę już się rozjeździliśmy. Pogoda wciąż wprost idealna. Zatem we wtorek obieramy kurs na Groste – absolutnie numer jeden w tej okolicy. Piękne, długie zjazdy. Trasy szerokie i dobrze przygotowane. No i sporo gastronomi po drodze – dolce vita! Espresso, lazania (smaczna ale zdecydowanie za mała), pyszne tiramisu i aperlol spritz. Żeby nie było za słodko, to jednak trzeba wrócić, a tam już czeka na nas trasa prowadząca do wyciągu Malgette. Jak na czerwoną dosyć stroma, o tej porze dnia już tragicznie rozjeżdżona, i tłumy ludzi, w tym liczne szkółki dla małych dzieci. Istna rzeźnia, selekcja naturalna. Ale i tak dzień był bardzo udany a do tego zakończony tradycyjną włoską babą z bakaliami, do której dołączona była butelka wina musujące za symboliczne 1 Euro

Groste - dla każdego coś miłego
       Kolejnego dnia poszerzamy horyzonty. Pakujemy sprzęt do Dżampusia i jedziemy do Peio. No nie zupełnie do samego Peio, maleńkiej miejscowości (niespełna 2000mieszkańców) w Trydencie tylko do ośrodka narciarskiego, który się tam znajduje. Ogromne wrażenie robi już sam wjazd do doliny otoczonej najwyższymi szczytami Trydentu: Cevedale (3764 m), Palon de la Mare (3703 m), Vioz (3644 m) i San Mateo (3684 m).  To wygląda zupełnie jak dolina z bajek Disneya. Bajecznie. Tutaj dało się odczuć, że to nie jest szczyt sezonu narciarskiego. Bez trudu znajdujemy miejsce na parkingu. Zupełnie przypadkowo zaparkowaliśmy na niewielkim parkingu położonym tuż przy trasie prowadzącej do głównego wyciągu, wprowadzającego na teren ośrodka. Wystarczyło zrobić kilka kroków, przypiąć narty i jazda do gondolek. Gdy wjechaliśmy do góry okazało się, że główna atracja regionu wagoniki kolejki Peio 3000 zostaną uruchomione dopiero za 15 minut. Więc zjechaliśmy sobie na dół. Bardzo przyjemnie, łatwo, przy pięknej pogodzie, która w czasie tego wyjazdu po prostu nas rozpieszcza. Kiedy wracamy pod Peio 3000, trafiamy na spory tłumek i w rezultacie nie mieścimy się do pierwszego wagonika. Swoje musimy odstać. Za to później przejażdżka pełna niezwykłych wrażeń. Dobrze, że żadnemu durnemu amerykańskiemu pilotowi nie przyszło do głowy przelecieć pod wyciągiem.

Pejo 3000
       Górna stacja kolejki wywozi nas na wysokość 3126 m. Początek trasy wydaje się dosyć trudny, ale jest świetnie przygotowany i bardzo szeroki. A dalej to już: hulaj dusza, piekła nie ma. Radość z jazdy najwspanialsza jaka może być. Mam swojego nowego faworyta wśród tras narciarskich: połączone trasy nr 12 i 13. Nawet nie zauważyłem, że przekraczałem prędkość 70 km/h. Zjazd kończymy w Albergo Bar – Ristorante Lo Scoiattolo.  Pora na calimero i apfelstrudel.  Ruszamy dalej na trasy. Odwiedzamy te boczne. Niestety ośrodek jest bardzo kameralny. Raptem kilka tras. Ale warto go odwiedzić, bo jest śliczny. No i jeszcze jedne odwiedziny w lokaliku na stoku. Baita Tre Larici. Z zewnątrz zachęca obecnością różnych zwierzątek. Wielu narciarzy przystaje tylko po to aby popatrzeć na nie. My jednak wchodzimy do środka. Lokal nie jest duży. Od razu w oczy rzuca się prawdziwy kominek, w którym pali się ogień, co w połączeniu z resztą wystroju sprawia, że jest bardzo przytulnie. Jedzenie też okazuje się przyzwoite a ceny umiarkowane. Miejsce naprawdę godne polecenia.
       Z Baita Tre Larici na parking gdzie zostawiliśmy samochód jest raptem kilkadziesiąt metrów. Z ulgą ściągamy buciory narciarskie. Ależ piękny dzień za nami. Ruszamy w drogę powrotną do Mezzany. Próbujemy ruszyć. Koła kręcą się w miejscu. Pod cieniuteńką warstwą śniegu jest sam lód, a płaszczyzna parkingu jest tak nachylona, że musimy ruszać pod górkę. Rad, nie rad wyciągam łańcuchy. Już nie pamiętam ile to już lat minęło jak ostatni raz zakładałem łańcuchy w czasie zimowego wyjazdu do Wisły. Trochę się namęczyłem zanim udało mi się je jakoś zainstalować. Za to moje ubranie narciarskie było w opłakanym stanie po tych kilku minutach taplania się w śnieżno-błotnej bryi. Moja kurtki Brugi towarzyszyła mi w narciarskich wojażach od kilkunastu lat. Od jakiegoś czasu moja żona usilnie namawiała mnie na jej wymianę. Ja uważałem, że jest cały czas w bardzo dobrym stanie. Ale na parkingu w Peio sam wydałem na nią wyrok. Niestety. Po powrocie do Mezzany  i zjedzeniu obiadu poszliśmy na zakupy. Najbardziej rzucający się w oczy sklep z odzieżą sportową przy głównej ulicy oferował ciuchy, jakże mi znan firmy – Brugi! Zabawne. Męski kurti były nawet w przyzwoitych cenach, 99 Euro. Gdy zacząłem przymierzać, okazało się, że już nie łapię się na normalne rozmiary tylko na oversize, a ten kosztuje 115 Euro. No dobra niech będzie. Tylko dla czego nie ma czerwonych !!! Ogarnęła mnie czarna rozpacz. Jak to możliwe? Zdecydowałem się na niebieską – niech będzie. Do kurtki dorzuciłem też spodnie, za  jedyne 40 Euro, więc nie majątek.

Zjazd do Peio
       Po interesującym wypadzie na Peio, wracamy na znajome trasy. Piękna pogoda, ale w ciągu dnia temperatura podnosi się nieco powyżej zera, więc śnieg nie jest już taki fajny jak w poprzednich dniach. Szybko tworzą się twarde, zbite muldy.
       Jesteśmy w tym regionie już czwarty raz, zaczynają się więc tworzyć powolutku pewne zwyczaje. Należy do nich m.in. tradycyjna kawa w Malga Vigo pod koniec trasy nr 10, tuż przed przeskokiem na obszar Madonna di Campiglio. Zwykle stajemy stosunkowo wcześnie nie ma więc jeszcze wielu gości. Można sobie posiedzieć, pogadać i wysączyć podwójne espresso, podziwiając malownicze, alpejskie krajobrazy. Warto też po kawie przepłukać usta, a do tego nie ma nic lepszego jak aperol spritz. Taki drobiażdżek, a jakże przyjemny.
       Bardzo dziwny dzień. Niby najmniej ruchliwy tydzień sezonu a tu na stokach ruch jak w tokijskim metrze w godzinach szczytu. Pojedyncze osoby, mniejsze i większe grupki no i szkoły narciarskie. Co ciekawe nie tylko miejscowe, czy szerzej włoskie, ale także widziałem polskie, chorwackie i czeskie, świat się kurczy. Niestety trudniejsze warunki na trasie zwiększają też ryzyko zdarzenia się wypadków. Tuż obok widzieliśmy helikopter ratowniczy w akcji a nieco później ratowników zwożących poszkodowanego w toboganie.
       Docieramy na Cinque Laghi i Monte Pancugolo miejsca położone nieco z boku głównego szlaku z Mrillewy na Passo Groste. Niestety liczba ludzi i dodatnia temperatura sprawiają, że szczególnie trasa 85 i 88 są w bardzo kiepskim stanie. Do tej pory zwykle najgorzej było na końcówce trasy nr 45 – dojazdówce do dolnej stacji Genziany, okazuje się, że jednak może być jeszcze gorzej. Jazda po takich trasach przyjemnością już nie jest. Szkoda, bo osiemdziesiątka ósemka to całkiem ładna trasa. Pora wracać, przejechaliśmy dzisiaj 29,5 km, spędziliśmy na stoku 4 godziny i 51 minut. W pewnym momencie rozpędziłem się do prędkości 76,6 km/h, co jest moim rekordem tego wyjazdu. Jeszcze tylko ostatni wjazd na Monte Vigo i zjazd Małym Tygryskiem, znaczy się trasa nr 37, później rozjeżdżoną 23 i meta przed gondolą w Marillewa 1400, która zwozi nas na dół.
       Ostatni dzień pobyt i znowu fantastyczne warunki. Cóż za wyjazd! Na przestrzeni kilkunastu lat nie przypominam sobie aby przez cały tydzień były tak doskonałe warunki pogodowe. Narty same niosą. Momentami ponad 75 km/h. Cały świat się uśmiecha. Przypominam sobie nasz pierwszy pobyt przed laty w Val di Sole. Piękna nazwa, ale słońce tylko w dzień przyjazdu i dzień odjazdu. Poza tym intensywne opady śniegu, czasami deszczu, a przez cały czas pełne zachmurzenie. Można tylko pokiwać głową z zadumą, jak bezradni jesteśmy wobec kaprysów pogody. Tak udany wyjazd oczywiście wypada zakończyć w jakiejś knajpce. W Mezzanie wielkiego wyboru nie ma. Idziemy do „Al Sole”. Przystawka w postaci półmiska regionalnych smakołyków. Wprost wybitna wołowina. Smakowity gewürztraminer z Południowego Tyrolu i doskonała pizza cztery pory roku. Naprawdę świat bywa cudowny! 
       Droga do Mezzany była trochę nietypowa a i powrotna też nie całkiem taka jak zwykle. Nasi młodzi współtowarzysze podróży mieli rozeznane gdzie, co można tanio kupić, z myślą o zabraniu do domu. Najpierw więc zatrzymujemy się przy Lidlu gdzie za jakieś symboliczne pieniądz można kupić kilogramowe opakowania mozzarelli. Później zatrzymujemy się na nieco dłuższą chwilę w Brenner na granicy włosko-austriackiej w ogromnym centrum autletowym. Dziesiątki sklepów najróżniejszych branż. Nie znam się na tym, nie potrafię wynajdować okazji. Nie zauważyłem tam żadnych super okazyjnych cen. Poprzestajemy na butelce Aperolu i świątecznej babie, już bez wina musującego. Na koniec przysiadamy jeszcze w kawiarence by ostatni raz w czasie tego wyjazdu napić się prawdziwego włoskiego espresso. Oni są naprawdę mistrzami w tej materii. Cały pobyt w Brenner jestem jednak nieco podminowany. Do domu jeszcze bardzo daleko, chciałoby się jechać. Może w innym towarzystwie byłoby inaczej. Mimo wszystko krótki postój nie jest zły. Los jeszcze raz się do nas uśmiecha, całą drogę pokonujemy bardzo płynnie. Nawet w okolicach Monachium wyjątkowo nie trafiamy na korki. Jeden, raczej niewielki, jak na niemieckie realia, dopada nas koło Norymbergi. W rezultacie cała podróż z postojami nie zajmuje nam więcej niż 11 godzin. Czasami Wszechświat puszcza do nas oczko.




Postaw mi kawę na buycoffee.to

wtorek, 21 maja 2019

WŁÓCZĘGI PO MORZU EGEJSKIM I OKOLICY - cz.2

Parking pod wiszącą skałą - Kleftiko


       Mimo długich wieczornych rozmów poprzedniego dnia, załoga wstaje dosyć wcześnie. Sprawnie ogarniamy sprawy na jachcie i o 0830 oddajemy cumy.
       Kierujemy się na S-W. Mamy bardzo przyjemny wiaterek 15-17 kn, porywy do 21. Niestety nie możemy w pełni się cieszyć z prawdziwego żeglowania, słuchając tylko plusku wody. Kłopoty z zasilaniem sprawiły, że musimy doładować akumulatory. Mamy spore zapotrzebowanie na prąd. Z jednej strony elektronika jachtowa, z drugiej potężne zapasy żywności w lodówce. Przecież to dopiero początek rejsu. Szkoda byłoby wyrzucać tyle dobra. Więc mimo, że płyniemy na żaglach, silnik i tak pracuje, aż do momentu ożywienia baterii.
       Choroba morska nie odpuszcza. Tym razem zostały zaatakowane i obezwładnione dwie osoby. Dla mnie osobiście jest to bardzo dołujący widok. W sytuacji kiedy naprawdę można by się cieszyć z żeglowania, ktoś rzeczywiście cierpi i raczej nie będzie miał frajdy z jazdy. Choroba morska to dziwne zjawisko. Mówi się, że jest ona efektem niezgodności między postrzeganiem ruchu a sygnałami, jakie odbiera błędnik odpowiedzialny za utrzymanie ruchu. Co innego widzisz, co innego czujesz. Jeżeli sami wywołujemy ruch, lub w jakiś sposób go kontrolujemy, nasz mózg nie ma problemów z właściwą interpretacją dochodzących z zewnątrz sygnałów. Spraw się komplikuje gdy sprawy wokół nas dzieją się bez naszego udziału, jak ma to miejsce w czasie rejsu jachtem po morzu. Co żeglarz to oczywiście inna recepta na to jak zmagać się z chorobą morską. Do mnie najbardziej przemawia zażywanie imbiru. Są nawet tabletki  na bazie imbiru. Dla dzieci i młodzieży syrop i lizaki. Na rynku dostępny jest również plaster, który działa na zasadzie akupunktury – uciska on odpowiednie miejsca na nadgarstkach i w ten sposób ma zapobiegać wystąpieniu objawów choroby. Można też znaleźć w aptekach środki homeopatyczne w postaci kropli lub czopków. Można też kupić leki zawierające dimenhydraminę lub prometazynę (na receptę). Aby jednak środki te mogły odnieść pożądany skutek, należy pamiętać aby zażyć je przed rozpoczęciem pływania, bo później ich skuteczność zdecydowanie zmaleje. Na świecie dostępnych jest wiele leków: Stugeron, Dramamine II, Marzine, Motilium, Scopoderm, Avomine, Phenergan, Maxolon, Zofran. Niestety, większość z nich jest niedostępna w Polsce. Jednak najlepszym sposobem zapobiegania chorobie morskiej jest stanie przy kole sterowym, wtedy zespalamy się z jachtem i kolejne przechyły są dla nas oczywiste. Nie wszyscy mogą jednocześnie sterować. Ci nieszczęśnicy, których nie dopuszczono do steru mogę skupić uwagę na jakimś odległym punkcie poza jachtem. Gorzej jak do samego horyzontu jest tylko morze i nawet żadnej innej jednostki pływającej nie widać. Pozostaje linia horyzontu. Większość ludzi lepiej znosi chorobę na pokładzie, jednak nie jest bezwzględna reguła. Niektórym lepiej jest po prostu położyć się i zdrzemnąć. Kiedy ma się problemy z chorobą morską raczej trudno jest czytać książki lub bawić się gierkami na smartfonach. To ostatnie nie dotyczy naszych najmłodszych członków załogi, którzy na dobre wciągnęli się w gierki na smartfonach i rywalizują z zacięciem godnym lepszej sprawy. Oczywiście są krótkie przerwy na pisanie tego okropnego dziennika, ale później ze zdwojoną energią atakują swoje urządzenia. No, może trochę przesadziłem pisząc o krótkich przerwach, bo napisanie każdego kolejnego zdania, to jednak był dosyć długi i wyczerpujący proces twórczy. No ale, jak to mawiam, każdy kiedyś znajdzie swoją falę.

Nasza "Bavarka"
       Okazuje się, że nie tylko stare jachty mają swoje tajemnice. Również nasza, prawie nowa Bavaria 56 Cruiser co i raz czymś nas zaskakuje. Tym razem, kiedy z ukontentowaniem kiwałem się na falach, dobiegł mnie z jednej z łazienek dosyć donośny odgłos czegoś spadającego. Nic specjalnego. Mało to razy ktoś zostawiał w łazience niezaształowaną kosmetyczkę albo jakieś sprzęty? W końcu większość załogi to zupełni nowicjusz i mają prawo do nauki na własnych błędach. Nie wszyscy jednak podzielali moje spokojne podejście do tajemniczego wydarzenia w łazience i ktoś jednak zajrzał tam aby sprawdzić co się stało. Ku mojemu niemałemu zaskoczeniu okazało się, że spadło lustro! Na samą myśl o tym co mogłoby się wydarzyć, gdyby akurat ktoś w tym momencie  zasiadał na tronie. Na szczęście jedynie lustro uległo dezintegracji. No cóż, mit solidnych niemieckich wyrobów już dawno rozpłynął się na cztery świata strony. A te lustro to swego rodzaju symbol, wszak w kwietniu 2018 roku Bavaria Yachts, europejski lider w budowie jachtów, firma zatrudniająca ok. 800 osób, ogłosiła upadłość. Parę miesięcy trwał stan niepewności co do dalszych losów tej firmy, ale w końcu znalazł się inwestor, niemiecka firma CMP Capital Management Partners, który podjął się dalszego prowadzenia firmy, zatrzymując przy tym całą załogę. No i dobrze, a nam pozostało dokładne uprzątnięcie potłuczonego szkła żeby ktoś nie zrobił sobie krzywdy. A swoją drogą to ciekawe, stocznia Bavaria Yachts znajduje się w miejscowości Giebelstadt położonej na południe od Wurzburga i nie trudno zauważyć, że do morza to stąd jest raczej daleko. W związku z tym produkowane tam ok 3000 jachtów rocznie, do portów transportowane były i zapewne będą również w przyszłości drogą lądową. Czy ktoś mówił, że Niemcy nie mają fantazji?

Klima i fragment zatoki
       Niemcy mają fantazję a my dalszy ciąg kłopotów. W feralnej łazience wyskakują dwa bezpieczniki i żadne resetowanie nie pomaga. W rezultacie nie działa elektryczna spłuczka w kingstonie i pompa ściekowa. Krótko mówiąc mamy wyłączoną z użytkowania jedną łazienkę, do tego z nieopróżnionym kingstonem. Przy dziewięciu osobach to nieco kłopotliwa sytuacja. Na szczęście widać już Milos, gdzie zamierzamy spędzić najbliższe dwie doby. Może uda się rozwiązać choć niektóre nasze jachtowe problemy.
       Jak ja lubię Milos! Najpierw niecierpliwość. Bo zatoka Milos jest bardzo długa, a tu już by się chciało cumować. Od wejścia do zatoki do linii kiedy na trawersie jest A. Bomparda jest ok. 3,5 Mm. Ale wtedy pojawia się już Adams i na twarzy, niczym odruch bezwarunkowy pojawia się uśmiech. Sama marina to nic specjalnego, jak to w Grecji. Na szczęście jest prąd i woda i stosunkowo dużo miejsca. Ponieważ przypływamy stosunkowo wcześnie, ok godziny 1300, możemy wręcz przebierać w miejscach. Jest dosyć silny wiatr wiejący od lewej burty, więc zakładamy dodatkową cumę ze śródokręcia, bo sama kotwica od dziobu to trochę za mało. Kiedy już mogę powiedzieć „tak stoimy” pora na odwiedziny w bosmanacie. A tam znajoma pani, która pracuje w porcie od niepamiętnych czasów. Pani jest po prostu sympatyczna i przyjaźnie nastawiona do ludzi, ale kiedy jeszcze mówię jej, że nie jest to moja pierwsza wizyta w Adamas, i że wracam tu zawsze z wielką przyjemnością, na jej twarzy zagoszcza uśmiech jak słońce w samo południe. Miło, bo akurat dzisiaj pogoda nie jest typowo grecka. Jak na koniec sierpnia raczej niespotykana.


       Milos to całkiem spora wyspa i bardzo atrakcyjna do zwiedzania, stąd ten planowany dłuższy postój. Atrakcyjna ze względu na ukształtowanie terenu i różne fantastyczne formacje skalne. Skały najróżniejszych barw i kształtów, nadbrzeżne urwiska i urokliwe zatoczki. Prawdziwe bogactwo geologiczne. Za jego też sprawą pojawiło się również  i te bogactwo materialne. Prawdopodobnie pierwszymi mieszkańcami Milos byli Fenicjanie. Wtedy wyrabiano z obsydianu różne narzędzia i broń, które były eksportowane na Peloponez, Kretę, Cypr a nawet do Egiptu. Mówi się, że bogate zasoby tego minerału awansowały wyspę na „narzędziownię” starożytności. I właśnie ta długa historia osadnictwa i cywilizacji jest drugim elementem stanowiącym o atrakcyjności wyspy. Działo się tu wiele i kolejne epoki pozostawiły po sobie jakiś ślad. Oczywiście to co pierwsze się pojawia w naszych głowach na hasło „Milos”, to Wenus z Milos, choć powinno się mówić Afrodyta z Mlos, bo Wenus to imię rzymskie. Ta słynna rzeźba odnaleziona w 1820 roku przez niejakiego Giorgosa Kentrotasa jest zarówno świadectwem doskonałości starożytnej greckiej sztuki jak i bezczelności francuskich „poszukiwaczy skarbów”. Rzeźba została wywieziona do Paryża i wszelkie protesty Greków były i są daremne. Raczej nie zanosi się na to aby Afrodyta z Milos miała powrócić na swoje miejsce.

     
       Port Adamas to jeden z najbezpieczniejszych portów na Cykladach. Jako ciekawostkę warto przypomnieć, że leży w centralnym punkcie kaldery, czyli zapadlisku po stożku wulkanicznym, wypełnionym wodą. Jedyną niedogodnością dla żeglarzy jest bezpośrednie sąsiedztwo pirsu promowego, do którego cumują całkiem spore jednostki, powodując pewien rozkołys. Ale bez przesady, stałem tam już kilka razy i jakoś nie odczułem specjalnego dyskomfortu. W zatoce jest też miejsce aby stanąć na kotwicy, ale jeśli można stanąć przy kei, to zdecydowanie polecam. Miasto jest bardzo sympatyczne a opłaty portowe umiarkowane. Doba postoju 56-cio stopowego jacht to niespełna 25 Euro (2018).  A kiedy już się stanie to warto pospacerować ulicą wzdłuż brzegu, przysiadając w kolejnych tawernach na coś smakowitego.
       No ale nie wszyscy mogą się oddać tym kulinarnym uciechom. Niektórzy muszą się wziąć do roboty. Nie mamy już wątpliwości, że nasze kłopoty z prądem są związane z naszym kablem. Nie mamy żadnego próbnika, więc szukamy uszkodzeń na czuja. Zaczynamy od wtyczek. Janusz rozkręca jedną i drugą. Coś tam jest osmalone. Czyszczenie i skręcenie. Nie, to nie to. Po ponownym podłączeniu i „wysadzeniu” bezpieczników, znajdujemy miejsce gdzie kabel jest wyraźnie cieplejszy. Acha! Jest uszkodzenie. Obcinamy kawałek i skręcamy ponownie. Eee? I nic. Kolejne uszkodzenia. Zdaje się, że nasz kabel nadaje się na złom, a przynajmniej do gruntownego sprawdzenia. W końcu postanawiamy kupić nowy kabel. Ale okazuje się, że to nie takie proste, bo w Adamas takiego kabla nigdzie nie dostaniemy. W końcu w jakiejś hurtowni budowlanej udaje się nam zakupić odpowiedniej grubości kable jednożyłowe i osłonę. Montujemy z tego coś doraźnego, byle tylko mieć prąd na jachcie. Nawet jakoś to działa. Pod warunkiem, że nie ruszamy spłuczki ani pompy prysznicowej w felernej łazience. Bo każda próba ich uruchomienia skutkuje natychmiastowym „wywaleniem” korków. Podobny efekt daje próba uruchomienia klimatyzacji. Na razie kończymy nasze zmagania z elektrycznością. W kwestii klimatyzacji pozostaje nam  uznać, że choć jacht jest w nią wyposażony, to my jedynie możemy o niej porozmawiać.

Jesteśmy na szczycie
            Kolejny dzień to zaplanowana wycieczka po wyspie. Nic więc dziwnego, że wyjątkowo leniwie wynurzamy się z koi. Wszystko jakoś się rozłazi. Przysiadłem sobie w kokpicie z kubkiem pachnącej kawy i przyglądałem się życiu toczącemu się nieśpiesznie wokół nas. Moją uwagę zwraca jacht, który chciałby odpłynąć ale ma ewidentne problemy z podniesieniem kotwicy. W końcu ktoś schodzi do wody i dopiero wtedy, po dłuższych zmaganiach z oporem materii, a właściwie z poplątanymi łańcuchami udaje im się ruszyć w drogę. Jeszcze nie skończyłem przeżuwać w myślach tego niefortunnego zdarzenia, gdy widzę, że kolejny jacht chcący odpłynąć ma podobne problemy. Co za licho?! To już wygląda niepokojąco. Przypominam sobie podobne zdarzenia z Nowego Epidauros czy Mykonos, gdzie przyczyną problemu była gruba lina leżąca na dnie w poprzek łańcuchów kotwicznych, czy w Portocheli, gdzie nieroztropny żeglarz ułożył swój łańcuch w poprzek już leżących łańcuchów innych jachtów. Już pierwszy wychodzący jacht ściągnął kilka następnych kotwic w jedno miejsce. Ależ była plątanina. Już procesory zaczęły się grzać, bo ruszyła na całego analiza możliwych wydarzeń i różnych reakcji. Ale póki co, jeszcze przez chwilę zmagamy się bezskutecznie z naszym zasilaniem. W końcu cała ekipa jest gotowa do wyjścia, więc zostawiamy zmartwienia za sobą i idziemy do wypożyczalni samochodów po zamówione poprzedniego dnia pojazdy.

I widok ze szczytu.
       Bierzemy dwie prawie nowe srebrne Hondy Civic i ruszamy na podbój wyspy. Auta prowadzą się bardzo dobrze i jazda nimi to przyjemność. Najpierw jedziemy do katakumb. Nie ma zbyt wielu turystów. Bez problemu można zaparkować na parkingu przy zejściu do katakumb. Zejście jest dosyć strome, ale starannie wykonany kamienno-betonowy chodnik, z licznymi schodkami, sprawiają, że idzie się wygodnie. No i te widoki na zatokę i na wioskę Klima. Pięknie! O! Patrzcie, wczoraj tam płynęliśmy. Zatoka z tej wysokości wygląda bardzo malowniczo.
       Katakumby na Milos to jedna z większych atrakcji wyspy. Są interesujące ze względów historycznych jak i geologicznych. Są to najstarsze w Grecji pozostałości po pierwszych chrześcijanach z I wieku. Wszystkich grobów, dawno już splądrowanych jest 294. Do zwiedzania niestety udostępniona jest tylko część. Przy okazji zwiedzania katakumb wywiązała się ciekawa dyskusja o ich wykorzystaniu. Bo, że grobowce to oczywiste. Ale też niekiedy miejsce spotkań, szczególnie w okresie prześladowań. Jak jednak silne były prześladowania wczesnych chrześcijan w Grecji? Tego niestety nie byliśmy w stanie sprawdzić, bo po prostu zabrakło nam dostępu do odpowiednich materiałów. Ale cośmy sobie podyskutowali, to nasze.

W katakumbach
       Będąc już w okolicach Melos odwiedzamy miejsce gdzie odnaleziono słynną rzeźbę – Afrodytę z Milos oraz całkiem dobrze zachowany starożytny amfiteatr.
       Kolejny punkt dnia to odwiedziny w twierdzy weneckiej. Najpierw jednak trzeba znaleźć miejsce do zaparkowania. Nie jest to niestety w tym miejscu prosta sprawa. Ponieważ twierdza usytuowana jest na wysokim i stromym wzniesieniu, przed wyruszeniem na jej podbój należy przysiąść w jakiejś knajpce i się posilić. Wpadła nam w oko taka jedna, całkiem niewielka, ale bardzo klimatyczna, tuż przy drodze do twierdzy - Taverna Uzeri. Kiedy już się rozsiedliśmy i zamówiliśmy małe conieco, był czas na dokładniejsze przyjrzenie się lokalikowi. Bardzo przytulny, z licznymi elementami wystroju z minionej epoki spokoju i bezpośpiechu. Ale miejsce wydało mi jakieś bardzo znajome. Jeszcze dokładniej zacząłem się przyglądać każdemu kątowi. Tak! Byłem tutaj, tylko gdzie jest buzuki, które wisiało w centralnym miejscu na ścianie i Darek próbował na nim grać, a właścicielka nawet zaśpiewała kilka słów. Tak to musi być to miejsce. W końcu zapytałem starszego pana, który wydawał się być szefem, o ten instrument. Trafiłem, pan faktycznie był właścicielem, a słysząc moje pytanie uśmiechnął się pogodnie. Tak wisiało tu kiedyś buzuki, teraz jest w środku. No tak, to było 12 lat temu.

Posiłek w drodze do twierdzy
        Do twierdzy idzie się wąską, stromą drogą. W takie dni jak ten, kiedy jest piękna słoneczna pogoda jest to spore wyzwanie, szczególnie w okolicach południa. Nic więc dziwnego, że nie spotykamy zbyt wielu innych turystów. Po drodze trafiamy na drzewka figowe, na których jest sporo podsuszonych już nieco, pysznych owoców. Jeden z naszych młodych dżentelmenów, Adrian dzielnie zmaga się z trudnym terenem, by nazrywać garść smakowitych owoców. Wreszcie docieramy na szczyt. Tam jak zwykle, mniej lub bardziej wieje. Widok jest jednak absolutnie fantastyczny. Właśnie dla niego warto jest podjąć trud wspinaczki mimo panującego upału.

Sarakiniko
       Jeden dzień na włóczenie się po Milos, to zdecydowanie za mało. Trzeba więc na coś się zdecydować, a z czegoś zrezygnować. Jak dla mnie absolutnym hitem tej wyspy jest Sarakiniko. Niezwykłe białe skały, z gejzerami wody tłoczonej przez morze i cudowną zatoczką kąpielową wcinającą się głęboko w ląd. Przy dobrej pogodzie jest to fantastyczne miejsce do kąpieli. Zarówno młodsi jak i starsi mają wielką radochę z pluskania się w ciepłych wodach Morza Egejskiego. Mimo, że na otwartym morzu są dosyć duże fale, wywołujące niepowtarzalne widowisko uderzając z impetem w nabrzeżne skały, w zatoczce jest zupełnie spokojnie. Prawdziwa rozkosz. 

Sarakiniko
       Dla urozmaicenia, po wędrówce po skałach, można wejść do katakumb, które podobno kiedyś były wykorzystywane przez wojsko. Same w sobie, nic specjalnie ciekawego, ale niewątpliwie dodatkowe urozmaicenie wycieczki. Sarakiniko ma dwie niewątpliwe wady: 1) bardzo trudno się stamtąd wyrwać, dopiero porządny głód może w tym pomóc; 2) bardzo trudno to miejsce opisać w sposób w pełni oddający jego uroki – tam trzeba po prostu pojechać i zobaczyć na własne oczy.

Pollonia
       Jak już jednak pojawi się głód i zmusi nas do opuszczenia Sarakiniko, to natychmiast trzeba udać się do bardzo przytulnej wioski Pollonia. A dokładniej, do Fish Tavern Molos. Bardzo grecki lokal, żadnych luksusów, żadnych ekstrawagancji, za to kuchnia i klimat niepowtarzalne. Kolejny raz można się przekonać, że Grecy potrafią przyrządzać dary morza. Tu można naprawdę beztrosko i radośnie biesiadować bez końca. Smakujemy więc najróżniejszych potraw i cieszymy się posiłkiem. W końcu wracamy do Adamas, bo jesteśmy zobligowani do oddania samochodów do określonej godziny. Hondy Civic sprawdziły się bardzo dobrze, przy ich oddawaniu nie było żadnych kłopotów. Wracamy na jacht i znowu przesympatyczne pogawędki przy odrobinie jakiegoś zacnego trunku do późnej nocy. Jak ja to lubię!

Do Kleftiko.
       Kolejny dzień, to już czwartek, rozpoczynamy dosyć wcześnie. Właściwie trochę się wahałem czy płynąć prosto do Naxos, czy jednak zahaczyć jeszcze o Kleftiko. Jak na razie nie ma żadnego przymusu czasowego, możemy więc pozwolić sobie na nieco improwizacji. O.K., skoro nie mogę się zdecydować, więc pytam o zdanie załogę, mówiąc o co chodzi i jakie są alternatywy. Zdaje się, że pod wpływem doznań w czasie wczorajszej wycieczki, jest, przynajmniej u części załogi, zdecydowana wola odwiedzenia Kleftiko. Vox populi, vox Dei – płyniemy do magicznej zatoki, a właściwie zespołu zatoczek, skalnych grot, niezwykłych skał i plaż. Mamy całkiem świeży wiaterek – 5 – 7 B, więc mkniemy niczym na skrzydłach. 

Kleftiko
       Na miejscu jest już zdecydowanie spokojniej. Wiatr wieje z drugiej strony wyspy. Jest koniec sierpnia, piękna pogoda, nic więc dziwnego, że jest dosyć tłoczno. Nie tylko my chcemy się nacieszyć tym niezwykłym miejscem. Co istotne, można się tu dostać jedynie od strony morza. Żadna drog nie prowadzi do tego miejsca. Zrzucamy ponton na wodę. Akurat w tym miejscu ponton ze sprawnym silnikiem bardzo się przydaje. To jest niesamowita atrakcja pływanie między skałami i tunelami w skałach, zapływanie do sąsiednich zatoczek i odwiedzanie różnych kąpielisk. Pływamy na pontonie, pływamy w pław. Czas szybko mija. Trzeba by zjeść jakiś obiad. Od słowa do słowa, podejmujemy decyzję, dzisiaj już nigdzie dalej nie płyniemy. Zostajemy w Kleftiko. Więc uciechy kąpielowe trwają w najlepsze do wieczora. W miarę upływu czasu większość jachtów odpływa. Zostają bardzo nieliczni: dwa wielkie, superluksusowe jachty motorowe i może ze dwa jachty żaglowe. Robi się bardzo kameralnie. Prognoza pogody nie przewiduje żadnych zmian, więc możemy spokojnie zostać na noc. Chyba się powtarzam, ale jest pięknie!       

Kleftiko

Postaw mi kawę na buycoffee.to

środa, 3 kwietnia 2019

WŁÓCZĘGI PO MORZU EGEJSKIM I OKOLICY - cz.1




       Jeszcze tylko ten nieszczęsny lot samolotem i znowu będziemy w Grecji. Tym razem lecimy Easyjet-em, nieco lepiej niż ten fatalny Ryanair, ale i tak ścisk jak w puszce sardynek. W połowie lotu zaczynają boleć stawy, łapią skurcze i do tego ohydna kawa za którą trzeba jeszcze zapłacić. Gdzie te czasy gdy lot samolotem był synonimem luksusu?
       O ile lotnisko Schönefeld jest raczej dziadowskie, to port lotniczy im. Elefteriosa Wenizelosa w Atenach jest całkiem sympatyczny. Biedalinie oczywiście przyjmowane są gdzieś tam, na szarym końcu lotniska, całe kilometry od głównego budynku, ale na szczęście dla umęczonych podróżnych niemal do samego holu głównego można dojechać ruchomymi chodnikami. Od razu człowiek czuje się jak człowiek, a nie jednostka towarowa do przewiezienia.
       Lotnisko ateńskie jest bardzo przyzwoicie skomunikowane z centrum miasta. Dla żeglarzy szczególnie przydatna jest linia autobusowa X96, którą to linią dotrzemy za jedyne sześć Euro do większości marin aż po Pireus. My jednak tradycyjnie przyjeżdżamy dzień wcześniej i nocujemy w hotelu Galaxy, w niewielkiej odległości od mariny Alimou (zwanej potocznie Kalamaki). Bezpretensjonalny, prawie przytulny  hotel z jadalnią na ostatnim piętrze, skąd rozpościera się piękny widok na zatokę. No cóż hotel jest położony przy bardzo ruchliwej alei biegnącej wzdłuż brzegu, na której ogromny ruch jest przez całą dobę. Nie ma mowy aby zostawić w nocy otwarte okno. Jest oczywiście klimatyzacja, ale to jednak nie jest to. Ale za to po drugiej stronie bocznej uliczki dochodzącej do Alei Poseidona jest świetna cukiernia. Uwaga, jest naprawdę słodko, nawet największe łasuchy mogą odpaść. Wieczorem jednak zaczynamy od wycieczki na drugą stronę alei na kolację. Trafiamy na jakąś imprezę. Trochę tłoczno i bardzo głośno ale to już prawdziwa Grecja, którą mimo pewnych zastrzeżeń bardzo lubię. 

Hotel Galaxy - baza wypadowa żeglarzy
       Przybycie do Aten w piątek ma tę wielką zaletę, że sobotni poranek i przedpołudnie są bardzo nieśpieszne. Można się delektować śniadaniem na szóstym piętrze, można przejść spacerem do mariny. Można poczuć się prawdziwym Grekiem. Oczywiście nie obyło się bez drobnego zamieszania z taksówkami. Zamówienie przez jednego klienta dwóch taksówek to jednak spore wyzwanie dla dyspozytorów ateńskich korporacji. Trochę poczekaliśmy, coś tam trzeba było wyjaśnić, ale do takich sytuacji w Grecji już przywykłem więc spokojnie czekałem na rozwój sytuacji. Tym bardziej, że nigdzie się nie śpieszyliśmy. W końcu dwóch członków załogi z bagażami zapakowało się do pojazdów a ja z resztą ekipy przeszliśmy do mariny na piechotę. Bardzo przyjemny spacerek.  
       Tym razem bierzemy jacht od greckiego giganta czartegowego, firmy Kiriacoulis. Na zewnątrz specjalnie się nie wyróżniają. Już kiedyś korzystaliśmy z ich usług i również w zakresie obsługi niczym specjalnym się nie wyróżniali. Mi wystarczy aby mnie obsługiwali sprawnie i z uśmiechem. Tym razem jednak zaczęło się trochę inaczej niż zwykle. O.K. skiper załatwia sprawy związane z czarterem ale jeśli chcemy zrobić zakupy to ich człowiek zawiezie nas do sklepu, gdzie można będzie nabyć wszystko co potrzeba i transport z tego sklepu przywiezie nasze zakupy. No, no! Miło. Co prawda sklep, w którym zazwyczaj robiliśmy zakupy jest całkiem blisko i też dowozi zakupiony towar na keję, ale możemy spróbować czegoś nowego, tym bardziej, że proponowane rozwiązanie jest co najmniej tak wygodne jak dotychczasowe. Jedzie więc część naszej ekipy czynić sprawunki. Okazuje się, że nie jest to jeden sklep. Zawożą naszych do hurtowni napojów gdzie można kupić dobra płynne i do sklepu z innymi produktami. W zasadzie to nie był zwykły sklep, tylko luksusowe delikatesy. Co warte zauważenia produkty z nich są bardzo przyzwoitej jakości, rzekłbym wyraźnie lepszej niż w starym markecie. Brawo. Jedna i druga firma ma własny transport, co w sumie dla nas i tak nie ma znaczenia, bo obie części naszego zaprowiantowania wkrótce trafiają na keję. Nie wiem czy ten nowy rodzaj usług to w tej chwili standard w Kiriakoulis czy też wynikało to z ceny czarteru wybranego przez nas jachtu, bo tak drogiej jednostki jeszcze nie miałem okazji wynajmować.

Marina Kalamaki
      O ile z zakupami sprawy poszły łatwo i przyjemnie, to już z odbiorem jachtu nie było tak sprawnie. Mimo, że awizowaliśmy chęć nieco wcześniejszego odbioru jachtu nikt się tym specjalnie nie przejął. Panie które sprzątały robiły to z niezwykłym namaszczeniem. Panowie techniczni też kręcili się wokół naszego jachtu niemal z nabożeństwem. I mimo, że cała ekipa rozpoczęła prace w miarę rano, nie zanosiło się na rychłe przejęcie jachtu. W biurze też niemałe zawirowanie wokół naszego czarteru. Umowa została sporządzona w pięciu egzemplarzach. Jej objętość porównywalna z sienkiewiczowską trylogią. W końcu udaje się nam wejść na pokład. Bavaria 56 Cruiser, rocznik 2016. Pierwsze wrażenie: mieszane uczucia co do rozplanowania wnętrza. Projektanci niespecjalnie przyłożyli się do ergonomii. Widocznie wyszli z założenia, że jacht i tak wystarczająco wielki, więc nikt nie będzie zastanawiał się nad szczegółami.  Druga rzecz rzucająca się od razu w oczy to dużo elektryki – spłukiwanie kibelków, pokład kąpielowy, trap, klimatyzacja, działający telewizor. Ponieważ jest dosyć gorąco postanawiamy wypróbować klimatyzację. Niestety po kilku sekundach pracy wyskakują bezpieczniki na kei. A może nawet dalej. Pan z Kiriakoulisa wyjaśnia, że to nieco większa awaria. Patrząc na dyndające przewody instalacji elektrycznej i stan techniczny słupków trudno było nie przyjąć tych wyjaśnień za dobrą monetę. Taką prowizorkę to nawet u nas trudno znaleźć. 
       Uff! Wreszcie wypływamy. Jest 1645. Niewiele nam czasu zostało do zachodu Słońca. No cóż, takie są uroki jesiennego pływania. Trochę szkoda bo liczyłem, że przenocujemy w zatoce Souniou i rano zwiedzimy ruiny świątyni Posejdona. Trudno zmieniamy plany i kierujemy się do zatoki Agia Marina na wyspie Egina. Jak to często bywa prognoza pogody jest bardzo orientacyjna. Na szczęście coś tam wieje. Wiatr 13-19 kn SE. Najpierw długi hals na E a później prosto do celu – Egina – Agia Marina. Już przy pierwszych manewrach daje się odczuć, że jacht ma bardzo dużą bezwładność. Waga robi swoje. Oczywiście waga jachtu, żeby nie było niejasności.  Kotwicę rzucamy o 2000. Zdążyliśmy jeszcze zaliczyć kąpiel w cudownej wodzie. Słońce już się schowało za horyzontem, ale niebo było jeszcze bogate w fascynujące barwy, tworzące niepowtarzalną atmosferę. Niestety okazało się, że część załogi źle znosi falowanie. Ciekawe czy to tylko efekt pierwszego kontaktu z morzem czy też nieco poważniejsza dolegliwość. Okaże się. 

Agia Marina - pierwszy postój na kotwicy
       Rezygnujemy ze zwiedzania Eginy i spaceru do świątyni Afai. Leniwe śniadanie w urokliwym miejscu i spokojny start 0930. Kierujemy się w kierunku wyspy Kythnos z zamiarem zacumowania w jednym z moich ulubionych miejsc na Morzu Egejskim, w Loutrze. Niestety nie ma wiatru, płyniemy na silniku po niemal gładkim morzu. Może to i lepiej. Załoga ma czas i warunki aby dojść do siebie i oswoić się z życiem na jachcie. Na wodzie całkiem spory ruch statków. Powoli i z mozołem podążają w różnych kierunkach. Patrząc na to co się dookoła dzieje, aż trudno uwierzyć, że na morzu może dochodzić do kolizji. Znalazłem raport Europejskiej Agencja ds. Bezpieczeństwa na Morzu (EMSA) o wypadkach morskich zarejestrowanych w Europie statków w 2016 roku. Agencja naliczyła 106 ofiar śmiertelnych, 957 rannych osób, utratę 26 statków i 123 dochodzeń przeprowadzonych w ciągu tego roku.
       Ogółem kraje Unii Europejskiej zanotowały 3145 wypadków na morzu. Połowa ofiar wypadków to efekty błędów nawigacyjnych, w tym zderzenia czy wpłynięcia na mieliznę. Błędy ludzkie odpowiadały za 60 proc. przypadkowych zdarzeń. 42 proc. wypadków miało miejsce w lub w pobliżu portu. Choć to wszystko wydaje się nieprawdopodobne, to jednak fakty są nieubłagane. Po prostu ludzie potrafią. Wystarczy przypomnieć tragiczną katastrofę włoskiego wycieczkowca Costa Concordia, którego kapitan Francesco Schettino wykazał się skrajną głupotą, niekompetencją i tchórzostwem. Podejrzewam, że takich bufonów jak Schettino pływa po morzach świata niestety znacznie więcej.


       Obiad jemy z pewnym opóźnieniem, spowodowanym powolnym dochodzeniem załogi do siebie. Ale to jest właśnie wyjątkowo piękne w takim żeglowaniu, że nigdzie nam się nie śpieszy i godzina w jedną stronę, czy w drugą, nie ma większego znaczenia. Owszem, lubię wcześniej wypływać aby spokojnie znaleźć miejsce w docelowym porcie, ale nie jest to przeważnie żaden mus. No i właśnie tym razem właśnie tak się zdarzyło, że kiedy dopłynęliśmy do Loutry okazało się, że już nie ma dla nas miejsca. Wielka szkoda, bo to naprawdę świetne miejsce. Zawracamy i kierujemy się do odnogi Ormos Loutron, do Ormos Eirinis (Ay Irini – och te greckie nazwy). O godzinie 1815 rzucamy kotwicę. Od rufy dajemy cumę na brzeg. Jest tam nawet kilka specjalnie zrobionych uchwytów, ale dla nas już nie starcza. Trochę musimy pokombinować. Co gorsza również kotwica nie trzyma specjalnie pewnie. Tak czy owak stoimy. Pokonaliśmy ok 48 Mm.  
       Skoro nie udało się stanąć w porcie będziemy korzystać z pontonu aby dotrzeć na brzeg. W sumie to też jest swego rodzaju atrakcja. Niestety mamy problemy z odpalaniem silnika. Kombinujemy na wszelkie sposoby, a ten nie chce współpracować. Skipper z sąsiedniego jachtu proponuje nam udostępnienie swojego pontonu. Super!  Kiedy już pierwsza część wycieczki ma ruszać omawia posłuszeństwa silnik od drugiego pontonu. Tu przyczyna okazuje się nader prozaiczna, brak paliwa. Mamy na szczęście mała zapas benzyny i w końcu udaje się wyruszyć ku Loutrze i spędzić tam kilka miłych chwil.

Ormos Eirinis
       W ciągu nocy kilkakrotnie sprawdzałem czy kotwica trzyma jak należy. Nic się nie działo. Jednak wczesnym rankiem obudził mnie Janusz informując, że mocno zbliżyliśmy się do brzegu. Sytuacja była o tyle kłopotliwa, że zaczął wiać nieco mocniejszy wiatr, znoszący na w bok, a jednocześnie był problem z cumą rufową, która gdzieś tam się zaklinowała. Janusz jednak dzielnie się sprawił udając się na brzeg i uwalniając nas z uwięzi. Ze względów bezpieczeństwa musieliśmy nieco oddalić się od brzegu i od innych jachtów kotwiczących po sąsiedzku i dopiero wtedy mogliśmy zrobić końcowy klar, ale w tym momencie nie było już żadnego zagrożenia.  Gdyby ktoś chciał stawać w tej części zatoki, co samo w sobie jest całkiem przyjemne, to warto zwrócić uwagę, że brzeg jest mało przyjazny, kamienisty i trudny do poruszania się po nim. Lepiej poszukać wolnego ucha na brzegu, gdzie będzie można założyć cumę nabiegowo, co pozwoli na szybkie i sprawne odejście od brzegu. A na pokładzie żartom nie było końca, bo największym „bohaterem” dnia został pęcherz Janusza. Bo gdyby on się nie upomniał o swoje, to kto wie.
       Ponieważ mamy na pokładzie dwóch młodych dżentelmenów, w wieku 10 i 11 lat, jednym z głównych zadań dorosłej części załogi było wymyślanie czymże to można by ich zająć. Jednym z pomysłów, sprawdzonym w czasie wcześniejszych rejsów z młodocianymi, było zlecenie im prowadzenie dziennika okrętowego. W tym przypadku były to nawet dwa dzienniki. Już pierwszego dnia okazało się, że to w tym przypadku pomysł taki sobie. O ile jeszcze Adrian zamykał się z mamą w ich kabinie i coś tam po cichutku, systematycznie skrobał, to w wykonaniu Olka było to prawdziwe przedstawienie, w którym pojawiały się wszelkie możliwe stany emocjonalne. Jednak Basia, mama Olka, wykazywała się wręcz niezwykłą wytrwałością w stymulowaniu swojego syna do pisania dziennika. Chyba więcej nie będę proponował dzieciom takiego zajęcia, bo to co mi wydawało się, że będzie ciekawe i może nawet będzie fajną zabawą, okazało się dla młodzieży z tego rejsu prawdziwą katorgą. Smartfony były zdecydowanie ciekawsze i dostarczały lepszej rozrywki. 

Wpływamy do Zatoki Kamares
       Do Kamares położonego po zachodniej stronie wyspie Sifnos dopływamy dosyć wcześnie. „Tak stoimy” pada o 1415. Mamy sporo szczęścia, bo kiedy wpływamy do zatoki, przy kei jest już tylko jedno wolne miejsce. Nic z resztą dziwnego, bo porcik jest bardzo mały. Mamy przedsmak tego co prawdopodobnie czeka nas dalej. 56-cio stopowy jacht wymaga jednak nieco więcej miejsca do zaparkowania niż jachty na których pływałem wcześniej. Oczywiście, jak to w Grecji, na kei nie ma nikogo z portu, kto mógłby pomóc przy cumowaniu. No cóż, po prostu w Grecji tak jest i już. Trzeba to przyjąć do wiadomości nie marudzić.  Na szczęście są inni żeglarze. Żeglarze to jedna z tych społeczności, gdzie mile widziane jest kultywowanie starych tradycji. A do kanonu tych tradycji bez wątpienia należy pomaganie innym żeglarzom. A już absolutnym minimum jest przyjęcie na kei podanej z jachtu cumy, czy też oddanie cumy z kei przy odchodzeniu. To taki odruch bezwarunkowy: widzisz podchodzący jacht, natychmiast jesteś gotowy pomóc przy cumowaniu. Tyleż to piękne co i użyteczne, nie tylko w Grecji. Nie inaczej rzecz miała się w Kamares. Znalazły się pomocne dłonie, dzięki którym spokojnie zacumowaliśmy. Po chwili zjawili się pracownicy portu aby pobrać niewielką opłatę za postój. I jak tu tych Greków nie kochać, są po prostu rozbrajający. A przy kei międzynarodowe towarzystwo. Zjeżdża się tutaj cała żeglarska Europa i nie tylko Europa. Do Amerykanów, Kanadyjczyków i Australijczyków już przywykłem. Ale tym razem wśród najbliższych sąsiadów mieliśmy załogę w 100 % azjatycką. Niestety nie miałem okazji dowiedzieć się skąd byli.

Kamares
       To moja pierwsza wizyta w Kamares. Bardzo mi się spodobało jak tylko wpłynęliśmy do zatoki o tej samej nazwie. Zatoka dosyć głęboko wcina się w głąb wyspy. Otoczona jest wysokimi wzniesieniami. A sama miejscowość i port położone są na końcu zatoki. Bardzo malownicze jest to podejście.   
       Późnym popołudniem miasteczko, podobnie jak cała Grecja, ożywa. Ludzie wylegają na ulice, zasiadają w knajpkach, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawia się ten jedyny w swoim rodzaju klimat greckich wysp. I to jest to za co chyba najbardziej kocham Grecję. Te późne popołudnia i wieczory, kiedy można się snuć po ulicach, przystanąć gdzieś na drinka albo rozsiąść się na biesiadę. Czy po prostu zatrzymać się aby poobserwować innych ludzi. Jest na co popatrzeć, bo oprócz wszędobylskich turystów, na wyspach można nacieszyć oczy klasycznymi, greckimi typami. Nie mogę się powstrzymać by nie sięgnąć po swojego Nikona i nie uwiecznić trzech dżentelmenów siedzących przy maleńkim stoliku tuż przy głównej ulicy i o czymś tam sobie rozprawiających. Zapytałem, czy mogę im zrobić zdjęcie. Okazało się, że żaden z nich nie zna angielskiego, ale się dogadaliśmy i panowie przyjaznymi uśmiechami potwierdzili zgodę.


       Ale, żeby nie było! Nie przyjechaliśmy tutaj żeby tylko się przyglądać jak inni jedzą. Wybieramy sobie lokal, który sprawił na nas dobre wrażenie. Gdy tylko przystanęliśmy, jeszcze nie do końca zdecydowani, natychmiast pojawiła się właścicielka i swoim zaproszeniem ułatwiła nam podjęcie ostatecznej decyzji. Dziewięć osób to już mały tłum, a co za tym idzie procesy decyzyjne są mocno utrudnione. Również te dotyczące wyboru posiłków. Kobieta, zdaje się mieszkanka Kamares, siedząca przy sąsiednim stoliku widząc nasz problemy z wyborem, próbowała nawet nam doradzać. Częściowo nawet skorzystaliśmy z jej rekomendacji i w końcu udało nam się na coś zdecydować. Wszystko wydawało nam się atrakcyjne, więc zaczęło się wielkie żarcie – sałatka grecka, kulki cukiniowe, cacyki, ciasto szpinakowe, wieprzowina z makaronem, smolfishe, no i wino. Było pięknie.

Kamares
       Powrót na jacht to jednocześnie powrót do nieco skrzeczącej rzeczywistości. Znowu problemy z prądem. W Atenach awaria na pirsie, a tu nie możemy znaleźć prądu w słupkach. Kiedy jednak okazuje się, że w słupkach nie ma żadnych ograniczników i wystarczy tylko się podpiąć, co też uczyniły inne jacht, zaczęliśmy szukać przyczyn problemu u nas. Podłączamy, przez chwilę prąd jest, za moment znika. Nie mamy próbnika elektrycznego, ale nasze podejrzenia zaczynają się kierować w stronę przewodu zasilającego. Jacht niby jest bardzo młody, ale to nie daje żadnej gwarancji pełnej sprawności. Tymczasowo dajemy spokój, ale tak czy owak, trzeba będzie do tematu wrócić. Póki co rozsiadamy się w kokpicie na wieczorne pogaduszki i robi się bardzo miło.


Kamares


Postaw mi kawę na buycoffee.to

Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...