środa, 22 czerwca 2016

ELANEM PO ADRIATYKU - MAKARSKA, DZIEŃ CZWARTY


Stari Grad o poranku

       Świat o poranku wygląda zupełnie inaczej. Ludzie się krzątają przy różnych pracach. Niektórzy siedzą w kafejkach przy porannej kawie. Ale i same miasto jest jakby jakieś inne. Łapię aparat i idę na poranny spacer przed wypłynięciem. Stari Grad też należy do miast o bardzo długiej historii. Co prawda obecnie mieszka tu niespełna dwa tysiące mieszkańców, ale warto wiedzieć, że było to pierwsze miejsce osadnictwa na wyspie Hvar i jednym z pierwszych w całym regionie Adriatyku. I faktycznie na każdym kroku widać świadectwa bogatej historii. Mamy tu pozostałości murów obronnych z IV w p.n.e. i osady rzymskiej. , wczesnochrześcijańskie baptysterium przy kościele Św. Jana z XII wieku, renesansową rezydencję Petara Hektorovicia z ok 1520 roku, kościół Św. Stefana (1605 r.), klasztor dominikanów (1482 r.), barokowy rynek Škor i wiele innych. Ale też widziałem jak w tych wąziutkich uliczkach układa się kanalizację. Współczesność zanurza się w historię. Pracowała taka bardzo mini koparka i uwijali się ludzie. Historia, historią ale jakoś żyć trzeba.
       Czasami tak bywa, że nie możemy rano się zebrać aby płynąć. Załoga rozłazi się jak mrówki na trawniku. Tym razem jednak, mimo, że nie było żadnego przymusu udaje się ogarnąć rzeczywistość dosyć szybko i o 0900 oddajemy cumy. Mamy w planie przystanek przy słynnym Dugim Racie, zwanym też często Zlatym Ratem, na południowym brzegu wyspy Brač. Jeśli jesteśmy w tej okolicy, mamy płynąć Hvarskim Kanałem i mamy ochotę się pokąpać (przynajmniej niektórzy), to gdzieżby indziej aniżeli przy Dugim Racie. To faktycznie jeszcze nie sezon. Oprócz nas jest na razie na kotwicy tylko jeden jacht. Wkrótce podpływają do pobliskiego nabrzeża dwa małe wycieczkowce. Później pojawiają jeszcze trzy jachty. Admiralnie jednak cisza i spokój. Również na plaży nie widać tłumów. Zaraz po zacumowaniu w kokpicie pojawia się jakaś przekąska. Zostaje przyjęta z należytym uznaniem załogi. 

No to do wody.

       Poruszenie na jachcie, szczególnie wśród młodzieży wywołuje to co koledzy dostrzegają na brzegu. Nie na samym cyplu, ale na skalistym brzegu wyspy. Kilka miłośniczek kompleksowego opalania się absorbuje na sobie uwagę co bardziej zgłodniałych. Zaczynają się kąpiele, podpływanie bliżej brzegu. Siła natury jest potężna. Nawet umiarkowanie ciepła woda nie jest w stanie ostudzić emocji co niektórych. Może to nie zupełnie to, ale Tomek zaspokaja głód załogi serwując golonki z ziemniakami z kapustą. Pyszne! Powoli te ziemniaki z kiszoną kapustą stają się tradycją naszych rejsów, i to tradycją bardzo mile widzianą. Postój Dugim Racie trochę nam się przeciągnął, staliśmy tam prawie dwie godziny. No ale nic dziwnego, tyle atrakcji naraz.

Dugi Rat

       Dzień bardzo przyjemnej żeglugi. Niezbyt silny fordewind. Momentami nawet decydujemy się płynąć „na motyla”. Szkoda, że nie mamy spinakera. Pięknie. 

Motyl rozwinął skrzydła

       Makarską, cel na ten dzień, osiągamy o 1700. Wolnego miejsca przy kei pod dostatkiem. Oczywiście przy cumowaniu towarzyszy nam pan z portu. Od razu opłacamy postój. Tym razem jest to 430 kun. Już przywykłem, że Chorwacki skubią turystów bezlitośnie. I nic na to nie poradzimy. Trzeba jednak przyznać, że dużo z tych pieniędzy wciąż inwestują w rozwój infrastruktury. No może nie wszędzie. W Makarskiej, podobniej jak w Starim Gradzie, informują, nas że jeszcze nie ma sezonu i w związku z tym nie ma żadnych sanitariatów. Straszenie to dziwne. Duży, fajny port, jeden z najbardziej znanych i urokliwych kurortów w tej części Chorwacji, a nie ma normalnej mariny. Chyba po prostu w Makarskiej nie lubią żeglarzy. A może uważają ich za niepotrzebny kłopot, skoro „lądowi” turyści zostawiają tu tyle pieniędzy.

Zbliżamy się do Makarskiej

       Wyruszamy w miasto. Mimo, że jeszcze sezon się nie zaczął, ludzi jest całkiem sporo. Mało tego, czuć atmosferę wakacyjnego kurortu. Dookoła gwar i pełno „suwenirowej” tandety. Zupełnie jak w naszych Międzyzdrojach, tyle że bardziej klimatycznie. Małe miasta tutaj, same w sobie mają tyle uroku, że bez dodatkowych upiększeń, często dosyć wątpliwych, przyciągają ludzi z całego świata. Piotr proponuje wypad na kolację do lokalu, który przypadł mu szczególnie do gustu, gdy spędzał tu wakacje z żoną. Mnie, na odwiedziny fajnej knajpy namawiać nie trzeba. Mówisz – masz. Idziemy do Mirakul. Lokal położony przy swego rodzaju deptaku. Z wyglądu specjalnie się nie wyróżnia. Skoro jednak mają dobrą kuchnię to trzeba to sprawdzić. Na początek mała konsternacja. W zimie zmienił się właściciel i załoga. Chwila zawahania. Siadamy i zamawiamy. I wcale nie żałujemy. Bardzo przyzwoite jedzenie.

       Zrobiła się już ciemna noc, gdy wracaliśmy na jacht. Jeszcze tylko jakieś spóźnione zakupy. Jak to dobrze, że w takich kurortach sklepy funkcjonują do późnej nocy. A w środku, cóż za niespodzianka! Co najmniej kilkunastu Polaków. Przed sklepem kolejne dwie grupki. No cóż, Makarska nie lubi żeglarzy, ale nasi rodacy bardzo lubią Makarską

Ruszamy w miasto.


poniedziałek, 20 czerwca 2016

ELANEM PO ADRIATYKU - STARI GRAD, DZIEŃ TRZECI




       Wynurzamy się ospale z koi. Jest piękny wczesny poranek. Rozglądam się w poszukiwaniu wolnego miejsca przy kei, ale niestety nic takiego nie widać. Trudno się dziwić skoro na niektórych jachtach imprezy trwały do czwartej rano. Znowu nie pozostaje nam nic innego jak czekać. W końcu, koło dziesiątej, zaczynają odpływać pierwsze jachty. Niestety w ciągu nocy nic nie zmieniło się w kwestii długości moich ramion i w dalszym ciągu nie byłem w stanie stojąc przy lewym kole sterowym operować manetką gazu znajdującą się na prawej burcie. Mechanik sugerował aby posługiwać się lewym kołem i to z lekkim naciskiem na jego górną część. Właściwie trudno przewidzieć na ile trwała może być ta prowizorka. Powiadają doświadczeni ludzie, że prowizorki są najtrwalsze, ale jakoś mam wątpliwości, czy aby na pewno. Raczej nie mam ochoty testować w tej sytuacji swojego szczęścia. Dopłyniemy, nie dopłyniemy. A jak się rozsypie? Zakładamy jednak z powrotem rumpel awaryjny.  Chcę być przygotowany na różne ewentualności.  Ruszamy. Udało się, dochodzimy zupełnie spokojnie. Możemy zgłosić serwisowi, że czekamy.

Uliczka w Kut 

     Serwis zapowiedział swój przyjazd na godzinę 1300. Mamy sporo czasu, jednak nie na tyle dużo aby wyruszyć na dłuższy spacer, a szkoda bo Vis ma bardzo długą historię, sięgającą czasów neolitu. W II tysiącleciu na wyspę przybyli Liburnianie, którzy między rokiem 1100 a rokiem 750 pne wybudowali fortyfikacje, a pod koniec VI w pne stworzyli pierwsze państwo iliryjskie na Adriatyku. Może  następnym razem będzie więcej czasu. Jesteśmy w Kut, czyli wschodniej części Visu. Wspinamy się z Zygmuntem na wzniesienie, na którym położone jest miasto. Typowe, bardzo urokliwe dalmatyńskie miasteczko. W tej części Visu spośród wielu zabytków jest tylko Kościół Św. Cypriana. Widok ze szczytu wzniesienia bardzo atrakcyjny. Schodzimy na dół, Zygmunt sprawdza temperaturę wody w zatoce. Jak to często bywa, moje odczucia nieco się różnią od odczuć moich kolegów. Jak dla mnie brakuje jeszcze co najmniej 5o C abym mógł się zanurzyć.

Bulwar w Kut

     W tym samym czasie Michał, Piotr i Filip wypożyczają skutery i jadą sobie poszaleć po górskich drogach Visu.

Nasi szaleni jeźdźcy

       Koło trzynastej przyjeżdża serwis. Nie idzie jednak do nas, lecz do stojącego obok innego Elana. Idę więc za nim zaciekawiony, co też im się przytrafiło. Przy okazji zamieniamy kilka słów o jachcie. Mają jakieś problemy z GPS-em. Skiper jachtu wygłasza opinię dziwnie podobną do mojej na temat Elana. Tak, ładna łódka, ale technicznie jej sporo brakuje.
       Serwismeni są dobrze przygotowani i bardzo sprawnie przebiega naprawa wszystkich usterek na naszej Petrze. Próbują nawet uruchomić nasz telewizor, jednak bez powodzenia. Nasze zadowoleni z ich pracy wyrażamy nie tylko słownie, ale także chmielowym czteropakiem. Płacimy za postój, 160 kun i możemy ruszać.
       Czas upływa błyskawicznie. Jest  już dobrze po piętnastej. Trzeba zmienić plany. Chciałem w czasie tego rejsu dopłynąć do Lastova. Późna pora i lekko nadszarpnięte zaufanie do Elana skłaniają mnie do wybrania bliżej położonego celu, miasteczka Stari Grad na wyspie Hvar.
       Z Visu do Stari Grad płyniemy nieco ponad 4 godziny. Wystarczająco długo, by dostrzec kolejne mankamenty Elana. Zaczęło się do zapasów przy rozwijaniu grota. Wystarczyła jakaś niewielka niedokładność przy zwijaniu, by żagiel zablokował się w maszcie. Cała załoga dzielnie uczestniczyła w tych zmaganiach. Trochę do przodu, trochę do tyłu, w górę, w dół. W końcu jakoś się udało. Załoga zasłużyła na zimne piwo. Kolejna ciekawostka to widoczność instrumentów pokładowych. Co z tego, że są markowe (Garmin) skoro przy pełnym słońcu ich wskazania są prawie niewidoczne. Żadnej osłony ani nic innego co ułatwiłoby odczyt. I kolejna ciekawostka to umiejscowienie przycisków do uruchamiania i wyłączania silnika. Nie mam pojęcia jak to zrobić stojąc przy sterze. Za każdym razem aby uruchomić katarynę należy paść na kolana. Ewentualnie, jeśli ktoś ma dodatkowy przegub na przedramieniu, i to skręcający się we wszystkich kierunkach, to wystarczy jak przykucnie. No cóż sternik musi wykazywać się pokorą.

Stari Grad

       Wpływamy do dużej zatoki o nazwie takiej jak i miejscowość: Stari Grad. O 1945 pada „Tak stoimy!”. Zwykła miejska keja, wzdłuż której biegnie ulica. Zachodzące Słońcu maluje wszystko ciepłymi barwami. Wszystko robi się nienaturalnie pomarańczowe. Robi się nastrojowo. Z tej sielanki wyrywa nas na chwilę pan z portu, oświadczając, że póki co nie ma sanitariatów ani natrysków. Podobno będą pod koniec czerwca. To jeszcze nie jest sezon. Ale opłatę w wysokości ok 500 kun, tak czy owak trzeba wnieść. Dobrze, że chociaż woda i prąd są dostępne na kei.
       Miasteczko rozłożyło się niezbyt szerokim pasem wzdłuż brzegu zatoki. Tym niemniej nie brak w nim urokliwych uliczek i placyków. Nie często się to zdarza, ale właśnie w Starim Gradzie, tak jest, że bulwar nadbrzeżny wcale nie należy do najciekawszych miejsc. Nie jest brzydki, ale dopiero po wejściu w ciasne ulice robi się interesująco. Nie brakuje tu ciekawych zabytków. No i oczywiście duża ilość zachęcająco wyglądających knajpek. W jednej z nich postanowiliśmy zakotwiczyć na kolację. Zrobiło się już ciemno gdy zasiadaliśmy w La Gitana położonej w tajemniczym zaułku. Ludzi akurat tutaj nie było, ale ludzie z obsługi byli bardzo przyjaźni i radośni, więc skorzystaliśmy z ich zaproszenia. Jeden z nich nawet zagadywał trochę po polsku. Od kilku lat pracuje u nich jakaś dziewczyna z Polski. Większość z nas zdecydowała się na hobotnicę(ośmiornicę) z grilla. Okazało się, że był to bardzo dobry wybór. Mogę z czystym sumieniem polecić.


Dobre miejsce na kolację.

niedziela, 19 czerwca 2016

ELANEM PO ADRIATYKU - VIS, DZIEŃ DRUGI

Milna
       
       Niedzielny poranek. Leniwie wygrzebujemy się z koi. Jest po prostu pięknie. Część załogi wyraża ochotę odwiedzenia pobliskiego kościoła. Właśnie ksiądz wyszedł przed kościół i rozmawia z jakąś kobietą. Wszystko skąpane w słońcu i błogim lenistwie. Nam też specjalnie się nie śpieszy. Mam w głowie jakiś plan rejsu, ale nigdzie nie jest powiedziane, że musimy go zrealizować co do przecinka. Żeglowanie to również wolność. Idą chłopaki na mszę. Ja nieśpiesznie udałem się do recepcji aby opłacić postój. Mimo pewnych niedogodności, ceny nie zostały obniżone. Trzeba było wysupłać 540 kun. A my narzekamy, że operatorzy naszych autostrad nie obniżają cen za przejazd w czasie remontu. Wypłyniemy godzinę później. A co?
       Michał kupił już tu, w Milnie dwie pompki-pistolety na wodę. Zawsze mu w głowie jakieś dowcipy. Trzech kolegów poszło do kościoła, Michał poszedł się przejść, a do pompek dorwał się Filip. Pierwszą pompkę od razu zepsuł. Czy ma taki talent, czy jakość tego sprzętu była taka dobra, tego już się nie dowiemy. Za to z całą pewnością wiadomo, kto został potraktowany pompką jako pierwszy. Mógłbym ogłosić konkurs w tej sprawie, ale byłby on zbyt łatwy, więc nie zrobię tego. Mina Michała bezcenna. 

Śmigus-dyngus
       W końcu udało się jakoś zagonić wszystkich na pokład i koło 1100 wypłynęliśmy w dalszą drogę. Prognoza całkiem sympatyczna. Ma wiać do 25 kontów, czyli do 6 B. Zapowiada się niezła jazda. Zanim wypłyniemy z zatoki Milna stawiamy żagle. Gdy wychodzimy poza Splitskie Wrata, czyli cieśninę między wyspami Šolta i Brač faktycznie daje się odczuć rześki wiatr. W pewnym momencie wiatrowskaz pokazał nawet 30 knotów, czyli 7B. Piękne żeglowanie, fala jeszcze nie zdążył specjalnie się zbudować. Dodatkowo wieje od strony Visu, do którego płyniemy, więc wyspa stanowi naturalny falochron. No i końcu jacht ma 44 stopy długości, dla niego takie warunki nie powinny stanowić żadnego problemu. Widzę jednak, że Tomek musi się mocować ze sterem. Jacht się dosyć mocno kładzie. O.K. zmniejszamy grota. Jacht jednak dalej dziwnie się zachowuje. 

Piękna jazda

       Wpatruję się w rysujący się przed nami zarys wyspy Vis i cieszę się fajnym żeglowaniem, gdy nagle słyszę za plecami jakieś mocne uderzenie, zupełnie jakby jakaś szeroka deska spadła płasko na podłogę. Pewnie których z chłopaków coś upuścił. Odwracam się odruchowo na ten dźwięk i widzę, że wolne koło sterowe, nie te przy którym akurat stał sternik jest jakoś dziwnie przekoszone. Ale drugie się trzyma i jacht zachowuje sterowność, choć wszystko to wygląda jakoś nie tak. Aby zmniejszyć obciążenia na sterze jeszcze bardziej refujemy żagle. Trudno powiedzieć co się stało, ale podczas próby zarefowania genuy strzela linka rolera i genua szaleje na wietrze. Być może, ten kto odblokowywał bloker nie otworzył go do końca a ten drugi zakręcił mocno kabestanem, co przeniosło na zablokowaną linę ogromną siłę, w efekcie czego lina została przecięta. Tomek z Michałem myśleli, że zdołają opanować szoty genuy, którymi szarpało jak szalonymi. Nic z tego, to zbyt duża siła. Trzeba też żagiel po prostu ściągnąć. W tym czasie strzelająca niczym bat genua rozerwana została na wysokości salingu. Na szczęście jesteśmy już blisko i zaraz schowamy się w zatoce, gdzie będzie można spokojnie wszystko zrobić. W czasie tej szamotaniny nawet nie zauważyłem, że już minęliśmy wejście do właściwej zatoki. Kolejne uderzenie i czuję jak koło sterowe obraca się zupełnie swobodnie nie przenosząc siły na płetwę sterową. No tego jeszcze nie ćwiczyłem. Zakładamy rumpel i kontynuujmy żeglugę do Visu. Ależ z tym rumplem trzeba się na mocować. W Visie kolejna niespodzianka, tu również miejska keja jest w przebudowie i trzeba stanąć w Kut. Ale tam nie ma miejsca, nawet wszystkie bojki są zajęte. Trzeba będzie stanąć na kotwicy. Próbuję elegancko ustawić się na wsteczu, ale operowanie rumplem w tym wypadku wymaga współdziałania dwóch ludzi a i to nie zawsze są w stanie go utrzymać aby nie wyłożył się na burtę. W końcu znajdujemy jakieś sensowne miejsce do rzucenia kotwicy.

Kut
       Robimy klar na jachcie. Armator powiadomiony, jeszcze dzisiaj ma przyjechać serwis. Stoimy dosyć daleko od brzegu a niestety nie mamy silnika do naszego pontonu, a trzeba będzie popłynąć po naszego majstra. W zatoce co prawda fale są niewielkie, ale góry otaczające zatokę słabo chronią przed wiatrem. Wskaźnik pokazuje, że jego siła momentami przekracza 20 knotów (5 B), do 25. Widzę, że kotwica nie trzyma. Podpływamy kawałek i rzucamy również kotwicę zapasową. Pilnie obserwujemy myszkowanie jachtów. Zdaje się, że teraz jest w porządku, ale i tak na noc trzeba będzie wyznaczyć wachty kotwiczne.
      W końcu zjawia się serwis. Jeśli dobrze pamiętam, to Zygmunt i Michał trudzili się na pagajach. Sympatyczny i bardzo kompetentny młody człowiek szybko zdiagnozował szkody. Dokonał prowizorycznej naprawy. Zapakowaliśmy mu podartą genuę. Co najważniejsze załatwił sobie transport powrotny portową motorówkę, bo dosyć trudno byłoby naszym pontonem przewieść te wielkie i ciężkie płótno. Umówiliśmy się, że następnego dnia rano, jak zwolni się miejsce przy kei podpłyniemy i wtedy wszelkie prace zostaną dokończone. I tylko jedna rada, naszego chorwackiego przyjaciela nie dawała mi spokoju. Zalecił mianowicie aby płynąc do kei sterować tym kołem, które pierwsze odmówiło posłuszeństwa, ale manetka gazu silnika znajdowała się akurat na drugiej burcie. Mam dosyć duży zasięg ramion, ale do czterech metrów to mi trochę brakuje. Dosyć istotny drobiazg, bo przy podchodzeniu do kei rufą synchronizacja pracy steru i silnika jest decydująca i lepiej aby to robiła jedna osoba. No cóż, mam całą noc aby sobie nieco wydłużyć ramiona.
       To nie był łatwy dzień. Załoga jednak sprawiła się znakomicie. Nie było paniki, ani nawet zamieszania. Było zrozumienie powagi sytuacji ale dobry humor nas nie opuszczał. Brawo chłopaki. Jeszcze dosyć długo siedzieliśmy przy kolacji i nie tylko omawiając wydarzenia mijającego dnia. Powoli kończył się dzień pełen wrażeń. Na większości jachtów też już poukładali się do snu. Tylko na flotylli jachtów pod banderą Medsailors, jak zwykle było bardzo głośno do białego rana. Muszę na przyszłość sprawdzać ich planowane marszruty. Może uda się ich nie spotkać.

       Zaczęły się wachty kotwiczne. Na szczęście jacht utrzymuje pozycję.  

Czas na odpoczynek

sobota, 18 czerwca 2016

ELANEM PO ADRIATYKU - START

Marina Croatia Yacht Club
       Jak sobie skomplikować wyjazd do Chorwacji? To proste, wystarczy umówić się kilkoma kolegami, mieszkającymi podobno po drodze, że będzie się ich po kolei zabierało (i później odwoziło). No bo faktycznie, Kwilcz, Wrocław i Bobrowniki Śląskie w zasadzie są po drodze ze Szczecina do Trogiru. Na papierze wygląda to nie najgorzej, nadkłada się raptem ok 150 km. Ale w praktyce sprawy mają się nieco inaczej. Wyruszam ze Szczecina około 1100. Początek drogi bardzo dobry, S3 do Skwierzyny szybko i wygodnie. Niemal cały czas na tempomacie. Jedynie na obwodnicy Gorzowa, gdzie z resztą trwają wytężone prace nad budową drugiej nitki, trzeba zwolnić. Jak już się zajedzie do kolegi, no to trudno nie wypić kawy i nie zjeść, czegoś pysznego.
       Później z okolic Kwilcz do Wrocławia już zdecydowanie gorzej. To jak pokonywanie pola minowego czołgając się. Bardzo wolno i w stałym napięciu. Nawet po wjechaniu na drogę nr 5, Poznań – Wrocław nie jest lepiej. Aż trudno uwierzyć, że dwa tak ważne miasta mają tak beznadziejne połączenie. Te niespełna 220 km zajęło nam blisko cztery godziny. A u kolejnego kolegi znowu małe conieco, inaczej nie wypada. Z Wrocławia na Śląsk jedzie się autostradą A4 więc znowu nieco przyspieszmy. Hola, hola, spokojnie, aby dojechać do Bobrownik trzeba zdecydowanie zboczyć z autostrady. Robi się wieczór. Krótki postój w Bobrownikach. A jakże, znowu po staropolsku, jakiś poczęstunek i wyruszamy dalej. Całe szczęście, że wszystkim dopisują humory i jakoś kolejne kilometry mijają całkiem przyjemnie.
       Autostradą A1 nasza radosna ekipa wjeżdża do Czech. Uwaga, trzeba kupić winietkę! Później będą kolejne, w Austrii i Słowenii. O ile Czesi jakoś już sobie prawie poradzili z budową autostrad i dróg ekspresowych w tym kierunku, to Austriacy nie za bardzo. Do tego jeszcze tradycyjne roboty drogowe w Wiedniu i mamy pełen obraz beznadziei. Na pocieszenie można dodać, że Słoweńcy, którzy bezlitośnie łupią kierowców na swoich króciutkich autostradach, 30 euro za miesiąc, wreszcie rozpoczęli budowę odcinka autostrady z okolic Ptuj do przejścia granicznego. Więc za kilka lat wreszcie zniknie te wąskie gardło. Tym razem jedziemy w nocy i jest przed sezonem, więc nie stoimy w gigantycznym korku jak to zwykle bywa w ciągu dnia. Z tego samego powodu nie ma też korka na bramkach autostradowych w Chorwacji. Bardzo miłe. Znowu można ustawić tempomat i leniwie dojechać niemal do samego Trogiru.
       Koło południa wjeżdżamy wreszcie na rozległy, skąpany w słońcu, parking przy Croatia Yacht Club. To trzecia, obok mariny ACI i położonej na przedmieściach (Seget) bardzo sympatycznej mariny Baotic, najmłodsza marina w Trogirze. Jeszcze 3-4 lata temu był to teren przemysłowy, bardzo nieprzyjazny. Teraz wszystko zostało uporządkowane, zainwestowano duże pieniądze w infrastrukturę. I choć widać, że wciąż jeszcze coś się robi, to już jest fajnie, tak po żeglarsku. Widać troskę gospodarzy o to aby wszystko dobrze wyglądało i aby żeglarze dobrze się tu czuli. Pewnie musi minąć kilka lat aby miejsce obrosło patyną i dorobiło się swojego klimatu, ale są duże szanse aby tak się stało.

Gotowi do drogi

       Nasze nadzieje na wcześniejsze przyjęcie jachtu, a tym samym wcześniejsze wypłynięcie okazują się płonne. Pani w recepcji Croatia Yacht Club (firmy nota bene zarejestrowanej w Geteborgu) są bardzo przyjaźnie nastawione, ale niewiele mogą pomóc. Serwis miał z naszym jachtem sporo pracy. Obiecują, że się wyrobią do 1530. Ciśnienie jest ogromne, grozi wręcz wybuchem. Ekipa chce na morze! Zaczyna się psychologiczne nękanie obsługi demonstracyjnym zaglądaniem na jacht, pod hasłem, a co to się tam dzieje. Niestety, nasze wysiłki nie przynoszą zbyt wielkiego rezultatu, tym niemniej udaje się przejąć jacht nieco wcześniej,  ok 1430. Po raz pierwszy w moim żeglarskim życiu będę pływał Elanem, a dokładniej będzie to Elan Impression 444 z roku 2014, o mało wyszukanym imieniu, Petra. Pierwsze wrażenie jest pozytywne. Ładna, nowoczesna linia, obszerna messa, niezłe wyposażenie. Nieco wątpliwości wzbudza bardzo wysoka wolna burta. Niby coś za coś, w końcu stąd ta wielkość wnętrza, ale lepiej aby nie wiało zbyt mocna w czasie manewrów portowych. Fajne za to są trzymaki do szklanek i niewielkich butelek w kokpicie, bardzo przydatne. Do tego wi-fi, w obecnych czasach wręcz pożądane przez żeglarzy. Wszyscy są obstawieni różnymi elektronicznymi gadżetami i bez sieci ani rusz. Aby jednak w głowach nam się nie poprzewracało są i drobne uciążliwości. Najważniejsza to chyba, podobnie jak na wielu innych czarterowych jachtach, to brak worków lub jakichś zaczepów do sklarowania lin od obsługi żagli. Jacht wielki, ale z linami nie ma co zrobić. Mamy na jachcie telewizor. Ale tylko mamy, bo urządzenie nie gra i grać nie będzie. Może to i lepiej, bo telewizja wpływa bardzo destrukcyjnie na rozwój życia towarzyskiego.

Elan 444 Impression od środka

      Około godziny 1600 jesteśmy sklarowani, mocno podekscytowani i gotowi do drogi. Padają komendy do odejścia. Volvo-Penta równiutko, delikatnie pomrukuje i powoli opuszczamy marinę. Jak to zwykle bywa z dużym zaciekawieniem patrzymy na stare miasto w Trogirze. Jest bardzo atrakcyjne z każdej strony. Za chwilę jesteśmy na wysokości mariny Baotic, na którą spoglądam z wyjątkową sympatią. To właśnie stąd zaczynałem najwięcej swoich rejsów po Adriatyku. Wypływamy na Splitski Kanal i kierujemy się do Milny na zachodnim brzegu wyspy Brać. Z rozmowy wynika, że z naszej ósemki, poza mną, tylko Michał był do tej pory w tej miejscowości. No to dobrze. Płynie bardzo spokojnie, przy bardzo małym wietrze. Mimo wszystko próbujemy trochę ćwiczyć z żaglami. Nasz kuk Tomek od początku szaleje. Ledwie przepłynęliśmy połowę  krótkiego dystansu do Milny a na stole ląduje ciepły posiłek.

Wypływamy

       Chwilę po 19 wpływamy do zatoki Milna. Mijamy po lewej burcie plażę i Marinę Vlaska. Po chwili po prawej marinę w porcie rybackim. Ani za jedną, ani za drugą specjalnie nie przepadam. Może gdyby u rybaków było lepsze zaplecze sanitarne? Dopływamy do ACI a tu niespodzianka. Główna keja, przy której zwykle cumują jachty gości właśnie jest w trakcie remontu i trzeba cumować po drugiej stronie zatoki, przy miasteczku. Zaparkowaliśmy niemal naprzeciwko zabytkowego kościoła Gospa od Blagovijesti (1783). Nie jest to moja ulubiona opcja. Jakbyśmy rzucili kotwicę na środku ruchliwego skrzyżowania w wielkim mieście, pełno ludzi, ciągły gwar, mnóstwo jeżdżących w tą i z powrotem skuterów. Miałem wrażenie, że oni celowo jeździli w kółko, bo to przecież niemożliwe żeby w takiej Milnie było aż tyle tych pierdzących skuterów. No i do tego dosyć daleko do recepcji. Trudno jakoś to przeżyjemy.

Kuk w akcji

       Jesteśmy na wakacjach, więc nie będziemy się przejmować tym, że wokół nas ludzie się bawią, ani tym że do prysznica trzeba iść 5 minut. Ale to, że w naszej schładzarce, którą początkowo wziąłem za zamrażarkę, wybijają nam jakieś pomyje, poruszyło wszystkich. Mieliśmy tam co prawda same zapakowane produkty, czy to w worki foliowe, czy to w puszki, czy wreszcie w butelki, tym nie mniej nikt nie miał ochoty grzebać się w ściekach. W tym momencie Zygmunt poczuł się w swoim żywiole. Niemal rzucił się na schładzarkę, a dokładniej pod nią, do szafki, aby dokładnie rozpoznać problem. Co też szybko mu się udało. Ścieki ze zlewu i topiący się lód w schładzarce płynęły podobnymi, niezbyt grubymi wężykami do łączącego je trójnika, którego budowa jest nader zagadkowa. Nie wnikając jednak w szczegóły, wyście z tegoż trójnika było zapchane i ścieki ze zlewu wybijały w schładzarce, której dno było wyraźnie poniżej poziomu umywalki. Mamy więc naszego pierwszego bohatera domu, a właściwie jachtu. Zygmunt zasłużył na dużą szklanę czegoś krzepkiego. Tylko problem, że on żadnej wody ognistej ani temu podobnych nie zażywa !?
     Gdy sytuacja została w pełni opanowana, mogliśmy wyruszyć na podbój miasta. I nagle okazało się, że jednak wszyscy tu już byli. Niektórzy co prawda od strony lądu, ale jednak. No cóż w pewnym wieku pamięć zaczyna szwankować.


W Milnie

niedziela, 22 maja 2016

STOPNIOWANIE DOZNAŃ - TENNESSEE HONEY

       

              Radość z kolejne podróży, to nie tylko sama podróż.  Najpierw jest planowanie. Gdzie, z kim, co przygotować, co zabrać, jaka będzie podróż, co byśmy chcieli zobaczyć na miejscu, itd itd. Już na tym etapie jest fajnie, jest szczególne podekscytowanie. Kiedy w końcu wyruszymy jest radość i zwielokrotnienie doznań. Rozglądam się dookoła w poszukiwaniu kolejnych motywów do sfotografowania. Tu też są emocje, bo zawsze zależy mi na tym by jak najlepiej zilustrować to co oglądam, i co ważniejsze i o wiele trudniejsze, co odczuwam. No i wreszcie po powrocie ostra selekcja zdjęć i przygotowanie pokazu dla najbliższych i znajomych. Przeżyjmy to jeszcze raz! Och jak ja to lubię.  

      Właśnie wróciliśmy z kolejnej podróż, tym razem Barcelona (relacja niebawem), znowu pełni wrażeń i z mnóstwem zdjęć, które jak zwykle "nie oddają tego co tam było", jak mawia moja żonka. Ale tym razem czekała nas dodatkowa niespodzianka w postaci paczki zawierającej dwie butelki Jack Daniels Tennessee Honey od  firmy Streetcom. Jakim cudem zakwalifikowałem się do prowadzonej właśnie przez nich kampani. Bardzo to miłe. Od razu pomyślałem o połączeniu dwóch przyjemności: zaproszeniu bliskich na wspominki z ostatniej podróży z degustacja Tennessee Honey. Zrobiliśmy już dwa takie spotkanka. Jakież było moje zaskoczenie, gdy stwierdziłem, że z Tennessee Honey jest trochę jak z podróżami. Najpierw przygotowania i emocje z nimi związane. Później otwieramy butelkę i pierwsze co zauważamy to zniewalający zapach, magia połączonej whisky z miodem. Pierwszy łyk to trunek w czystej postaci. Cóż za łagodność, te 35 % alkoholu rozmywa się niczym w aksamitnej mgle. Bierzemy lód i robimy Tennessee Honey on the rock. Wow, jest jeszcze lepiej, dużo lepiej! Całkiem dobrze nam idzie. Napój zdecydowanie za szybko znika z butelki. Stawiamy czarnego dziadka na straży. Biedaczyna jednak się nawąchał i przysnął. Kiedy sprawdzamy trzecią możliwość, drinka Jack & Swarmy, jak się okazuje wyśmienitego, dziadek okazuje się bezsilny. 

       Łączenie różnych przyjemności i dzielenie się nimi z innymi to doskonały sposób na spędzenie kilku na prawdę pięknych chwil. Życzę wszystkim i sobie samemu jak największej ilości okazji do takich radości.

niedziela, 31 stycznia 2016

OD ZATOKI DO ZATOKI, OD KONOBY DO KONOBY.

   
 

       Jak przystało na prawdziwie leniwy urlop, drogę ze Szczecina do Trogiru rozkładamy na dwa etapy. Wszak wszystko musi być tak zorganizowane abyśmy w żadnym momencie się zbytnio nie zmęczyli. W czasie poprzednich tego typu wyjazdów nocowaliśmy  w różnych miejscach w Niemczech i Austrii. Zawsze były to bardzo urokliwe miejscowości, w których pobyt wspominaliśmy nader ciepło. Tym razem wprowadziliśmy małą innowację. Słowenia. Przecież za każdym razem jadąc do Chorwacji przejeżdżamy przez ten malowniczy kraj. I jak do tej pory, nigdy się tam nie zatrzymaliśmy na nocleg. A przecież wygląda tak interesująco. Do tego to Słowianie, no i posługują się euro. Jakież to wygodne. Duży palec ląduje na mapie na miejscowości Ptuj. Palec nieco wspomagany portalem booking.com, bo jakoś wyjątkowo mamy ochotę na niezbyt drogie, przytulne lokum, ileż razy można mieszkać w tych 5 gwiazdkowych hotelach. Dojazd do Ptuj z głównej drogi jest bardzo łatwy. Ale ku naszemu zdumieniu przejeżdżamy przez centrum a nawigacja wyprowadza nas za miasto. Może nie za daleko, ale jednak. Kiedy już minęliśmy zamek okazuje się, że mamy skręcić nie w normalną drogę, a na jakiś polny dukt. A tam nic nie widać. Pojawia się niepewność. Gdzie my jesteśmy? Jakieś wygnajewo? Na miejscu niepewność jeszcze wzrasta. Budynek, owszem ładny, panorama (nie ma wątpliwości skąd nazwa) okolicy z Drawą w roli głównej urzekająca, ale pierwsze wrażenie jest jakieś dziwne jakby się weszło w zimie do pustego mieszkania z wyłączonym ogrzewaniem. Na szczęście kontakt z gospodarzami szybko odmienia odczucia. Szczególnie Pani, duża, energiczna i niezmiernie sympatyczna, sprawia że czujemy się w Panorama Sobe bardzo dobrze.


       Nie wiem o co chodzi z tym chłodem i obcością ale kiedy wyruszmy na wieczorny spacer do miasta to uczucie znowu się pojawia. Ani landrynkowy zachód Słońca, ani hipnotyzujący wschód Księżyca w pełni, tego nie zmieniają. To miejsce ma w sobie coś takiego. Wchodzimy do restauracji Amadeusz na obiadokolację. To samo. Bez przytulności. Jedzenie całkiem przyzwoite, choć żadne z dań nie zrobiło na nas jakiegoś nadzwyczajnego wrażenia. Zaspokoiwszy głód kontynuujemy nasz spacer po Ptuj.  Obco, pustawo, zapadł zmrok. Naszą uwagę przykuwa wąska uliczka biegnąca dosyć stromo w dół. Jej środkiem wije się potężny wąż, stworzony z setek butelek po winie. W coktórejś butelce niewielka kartka z fragmentem wiersza. Tą niezwykłą uliczką dochodzimy do placyku ze sceną, przed którą siedzi na krzesłach publiczność. A na scenie poeci (może miejscowi, może nie) czytają własne wiersze. Nasza umiarkowana znajomość Słoweńskiego, a właściwie jej brak, sprawiły, że nie byliśmy w stanie docenić niezwykłych walorów współczesnej poezji słoweńskiej więc nieśpiesznie się oddaliliśmy by obejrzeć inne zakątki miasta.


       W sobotni poranek wita nas piękne Słońce. Kwiaty nabrały świeżych barw. Zrobiło się radośnie.  A już ostatecznie gospodarze Sobe Panorama oczarowali nas przy śniadaniu. Kapitalna atmosfera, pyszne jedzenie i te … ubranka dla jajek. Rewelacja. Tak, warto było zatrzymać się w Słowenii, bo to i mili ludzie, i język jakiś taki przyjazny, a te euro to naprawdę wygoda.

       W naszej marinie startu radykalne zmiany.  Już nie ma wątpliwości, to jest marina Baotic. Nie żadne tam Seget, Trogir Seget, czy inne tam. Wszystko wokół krzyczy MARINA BAOTIC. To chyba nowy budynek tak ośmielił właścicieli. Nie tylko budynek, przybyło miejsc do cumowania, pojawiła się nowa stacja paliw, w porównaniu do starej, po drugiej stronie kanału, rewelacja. Szykuje się nowy parking. Jednym słowem wielkie przeobrażenie i to w bardzo dobrym kierunku. Każdy przyjazd do Chorwacji to okazja do stwierdzenia, jak oni tam bardzo inwestują w infrastrukturę turystyczną.
       Okrętowanie to jak zwykle czas bardzo gorączkowy. Co prawda tym razem plan był taki, że jak w miarę wcześnie się ogarniemy to wypływamy, a jak nie, to nie, nie ma przymusu. Nigdzie się nam nie śpieszy. Jacht to nieco już zużyta, standardowa Bavaria 38 z 2003 roku o interesująco brzmiącym imieniu Mish Mash, z firmy Yacht Centar Baotic. Wszystko jest takie jak można się spodziewać po dwunastoletnim jachcie czarterowym. Jedyna rzecz nieco zaskakująca to rodzaj autopilota. Tak starej konstrukcji nie widziałem na jachtach komercyjnych od 2006 roku. Załączany mimośrodem, którego precyzja działania była nieco dyskusyjna. Również kaucja, jak za taki jacht stosunkowo wysoka bo 2000 Euro. Ale ogólne wrażenie O.K. Ani się obejrzałem a jacht już był sklarowany więc startujemy. Kierunek Milna.


       Niestety z wiatrem bardzo kiepsko. Zdecydowaną większość drogi przybywamy na silniku. Do Milny dopływamy już po ciemku, po niespełna 3,5 godzinie żeglugi. Niby nic wielkiego, bo podejście jest łatwe. Z obu brzegów zatoki widać różne, wesoło mrugające światła. Tylko te maleńkie bojki wyznaczające granicę kąpieliska. Gdy tylko Słońce schowa się za horyzontem i zrobi się szaro, zupełnie ich nie widać. Szczęśliwie jednak dopływamy do mariny ACI, mijając po drodze marinę Vlaska i marinę w porcie rybackim gdzie stoi całe stado, ponad 20 jachtów wycieczki młodzieży z różnych stron świata. Znowu udaje mi się zająć miejscówkę na wprost konoby znajdującej się w Marinie ACI. Koszt jednej doby dla naszej Bavarki to 520 kun. Jest pięknie. Jak to się zmienia. Kiedyś symbol ciszy i spokoju a teraz miasteczko tętniące turystycznym życiem. Co prawda wszystko to ogranicza się do nadbrzeżnego bulwaru ale dostarcza wystarczająco dużo wrażeń. Muzyka na żywo, dyskoteka, kolorowe światełka, kolorowe drinki, szum i gwar. Znajomy lodziarz mówiący po polsku. W powietrzu aż gęsto od dobrej zabawy. Snujemy się powoli wśród roześmianych ludzi. W pełni czujemy, że rejs rozpoczęty. Już jest ten żeglarsko-urlopowy klimat.


       W niedzielę rano machamy na pożegnanie Milnie. Obieramy kurs na Komiżę. Pogoda w dalszym ciągu mało żeglarska. Można się wylegiwać na pokładzie, nadrabiać zaległości w lekturze i dogadzać sobie kulinarnie. Po 6,5 godzinach leniwej żeglugi opływamy cypel ….. Vis i mamy przed sobą Komiżę. Ku naszej ogromnej radości jest jeszcze sporo wolnych miejsc, które jednak szybko zaczęły się zapełniać. W czasie manewru podchodzenia do kei, jak zwykle rufą, usłyszałem jakiej dziwne odgłosy z naszego samosteru. Coś się wysypało na pokład. Nie bardzo mogłem patrzeć co się dzieje, bo do brzegu było tuż tuż i musiałem kontrolować dobijanie. Dopiero jak złapaliśmy muring i obłożyliśmy cumy mogłem przyjrzeć się bliżej, co też nam się przytrafiło. Rozpadł się samoster, wysypały się kulki, wielka lipa. Po bliższych oględzinach okazało się, że nasz autopilot ma za sobą już niejedną naprawę. Nasza złota rączka, Marek, coś próbował łatać, ale bez szans. Jak będziemy w Splicie poszukamy jakiegoś fachowca od autopilotów.
       Od ostatniej wizyty nic się w Komiży nie zmieniło. Bardzo miłe miejsce. Opłata za postój zaledwie 360 Kun. Jednak specyficzną wizytówką Komiży są sanitariaty, chyba najgorsze w całej Chorwacji, z niezwykłą, bardzo charakterystyczną szefową. Od razu wiadomo kto tu rządzi. Jak w czasach głębokiej komuny, gdzie babcie klozetowe cieszyły się dużym „autorytetem”.
       Pogoda jest doskonała. Robimy klar i opuszczamy Mish Masha. Komiżę tak bardzo lubimy z zupełnie innych powodów aniżeli portowe sanitariaty. Pierwszym z nich jest bardzo ładna plaża otwarta ku zachodowi. Przy takiej pogodzie, na razie nie marzyliśmy o niczym innym jak właśnie o zanurzeniu się w morzu. Ależ rozkosz. Po pierwszej kąpieli kupujemy sobie w plażowym bufecie po butelce Karlovacko. Tak to można się bawić.


       Drugi powód dla którego warto odwiedzić Komiżę, to wyjątkowo urokliwy bulwar nad zatoką, choć niewielki, to z całą pewnością jeden z najładniejszych na chorwackim wybrzeżu. A skoro już spacerujemy po bulwarze, to można zjeść pyszne lody i napić się świeżego soku pomarańczowego. Na sok przysiadamy w maleńkiej dziupli. Najpierw my z Ulą, później kolejni uczestnicy naszej wycieczki i wszyscy zamawiają sok pomarańczowy. Chłopak, który nas obsługuje ma coraz dziwniejszą minę, ale dzielnie donosi kolejne szklanki soku, które w tych warunkach smakują wyśmienicie. W końcu oznajmia, że skończyły się pomarańcze. Patrząc jednak w nasze oczy, i widząc w nich wielkie rozczarowanie, bez zbędnych słów idzie do najbliższego sklepiku i przynosi pomarańcze. Jak na mój gust, chyba nieco za mało. Taaak, za mało. Gdy już była przy stoliku cała nasza szóstka, szybko się okazało, że nasz kelner musi iść po pomarańcze jeszcze raz.    
       Bawiąc się dręczeniem biednego kelnera, który już miał dosyć na ten dzień wyciskania pomarańczy, dotrwaliśmy do popołudnia. I w ten sposób dochodzimy do momentu, gdy pojawia się na horyzoncie trzeci powód, dla którego warto, chodź by na kilka godzin odwiedzić Komiżę.  Odwiedziny w konobie Bako. Tam zawsze jest dużo gości, bo przez lata właściciele tego lokalu zasłużyli sobie na uznanie gości. Pyszne jedzenie, ciekawy wystrój wnętrza i stoliki tuż nad zatoką, którą właśnie otulał atramentowym aksamitem zmrok, dają wspólnie niepowtarzalny efekt.  Zdaje się, że konkurencja chce uszczknąć coś dla siebie z wielkiej popularności Bako. Tuż obok otworzyły się dwie nowe restauracje. Jedna bazuje jedynie na sąsiedztwie i cudownym położeniu nad samą zatok. Właściciele drugiej poszli krok dalej, grafika szyldu i użyte czcionki do złudzenia przypominają te z logo Bako. My jednak konsekwentnie kierujemy swoje kroki do prawdziwego Bako. Wchodzimy, i coś jest nie tak. Wnętrze pozostało jak dawniej, urok stolików ustawionych tuż nad wodą nieodmiennie zachwyca.  Ale … ludzie, personel lokalu. Jakiś taki podminowany, z bardzo cieniutkim uśmiechem na twarzy, miotający się to tu to tam. Mam wrażenie, że im w czymś przeszkadzamy. Całe szczęście, że jak zwykle jedzenie jest tutaj bardzo dobre. To również się nie zmieniło. Jednak nie mogę odpędzić myśli, jak wyśmienicie by smakowało, gdyby atmosfera nie przypominała tej w lodówce? Od razu też pomyślałem sobie, że jednak ta niewidzialna ręka rynku nie zawsze działa. Wydawać by się mogło, że mając konkurencję na karku, tym bardziej będą się starać, a tu nie. A może jednak, ta niewidzialna ręka rynku zadziała, tylko z pewnym ociąganiem? Może jeszcze daje Bako szansę?
       Obok nas, kolejny jacht, który zacumował miał również polską załogę. Sześcioro pogodnych, statecznych ludzi, mniej więcej w naszym wieku. Bardzo szybko nawiązaliśmy kontakt, państwo byli z Tarnowa. Wieczorem, kiedy wracaliśmy z Bako jakoś tak się stało, że nasza załoga weszła na naszą łódkę a ja zbłądziłem pod bimini naszych sąsiadów. Okazało się, że po pierwsze mają pyszną nalewkę, po drugie są bliskimi znajomymi moje bardzo dobrego kolegi właśnie z Tarnowa i po trzecie, że ja już ich kiedyś widziałem. Kiedy zjeżdżaliśmy z autostrady do Trogiru, obok nas podjechały trzy eleganckie samochody. Od razu zwróciły moją uwagę ponieważ wszystkie trzy były na … tarnowskich numerach i w każdym z nich tylko dwie osoby. To się nazywa mieć gest i fantazję.


       W poniedziałek rano niemal cała załoga zerwała się na nogi skoro świt. Przed nami kolejny piękny dzień, który na pewno przyniesie różne miłe niespodzianki. Szkoda więc czasu na spanie. Oddajemy cumy i w drogę. Plan na dzisiaj to dotrzeć do Vela Luka. Wielkie wyzwanie to nie jest, ale też wcale takich wyzwań nie szukamy, wręcz przeciwnie. A jeszcze, po drodze trzeba by gdzieś zatrzymać się na kąpiel. Opływamy spokojnie Vis od południa. Tam najpierw jest wysepka Ravnik, a nieco dalej na N-E, równie mały Veli Budikovac. A jest on Veli, bo ma mikrosąsiada o nazwie Mali Budikovac. Wpływamy między Budikovace na ile pozwala zanurzenie jachtu i kotwica idzie w dół. Ależ cudna woda. Oj długo można by tak się pławić. Parę okruchów chleba rzuconych do wody wystarczyło by wokół nas pojawiła się cała ławica ryb.   


       Do Vela Luki, położonej w zachodniej części wyspy Korczula dopływamy ok. 1630.  Według wydawnictw nawigacyjnych jest to spora miejscowość, 4500 mieszkańców, główny port promowy na wyspie. Zgodnie z zawartymi tam informacjami, jest tam jednak niewiele miejsca dla żeglarzy, raptem ok 25 miejsc przy kei i ok 20 przy bojach. Skoro tak, to już płynąc przez zatokę pilnie obserwujemy wszystkie mijane po drodze kotwicowiska aby mieć w zanadrzu plan B. Gdy dopływamy do portu stwierdzam, że ktoś bardzo optymistycznie podał ilość miejsc przy kei. Zaledwie trzy jachty stoją przy kei i ani jednego wolnego miejsca.  Gdzie te 26 miejsc postojowych obiecywanych przez locję? Jak to gdzie, przy bojach. Łapiemy jedną z ostatnich. Na brzeg dostajemy się pontonem, bardzo małym pontonem, dwie osoby to już dosyć. Aby nieco usprawnić całą operację przywiązujemy do pontonu długą linę i po przerzuceniu kolejnej pary na brzeg, osoba pozostająca na jachcie ściąga bączek z powrotem. Trochę mokro w siedzenie, ale Słońce operuje dosyć intensywnie więc niebawem cały nadmiar wilgoci odparował.
       Ruszamy w miasto. Najpierw jest, tak normalnie, jak to w Chorwacji. Niewielkie kolorowe domy, sporo różnych lokalików, ale raczej nie ma co liczyć na coś tak dopieszczonego jak w Bawarii czy Austrii. Jest tak bardziej po ludzku. To nie jest sala operacyjna ze swoją sterylnością i zimnem. Ale kawałek dalej już widać coś co od razu przyciąga uwagę: bulwar nadbrzeżny porośnięty palmami. I tam też się kierujemy, choć nieco okrężną drogą, bo chcemy sprawdzić, co też jest tam z tyłu. Jednak te uliczki z tyłu nie wciągają nas specjalnie, więc wracamy na bulwar, a tu jest bardzo przyjemnie. I znowu jakaś kafejka z lodami, sokami owocowymi i innymi napojami. Robi się bardzo przyjemnie. I tylko z zupełnie niezrozumiałych powodów, w całym mieście nie udaje nam się kupić lodu, tak potrzebnego do drinków. W pewnym momencie nawet udało nam się znaleźć zamrażarkę z lodem, zamkniętą na kłódkę, bo akurat tego dnia, jak nas poinformowała obsługa sąsiedniego lokalu, nikt nie widział pana od lodów. W drodze powrotnej oglądamy bardzo malowniczy zachód Słońca, który pomalował niebo pięknymi, ciepłymi kolorami, tworząc niezwykle atrakcyjne tło dla jachtów stojących na bojach. Dopełniło to tylko miłych wrażeń ze spaceru. Rozsiedliśmy się w kokpicie ze szkłem w rękach by delektować się do końca niezwykłym spektaklem na niebie. Na moment musieliśmy powrócić do rzeczywistości, bo właśnie od jachtu do jachtu przemieszczał się na łódce kasjer portowy. Opłata za postój na boi to 150 Kun. He, he, he niezły interes. Jedna z najbardziej rentownych inwestycji jakie można sobie wyobrazić. A niech im tam, byliśmy powaleni urokiem tego wieczoru, takie przyziemne sprawy jak ta bandycka opłata za postój w żaden sposób nie wpłynęła na nasz dobry nastrój. Dzień już zgasł, gwar z miasta coraz słabszy, noc otuliła całą zatokę. Skończył się kolejny dzień.


       Następnego dnia startujemy jeszcze wcześniej. Już o 0600 odpalamy katarynę i uwalniamy się z boi. Robimy tak, po pierwsze dlatego, że naszym kolejnym celem jest Korczula, cudowne miejsce i bardzo mi zależało na możliwości zacumowania w marinie ACI w samej Korczuli, a po drugie dlatego, że łudziłem się, że może chociaż wcześnie rano będzie trochę wiatru i będziemy mogli pocieszyć się prawdziwym żeglowaniem. Co do tego drugiego, niestety szybko się okazało, że moje nadzieje były całkowicie płonne. Wiatry może i wiały, tyle, że … gdzieś na półkuli południowej. Jednak te silniki spalinowe, to całkiem użyteczny wynalazek.
       Również wyspę Korczula, podobnie jak poprzedniego dnia Vis, opływamy od południa. To kolejny dzień niemiłosiernie leniwej żeglugi. Nic, kompletnie nic się nie działo. No, był jeden mały wyjątek. Po morzu pływa mnóstwo różnych śmieci. Z zasady staram się uważać na takie niezidentyfikowane obiekty, bo nigdy nie wiadomo jak może zakończyć się bezpośredni kontakt z takim czymś. Więc kiedy zobaczyłem w oddali coś unoszącego się na wodzie, zwróciłem na to uwagę sternikowi, by minął to w bezpiecznej odległości prawą burtą. Ponieważ wcześniej już kilkakrotnie mijaliśmy sporo bojek rybackich, które na wodach chorwackich są zupełnie nie oznakowane moja uwaga była zbyteczna, bo sternika był i bez tego wystarczająco czujny. Kiedy jednak nieco się zbliżyliśmy do tego NOBP-a (niezidentyfikowany obiekt beztrosko pływający)  ze zdumieniem skonstatowałem, że to nie żaden odpad cywilizacji, ani też wyjątkowo duża boja rybacka, a wielki żółw. Niesamowite. W pewnym momencie, na krótką chwilę wyciągnął nad wodę jedną przednią łapę. Wyglądało to tak, jakby chciał do nas pomachać. Byłem tak zdumiony tym widokiem, że nawet nie sięgnąłem po aparat.
       Piękna pogoda, doskonała widoczność, płyniemy na silniku, można więc bez większego ryzyka zrobić mały skrót przy wschodnim brzegu Korczuli. Maleńki Gubavac zostawiamy po lewej burcie, ostrożnie, ze względu na głębokości, wzdłuż wschodniego brzegu wysepki Vrnika i skręcamy w lewo by przejść między Kamenjakiem i brzegiem Korczuli, dalej NN-E i wychodzimy na Kanał Jeżevica. Kolejny atrakcyjny fragment chorwackiego wybrzeża. Pełna sielanka. Jeszcze uwaga na prom, który przecina nasz kurs. Stocznia Leda po lewej i wyspa Badija po prawej. I po chwili widzimy Korczulę i marinę ACI. Jest godzina 1330 i w marinie jeszcze całkiem sporo wolnych miejsc. Udało się.


       Korczula to niezwykłe miasto. Tu czuć w powietrzu magię. Stara część miasta upakowana do granic możliwości na niewielkim półwyspie ma w sobie niezwykły magnetyzm. Uliczki wspinające się od wody na szczyt niewielkiego wzniesienia, przeciskające się między niewielkimi budynkami. Mimo wielkiej ciasnoty jeszcze znajduje się miejsce na restauracyjne stoliki. Można zasiąść i odpłynąć do krainy marzeń. Jednak rozpoczynamy do spaceru na plażę, całkiem niezłą jak na chorwackie warunki.  
       Nie wiem z jakiego powodu szukaliśmy restauracji na kolację na nadmorskiej promenadzie. Wszystkie rozsądne argumenty przemawiałyby przeciwko takiemu wyborowi. A my nie. My musimy mieć widok na zatokę. Niewątpliwie bardzo ładny widok, szczególnie o zachodzie Słońca. Tyle, że w kwestii jedzenia, to jednak najważniejszy jest smak potraw. Niestety restauracja Konijk Morski pod tym względem nie zasługuje na specjalne uznanie. Nawet ośmiornice z grilla, które w Chorwacji wszędzie są pyszne, tu były niezbyt nieudane. Sytuację z powodzeniem uratowały nasze dobre nastroje i pyszne i fantazyjnie skomponowane lody zjedzone kilkadziesiąt metrów dalej, w lodziarni Caramel. Właściciel choć zabiegany niemiłosiernie, jednak cały czas z uśmiechem na twarzy. A kiedy poprosiliśmy go o lód, po prostu sprezentował go nam. Po odniesieniu lodu na jacht, jeszcze trochę spacerowaliśmy po zaułkach Korczuli. Gdy zapadła noc zrobiło się jeszcze ciekawiej. Ktoś tam dawał koncert na ulicy. Wszędzie tłumy rozbawionych ludzi. Tajemnicze światła mrugają porozumiewawczo zapraszając do zagłębienia się w przygodę. To co mieści się w obrębie XIII wiecznych murów czaruje przybyszów na każdym kroku. A może spotkamy gdzieś za rogiem ducha Marco Polo, który podobno właśnie tutaj urodził się w 1254 roku. Jego niezwykła podróż Jedwabnym Szlakiem do Chin do dzisiaj pobudza wyobraźnię i prawdziwych podróżników i tych, którzy tylko marzą o podróżach.  Szkoda było kończyć ten wieczór.
       Marina ACI w Korczuli kosztowała nas 545 Kun. Jak to w Chorwacji, drogo, ale być w pobliżu i tu nie zajrzeć, to po prostu niemożliwe. Dlatego piracką opłatę za marinę uiściłem z przyjemnością. Ech! Podobnie jest w paru innych miejscach. Chorwaci starają się aby turystom było przyjemnie. Wiedzą jak sprawić by wydawanie pieniędzy nie było tak bolesne.


       Kolejny dzień rejsu również rozpoczęliśmy dosyć wcześnie. Już nie trzeba nawet specjalnie się umawiać co do tego. Szkoda tracić czas na spanie, a wschody słońca są równie poetyckie jak zachody. Tuż przed 0600 oddajemy cumy i kierujemy się w Pelješki Kanal.  Mijamy w nim piękny, czteromasztowy żaglowiec Sea Cloud. Niestety płynie na silniku. Szkoda bo byłoby na co popatrzeć. Wybudowany w 1931 Sea Cloud ma 109,5 m (360 stóp) długości, ożaglowanie ma 3000 m2, a wysokość najwyższego masztu nad pokładem wynosi 54,20 m. W latach osiemdziesiątych kapitanem Sea Cloud był m.in. nasz rodak Ryszard Choiński.
       Dalej płyniemy przez Korčulanski Kanal. Bierzemy namiar na zatokę Čarnjeni na wyspie Šcedro. Pora trochę się pomoczyć. W przytulnej zatoce oprócz nas tylko dwie niewielkie łodzie rybackie, które niebawem odpływają. Niesamowite wrażenie. Zupełne odludzie. Aż niemożliwe, że jeszcze są takie miejsca w zatłoczonej Chorwacji. Było tak tak przyjemnie, że nawet nie zauważyliśmy, że nasz postój trwał 1,5 godziny.  Ale nigdzie nam się nie śpieszyło. Po prostu, gdy już uznaliśmy, że na razie wystarczy kąpieli, podnieśliśmy kotwicę i ruszyliśmy dalej, ku Pakleni Otoci.


       Wrażenia z Zatoki Černjeni były niezwykłe, bo w Chorwacji turystów przybywa lawinowo. Ludziskom przypadła do gustu ta przyjazna kraina mimo cen z Księżyca. Oczywiście dotyczy to niestety również żeglarzy. Ponieważ do Palmižany przybyliśmy dosyć wcześnie, w marinie było jeszcze pustawo. Nauczony doświadczeniem poprzednich dni, wiedząc że wystartujemy skoro świt, od razu zapłaciłem za postój (506 Kun), by uniknąć rano zamieszania. Gdy poszliśmy na plażę nad Zatoką Vinogradišče, to trafiliśmy na prawdziwy tłum. Nie tylko żeglarze, którzy masowo kotwiczą w zatoce, ale również mnóstwo turystów dowożonych tu najróżniejszymi urządzeniami pływającymi z Hvaru. Jeszcze nigdy, w czasie mojego pobytu, nie było tutaj tak ciasno. Ale nic dziwnego, warunki do kąpieli wyśmienite. Więc i my nie darujemy sobie tej wspaniałej przyjemności zanurzenia się w cieplutkiej wodzie Adriatyku.


       Gdy słoneczny rydwan nieco przesunął się po nieboskłonie i pot przestał się lać z ludzi jak z fontanny, ubraliśmy się „na galowo” i za pomocą wodnej taksówki przetransferowaliśmy się do Hvaru. To kolejne z tych magicznych miejsc, gdzie przechadzając się wąskimi uliczkami, można usłyszeć różne głosy z niezwykle barwnej przeszłości. Zgoła inne głosy, rozradowanych tłumów turystów, można usłyszeć na głównym placu, czyli trgu sv. Stjepana. Nad wszystkim góruje Fort Hiszpański, do którego podejście jest wyzwaniem niczym wspinaczka wysokogórska.  Ny jednak najpierw kierujemy się do XV wiecznego niewielkiego klasztoru Franciszkanów. Znowu jesteśmy za późno by obejrzeć znajdujące się w nim ekspozycje. Na pocieszenie pozostaje nam jednak podziwianie kolejnego bajecznego zachodu Słońca, który z tego miejsca wygląda szczególnie atrakcyjnie.


       Syciliśmy tak ducha, i syciliśmy, aż w końcu i ciało się upomniało. Parę lokali już w Hvarze przetestowałem. Nigdzie nie zgłaszałem zastrzeżeń, wręcz przeciwnie. Miłośnicy dobrego jadła zawsze znajdą tutaj coś dobrego. My tym razem mieliśmy ochotę na pizzę. Niby nic wielkiego, a jednak … Jest w Hvarze taka pizzeria Pizza Kogo. Jak sięgam pamięcią, to tylko raz, w Toskanii, w miejscowości Castagnetto Carducci w Bruschetteria Enoteca „Sapori Mediterranei”  zdarzyło mi się jeść równie wyśmienitą pizzę. Zdaje się, że każdy z nas zamówił coś innego, ale wokół było słychać tylko same „ochy” o „achy”. A jak to nieco zakropić białym winem, to sięga się doskonałości. Zatem drogę powrotną do mariny Palmiżana, mimo sporego balastu w brzuchu, odbyliśmy unosząc się pięć centymetrów nad ziemią i wodą. Atmosfera mariny tylko podtrzymała nas w tym cudownym nastroju. I znowu żal było kłaść się spać.


       Przedostatni etap naszego rejsu rozpoczynamy podobnie jak poprzednie wczesnym rankiem. Nad wyspą Hvar jeszcze unoszą się mgły w dolinach, niebo czaruje purpurami, Słońce jeszcze przyczajone za wzniesieniami, woda niemal idealnie gładka. Cóż za bezwietrzny sezon na Morzu Śródziemnym. Trzy rejsy, różne miejsca, spora rozpiętość czasowa, i jeden wspólny mianownik: brak wiatru. Aby więc dotrzeć do kolejnego celu na naszej trasie znowu musimy wspomagać się dieslem. A ten cel to Split. Z jednej strony to jakby już powrót do cywilizacji. Z drugiej jednak strony, stare miasto w Splicie jest tak niezwykłe, że ten powrót jest bardzo łagodny. Tym bardziej, że po drodze rzucamy jeszcze kotwicę w Zatoce Nečujam. Piękne miejsce, zatoka dosyć daleko wcina się w głąb wyspy Šolta. Czysta, turkusowa woda zapewnia doskonałą widoczność na głębokość kilku metrów. Wpływamy niemal do końca. Jak tylko upewniliśmy się, że kotwica trzyma rozpoczęły się kąpiele i biesiadowanie. Marek wyławiał z dna różne skarby, m.in. moją kamerkę GoPro, która bez mojej zgody raczyła mnie opuścić. Absolutnie pełny relaks.


       W końcu pada komenda „kotwica w górę!” i ruszamy w kierunku Splitu. Na Splitskim Kanale delfiny postanowiły urozmaicić nam przedostatni dzień na Adriatyku i pojawiły się gromadnie, przez kilka minut  pozwalając nam łaskawie podziwiać swoje piękno. To bliżej, to dalej, pojawiały się na chwilę wywołując ogólną radość na pokładzie. A tu już przed nami Split. Z daleka widać wieżę katedry Sv. Duje i ogromne wycieczkowce stojące w porcie. Po prawej nowoczesne osiedla z ciężkimi bryłami betowych wieżowców. I wszystko piękne obramowane majestatycznymi górami otaczającymi miasto.
       Zaraz po zacumowaniu próbujemy szukać pomocy w sprawie nieszczęsnego autopilota. Od sympatycznych ludzi z mariny dostaliśmy numer telefonu do fachowca. Gdy ten przyjechał, tylko pokręcił głową, tego typu urządzenia nie naprawiał już od lat i raczej nie ma szans na załatwienie czegoś tak na poczekaniu, choćby ze względu na brak części. Trudno. Marina w Splicie to najdroższa miejscówka w czasie tego rejsu, 650 Kun. No cóż, płacimy za wielkomiejski szyk. Ale to też jest jedno z tych miejsc, które koniecznie trzeba odwiedzić.


       Pakujemy się do wodnej taksówki i ruszmy w miasto. „Pałac Dioklecjana”, a właściwie to co z niego zostało i co na jego miejscu powstało, to jest coś magicznego. Niestety nie tylko ja jestem tego zdania. Każdego dnia, różnymi możliwymi sposobami, przybywają tu tysiące turystów. Same te mastodonty stojące w porcie, które widać już z daleka płynąc do Splitu, to małe pływające miasteczka. Mimo to czuję się tu doskonale. Wkraczamy w ten malowniczy świat,  tworzony przez wieki przez miejscowych i przez przybyszów z różnych stron, Bramą Brązową. Ta bowiem jest najbliżej postoju naszej taksówki. Najpierw placyk z restauracjami, jedno z ulubionych miejsc kontaktowych, zawsze gwarny, zawsze pełen roześmianych ludzi. Później okrążamy kościół Sv Rocha,  przez moment zagłębiamy się w strefę cienia w ciasnej uliczce. Po chwili znowu wpadamy w objęcia popołudniowych promieni słonecznych.  Dochodzimy do perystylu, czyli miejsca, które kiedyś nim było. Tu obowiązkowo trzeba sobie usiąść na schodach i podelektować się otoczeniem. Można też zamówić sobie małe conieco ze znajdującej się tu restauracji. W tym celu zostały nawet specjalnie poukładane na schodach siedziska, żeby strudzonym turystom nie było za twardo w siedzenie. Korynckie kolumny otaczające perystyl są imponujące. Do tego po prawej mamy Katedrę Sv. Duje (Św. Dujama), która sama w sobie jest dużą atrakcją. Później przechodzimy przez perystyl, mijając egipskiego sfinksa, niegdyś jednego ze strażników grobu cesarza Dioklecjana i wchodzimy w przejście prowadzące do muzeum znajdującego się w podziemiu. Tu trafiamy na siedmiu eleganckich dżentelmenów śpiewających tradycyjne pieśni dalmatyńskie. Oczywiście zatrzymujemy się by tego posłuchać. Dźwięczne, mocne męskie głosy w antycznej oprawie robią niesamowite wrażenie. Nie mogłem się powstrzymać by nie kupić ich  płyty.


       Naładowani duchowymi wrażeniami kierujemy się do Bramy Srebrnej, za którą jest wielki jarmark z wszelaką tandetą. Tutaj turyści wpadają w szał zakupów. Oprócz bezliku plastikowych śmieci prosto z Chin można tu znaleźć m.in. kilka budek z wyrobami z lawendy, z których słynie Dalmacja. Bardzo to sympatyczne i trzeba przyznać, że Chorwaci wykazują sporą inwencję w wykorzystaniu lawendy przy tworzeniu różnych upominków mogących zainteresować przybyszów z różnych stron świata.
       Kawałek idziemy wzdłuż muru po jego zewnętrznej stronie. Tu nie jest tak przyjemnie. Dochodzimy do Złotej Bramy, przy której stoi wielki pomnik Grzegorza z Ninu autorstwa Ivana Meštrovica. Co prawda nie jest to dzieło starożytne, ale przedstawia postać z IX wieku i jakoś nienajgorzej pasuje do otoczenia. A turyści traktują jako swego rodzaju talizman i szlifują nieustannie jeden z paluchów u nogi świętego. Znowu zagłębiam się w plątaninę wąziutkich uliczek, które zmieniły swoje oblicze gdy Słońce schowało się za horyzontem. Zrobiło się bardziej tajemniczo. Przysiadłem sobie w jednej z knajpek by chwilę odetchnąć. Gdy coś tam sączyłem dobiegł mnie, gdzieś z niewielkiej odległości śpiew chóru. Byli na tym samym skwerze co ja, tyle, że za rogiem budynku. Ośmioro młodych ludzi z wielkim zaangażowaniem, ale i młodzieńczą radością, wyśpiewujących różne utwory. Ania zrobiła wywiad i okazało się, że to tegoroczni maturzyści z Krakowa, członkowie jednego z tamtejszych chórów. Brawo i powodzenia.


       Jeszcze kilka tajemniczych zaułków, jeszcze okazały Pałac Milesi, jeszcze przepyszny sok ze świeżych owoców na promenadzie i zrobiło się ciemno. Na promenadzie, czyli jak mawiają miejscowi, na Rivie, tłum ludzie snujących się tam i z powrotem. Gdy ustawiłem statyw aby sfotografować ten tłum w totalnym rozmyciu zagadnął mnie jakiś dżentelmen o to co robię. Już nie pamiętam skąd on przyjechał do Chorwacji, gdzieś z bardzo daleka, i już od kilku miesięcy tu przebywa i oczywiście robi mnóstwo zdjęć, bo i jego urzekło piękno tego kraju. Kawałek dalej scena, na której występowały zespoły ludowe. Ileż w tej ich muzyce energii. A w ogóle jeszcze nigdy, będąc w Splicie nie trafiłem na taką dużą dawkę muzyki, za każdym rogiem ktoś śpiewał lub grał, lub jedno i drugie, a do tego jeszcze i taniec. Można powiedzieć: rozśpiewany Split. Jeszcze na chwilę zapuściłem się w labirynt uliczek Pałacu Dioklecjana, absolutnie niezwykłych po zapadnięciu zmroku. Na dłuższą chwilę przysiadłem na chodniku vis a vis wieży Katedry św. Dujama. Założyłem najkrótszy obiektyw jaki posiadam i zacząłem przymierzać się na różne sposoby do uwiecznienia jej w tych niezwykłych okolicznościach. Uwiecznienia? Przecież ona stoi tu od wieków i pewnie jeszcze kilka kolejnych stuleci dalej będzie trwała. A moje zdjęcia? Jak długo będą żyły? Kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt (optymista) lat? Wszelki ślad po mnie zaginie, a ta budowla będzie stać. 

                
       Ostatni odcinek naszego żeglowania, Split – Trogir, to króciutki przeskok. Jeszcze ostatnie kotwicowisko, Krknjaš, między wyspami Veli Drvenik, Veli Krknjaš i Mali Krknjaš. Ostatnia kąpiel w bardzo ciepłym Adriatyku. Tankowanie w nowej stacji paliwowej. Super, w porównaniu do tego co działo się w starej, po drugiej stronie kanału. Jednocześnie obsługiwanych jest kilka jachtów, szybko i sprawnie. Jeszcze kontrola stanu jachtu przez nurka i człowieka z Yacht Centar Baotic i w zasadzie to już koniec kolejnego rejsu po Adriatyku. Jeszcze próbowaliśmy coś negocjować w sprawie autopilota. Niestety nic z tego nie wyszło i musieliśmy zapłacić za starego rzęcha 900 Euro. Inaczej mówiąc sfinansowaliśmy zakup zupełnie nowego. Trochę to nie fair, ale w takiej sytuacji czarterobiorca jest pod ścianą. I nawet nie można było tej kaucji ubezpieczyć, mimo, że chcieliśmy to zrobić.


       Tak, czy owak robimy klar na jachcie i przygotowujemy się do porannego wyjazdu. Wskakujemy w okolicznościowe T-shirt-y do pożegnalnej rodzinnej fotografii. A później do taksówki wodnej i do Trogiru. Gdy wysiedliśmy na brzeg już zaczynało popadywać. Mimo wszystko ruszmy w „miasto”. Odwiedzamy targowisko. Trogir to też prawdziwa perełka. Z wolna zmoczone kamienne chodniki zaczęły mrugać wielobarwnymi światełkami. Proponuję udać się na pożegnalną kolację do mojej ulubionej knajpki Top Balloon. Gdy doszliśmy na placyk przy, którym mieści się ta knajpka okazało się, że w ogródku nie ma miejsc, ani w naszej ulubionej knajpce, ani w żadnej innej. Prze chwilę się wahaliśmy. Fajnie jest siedzieć w ogródku na placyku. Tuż obok jest Konoba Best. Nazwa trochę pretensjonalna Wejść tam czy nie wejść? W końcu weszliśmy, już nieco zmoczeni. Gdy się usadowiliśmy przy ostatnim wolnym stole i zaczęliśmy studiować kartę, na zewnątrz nastąpiło prawdziwe oberwanie chmury okraszone bardzo silnym wiatrem. W jednej chwili wszystkie ogródki opustoszały. Pracownicy okolicznych lokali ratowali co się da. Prawdziwa apokalips.  A my? Mamy sucho, mamy przytulnie, mamy wesoło a przede wszystkim mamy bardzo pysznie!!! Konoba Best zasługuje na swoją nazwę. No i co? Ano, do następnego!


Postaw mi kawę na buycoffee.to

Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...