niedziela, 1 kwietnia 2018

Zillertal






       Przez kilka ostatnich lat jeździliśmy na narty do Włoch. Ale jak to mam w zwyczaju mawiać, owszem ważne jest gdzie, ale zdecydowanie ważniejsze z kim. Nasi znajomi, miłośnicy nart w Austrii zaproponowali aby tym razem wyskoczyć do Zillertal, a dokładniej do Mayrhofen. Nawet się nie wahaliśmy czy przyjąć tę propozycję, bo nie ma to jak miłe towarzystwo. Do tego w tej dolinie nigdy wcześniej nie byliśmy, więc ciekawość nowego jeszcze bardziej nas zachęcała do togo wyjazdu. Termin też bardzo obiecujący: pierwszy tydzień marca. Można zatem spodziewać się, że nawet jak temperatura nieco spadnie, to i tak nie będzie tragedii. No i dzień już zdecydowanie dłuższy. Czyli, wszystko przemawia za!

       Podróż do Zillertal przebiegała wyjątkowo płynnie. Owszem, jakieś tam korki po drodze się zdarzyły, nie było one jednak jakieś specjalnie dokuczliwe. Taka niemiecka, autostradowa norma. Jest nas w Europie dużo. Bardzo dużo z nas preferuje podróżowanie samochodami. W rezultacie autostrady są zatłoczone do granic możliwości. Ponieważ do Mayrhofen mamy zaledwie 930 kilometrów wydawało się, że będziemy na miejscu o zupełnie przyzwoitej porze. Nic z tego. Korek do zjazdu z autostrady w kierunku Zillertal rozpoczynał się ok 2 kilometry przed zjazdem. Niestety szybko zorientowaliśmy się, że to w tym sznureczku należy się ustawić i grzecznie czekać na swoją kolej. Nie wszyscy jednak byli tak spostrzegawczy, szczególnie wielu Niemców i Holendrów niemal do samego końca „nie wiedziało” o co chodzi, by nagle, tuż przed zjazdem się zorientować i „na krzywy ryj” się wciskać. Nie przyśpieszało to zjazdu z autostrady. W rezultacie przejechanie ostatnich ok. 30 kilometrów zajęło nam ok 2 godziny. W takim korku dopiero ujawnia się prawdziwa natura ludzi. Nagle znika kultura i wystudiowane uśmiechy. Z całą mocą objawia się bezczelność i arogancja. Nawet austriacka policja, która przyjechała do drobnej stłuczki nie chciała zauważyć zagrożenia powodowanego przez blokujących prawy pas autostrady kierowców wciskających się na pas zjazdowy. Szczytem wszystkiego był dżentelmen, który jeszcze na ślimaku zjazdowym próbował na siłę wyprzedzać innych. To był prawdziwy koszmar. Nie najlepiej zaczęły się nasze ferie zimowe w dolinie rzeki Ziller.

       Po zjechaniu z autostrady nie było specjalnie lepiej. Gigantyczna rzeka sunących zderzak w zderzak samochodów nie napawała optymizmem. Gdy dojechaliśmy do tunelu, którym wjeżdża się do doliny znowu musieliśmy się zatrzymać na dłuższą chwilę. Prawdopodobnie z powodu nadmiaru spalin tunel został zamknięty aż do przewietrzenia. W końcu wjechaliśmy do doliny. Zapadł już zmrok. Przynajmniej zrobiło się pięknie, jak to w górskiej dolinie. W górach śnieg, domy migające zapalonymi światłami, uczepione górskich zboczy. Kolorowo, bajecznie. Nawet ten niekończący się sznur samochodów przestał być tak uciążliwy. Spłynęło napięcie towarzyszące podróży. Jechaliśmy sobie wolno przez dolinę rzeki Ziller. Dolina położona w sercu Tyrolu. Rozciąga się na dystansie kilkudziesięciu kilometrów, mniej więcej od miejscowości Strass do naszego Mayrhofen, gdzie odchodzą od niej mniejsze odnogi.



       Same Mayrhofen, to niewielka gmina targowa z mocno rozbudowaną bazą turystyczną. Mieszka tam raptem ok 4000 mieszkańców, ale ogromne tłumy przewalających  się we wszystkich kierunkach turystów tworzą charakterystyczny odpustowy klimat. Z różnych alpejskich miejscowości, które widziałem, akurat Mayrhofen nie należy do najładniejszych. Główna ulica w mieście choć zadbana i z wyraźnymi oznakami zamożności, to jednak nie to co choćby rynek wraz z przyległościami w Ortisei. Takie to nijakie. Jeszcze gorzej jak się odejdzie choćby kawałek na bok. Bardzo dużo obiektów noclegowych, trochę gastronomi i niewiele więcej. Jak większość naszych nadbałtyckich kurortów.

       Zakwaterowanie mieliśmy zarezerwowane w apartamentowcu Bergland w samym centrum miasta przy ulicy Głównej. Dojazd od tyłu, trochę dziwnie. Żadna nawigacja na to by nie wpadła, na szczęście mieliśmy świetnych przewodników w osobach Ani i Wojtka, którzy już tam byli. Niewątpliwym atutem tego apartamentowca jest całkiem spory garaż. Niestety nie ma róży bez kolców. Wojtek swoim GLK z trumną na dachu nie miał szans się zmieścić. Nasz Jumpy miał z kolei pewne problemy przy wjeździe z racji swojej długości, gdyż zaraz po zjeździe w dół należało wykonać ostry skręt w prawo przy naprawdę niewielkiej szerokości. Liczne ślady otarć na narożnikach ścian potwierdzały, że niejednemu ten manewr nie do końca się powiódł.



       Powitanie, jak to w ekonomicznym apartamentowcu. Trzeba zadzwonić po kogoś z obsługi i chwilę poczekać. O.K. nie ma problemu, możemy poczekać. Skoro już jesteśmy na miejscu, nigdzie się nam nie śpieszy. Po chwili zjawia się pan, młody człowiek. Wita nas i intensywnie szuka wśród nas dziecka. Nic nie rozumiemy. W zamówieniu wyraźnie napisane jest, że będzie pięć dorosłych osób. Tego z kolei nie może zrozumieć nasz sympatyczny Austriak. Jak to, w dwóch pokojach będzie mieszkać pięcioro dorosłych? Dwa małżeństwa i jeszcze ktoś? To rodzina? Wojtek, dla świętego spokoju szybko potwierdza, tak, to rodzina. Pan wydaje się lekko zszokowany, patrzy na nas jakoś dziwnie. W końcu jednak prowadzi nas na górę, do naszego apartamentu. Sam apartament bardzo przyzwoity, od razu nam przypada do gustu. Przede wszystkim spora kuchnia z jadalnią, gdzie bez problemy wszyscy się zmieszczą i mogą spokojnie coś robić. Ładny balkon z widokiem na ulicę Główną. Apartament jest dobrze wyposażony, chyba największą radość sprawiła nam zmywarka. Miło jest, będąc wykończonym po szaleństwach na stoku, nie musieć zmagać się z jeszcze jedną górą, górą brudnych naczyń. Dodatkowo komfort podnosi   ogrzewanie podłogowe. Dla mnie hitem była fantastyczna, duża kabina prysznicowa. Co prawda robiliśmy niedawno remont łazienki w naszym mieszkaniu i wygląda ona w tej chwili świetnie, ale szczerze zazdroszczę takiej kabiny prysznicowej jak ta w Bergland. No i narciarnia. Bardzo dobra, znajdująca się w piwnicy, tuż obok garażu i windy, co ma niebagatelne znaczenie w trakcie powrotu z nart. Każdy apartament ma przypisaną sobie szafkę w narciarni, w której przechowuje się sprzęt. Oczywiście wieszaki na buty są z podgrzewaniem, co radykalnie zmniejsza poranną traumę zakładani butów narciarskich.



       W niedzielę rano, wypoczęci i radośni wbijamy się w narciarskie uniformy i niestety w narciarskie bucki i ruszamy zdobywać alpejskie nartostrady Zillertal. Do kolejki Penkenbahn mamy kilka minut na piechotę. Oczywiście, mimo że chodzenie w butach narciarskich nie należy do szczególnych przyjemności, jakoś pokonujemy ten dystans bez większych problemów. Przy dolnej stacji kolejki są kasy biletowe, a przy nich niesamowity tłum ludzi!!! Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Nawet w zeszłym roku we Włoszech, gdzie nieopatrznie trafiliśmy na tydzień karnawałowy.  Jakoś to wytrzymamy. Przecież pierwszego dnia nie mamy bardzo ambitnych planów. Rozjeździć się najpierw na jakiejś łatwej niebieskiej. No i wcześniejszy powrót do kwatery, by się nie przeforsować pierwszego dnia. Po Penkenbahn przesiadka na foteliki i wyjeżdżamy na wysokość ok 2000 m npm. No i zrobiło się naprawdę przyjemnie. Te wspaniałe, ośnieżone góry ciągnące się w nieskończoność robią niesamowite wrażenie. Do tego jeszcze cudowna pogoda. Zupełnie jak w bardzo starannie przygotowanej reklamówce.
       Już na początku chwila nieuwagi i … zamiast na łatwiej niebieskiej wjeżdżamy na dosyć wymagającą czerwoną. Mięśnie trochę się spinają, jakoś jednak sobie radzimy. Docieramy w końcu na upragnione łatwiejsze szlaki, gdzie wykonujemy kilka zjazdów. Ogólnie trasy w obrębie Penken są całkiem niezłe o różnej trudności. W sumie 136 kilometrów. Wtym słynna trasa nr 34, która nosi nieformalną nazwę Harakiri. Cała ma ok 2000 m długości, ale swoją sławę zawdzięcza głównie ponad czterystumetrowemu odcinkowi o nachyleniu 78 %. Prawdziwa rzeźnia. Gospodarze do obsługi tej trasy mają nawet specjalny ratrak o mocy 430 KM i wadze 9 ton. Jakoś nikt z naszej radosnej piątki nie miał ochoty wybrać się na Harakiri. Pozostaliśmy na tych nieco mniej wymagających. Trochę nam doskwierał tłok, raczej nie spodziewaliśmy się aż takiego. Nic więc dziwnego, że stan tras szybko się pogarszał i jazda na bardziej wymagających odcinkach stawała się nie tak fajna.


       Jak przystało na ośrodek z ambicjami, jest też na Penken parę lokali gastronomicznych. Nie ma mowy o dobrym wyjeździe na narty bez odwiedzenia paru klimatycznych knajpek. Poranne zjazdy trwały nieco dłużej niż pierwotnie zamierzaliśmy, więc jak tylko coś się przed nami pojawiło, bez zastanowienia tam zakotwiczyliśmy. Była to Lämmerbichl. Ponieważ łatwiej nam było wejść do dolnej części to i tak zrobiliśmy. Rzut oka po lokalu, rzut oka na menu i … To chyba nie był najlepszy wybór. Bida z nędzą. Dwie zupy, jakieś burgery, piwo, chrupki i niewiele więcej. Byliśmy jednak na tyle zmęczeni, że mimo wszystko nie zdecydowaliśmy się na dalsze poszukiwani. Zamówiłem sobie czosnkową. Znowu pudło. Gdy w końcu sobie usiedliśmy i zaczęliśmy się przyglądać otoczeniu, okazało się, że dół to właśnie taki bieda-bar a u góry była restauracja. No dobra niech już będzie jak jest.
       Jeszcze parę zjazdów i zarządzamy odwrót. Zmęczenie zbyt długim pierwszym dniem, potwornie zmuldzone trasy, po których nie wszyscy byli w stanie zjechać. I okazuje się, że ostatni wyciąg którym mieliśmy podjechać przed dojazdem do Penkenbahn już nie kursuje. W trybie awaryjnym przemieszczamy się w kierunku Finkelberger Almban i nim zjeżdżamy w dół. Już parę lat jeździmy w Alpy na narty, ale taka przygoda przytrafiła nam się pierwszy raz. Zawsze kiedyś musi jednak być ten pierwszy raz. Nici z naszych planów wcześniejszego powrotu i uniknięcia nadmiernego zmęczenia.
       Wojtek, który już w tym ośrodku bywał, w pewnym momencie zorientował się, że nieco przeholowaliśmy i pojechał przodem, dzięki czemu zjechał do Mayrhofen. Jak to dobry kolega i prawdziwy dżentelmen, zostawił sprzęt w naszej narciarni i przyjechał po nas samochodem. Ale jak mawiają inni moi znajomi, eee, to jeszcze nic,  a my … Tym razem te potwornie irytujące mnie powiedzenie jest jak najbardziej na miejscu. Wojtek zapakował do samochodu … nasze kapcie. Więc natychmiast po oswobodzeniu się z tych piekielnych skorup butów narciarski mogliśmy wskoczyć w milusie kapciuszki!



       Kolejne dwa dni również spędziliśmy na Penken. Tym razem bez takich przygód jak w niedzielę. Za to lokale, które odwiedziliśmy, Heidi’s Skialm i Hilde’s Skitenne, były naprawdę fajne. Przy okazji spotkaliśmy sympatyczną kelnerkę ze Słowacji (Heidi’s Skialm) i zjedliśmy m.in. coś co w tym miejscu nazywane było cesarskim naleśnikiem, choć bardziej przypominało omlet, i co było pyszne. Wciąż w naszej ekipie nieodmienną popularnością cieszyły się görm knedel z masłem lub sosem waniliowym z jak największą ilością maku. Ale wieprzowina z kwaśną kapustą czy spätzle z boczkiem, też były niczego sobie.



       Później ruszyliśmy do Gerlos. Ok 20 km od Mayrhofen bardzo ładną, górską drogą. Byle dobrze odśnieżoną, bo momentami serpentyna jest bardzo efektowna. Ten ośrodek to fragment większej całości: Zillertal Arena, w którego skład wchodzą oprócz Gerlos również: Zell, Königskeiten i Hochkrimml. W sumie 143 km tras.  Na miejscu dosyć duży parking w bezpośrednim sąsiedztwie Isskogelbahn. Pierwszego dnia zjeżdżaliśmy z tras w rejonie Arena Center i Isskogel. Drugiego dnia przejechaliśmy na szlaki z Königsleitenspitze. Również tutaj było bardzo tłoczno. Trudno jednak było nie zauważyć, że nartostrady tutaj są bardzo ładne. Na mnie osobiście najlepsze wrażenie zrobiły te z Königsleitenspitze. Długie, szerokie o różnym stopniu nachylenia. Jest ich tam kilka więc można sobie dobrać odpowiednią do swoich umiejętności.


      
       Tydzień, to bardzo mało aby w pełni nacieszyć się doliną Ziller. Skoro do zagospodarowania był już tylko jeden dzień, to Ania i Wojtek, nasi przewodnicy zaproponowali oczywiście Hintertuxer Gletscher – lodowiec Hitertux, położony na samym końcu doliny. Być w takim miejscu i nie pojechać na lodowiec? 


       Jakoś nigdy mnie nie ciągnęło na lodowce. Moje wyobrażenia o nich były raczej mgliste, ale zawsze wydawało mi się, że jazda po lodowcu to nic przyjemnego. Oglądane w austriackiej telewizji migawki z różnych lodowców, to zazwyczaj ok – 20oC i wiatry urywające głowę, do tego (to już moja fantazja) odwieczny lód pod nogami. Jakże inna miała się okazać rzeczywistość! Trzeba jednak pamiętać, że to już był marzec, więc temperatury były wyższe (na szczycie -12o C), do tego poprzedniego dnia dopadało sporo świeżego śniegu. Jedynie dosyć silny wiatr się potwierdził. Jednak z całą pewnością  warto było się tam wybrać. Fantastyczne widoki, panoram gór widziana z poziomu ok 3500 m zapierająca dech w piersiach. Bardzo atrakcyjne, długie trasy. Ku mojemu zaskoczeniu w tym regionie jest aż 196 km tras i 65 różnych wyciągów. Całość ma 604 ha powierzchni. Nigdzie wcześniej nie widziałem tak wielu osób jeżdżących poza trasami. Tam po prostu stoki wręcz zachęcały do takiej zabawy. Ja zdecydowanie mam zbyt słabe umiejętności i daleko niewystarczające przygotowanie fizyczne aby wybierać się w taką podróż. 


Niestety i tutaj duża liczba narciarzy sprawiła, że szybko pojawiły się na niektórych trasach gigantyczne muldy, które nieco osłabiały przyjemność z jazdy. Na szczęście nie brakuje przy szlakach przyzwoitej gastronomi, gdzie można uspokoić rozdygotane mięśnie i nerwy. Lodowiec to jednak nie jest wcale taka zła sprawa, wręcz przeciwnie, może być całkiem fajnie.


       Choć ogólnie Mayrhofen nie wywołało we mnie specjalnego entuzjazmu, to przynajmniej jest tam sporo różnych knajpek. A przecież udany wyjazd na narty musi mieć zakończenie w dobrym lokalu. Choć najbardziej przy Hauptstraße rzuca się w oczy Ice Bar przyciągający uwagę zimnym niebieskim światłem i dziewczynami tańczącymi na stołach, to jakoś nam klimat tego lokalu nie przypadł do gustu. A w ogóle to kto powiedział, że musimy zakotwiczyć przy Hauptstraße? A może by tak pójść nieco w bok? Intuicja nas nie zawiodła. Trafiliśmy do restauracji Edelweiss (Szarotka). Było już dosyć tłoczno. Pan zapytał najpierw o rezerwację, której oczywiście nie mieliśmy. Mimo wszystko znalazło się dla nas miejsce i to bardzo przyjemne. I znowu trafiliśmy na jakąś słowiańską kelnerkę, nie pamiętam dokładnie skąd. Było bardzo miło i bardzo smacznie. Wreszcie zjadłem dobrą zupę czosnkową. Co prawda nie była taka, do jakiej przyzwyczaiłem się i polubiłem w Czechach, ale była godna polecenia. Podobnie jak cała dolina Ziller. Mimo koszmarnego dojazdu, pobyt w Zillertal był bardzo udany.



czwartek, 22 lutego 2018

MALAGA I OKOLICE – Cz. 3 – CEUTA – GIBRALTAR - MALAGA



       Wypływamy z Tarify. Wieje całkiem przyjemnie, początkowo nawet do 30 w, czyli 7 B, prawie z E. Płyniemy więc bajdewindem mając Ceutę niemal na kursie. Trochę nas odrzucało w kierunku S. Dodatkowo mieliśmy kilka mijanek z płynącymi w najróżniejszych kierunkach statkami. Afrykański brzeg przybliżała się w szybkim tempie. Pięknie! Po prostu pięknie. Ale jak to zwykle bywa, to co piękne nie może trwać bez końca. Wiatr stopniowo słabnie, zmieniając nieco kierunek. W końcu wieje prosto z Ceuty. Nasz dzielny kapitan nie odpuszcza i cały czas płyniemy na żaglach. Skradamy się żółwim tempem do portu, a tu jeszcze raz trzeba założyć hals oddalający. Wielki falochron, na końcu którego wspaniały Herkules pręży mięśnie podtrzymując walące się na niego dwa słupy, mamy od dłuższego czasu w zasięgu ręki. Tylko jakoś nie możemy się do niego zbliżyć. Żagle już zwisają jak dwie smętne ściery. Poddajemy się i uruchamiamy katarynę.


       W Ceucie wpływamy do prawdziwej mariny. Nie jest ona jakoś specjalnie okazała, nie powala swoim wyglądem ani wyposażeniem, ale wszystko jest O.K. Dobre schronienie, woda, prąd a wszystko w bardzo przyzwoitej cenie: 20,29 Euro. Jak dla mnie super, bo jest wszystko czego potrzebuję i bardzo intrygujące miasto.
       Ogarnąwszy jacht wyruszamy na spotkanie miasta, a przede wszystkim jakiejś knajpy. I niestety jedyny plan jaki mieliśmy to dojście do wyszukanej w internecie, polecanej tawerny. Posługując się nawigacją w telefonie, z niewielkimi problemami trafiamy do El Meson De Mati przy Paseo de la Marina Española 8. To całkiem niedaleko mariny, wystarczyło w odpowiednią stronę pójść Aleją Jana Pawła II. My, na szczęście poszliśmy nieco dookoła, bo początkowo jakoś nie mogliśmy się zdecydować dokąd chcemy się udać. Na szczęście, bo przy okazji zrobiliśmy sobie krótki spacer po mieście. 

   
       El Meson (Gospoda) De Mati nie olśniewa swoim wnętrzem. Jest raczej zwyczajna, taka trochę jak uboga tawerna dla rybaków i marynarzy. Ale to wydaje się, że można jej zapisać na plus. Taka bezpretensjonalność to raczej zaleta. Nie czułem jednak jakiejś fajnej atmosfery. Gdy tam trafiliśmy było nieco pustawo. Kelner, mimo późnego popołudnia sprawiał wrażenie jakby dopiero co został wyrwany z głębokiego snu i całym sobą wyrażał niezadowolenie. A może po prostu miał zły dzień. W każdym bądź razie obsługa w wykonaniu tego pana była w najlepszym razie nijaka. Nie starał się w żaden sposób ułatwić nam zrozumienia co ma do zaoferowania, a już o jakimkolwiek uśmiechu można było zapomnieć. Jeszcze raz przydatna okazała się nowoczesna technologia, czyli tłumacz hiszpańsko polski w telefonie. W końcu coś nam się udało zamówić. Ja się zdecydowałem na pimientos asados (pieczona papryka) i parilladas carne (mięso z grilla).  Zanim pan przyniósł to co sobie wybraliśmy, najpierw na stole pojawiły się przystawki. Sześć różnych dań, po dwa talerze każdej. Każdy zatem mógł spokojnie wszystkiego posmakować. Jedzenie w El Meson De Mati nie było wykwintne, ani nawet wyszukane, ale z całą pewnością świeże, smaczne, przypominające zwykłe domowe potrawy. Za wszystko nasza szóstka zapłaciła 190 Euro. Tylko ten chłód emocjonalny, nie dający cieszyć się posiłkiem.


       Po wyjściu z gospody obraliśmy azymut na Lidla, którego szyld widać było z daleka. Była zatem jeszcze jedna okazja do spaceru po wieczornej, pełnej najróżniejszych barw Ceucie. Za dnia miasto wyglądało ciekawie, ale po zmroku było fascynujące. Różnorodność ludzkich typów. Architektura ilustrująca wpływy kultur z wielu stron.  Trochę chaosu, trochę bałaganu, spory ruch samochodów. Nawet McDonald’s z zewnątrz wyglądał inaczej, niż zwykle, ładnie wtopiony w otoczenie. Nie zawiódł nas Lidl, w którym kłębiło się mnóstwo ludzi. Zdecydowanie większy niż te w Polsce i nieźle zaopatrzony. Ale po Ceucie pozostał wilki niedosyt. Prześlizgnęliśmy się po niej bardzo powierzchownie. Po poza jedną knajpą i Lidlem nigdzie nie weszliśmy, nigdzie nie przystanęliśmy by choć przez chwilę chłonąć różnymi zmysłami atmosferę miasta. Właściwie niewiele będzie do wspominania. No cóż, jak na miasto, którego barwna historia sięga V wieku p.n.e. to słabo jakoś te nasze odwiedziny wypadły. Rano, przed wypłynięciem w dalszą drogę, jeszcze wyskoczyłem na krótki spacer z aparatem w ręku, ale to nie zmieniło ogólnego wrażenia niedosytu.


       Na środę, kolejny dzień naszej eskapady, mamy bardzo skromne plany żeglarskie, chcemy dotrzeć na drugą stronę cieśniny, do Gibraltaru. Jest piękna pogoda, sprzyjający wiatr i wspaniały nastrój. To takie chwile, gdy sobie myślę, że nic więcej mi do szczęścia nie potrzeba. Czasami coś oczywiście trzeba zrobić na jachcie, czasami trzeba stanąć za sterem, ale to niczego nie zmienia. Jest pięknie. A do tego jeszcze od czasu do czasu pojawiają się delfiny, których w tej okolicy nie brakuje. Ich śmiejące się mordki wszystkich wprawiają w pogodny nastrój. Ale to miejsce jest niezwykłe z innego powodu. Niemal cały czas widzimy „Skałę”. Im bliżej do niej podpływamy tym trudniej oderwać od niej wzrok, ma w sobie jakąś magnetyczną siłę. Gdy kilka dni temu zobaczyłem ją pierwszy raz, to to zauroczenie złożyłem na karb tego, że to pierwszy raz. A teraz jest kolejny raz i dalej to samo. Ta skała wyskakująca wysoko w górę niemal prosto z morza jest naprawdę niezwykła. Do tego jeszcze wyobraźnia się podłącza z różnymi obrazami, z długiej i niezwykle bogatej historii tego miejsca.


       Wiatr znowu słabnie. Ale to już nie ma znaczenia. Gapiąc się na”Skałę” wpływamy do Zatoki Gibraltarskiej. Podobno sama nazwa Gibraltar, to zniekształcone arabskie Dżabal Tarik – Góra Tarika. Najpierw mijamy część brytyjską. Jak twierdzą bywali w świecie, marina tam jest droższa i nie taka fajna jak w części hiszpańskiej. Po drodze mijamy liczne statki handlowe stojące na kotwicy. Dopływamy w końcu do bardzo okazałej mariny: Alcaidesa Marina. Grzecznie zatrzymujemy się przy biurze aby załatwić formalności. Tuż obok nas stał imponujący jacht Rhea, 179 stóp (54,6m) długości. Wyglądał na klasyczny kecz, ale okazało się, że został zwodowany w … 2017 roku. Po chwili zaczął odbijać i odpłynął.
       Marina jest nowoczesna, ładnie zagospodarowana, oferuje wszelkie potrzebne udogodnienia łącznie z bardzo przyzwoitymi sanitariatami. Co najważniejsze są tam 624 miejsca postojowe dla jachtów o wielkości od 8 do 100 metrów. Po sąsiedzku jest stocznia jachtowa. Super! Co prawda jest już mocno po sezonie i wolnych miejsc nie brakuje, ale i tak marina robi bardzo dobre wrażenie. No i co jest również istotne, blisko stąd do części brytyjskiej. A ”Skałę” mamy jak na dłoni.
       Przed wyruszeniem „w miasto” robimy sobie na jachcie prawdziwą ucztę. Wiadomo przed spacerem należy się wzmocnić. Jeszcze w Polsce Bolek przygotował mięso na trzy obiady. Tym razem padło na wyśmienite de volaille z ziemniakami w mundurkach i sałatką. Danie główne poprzedzone było desą świetnych serów. Nie zabrakło też stosownych napitków. No tylko jakoś ciężko było po tym się podnieść od stołu i wyjść z jachtu. Mocno musieliśmy wytężyć naszą nadwątloną wolę odkrywców by zebrać się w sobie.  Jednak świadomość, że jesteśmy w jednym z bardziej niezwykłych miejsc w Europie pomogła nam wyjść na spacer.


       Już odzwyczailiśmy się w Europie od granic. A tu na „dzień dobry” przejście graniczne ze sprawdzaniem dokumentów, kontrolą bagażu i mundurowymi z bronią. Nas przepuścili bez problemu. Jednak od czasu do czasu można było zauważyć jak z groźną miną kogoś kontrolują. Łatwo przyzwyczajamy się do dobrego i zapominamy, że świat wcale nie jest doskonały. Z resztą historia Gibraltaru jest na tyle bogata i pełna zakrętów, że sama w sobie może stanowić podstawę do długich i wciągających dyskusji. Do Brytyjczyków należy od 1713, kiedy to został im przyznany na mocy traktatu pokojowego z Utrechtu. I od tej pory jest ważną twierdzą Zjednoczonego Królestwa. Nie brakowało zakusów aby ją Brytyjczykom odebrać. Do tej pory miejsce to jest puntem spornym w relacjach Hiszpanii i Wielkiej Brytanii. W roku 1967 i 2002 odbyły się nawet referenda na temat możliwości przejścia pod jurysdykcję hiszpańską, jednak ten pomysł nie spotkał się z przychylnością większości mieszkańców Gibraltaru.  
       Zostawiamy za sobą poważne rozważania, bo zaraz za przejściem granicznym mamy koleją atrakcję tego miejsca: lotnisko. Niesamowite. Pas startowy od jednego brzegu do drugiego brzegu. Początek oznakowani podejścia stoi w wodzie. Ale to nie koniec. Ten pas przedziela też miasto. Nie można objechać lotniska bokiem. Bardzo ruchliwa ulica, Winston Churchill Ave., po prostu przecina pod kontem prostym pas startowy. Samochody sobie jeżdżą, ludzie chodzą, normalnie jak to w mieście. Nie mogłem sobie darować i zrobiłem kilka kroków w bok by przez chwilę stanąć na środku pasa startowego i popatrzeć jak to wygląda z tak małej odległości. A tam na końcu woda!  Dla nas, Polaków, Gibraltar kojarzy się również ze smutną kartą historii. To właśnie tutaj, po starcie z tego lotniska, 4 lipca 1943 roku tuż prze północą, po 16 sekundach lotu, samolot B24 Liberato II LB nr AL523 spadł do wody po wschodniej stronie półwyspu. Na pokładzie samolotu znajdował się m.in. Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych, generał Władysław Sikorski. W sumie zginęło wtedy 16 osób. I do tej pory nie ma jednoznacznej odpowiedzi jakie były przyczyny i okoliczności tej katastrofy.


       Po chwili wchodzimy w Main St.. Mam wrażenie jakbym znalazł się gdzieś w zupełnie innym miejscu. Znajome budki telefoniczne, znajome szyldy, charakterystyczne pub’y. Całkiem sporo ludzi. Jakże barwny ten tłum. Jakby jakiś zapomniany fragment Londynu. Spacerujemy nieśpiesznie chłonąc atmosferę miejsca. Choć, oczywiście żeglarze nie piją alkoholu, zaglądamy do wyjątkowo dobrze zaopatrzonych do sklepów z napojami wyskokowymi. Chcemy sprawdzić, czy faktycznie ceny tutaj są takie atrakcyjne. No i faktycznie są. Skoro tak, to już na słowo wierzymy, że podobnie jest w sklepach z kosmetykami i biżuterią. Po pewnym czasie otoczenie się zmienia. Właściwie trudno powiedzieć, z czym to można skojarzyć. Pełen eklektyzm z elementami solidnej twierdzy. Dochodzimy do kolejki górskiej, którą można wjechać na „Skałę”. Zamierzamy jednak stopniować doznania, tym bardziej, że słońce jest już bardzo nisko, i zostawiamy sobie tę przyjemność na następny dzień. Na razie idziemy jeszcze kawałek dalej i wchodzimy do ogrodu botanicznego Alameda Gardens, który został założony w 1816 roku przez gubernatora Gibraltaru sir George Don. Tu przed zapadnięciem ciemności ogród sprawia niesamowite wrażenie. Niesamowicie bujna roślinność i jakaś niesamowita ilość niemiłosiernie hałaśliwych ptaków. Pojawiają się tabliczki z napisem: „Nie karmić makaków.” Jednak tych ostatnich nie spotykamy na swojej drodze.


       Robimy odwrót. Wracamy do „londyńskiej” części miasta. A skoro tak, to czy mogło być inaczej. Lądujemy w pubie. Ten nazywał się The Horseshoe. Bardzo typowy angielski pub. Usiedliśmy sobie przy stolikach ustawionych na chodniku. Szef jakiś taki zblazowany, a może nieufny wobec nas, w każdym bądź razie ponurak. W niczym to nam jednak nie przeszkadzało, zamówiliśmy co mieliśmy zamówić i wesoło spędziliśmy kolejną godzinę.   
       Jak zaplanowaliśmy, tak zrobiliśmy. Zaraz po śniadaniu wyruszamy w kierunku „Skały”. Starsi panowie (poza jednym dżentelmenem) muszą roztropnie gospodarować swoimi siłami. W związku z tym, zaraz po przekroczeniu granicy wsiadamy do autobusu miejskiego i za niewielką opłatę dojeżdżamy do Cable Car. Bo chyba nikt nie myślał, że będziemy wchodzić na górę. Wjazd kosztuje 11 GBP, nie jest to więc opłata symboliczna, ale jak już się rzekło, starsi panowie muszą szanować swoje siły. Wagonik jest już nieco leciwy. Pokonanie 412 metrów zajmuje mu 6 minut. Naprawdę warto dostać się na górę, widok we wszystkie strony był zachwycający. My byliśmy tam stosunkowo wcześnie, więc słońce znajdujące się nisko nad horyzontem w połączeniu z mgłą unoszącą się nad wodą, potęgowało jeszcze wrażenie.


       Chwilę po wyjściu z wagonika spotykamy pierwsze makaki, dokładniej makaki berberyjskie, z których słynie „Skała”. Sporo jest ostrzeżeń aby ich nie karmić i zachować ostrożność, bo mogą coś podwędzić, albo, jak się zdenerwują, mogą ugryźć. Na szczęście, te które ja spotkałem były bardzo przyjaźnie nastawione i spokojnie pozowały do zdjęć. 


       Wędrując po kolejnych fragmentach góry natrafia się na działa z różnych epok. To broń za pomocą, której kolejni włodarze tego terenu, zapewniali sobie panowanie nad cieśniną. Co prawda współczesne sposoby walki mocno się zmieniło, ale położenie Gibraltaru sprawia, że odgrywa on wciąż ważną rolę. Przystajemy na kolejnym tarasie widokowym (wiele z nich wyposażonych jest w solidne lunety) by podziwiać niezwykłą panoramę. Właśnie trafiamy na moment zamykania drogi przecinającej pas lotniska. Myśleliśmy, że za chwilę będzie startował lub lądował jakiś samolot. A tu nic z tego. Kiedy już zupełnie ustał ruch, wyjechał jakiś samochód obsługi lotniska i przejechał kilkakrotnie wzdłuż całego pasa startowego. Po kilku minutach znowu podniesiono szlabany i normalny ruch odbywał się jakby nigdy nic.


       Na dół postanowiliśmy jednak zejść na piechotę. A co tam! Zejście prowadziło wąską i stromo opadającą w dół drogą. Ciekawe czy to na niej właśnie  kręcono scenę początkową do kolejnego Bonda – „W obliczu śmierci”, z Timothy Daltonem w roli głównej i piosenką A-Ha „Living Daylights”? Przyszedł mi wtedy do głowy taki pomysł aby odwiedzić, obfotografować i opisać miejsca gdzie rozgrywa się akcja filmów o niezwykłym agencie MI-6. Pomysł może i ciekawy, tylko skąd wziąć kasę na jego realizację?
       Schodząc w dół zaglądamy na wystawę „Citi under siege”. Niewielką ale bardzo sugestywną, pokazującą jak się żyło w garnizonie brytyjskim na początku XVIII wieku. W zabytkowym otoczeniu umieszczono kilka figur naturalnej wielkości w typowych sytuacjach z tamtych czasów. Sporo miejsca poświęcone jest zarazom, które wyniszczały brytyjski garnizon. To raczej nie było zbyt wesołe życie.


       W końcu schodzimy na dół. Wracamy do rzeczywistości i do części hiszpańskiej. Jeszcze nie na jacht. Bolek zaprowadził nas do chińskiej knajpy znajdującej się w pobliżu mariny – Restaurante Wok Hong Kong. Restauracja miści się u zbiegu Av. Principe de Asturias i Av. De España. No cóż znowu knajpa nie mająca nic wspólnego z możliwością poznawania lokalnych przysmaków. Trzeba jednak przyznać, że jedzenie było pierwsza klasa. Co ważniejsze po zapłaceniu 13 Euro można było jeść do woli. Były dania gotowe w dużym wyborze, można było też zamówić coś robionego na poczekani. A wszystko to w przestronnym i czystym lokalu. Nie czuć było tak dobrze znanego z wielu chińskich restauracji specyficznego smrodu przypalonego tłuszczu. Zatem, choć kolejny raz nie dane mi było skosztować mojego ulubionego bakalao, to jednak polecam.


       Kończymy nasz pełen wrażeń pobyt w Gibraltarze. Będzie co wspominać. Dzień dobiega końca gdy wypływamy z zatoki na Morze Śródziemne. Bardzo przyjemna nocna żegluga. Zaraz po zapadnięciu zmroku pojawiają się znowu delfiny. Ale tym razem w większej ilości i przez długi czas. Momentami płyną z boku, momentami ustawiają się przed dziobem niczym konie w czwórce ciągnącej rydwan. Niesamowity pokaz, trudno było oderwać od nich wzrok.   
       Wachtę kończymy o trzeciej. Po nas jest nasz kapitan i Bartek. W domu śpię jak kamień. Dopóki nie zadzwoni budzik, niewiele rzeczy jest w stanie wyrwać z objęć Morfeusza. A na jachcie jest inaczej. Każdy dźwięk różniący się od tła, czy zmiana rytmu dźwięków powodują, że natychmiast staram się zorientować w sytuacji. Jak przysłowiowy zając pod miedzą. Nic więc dziwnego, że słyszę kiedy Bolek uruchamia silnik. Znając jego niechęć do pływania na katarynie domyślam się, że wiatr zdechł całkowicie. Później rejestruje jakieś problemy z silnikiem. Skoro jednak Bolek nas nie woła, to znaczy, że nic się nie dzieje. Słyszę jednak, że rzucamy kotwicę. Ale dalej cisza, więc jeszcze trochę się wyleguję. Wychodzę do kokpitu na powitanie pięknie wschodzącego słońca. Okazało się, że Bolek nie chciał abyśmy zbyt wcześnie dopłynęli do Malagi, więc rzucił kotwicę przy Benalmadenie.


       Cumujemy w końcu w Maladze. Znowu powtarzają się korowody z umawianiem się z naszym sympatycznym Diego. Czas dla niego ma zupełnie inny wymiar. A może on w ogóle nie istnieje dla naszego hiszpańskiego przyjaciela. Ruszamy więc na jeszcze jeden spacer po Maladze. Tym razem zdobywamy twierdzę. Wracamy przez centrum okrężną drogą. Już krążąc ciasnymi uliczkami starego centrum zauważamy znacznie większy ruch w mieście niż przed tygodniem. Coś się dzieje. Rozbłysły przedświąteczne dekoracje. Śmiesznie wyglądają drzewka pomarańczy z wiszącymi jeszcze obficie owocami, przyozdobione bożonarodzeniowymi lampkami. W końcu wychodzimy na główną avenide a tam tłum. Żadnych samochodów. Gdzieś dalej scena, na której występuje jakaś piosenkarka. I nagle przypominamy sobie, że przecież w niedzielę rozpoczyna się adwent, więc jest to ostatnia balanga przed okresem oczekiwania i wyciszenia. Całe miasto skrzy się od okolicznościowych światełek. Wzdłuż kei ludzie kręcą się niemal do rana.


       W sobotę rano w końcu udaje się nam spotkać z Diego. Okazał się bardzo sympatycznym i życzliwym człowiekiem. Przy odbiorze jachtu nie szukał dziury w całym. Do wszystkiego podszedł rzeczowo. Gdy dowiedział się, że mamy dostać się na dworzec kolejowy, zaoferował przewiezienie bagaży. Tak więc kończymy rejs w wyśmienitych nastrojach. Było bardzo fajnie. Do następnego!!!



wtorek, 30 stycznia 2018

MALAGA i OKOLICE - cz.2 TARIFA




       Oddanie cum, to zawsze bardzo przyjemna chwila. Coś jakby z człowieka opada. Czuję cudowną lekkość, jakby ulgę. Cały zgiełk zabieganego i pokręconego świata zostaje daleko w tyle. Coś wspaniałego.
       Oczywiście, jak to teraz jest, wyjście z portu na silniku, ale gdy tylko znaleźliśmy się za główkami, kapitan wydaje komendę: żagle staw! No i teraz już zupełnie jesteśmy w innym świecie. Co prawda wiatr ledwo, ledwo dmucha i posuwamy się z minimalną prędkością, raptem 2 kn. Ale, czy nam się gdzieś spieszy? Absolutnie, nie!  Zaraz, zaraz, ale gdzie my właściwie płyniemy? Kapitan robi mądrą minę i po dłuższym namyśle pokazuje z namaszczeniem ręką: Tam! Ogólny kierunek mamy, taaak, a co do szczegółów to się zobaczy. Rozkoszujemy się kapitalną atmosferą. Czas mimo wszystko mija dosyć szybko. Kolejne wachty, kolejne przekąski, kolejne żarty. Płyniemy sobie wzdłuż wybrzeża, mniej więcej na południowy-zachód. Kapitan snuje opowieści o mijanych miejscach, w których już był. Kiedy już zbliżamy się do Punta de Calaburras, Słońce powoli zniża się ku widnokręgowi. Mamy okazję podziwiać barwne widowisko na niebie. Wiatr mamy niemal zupełnie z rufy. No cóż, nasza Bavarka, nie czuje się z tym najlepiej. Od czasu do czasu da się usłyszeć szemranie z tęsknotą w głosie, że to jednak nie to co Lady Melina, którą pierwotnie mieliśmy płynąć. Lady Melina to stalowy kecz Bruce Roberts 432. Całkiem możliwe, że lepiej by płynął na fordziaku niż Bavarka, choć nie jestem pewien, czy faktycznie tak by było przy tym znikającym wietrze, wszak to dosyć ciężka łódka. Tak, czy owak, takie gdybanie nie ma sensu, bo Lady Melina stoi w jednym z hiszpańskich portów z poważną awarią i właśnie dla tego żeglujemy Bavarką, wyczarterowaną w trybie awaryjnym. I też jest pięknie. Nie marudzić!
       Gdzieś tam, w trakcie rozmów pojawia się nazwa Marbella. Może tam zawinąć? Jesteśmy już całkiem blisko. Po kolejnej godzinie, może dwóch, Bolek podejmuje decyzję, że jednak nie. Płyniemy dalej. Robi się noc. Bardzo lubię nocne żeglowanie. Tym bardziej w miejscu, gdzie jest w miarę bezpieczny akwen. Zaczyna się zabawa w odgadywanie światełek. I tych na brzegu i tych na morzu. Jakby niebyło, zbliżamy się do Cieśniny Gibraltarskiej, czternastokilometrowego przesmyku między Europą i Afryką, będącego wyjściem z Morza Śródziemnego na Ocean Atlantycki. Nic więc dziwnego, że ruch statków jest tutaj całkiem spory. Suną jeden za drugim, jak po sznurku. Do tego jeszcze światła na niebie. W takich chwilach bardzo żałuję, że nie posiadłem wiedzy o tym co tam nad nami tak intrygująco się błyska. Na wachcie od 0300 pierwszy raz w życiu miałem też okazję zobaczyć delfiny w nocy. Tym razem nie było ich wiele, ale wrażenie niesamowite. Płynęły głównie tuż pod powierzchnią wody, z niesamowitą prędkością, niczym jakieś torpedy. Do tego fantastycznie odbijały światło Księżyca. Szybko jednak sobie popłynęły w siną dal. Ale co najważniejsze, w tzw. międzyczasie wzmógł się w końcu wiatr.


       Dla mnie jednak wydarzeniem nocy, a właściwie już bardzo wczesnego poranka, było spotkanie z gibraltarską skałą. To jeszcze była nasza, Leszka i moja, wachta, musiało się zatem to wszystko rozegrać sporo przed 0600. Nie powiem, że Skała wyłoniła się nagle, bo byłaby to zbytnia przesada, nawet jak na morskie opowieści. Stopniowo rozjaśniało się i zmniejszał się dystans. I Leszek i ja, jesteśmy miłośnikami fotografii. Były więc takie momenty, że nasz dzielny jacht, musiał radzić sobie sam, bo widok jaki się przed nami rozpościerał był absolutnie niesamowity, nie mogliśmy sobie odmówić zrobienia kilku ujęć tak niezwykłego zjawiska. Potężna skała, wystająca bardzo wysoko z morza, przykryta od góry chmurą, zupełnie jak czapa na miarę. Do tego wszystko pomalowane w ciepłe kolory światłem Słońca dopiero co wychodzącego spod linii horyzontu. Po prostu hipnotyzujące. 

    
       „Skała” powoli przesuwa się poza trawers. Teraz dopiero robi się ruch na morzu. Większość jednostek płynie kursem podobnym do naszego. Dodatkowo pojawiły się statki kierujące się do Gibraltaru, lub z niego wypływające w kierunku Maroka. Minęła jednak szósta i następuje zmiana wachty. Przy sterze staje sam kapitan. To dopiero nazywa się wyczucie czasu. Jak tylko kapitan stanął przy sterze sytuacja zrobiła się „poważna”, jednak jego doświadczenie nie dopuściło do jakiegokolwiek zagrożenia. A wiatr wiał coraz mocniej. I to już nie były żarty, bo faktycznie fest się rozdmuchało. Zmienił się też kierunek wiatru na południowy. I nagle okazało się, że wcale ta nasza leciwa Bavarka nie jest taka zła. Zupełnie dobrze sobie radziła przy, chyba 8 B. (nie sprawdziłem niestety na przyrządach). Naprawdę gorąco zrobiło się bezpośrednio przy podejściu do Tarify. Wiatr raczej nie miał zamiaru zelżeć. Gdy zbliżaliśmy się do solidnego falochronu zauważyliśmy, że z portu wypływa szybki prom. Trzeba było chwilę zaczekać. Kiedy wreszcie weszliśmy w główki ludzie z pilotówki, która towarzyszyła wypływającemu promowi, coś tam do nas krzyczeli. Wyglądało na to, że chcą abyśmy spadali. Ponieważ jednak nie mogliśmy zrozumieć o co im chodzi, po prostu wpłynęliśmy do portu. Ale zanim wpłynęliśmy do basenu, na widnokręgu pojawił się pędzący w naszą stronę taki sam prom, jak ten, który przed chwilą wypływał. Po chwili był już prawie przy główkach. Czyżby to o to chodziło gościom w pilotówce? Na wszelki wypadek odpływamy jak najdalej od miejsca manewrów promu i z cumowaniem czekamy aż prom stanie.   Falochron świetnie spełniał swoją podstawową funkcję: chronił przed falami, ale co do wiatru, to niestety, jego siła w basenie portowym nie była znacząco mniejsza. Manewrowanie zatem nie było najprostsze. Próbujemy przez radio ustalić gdzie powinniśmy stanąć. W końcu wskazują nam miejsce idealne do tego aby przy tym wietrze dobrze poobijać jacht. O spokojnym przenocowaniu absolutnie nie ma mowy. Bolek nie daje się i szuka na własną rękę miejsca. O żadnej marinie nie ma tu mowy, ale wynajdujemy miejsce między jednostkami rybackimi, całkiem przytulne. Biorąc pod uwagę warunki pogodowe, to wielki szacun dla naszego kapitana za pełne gracji podejście do kei.


       Jak to zwykle po zakończeniu cumowania, robimy klar na jachcie. Wszyscy odetchnęli z ulgą, że udało się w takim fajnym miejscu stanąć. Nie wiadomo, czy ktoś nas stąd nie przegoni, ale co by się nie zdarzyło, na razie mamy niezłą miejscówkę. Nie jest to marina, a zwyczajny port rybacki, z jednym ale za to intensywnie użytkowanym miejscem promowym. To jest połączenie do Tangeru i jak mogliśmy się przekonać, cieszy się sporą popularnością. Port różni się od innych tego typu miejsc, że bardzo trudno jest tam zapłacić za postój, nikt nie chce przyjąć pieniędzy.
      Tuż przy porcie, na wzniesieniu dumnie góruje nad okolicą zamek wybudowany w X wieku przez Arabów. Oczywiście przebudowywany w późniejszych czasach. Ale arabski fragment historii jest o tyle ważny, pomimo, że historia miasta została zapoczątkowana przez Fenicjan, że obecna nazwa miasta pochodzi od nazwiska arabskiego wodza Tarifa ibn Malika, który zdobył miasto w 710 roku. Miasto pozostawało pod panowaniem Arabów aż do 1292 roku. W tymże właśnie roku król Kastyli i Leonu Sancho IV Dzielny, którego pomnik znajduje się przed wejściem do twierdzy, wspierany przez Aragonię i muzułmańską Grenadę (!) odbił miasto z rąk Merynidów.


       Zwiedzanie zamku tuż przed zamknięciem, zdecydowanie po sezonie, ma w sobie wiele uroku. Byliśmy niemal jedynymi gośćmi. Nie musieliśmy walczyć o dobre miejsce w punktach widokowych, nie przepychaliśmy się na wąskich schodach, nie była jazgotu zagłuszającego myśli. Można było spokojnie chwilę postać i powpatrywać się w morze, w odległy o ok 20 km brzeg Afryki, czy z drugiej strony na gęstą zabudowę niewielkiego miasteczka z licznymi arabskimi akcentami w architekturze. I to zachodzące Słońce. I ta niezwykła cisza niemal bezludnego miejsca.


       Zamek, historia, zaduma… To wszystko jest bardzo fajne, ale powoli zaczynały dawać o sobie inne potrzeby. Opuszczamy więc pełne tajemnic zakamarki zamku i zanurzamy się w labirynt uliczek. Tu też spotykamy tylko nielicznych przechodniów. Robimy lekki łuk i trafiamy na Iglesia de San Mateo – XV wieczny kościół z barokową fasadą i gotyckim wnętrzem. Na chwilę przystajemy. Wkrótce ruszamy jeszcze żwawszym krokiem i w końcu jest! Knajpka, stoliki na chodniku i piwo! Cafe Central okazało się właśnie tym, czego w tym momencie wszyscy najbardziej potrzebowali. Cafe, jak to cafe, specjalnie nie pojemy, napić się jednak można, a Zbyszek i Mirek jako ludzie bywali i doświadczeni, „załatwili” jakieś pieczywo w pobliskiej piekarni więc i zagrycha była. 


Po zregenerowaniu nieco sił mogliśmy przystąpić do dalszych peregrynacji po tym najbardziej na południe wysuniętym mieści Hiszpanii kontynentalnej. W końcu trafiliśmy na deptak miejski wzdłuż Avenida de la Constitucion, a tu proszę ja kogo, knajpka przy knajpce. Tak długo nie mogliśmy się zdecydować, że doszliśmy niemal do końca tego urokliwego zakątka i przysiedliśmy w La Ternera Mimosa. Zamówiliśmy sobie kalmary i ogromnego steka. Niestety zdania na temat jakości jedzenia były bardzo podzielone. Ktoś tam optował za kalmarami, ktoś za mniej wypieczonymi częściami steka, ktoś narzekał, że kalmary są gumowe, ktoś, że stek jest źle wypieczony,  a ja muszę ze skruchą przyznać, że nic mi nie smakowało. Kalmary? Kochani zapraszam na Lastovo do Zaklopaticy do konoby Santor, tam podają dobre kalmary. Jedyne co było warte uwagi to Rioja z Hacienda Lopez de Haro. Niestety nie była w cenie wina kartonikowego, więc na dwóch butelkach się skończyło. Koledzy nie byli skłonni docenić wyśmienitego smaku tegoż napoju.

      Spacer po barwnej Tarifie się skończył. Grzecznie udaliśmy się na spoczynek, a rano, z pewnym zaskoczeniem skonstatowaliśmy, że nikt nas nie chciał przegonić z tej zacnej miejscówki. A zatem, śniadanko i w drogę – kierunek Ceuta, znaczy się Afryka! 


niedziela, 21 stycznia 2018

MALAGA I OKOLICE - cz.1 MALAGA



            Listopad w naszym kraju nie należy zazwyczaj do najpiękniejszych miesięcy. Deszczowo, wietrznie i ogólnie szaro-buro. Nie potrzebowałem więc specjalnych zachęt by zdecydować się na tygodniowy rejs u południowych wybrzeży Hiszpanii. Ale dla czego tylko tydzień? No dobra, niech będzie. Pakuję manele i ruszam do Wrocławia, bo z tego miasta mamy bilety do Malagi gdzie czeka na nas jacht.
       Start samolotu jest o jakiejś zupełnie barbarzyńskiej porze. Nie pozostaje mi nic innego jak wybrać się w drogę dzień wcześniej. I bardzo dobrze, bo jest wreszcie okazja spotkania kolegi z tego pięknego miasta i odwiedzenia jakiegoś zacnego przybytku gastronomicznego. Oczywiście jak przystało na dobrego gospodarza, Darek zorganizował nocleg i wcielił się w rolę przewodnika. Zakwaterowanie w Cinema-Hostel. Nie mam zwyczaju kaprysić na warunki hotelowe jeśli tylko jest czysto i można w miarę wygodnie przyłożyć głowę do poduszki. Cinema-Hostel oba te warunki spełniał, do tego zlokalizowany jest bardzo blisko wrocławskiego rynku. Poza tym „bida”, dla tych co z plecakiem na jedną noc. Spacer wieczorową porą zawsze dostarcza przyjemnych wrażeń. Wszędzie sporo ludzie, wszędzie gwarno. Nie jest łatwo znaleźć wolne miejsce. Jakoś jednak się udaje i robimy pierwszy postój, na kolację. Kiedy już oddaliliśmy od siebie widmo głodu wyniszczającego okrutnie nasz organizm, ruszamy dalej na poszukiwanie dalszych atrakcji. Nawet w tak sympatycznym mieście jak Wrocław listopadowe wieczory nie należą do najbardziej sprzyjających długim spacerom. W przyknajpianych ogródkach ludzie zgromadzeni wokół promienników ciepła. Kurtki i płaszcze pozapinane pod samą szyję. Łaskawy los kieruje nas do portugalskiej winiarni. W takim miejscu nawet jesienna szaruga nie jest straszna. Uśmiechy na twarzy, wartko płynąca pogodna rozmowa i od czasu do czasu łyczek wyśmienitego wina. Kiedy druga butelka błysnęła dnem uznaliśmy, że pora kończyć.
       Okrutna pobudka w środku nocy. Jakiś sen z innym kolegą w roli głównej i telefon … Telefon we śnie i na jawie. O co chodzi? Aaa, to Bolek, nasz kapitan dzwoni abym przypadkiem nie zaspał. Ok., szybka toaleta i wypad. Po chwili podjeżdża Mondeo z Bolkiem, jego żoną, która odprowadzi samochód z powrotem, i z Leszkiem. Po drodze zabieramy Mirka i na lotnisko, gdzie czeka Zbyszek. Załoga prawie w komplecie. Bartek doleci do Malagi z Warszawy. Lotnisko we Wrocławiu jest bardzo kameralne, nie trzeba pokonywać dziesiątek kilometrów aby dotrzeć do właściwego miejsca, nie ma też obawy, że się zabłądzi. Sklepy z upominkami zaopatrzone tak sobie, ale każdy z nas coś tam dla siebie znalazł. Ja wybrałem Soplicę wiśniową. Niestety lecimy Ryanairem. Ponieważ jestem w naszej ekipie najobszerniejszy, koledzy odstępują mi miejsce przy wyjściu awaryjnym, gdzie jest najwięcej miejsca na nogi. Kąta pochylenia oparcia już zmienić się nie da.


      Malaga! Pięknie, słonecznie i cieplutko. I do tego całkiem wcześnie rano, będzie trochę czasu na spacer po mieście. W zasadzie już nic więcej mi nie potrzeba. Z lotniska do centrum jedziemy metrem, szybko i sprawnie. Spacer ze stacji metra do portu z bagażami nie jest wielką frajdą, ale okoliczności przyrody i perspektywa rozpoczynającego się rejsu nieodmiennie podtrzymują w nas dobry humor. Port w Maladze, jak to port, rozległy, cały ogrodzony i wybetonowany. Te wybetonowane połacie terenu w połączeniu z mocnym słońcem i zupełnie znikomym ruchem, tworzą niesamowity klimat. Taka trochę industrialna pustynia. Dopiero kiedy docieramy do miejsca, do którego chcieliśmy dotrzeć, trafiamy na kilka osób. Dosłownie kilka. Ale czy na pewno tu mieliśmy dotrzeć? Przy kei stoi jakiś zrujnowany Clipper. Leszek oznajmia nieco spóźnionemu Zbyszkowi, że to właśnie nasz jacht. Co prawda nie działa przekładnia, ale jest decyzja, że ruszamy. Zdezorientowany Zbyszek nieco się zawahał. Że niby co, że ten wrak? No może jednak nie. Trudno tu o jakieś biuro, tym niemniej załatwiamy wszystkie formalności, łącznie z zabezpieczeniem kaucji, ale naszego jachtu w tym miejscu nie ma. Ten jest przy promenadzie, kawał drogi stąd. Trzeba obejść cały port dookoła. Diego proponuje najpierw zawołać taksówkę. Widząc jednak w nas brak zapału do tego rozwiązania Diego, właściciel a może tylko jakiś kierownik, staje na wysokości zadania, wysyła swojego człowieka po jacht. Nie będziemy musieli tarabanić się z bagażami taki kawał drogi, ani wołać taksówki, zostaniemy na miejsce przewiezieni wyczarterowanym jachtem.                               


       Dosłownie przewiezieni, bo na razie Diego dzierży ster. Cumuje przy kei przy bulwarze – Paseo de la Farol (latarni). Teraz dopiero przekazuje jacht w ręce Bolka. Zanim się oddali prosi abyśmy przejrzeli jacht. Mamy przekazać mu swoje uwagi popołudniu jak ponownie się spotkamy. Rzucamy się na jacht aby obnażyć wszelkie jego niedomagania. Zaglądamy w każdy kąt starej Bavarii 36. Robię nawet parę zdjęć różnych zadrapań i uszkodzeń. Pomni doświadczeń z Chorwacji czy Grecji, staramy się niczego nie przeoczyć, bo za każde przeoczenie przyjdzie nam zapłacić. Na szczęście nie znajdujemy poważniejszych usterek. Brakuje czajnika, jakiegoś garnka i bandery hiszpańskiej. Bolek zgłasza telefonicznie nasze uwagi. Diego ma niebawem przyjechać i uzupełnić braki.


       W końcu możemy jak ludzie zasiąść w messie a nasz kapitan może wznieść uroczysty toast za rejs. Rozlewamy do naczyń pigwówkę i już czujemy że rejs się rozpoczął. A skoro tak, to trzeba zrobić zaprowiantowanie. Bolek jako człowiek bywały w świecie wskazuje nam najbliższy duży sklep. Robimy listę zakupów, które dzielimy na trzy dwuosobowe zespoły i ruszamy do akcji. Zespół odpowiedzialny za zakup piwa nie miał najlepszych wieści. W naszym sklepie piwo było tylko w puszkach 250 ml. Zmęczenie zakupami było okrutne. Siedliśmy zatem w kokpicie i sięgnęliśmy po dopiero co zakupiony napój regeneracyjny. Ku naszemu wielkiemu zdziwieniu napój bardzo szybko znikał i niebawem był bliski wyczerpania.
       Diego jakoś się nie pojawiał. Bolek skontaktował się z nim telefonicznie i okazało się, że tego dnia już do nas nie dotrze, spotkamy się jutro rano, znaczy się mañana. No to ruszamy w miasto. Zaczynamy oczywiście od odwiedzin w toaletach. No cóż, ładnie się prezentuje Malaga od strony portu jachtowego, ale to zdecydowanie nie jest marina z normalnym zapleczem. Nie ma co marzyć o prysznicach. Toalety są, ale publiczne. Jedne w ciągu handlowym, drugie w garażu podziemnym. Jedne i drugie niezbyt daleko i do tego całkiem przyzwoite, tyle, że nieco tłoczne.


       Będąc w porcie, trudno inaczej rozpocząć spacer po Maladze niż od przejścia Paseo de España, wzdłuż którego rozciąga się niezwykła konstrukcja. Gigantyczna, betonowa pergola przypominająca falę. Pod nią liczne niewielkie rzeźby. A tuż obok piękny park. Miejscowi, chyba też lubią to miejsce, bo od rana jest tam duży ruch. Najpierw biegacze, później mamy z małymi dziećmi i starsi ludzie, po południu wszyscy.
       Kiedy po przejściu szerokiej, bardzo ruchliwej ulicy zanurzamy się w wąskie i bardzo gwarne ulice starego centrum, znajdujemy się na terenie, którego granice wyznaczają arabskie mury. Na początek  trafiamy na tutejszą katedrę. Santa Iglesia Catedral Basilica de Encarnacion to okazała renesansowa budowla wybudowana w latach 1528-1782. Bogactwo zdobień robi wielkie wrażenie. Ale to nie tylko zabytek, ale też żyjący kościół, gdzie toczy się normalne życie religijne. Wnętrze jest tak zorganizowane, że nawet w czasie mszy można spokojnie wejść aby nacieszyć się pięknym wnętrzem i nie przeszkadzać modlącym się ludziom.


       W dobrym towarzystwie wyjście do miasta zwykle kończy się odwiedzinami w jakimś zacnym lokalu. Nie ukrywam, że wybierając się na ten spacer również liczyłem na coś ciekawego w tej dziedzinie. Bardzo się stęskniłem za bacalao, który jak dotąd jest moją ulubioną hiszpańską potrawą. No cóż, Bolek już tu był i zaoferował się, że zaprowadzi nas w okolice starego targowiska Mercado de Salamaca, w pobliżu którego, podobno sobie nieźle pojedli. O.K. prowadź wodzu! 


       W tzw. międzyczasie zapadł zmrok i stare uliczki rozświetlone licznymi neonami i barwnymi witrynami, stały się jeszcze bardziej klimatyczne. Ludzi też jakby jeszcze przybyło, zrobiło się bardzo gwarno. A Mercado de Salamanca wciąż nie widać. Pojawiły się pierwsze wątpliwości, czy aby na pewno wiemy gdzie idziemy. Mam wrażenie, że jednak prawdziwą przyczyną sarkastycznych żartów z naszego przesympatycznego kapitana nie były wątpliwości do słuszności obranego kierunku, a po prostu coraz bardziej dokuczający głód, a to jak wiadomo jest wyjątkowo złośliwa bestia. Do tego zdaje się, że nie wszyscy w naszej załodze byli z zamiłowania wytrwałymi piechurami. 


       Koniec końców docieramy do Mercado de Salamanca, obiektu wybudowanego w latach 1922-1925 na podstawie projektu Daniela Rubio Sancheza. Jest przykład tzw architektury neoarabskiej. Podobno w jego obrębie wciąż kontynuuje swoją tradycyjną działalność 48 straganów. Podobno, bo gdy tam dotarliśmy wszystko było już na głucho pozamykane. A i okolica też wydawała się, w porównaniu do poprzedniego kwartału, jakby nieco opustoszała. Co gorsza nie zastaliśmy tam obiecanego lokalu. Ach tam obiecanego, żadnego. Zarządzamy odwrót z solennym postanowieniem zakotwiczenia w pierwszej przyzwoitej knajpie. Mimo podświadomego przyśpieszania kroku, powrót do starego centrum zajął nam kilka minut. Pojawiły się też niejakie trudności z podejmowaniem decyzji. Mimo już mocno doskwierającego głodu i obolałych nóg, nie mogliśmy zdecydować się na żaden lokal. I nikt nie widział czego my właściwie szukamy! W końcu mocno wyczerpani doczłapaliśmy do całkiem sympatycznego niewielkiego placyku. Przytulny, kolorowy, ładnie podświetlony, z jakąś fontanną i rzeźbą, a co najważniejsze z jakąś gastronomią. Zupełnie nie wiadomo z jakiego powodu wybieramy lokal A la Turca Pizza kebab. Co nas podkusiło, w Hiszpania lokal Pizza a la Turca?! Kto wybrał kebab lub inną wersję typowo tureckiego mięsa jeszcze jako tako mógł być zadowolony. Bartek wybrał pizzę. Pizza w Hiszpanii w tureckiej knajpie? To musiało się źle skończyć. Na szczęście wino i piwo trzymało poziom, i to całkiem przyzwoity.


       Na jacht wracamy porządnie umordowani, do tego, przynajmniej jeśli chodzi o mnie, mocno rozczarowany kulinarnie. Na szczęście nasz okręt był już dobrze zaprowiantowany i mogliśmy sobie zrobić w messie przyzwoitą dogrywkę. Póki co rejs przebiegał raczej pod znakiem chodzenia. Mój krokomierz zameldował wykonanie ponad 15270 kroków.


       Niedzielny poranek rozpoczynamy od prób skontaktowania się z Diego, przydałaby się jednak korba do kabestanów i bandera hiszpańska, a i jakiś garnek również. Wypełniamy oczekiwanie na naszego przyjaciela jeszcze jednym spacerem po mieście. Żaden konkretny cel, ale to tu to tam. Jakieś drobne zakupy. W jednym ze sklepików wachlarze dla mojej żonki, pod zamkiem (Alcazaba) płyty od ulicznego muzyka. Nie było możliwości odsłuchania zakupionych CD-ków, ale pan fajnie grał na żywo, dobrze wyglądał i wydawał się bardzo przyjazny. Po dokonanej transakcji, wziął ode mnie obie płyty i napisał na nich „specjalnie” dla mnie dedykacje. W ogóle, mimo, że Bolek straszył nas, że wszystko będzie w niedzielę pozamykane, okazało się,  że nie było tak źle. Uzupełnianie braków jachtowych zaczęliśmy od dwóch chińskich „supermarketów”. Później okazało się, że i niektóre hiszpańskie sklepy są otwarte. M.in. udało nam się nabyć banderę hiszpańską, no powiedzmy: banderkę. Do tego udało nam się odnaleźć na jachcie korbę do kabestanu! Nawet nie jedną, a dwie. A Diego, jak nie było, tak nie było. W końcu Bolek podejmuje decyzję o oddaniu cum. Była już prawie 1330. Uff, nareszcie.



Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...