niedziela, 31 stycznia 2016

OD ZATOKI DO ZATOKI, OD KONOBY DO KONOBY.

   
 

       Jak przystało na prawdziwie leniwy urlop, drogę ze Szczecina do Trogiru rozkładamy na dwa etapy. Wszak wszystko musi być tak zorganizowane abyśmy w żadnym momencie się zbytnio nie zmęczyli. W czasie poprzednich tego typu wyjazdów nocowaliśmy  w różnych miejscach w Niemczech i Austrii. Zawsze były to bardzo urokliwe miejscowości, w których pobyt wspominaliśmy nader ciepło. Tym razem wprowadziliśmy małą innowację. Słowenia. Przecież za każdym razem jadąc do Chorwacji przejeżdżamy przez ten malowniczy kraj. I jak do tej pory, nigdy się tam nie zatrzymaliśmy na nocleg. A przecież wygląda tak interesująco. Do tego to Słowianie, no i posługują się euro. Jakież to wygodne. Duży palec ląduje na mapie na miejscowości Ptuj. Palec nieco wspomagany portalem booking.com, bo jakoś wyjątkowo mamy ochotę na niezbyt drogie, przytulne lokum, ileż razy można mieszkać w tych 5 gwiazdkowych hotelach. Dojazd do Ptuj z głównej drogi jest bardzo łatwy. Ale ku naszemu zdumieniu przejeżdżamy przez centrum a nawigacja wyprowadza nas za miasto. Może nie za daleko, ale jednak. Kiedy już minęliśmy zamek okazuje się, że mamy skręcić nie w normalną drogę, a na jakiś polny dukt. A tam nic nie widać. Pojawia się niepewność. Gdzie my jesteśmy? Jakieś wygnajewo? Na miejscu niepewność jeszcze wzrasta. Budynek, owszem ładny, panorama (nie ma wątpliwości skąd nazwa) okolicy z Drawą w roli głównej urzekająca, ale pierwsze wrażenie jest jakieś dziwne jakby się weszło w zimie do pustego mieszkania z wyłączonym ogrzewaniem. Na szczęście kontakt z gospodarzami szybko odmienia odczucia. Szczególnie Pani, duża, energiczna i niezmiernie sympatyczna, sprawia że czujemy się w Panorama Sobe bardzo dobrze.


       Nie wiem o co chodzi z tym chłodem i obcością ale kiedy wyruszmy na wieczorny spacer do miasta to uczucie znowu się pojawia. Ani landrynkowy zachód Słońca, ani hipnotyzujący wschód Księżyca w pełni, tego nie zmieniają. To miejsce ma w sobie coś takiego. Wchodzimy do restauracji Amadeusz na obiadokolację. To samo. Bez przytulności. Jedzenie całkiem przyzwoite, choć żadne z dań nie zrobiło na nas jakiegoś nadzwyczajnego wrażenia. Zaspokoiwszy głód kontynuujemy nasz spacer po Ptuj.  Obco, pustawo, zapadł zmrok. Naszą uwagę przykuwa wąska uliczka biegnąca dosyć stromo w dół. Jej środkiem wije się potężny wąż, stworzony z setek butelek po winie. W coktórejś butelce niewielka kartka z fragmentem wiersza. Tą niezwykłą uliczką dochodzimy do placyku ze sceną, przed którą siedzi na krzesłach publiczność. A na scenie poeci (może miejscowi, może nie) czytają własne wiersze. Nasza umiarkowana znajomość Słoweńskiego, a właściwie jej brak, sprawiły, że nie byliśmy w stanie docenić niezwykłych walorów współczesnej poezji słoweńskiej więc nieśpiesznie się oddaliliśmy by obejrzeć inne zakątki miasta.


       W sobotni poranek wita nas piękne Słońce. Kwiaty nabrały świeżych barw. Zrobiło się radośnie.  A już ostatecznie gospodarze Sobe Panorama oczarowali nas przy śniadaniu. Kapitalna atmosfera, pyszne jedzenie i te … ubranka dla jajek. Rewelacja. Tak, warto było zatrzymać się w Słowenii, bo to i mili ludzie, i język jakiś taki przyjazny, a te euro to naprawdę wygoda.

       W naszej marinie startu radykalne zmiany.  Już nie ma wątpliwości, to jest marina Baotic. Nie żadne tam Seget, Trogir Seget, czy inne tam. Wszystko wokół krzyczy MARINA BAOTIC. To chyba nowy budynek tak ośmielił właścicieli. Nie tylko budynek, przybyło miejsc do cumowania, pojawiła się nowa stacja paliw, w porównaniu do starej, po drugiej stronie kanału, rewelacja. Szykuje się nowy parking. Jednym słowem wielkie przeobrażenie i to w bardzo dobrym kierunku. Każdy przyjazd do Chorwacji to okazja do stwierdzenia, jak oni tam bardzo inwestują w infrastrukturę turystyczną.
       Okrętowanie to jak zwykle czas bardzo gorączkowy. Co prawda tym razem plan był taki, że jak w miarę wcześnie się ogarniemy to wypływamy, a jak nie, to nie, nie ma przymusu. Nigdzie się nam nie śpieszy. Jacht to nieco już zużyta, standardowa Bavaria 38 z 2003 roku o interesująco brzmiącym imieniu Mish Mash, z firmy Yacht Centar Baotic. Wszystko jest takie jak można się spodziewać po dwunastoletnim jachcie czarterowym. Jedyna rzecz nieco zaskakująca to rodzaj autopilota. Tak starej konstrukcji nie widziałem na jachtach komercyjnych od 2006 roku. Załączany mimośrodem, którego precyzja działania była nieco dyskusyjna. Również kaucja, jak za taki jacht stosunkowo wysoka bo 2000 Euro. Ale ogólne wrażenie O.K. Ani się obejrzałem a jacht już był sklarowany więc startujemy. Kierunek Milna.


       Niestety z wiatrem bardzo kiepsko. Zdecydowaną większość drogi przybywamy na silniku. Do Milny dopływamy już po ciemku, po niespełna 3,5 godzinie żeglugi. Niby nic wielkiego, bo podejście jest łatwe. Z obu brzegów zatoki widać różne, wesoło mrugające światła. Tylko te maleńkie bojki wyznaczające granicę kąpieliska. Gdy tylko Słońce schowa się za horyzontem i zrobi się szaro, zupełnie ich nie widać. Szczęśliwie jednak dopływamy do mariny ACI, mijając po drodze marinę Vlaska i marinę w porcie rybackim gdzie stoi całe stado, ponad 20 jachtów wycieczki młodzieży z różnych stron świata. Znowu udaje mi się zająć miejscówkę na wprost konoby znajdującej się w Marinie ACI. Koszt jednej doby dla naszej Bavarki to 520 kun. Jest pięknie. Jak to się zmienia. Kiedyś symbol ciszy i spokoju a teraz miasteczko tętniące turystycznym życiem. Co prawda wszystko to ogranicza się do nadbrzeżnego bulwaru ale dostarcza wystarczająco dużo wrażeń. Muzyka na żywo, dyskoteka, kolorowe światełka, kolorowe drinki, szum i gwar. Znajomy lodziarz mówiący po polsku. W powietrzu aż gęsto od dobrej zabawy. Snujemy się powoli wśród roześmianych ludzi. W pełni czujemy, że rejs rozpoczęty. Już jest ten żeglarsko-urlopowy klimat.


       W niedzielę rano machamy na pożegnanie Milnie. Obieramy kurs na Komiżę. Pogoda w dalszym ciągu mało żeglarska. Można się wylegiwać na pokładzie, nadrabiać zaległości w lekturze i dogadzać sobie kulinarnie. Po 6,5 godzinach leniwej żeglugi opływamy cypel ….. Vis i mamy przed sobą Komiżę. Ku naszej ogromnej radości jest jeszcze sporo wolnych miejsc, które jednak szybko zaczęły się zapełniać. W czasie manewru podchodzenia do kei, jak zwykle rufą, usłyszałem jakiej dziwne odgłosy z naszego samosteru. Coś się wysypało na pokład. Nie bardzo mogłem patrzeć co się dzieje, bo do brzegu było tuż tuż i musiałem kontrolować dobijanie. Dopiero jak złapaliśmy muring i obłożyliśmy cumy mogłem przyjrzeć się bliżej, co też nam się przytrafiło. Rozpadł się samoster, wysypały się kulki, wielka lipa. Po bliższych oględzinach okazało się, że nasz autopilot ma za sobą już niejedną naprawę. Nasza złota rączka, Marek, coś próbował łatać, ale bez szans. Jak będziemy w Splicie poszukamy jakiegoś fachowca od autopilotów.
       Od ostatniej wizyty nic się w Komiży nie zmieniło. Bardzo miłe miejsce. Opłata za postój zaledwie 360 Kun. Jednak specyficzną wizytówką Komiży są sanitariaty, chyba najgorsze w całej Chorwacji, z niezwykłą, bardzo charakterystyczną szefową. Od razu wiadomo kto tu rządzi. Jak w czasach głębokiej komuny, gdzie babcie klozetowe cieszyły się dużym „autorytetem”.
       Pogoda jest doskonała. Robimy klar i opuszczamy Mish Masha. Komiżę tak bardzo lubimy z zupełnie innych powodów aniżeli portowe sanitariaty. Pierwszym z nich jest bardzo ładna plaża otwarta ku zachodowi. Przy takiej pogodzie, na razie nie marzyliśmy o niczym innym jak właśnie o zanurzeniu się w morzu. Ależ rozkosz. Po pierwszej kąpieli kupujemy sobie w plażowym bufecie po butelce Karlovacko. Tak to można się bawić.


       Drugi powód dla którego warto odwiedzić Komiżę, to wyjątkowo urokliwy bulwar nad zatoką, choć niewielki, to z całą pewnością jeden z najładniejszych na chorwackim wybrzeżu. A skoro już spacerujemy po bulwarze, to można zjeść pyszne lody i napić się świeżego soku pomarańczowego. Na sok przysiadamy w maleńkiej dziupli. Najpierw my z Ulą, później kolejni uczestnicy naszej wycieczki i wszyscy zamawiają sok pomarańczowy. Chłopak, który nas obsługuje ma coraz dziwniejszą minę, ale dzielnie donosi kolejne szklanki soku, które w tych warunkach smakują wyśmienicie. W końcu oznajmia, że skończyły się pomarańcze. Patrząc jednak w nasze oczy, i widząc w nich wielkie rozczarowanie, bez zbędnych słów idzie do najbliższego sklepiku i przynosi pomarańcze. Jak na mój gust, chyba nieco za mało. Taaak, za mało. Gdy już była przy stoliku cała nasza szóstka, szybko się okazało, że nasz kelner musi iść po pomarańcze jeszcze raz.    
       Bawiąc się dręczeniem biednego kelnera, który już miał dosyć na ten dzień wyciskania pomarańczy, dotrwaliśmy do popołudnia. I w ten sposób dochodzimy do momentu, gdy pojawia się na horyzoncie trzeci powód, dla którego warto, chodź by na kilka godzin odwiedzić Komiżę.  Odwiedziny w konobie Bako. Tam zawsze jest dużo gości, bo przez lata właściciele tego lokalu zasłużyli sobie na uznanie gości. Pyszne jedzenie, ciekawy wystrój wnętrza i stoliki tuż nad zatoką, którą właśnie otulał atramentowym aksamitem zmrok, dają wspólnie niepowtarzalny efekt.  Zdaje się, że konkurencja chce uszczknąć coś dla siebie z wielkiej popularności Bako. Tuż obok otworzyły się dwie nowe restauracje. Jedna bazuje jedynie na sąsiedztwie i cudownym położeniu nad samą zatok. Właściciele drugiej poszli krok dalej, grafika szyldu i użyte czcionki do złudzenia przypominają te z logo Bako. My jednak konsekwentnie kierujemy swoje kroki do prawdziwego Bako. Wchodzimy, i coś jest nie tak. Wnętrze pozostało jak dawniej, urok stolików ustawionych tuż nad wodą nieodmiennie zachwyca.  Ale … ludzie, personel lokalu. Jakiś taki podminowany, z bardzo cieniutkim uśmiechem na twarzy, miotający się to tu to tam. Mam wrażenie, że im w czymś przeszkadzamy. Całe szczęście, że jak zwykle jedzenie jest tutaj bardzo dobre. To również się nie zmieniło. Jednak nie mogę odpędzić myśli, jak wyśmienicie by smakowało, gdyby atmosfera nie przypominała tej w lodówce? Od razu też pomyślałem sobie, że jednak ta niewidzialna ręka rynku nie zawsze działa. Wydawać by się mogło, że mając konkurencję na karku, tym bardziej będą się starać, a tu nie. A może jednak, ta niewidzialna ręka rynku zadziała, tylko z pewnym ociąganiem? Może jeszcze daje Bako szansę?
       Obok nas, kolejny jacht, który zacumował miał również polską załogę. Sześcioro pogodnych, statecznych ludzi, mniej więcej w naszym wieku. Bardzo szybko nawiązaliśmy kontakt, państwo byli z Tarnowa. Wieczorem, kiedy wracaliśmy z Bako jakoś tak się stało, że nasza załoga weszła na naszą łódkę a ja zbłądziłem pod bimini naszych sąsiadów. Okazało się, że po pierwsze mają pyszną nalewkę, po drugie są bliskimi znajomymi moje bardzo dobrego kolegi właśnie z Tarnowa i po trzecie, że ja już ich kiedyś widziałem. Kiedy zjeżdżaliśmy z autostrady do Trogiru, obok nas podjechały trzy eleganckie samochody. Od razu zwróciły moją uwagę ponieważ wszystkie trzy były na … tarnowskich numerach i w każdym z nich tylko dwie osoby. To się nazywa mieć gest i fantazję.


       W poniedziałek rano niemal cała załoga zerwała się na nogi skoro świt. Przed nami kolejny piękny dzień, który na pewno przyniesie różne miłe niespodzianki. Szkoda więc czasu na spanie. Oddajemy cumy i w drogę. Plan na dzisiaj to dotrzeć do Vela Luka. Wielkie wyzwanie to nie jest, ale też wcale takich wyzwań nie szukamy, wręcz przeciwnie. A jeszcze, po drodze trzeba by gdzieś zatrzymać się na kąpiel. Opływamy spokojnie Vis od południa. Tam najpierw jest wysepka Ravnik, a nieco dalej na N-E, równie mały Veli Budikovac. A jest on Veli, bo ma mikrosąsiada o nazwie Mali Budikovac. Wpływamy między Budikovace na ile pozwala zanurzenie jachtu i kotwica idzie w dół. Ależ cudna woda. Oj długo można by tak się pławić. Parę okruchów chleba rzuconych do wody wystarczyło by wokół nas pojawiła się cała ławica ryb.   


       Do Vela Luki, położonej w zachodniej części wyspy Korczula dopływamy ok. 1630.  Według wydawnictw nawigacyjnych jest to spora miejscowość, 4500 mieszkańców, główny port promowy na wyspie. Zgodnie z zawartymi tam informacjami, jest tam jednak niewiele miejsca dla żeglarzy, raptem ok 25 miejsc przy kei i ok 20 przy bojach. Skoro tak, to już płynąc przez zatokę pilnie obserwujemy wszystkie mijane po drodze kotwicowiska aby mieć w zanadrzu plan B. Gdy dopływamy do portu stwierdzam, że ktoś bardzo optymistycznie podał ilość miejsc przy kei. Zaledwie trzy jachty stoją przy kei i ani jednego wolnego miejsca.  Gdzie te 26 miejsc postojowych obiecywanych przez locję? Jak to gdzie, przy bojach. Łapiemy jedną z ostatnich. Na brzeg dostajemy się pontonem, bardzo małym pontonem, dwie osoby to już dosyć. Aby nieco usprawnić całą operację przywiązujemy do pontonu długą linę i po przerzuceniu kolejnej pary na brzeg, osoba pozostająca na jachcie ściąga bączek z powrotem. Trochę mokro w siedzenie, ale Słońce operuje dosyć intensywnie więc niebawem cały nadmiar wilgoci odparował.
       Ruszamy w miasto. Najpierw jest, tak normalnie, jak to w Chorwacji. Niewielkie kolorowe domy, sporo różnych lokalików, ale raczej nie ma co liczyć na coś tak dopieszczonego jak w Bawarii czy Austrii. Jest tak bardziej po ludzku. To nie jest sala operacyjna ze swoją sterylnością i zimnem. Ale kawałek dalej już widać coś co od razu przyciąga uwagę: bulwar nadbrzeżny porośnięty palmami. I tam też się kierujemy, choć nieco okrężną drogą, bo chcemy sprawdzić, co też jest tam z tyłu. Jednak te uliczki z tyłu nie wciągają nas specjalnie, więc wracamy na bulwar, a tu jest bardzo przyjemnie. I znowu jakaś kafejka z lodami, sokami owocowymi i innymi napojami. Robi się bardzo przyjemnie. I tylko z zupełnie niezrozumiałych powodów, w całym mieście nie udaje nam się kupić lodu, tak potrzebnego do drinków. W pewnym momencie nawet udało nam się znaleźć zamrażarkę z lodem, zamkniętą na kłódkę, bo akurat tego dnia, jak nas poinformowała obsługa sąsiedniego lokalu, nikt nie widział pana od lodów. W drodze powrotnej oglądamy bardzo malowniczy zachód Słońca, który pomalował niebo pięknymi, ciepłymi kolorami, tworząc niezwykle atrakcyjne tło dla jachtów stojących na bojach. Dopełniło to tylko miłych wrażeń ze spaceru. Rozsiedliśmy się w kokpicie ze szkłem w rękach by delektować się do końca niezwykłym spektaklem na niebie. Na moment musieliśmy powrócić do rzeczywistości, bo właśnie od jachtu do jachtu przemieszczał się na łódce kasjer portowy. Opłata za postój na boi to 150 Kun. He, he, he niezły interes. Jedna z najbardziej rentownych inwestycji jakie można sobie wyobrazić. A niech im tam, byliśmy powaleni urokiem tego wieczoru, takie przyziemne sprawy jak ta bandycka opłata za postój w żaden sposób nie wpłynęła na nasz dobry nastrój. Dzień już zgasł, gwar z miasta coraz słabszy, noc otuliła całą zatokę. Skończył się kolejny dzień.


       Następnego dnia startujemy jeszcze wcześniej. Już o 0600 odpalamy katarynę i uwalniamy się z boi. Robimy tak, po pierwsze dlatego, że naszym kolejnym celem jest Korczula, cudowne miejsce i bardzo mi zależało na możliwości zacumowania w marinie ACI w samej Korczuli, a po drugie dlatego, że łudziłem się, że może chociaż wcześnie rano będzie trochę wiatru i będziemy mogli pocieszyć się prawdziwym żeglowaniem. Co do tego drugiego, niestety szybko się okazało, że moje nadzieje były całkowicie płonne. Wiatry może i wiały, tyle, że … gdzieś na półkuli południowej. Jednak te silniki spalinowe, to całkiem użyteczny wynalazek.
       Również wyspę Korczula, podobnie jak poprzedniego dnia Vis, opływamy od południa. To kolejny dzień niemiłosiernie leniwej żeglugi. Nic, kompletnie nic się nie działo. No, był jeden mały wyjątek. Po morzu pływa mnóstwo różnych śmieci. Z zasady staram się uważać na takie niezidentyfikowane obiekty, bo nigdy nie wiadomo jak może zakończyć się bezpośredni kontakt z takim czymś. Więc kiedy zobaczyłem w oddali coś unoszącego się na wodzie, zwróciłem na to uwagę sternikowi, by minął to w bezpiecznej odległości prawą burtą. Ponieważ wcześniej już kilkakrotnie mijaliśmy sporo bojek rybackich, które na wodach chorwackich są zupełnie nie oznakowane moja uwaga była zbyteczna, bo sternika był i bez tego wystarczająco czujny. Kiedy jednak nieco się zbliżyliśmy do tego NOBP-a (niezidentyfikowany obiekt beztrosko pływający)  ze zdumieniem skonstatowałem, że to nie żaden odpad cywilizacji, ani też wyjątkowo duża boja rybacka, a wielki żółw. Niesamowite. W pewnym momencie, na krótką chwilę wyciągnął nad wodę jedną przednią łapę. Wyglądało to tak, jakby chciał do nas pomachać. Byłem tak zdumiony tym widokiem, że nawet nie sięgnąłem po aparat.
       Piękna pogoda, doskonała widoczność, płyniemy na silniku, można więc bez większego ryzyka zrobić mały skrót przy wschodnim brzegu Korczuli. Maleńki Gubavac zostawiamy po lewej burcie, ostrożnie, ze względu na głębokości, wzdłuż wschodniego brzegu wysepki Vrnika i skręcamy w lewo by przejść między Kamenjakiem i brzegiem Korczuli, dalej NN-E i wychodzimy na Kanał Jeżevica. Kolejny atrakcyjny fragment chorwackiego wybrzeża. Pełna sielanka. Jeszcze uwaga na prom, który przecina nasz kurs. Stocznia Leda po lewej i wyspa Badija po prawej. I po chwili widzimy Korczulę i marinę ACI. Jest godzina 1330 i w marinie jeszcze całkiem sporo wolnych miejsc. Udało się.


       Korczula to niezwykłe miasto. Tu czuć w powietrzu magię. Stara część miasta upakowana do granic możliwości na niewielkim półwyspie ma w sobie niezwykły magnetyzm. Uliczki wspinające się od wody na szczyt niewielkiego wzniesienia, przeciskające się między niewielkimi budynkami. Mimo wielkiej ciasnoty jeszcze znajduje się miejsce na restauracyjne stoliki. Można zasiąść i odpłynąć do krainy marzeń. Jednak rozpoczynamy do spaceru na plażę, całkiem niezłą jak na chorwackie warunki.  
       Nie wiem z jakiego powodu szukaliśmy restauracji na kolację na nadmorskiej promenadzie. Wszystkie rozsądne argumenty przemawiałyby przeciwko takiemu wyborowi. A my nie. My musimy mieć widok na zatokę. Niewątpliwie bardzo ładny widok, szczególnie o zachodzie Słońca. Tyle, że w kwestii jedzenia, to jednak najważniejszy jest smak potraw. Niestety restauracja Konijk Morski pod tym względem nie zasługuje na specjalne uznanie. Nawet ośmiornice z grilla, które w Chorwacji wszędzie są pyszne, tu były niezbyt nieudane. Sytuację z powodzeniem uratowały nasze dobre nastroje i pyszne i fantazyjnie skomponowane lody zjedzone kilkadziesiąt metrów dalej, w lodziarni Caramel. Właściciel choć zabiegany niemiłosiernie, jednak cały czas z uśmiechem na twarzy. A kiedy poprosiliśmy go o lód, po prostu sprezentował go nam. Po odniesieniu lodu na jacht, jeszcze trochę spacerowaliśmy po zaułkach Korczuli. Gdy zapadła noc zrobiło się jeszcze ciekawiej. Ktoś tam dawał koncert na ulicy. Wszędzie tłumy rozbawionych ludzi. Tajemnicze światła mrugają porozumiewawczo zapraszając do zagłębienia się w przygodę. To co mieści się w obrębie XIII wiecznych murów czaruje przybyszów na każdym kroku. A może spotkamy gdzieś za rogiem ducha Marco Polo, który podobno właśnie tutaj urodził się w 1254 roku. Jego niezwykła podróż Jedwabnym Szlakiem do Chin do dzisiaj pobudza wyobraźnię i prawdziwych podróżników i tych, którzy tylko marzą o podróżach.  Szkoda było kończyć ten wieczór.
       Marina ACI w Korczuli kosztowała nas 545 Kun. Jak to w Chorwacji, drogo, ale być w pobliżu i tu nie zajrzeć, to po prostu niemożliwe. Dlatego piracką opłatę za marinę uiściłem z przyjemnością. Ech! Podobnie jest w paru innych miejscach. Chorwaci starają się aby turystom było przyjemnie. Wiedzą jak sprawić by wydawanie pieniędzy nie było tak bolesne.


       Kolejny dzień rejsu również rozpoczęliśmy dosyć wcześnie. Już nie trzeba nawet specjalnie się umawiać co do tego. Szkoda tracić czas na spanie, a wschody słońca są równie poetyckie jak zachody. Tuż przed 0600 oddajemy cumy i kierujemy się w Pelješki Kanal.  Mijamy w nim piękny, czteromasztowy żaglowiec Sea Cloud. Niestety płynie na silniku. Szkoda bo byłoby na co popatrzeć. Wybudowany w 1931 Sea Cloud ma 109,5 m (360 stóp) długości, ożaglowanie ma 3000 m2, a wysokość najwyższego masztu nad pokładem wynosi 54,20 m. W latach osiemdziesiątych kapitanem Sea Cloud był m.in. nasz rodak Ryszard Choiński.
       Dalej płyniemy przez Korčulanski Kanal. Bierzemy namiar na zatokę Čarnjeni na wyspie Šcedro. Pora trochę się pomoczyć. W przytulnej zatoce oprócz nas tylko dwie niewielkie łodzie rybackie, które niebawem odpływają. Niesamowite wrażenie. Zupełne odludzie. Aż niemożliwe, że jeszcze są takie miejsca w zatłoczonej Chorwacji. Było tak tak przyjemnie, że nawet nie zauważyliśmy, że nasz postój trwał 1,5 godziny.  Ale nigdzie nam się nie śpieszyło. Po prostu, gdy już uznaliśmy, że na razie wystarczy kąpieli, podnieśliśmy kotwicę i ruszyliśmy dalej, ku Pakleni Otoci.


       Wrażenia z Zatoki Černjeni były niezwykłe, bo w Chorwacji turystów przybywa lawinowo. Ludziskom przypadła do gustu ta przyjazna kraina mimo cen z Księżyca. Oczywiście dotyczy to niestety również żeglarzy. Ponieważ do Palmižany przybyliśmy dosyć wcześnie, w marinie było jeszcze pustawo. Nauczony doświadczeniem poprzednich dni, wiedząc że wystartujemy skoro świt, od razu zapłaciłem za postój (506 Kun), by uniknąć rano zamieszania. Gdy poszliśmy na plażę nad Zatoką Vinogradišče, to trafiliśmy na prawdziwy tłum. Nie tylko żeglarze, którzy masowo kotwiczą w zatoce, ale również mnóstwo turystów dowożonych tu najróżniejszymi urządzeniami pływającymi z Hvaru. Jeszcze nigdy, w czasie mojego pobytu, nie było tutaj tak ciasno. Ale nic dziwnego, warunki do kąpieli wyśmienite. Więc i my nie darujemy sobie tej wspaniałej przyjemności zanurzenia się w cieplutkiej wodzie Adriatyku.


       Gdy słoneczny rydwan nieco przesunął się po nieboskłonie i pot przestał się lać z ludzi jak z fontanny, ubraliśmy się „na galowo” i za pomocą wodnej taksówki przetransferowaliśmy się do Hvaru. To kolejne z tych magicznych miejsc, gdzie przechadzając się wąskimi uliczkami, można usłyszeć różne głosy z niezwykle barwnej przeszłości. Zgoła inne głosy, rozradowanych tłumów turystów, można usłyszeć na głównym placu, czyli trgu sv. Stjepana. Nad wszystkim góruje Fort Hiszpański, do którego podejście jest wyzwaniem niczym wspinaczka wysokogórska.  Ny jednak najpierw kierujemy się do XV wiecznego niewielkiego klasztoru Franciszkanów. Znowu jesteśmy za późno by obejrzeć znajdujące się w nim ekspozycje. Na pocieszenie pozostaje nam jednak podziwianie kolejnego bajecznego zachodu Słońca, który z tego miejsca wygląda szczególnie atrakcyjnie.


       Syciliśmy tak ducha, i syciliśmy, aż w końcu i ciało się upomniało. Parę lokali już w Hvarze przetestowałem. Nigdzie nie zgłaszałem zastrzeżeń, wręcz przeciwnie. Miłośnicy dobrego jadła zawsze znajdą tutaj coś dobrego. My tym razem mieliśmy ochotę na pizzę. Niby nic wielkiego, a jednak … Jest w Hvarze taka pizzeria Pizza Kogo. Jak sięgam pamięcią, to tylko raz, w Toskanii, w miejscowości Castagnetto Carducci w Bruschetteria Enoteca „Sapori Mediterranei”  zdarzyło mi się jeść równie wyśmienitą pizzę. Zdaje się, że każdy z nas zamówił coś innego, ale wokół było słychać tylko same „ochy” o „achy”. A jak to nieco zakropić białym winem, to sięga się doskonałości. Zatem drogę powrotną do mariny Palmiżana, mimo sporego balastu w brzuchu, odbyliśmy unosząc się pięć centymetrów nad ziemią i wodą. Atmosfera mariny tylko podtrzymała nas w tym cudownym nastroju. I znowu żal było kłaść się spać.


       Przedostatni etap naszego rejsu rozpoczynamy podobnie jak poprzednie wczesnym rankiem. Nad wyspą Hvar jeszcze unoszą się mgły w dolinach, niebo czaruje purpurami, Słońce jeszcze przyczajone za wzniesieniami, woda niemal idealnie gładka. Cóż za bezwietrzny sezon na Morzu Śródziemnym. Trzy rejsy, różne miejsca, spora rozpiętość czasowa, i jeden wspólny mianownik: brak wiatru. Aby więc dotrzeć do kolejnego celu na naszej trasie znowu musimy wspomagać się dieslem. A ten cel to Split. Z jednej strony to jakby już powrót do cywilizacji. Z drugiej jednak strony, stare miasto w Splicie jest tak niezwykłe, że ten powrót jest bardzo łagodny. Tym bardziej, że po drodze rzucamy jeszcze kotwicę w Zatoce Nečujam. Piękne miejsce, zatoka dosyć daleko wcina się w głąb wyspy Šolta. Czysta, turkusowa woda zapewnia doskonałą widoczność na głębokość kilku metrów. Wpływamy niemal do końca. Jak tylko upewniliśmy się, że kotwica trzyma rozpoczęły się kąpiele i biesiadowanie. Marek wyławiał z dna różne skarby, m.in. moją kamerkę GoPro, która bez mojej zgody raczyła mnie opuścić. Absolutnie pełny relaks.


       W końcu pada komenda „kotwica w górę!” i ruszamy w kierunku Splitu. Na Splitskim Kanale delfiny postanowiły urozmaicić nam przedostatni dzień na Adriatyku i pojawiły się gromadnie, przez kilka minut  pozwalając nam łaskawie podziwiać swoje piękno. To bliżej, to dalej, pojawiały się na chwilę wywołując ogólną radość na pokładzie. A tu już przed nami Split. Z daleka widać wieżę katedry Sv. Duje i ogromne wycieczkowce stojące w porcie. Po prawej nowoczesne osiedla z ciężkimi bryłami betowych wieżowców. I wszystko piękne obramowane majestatycznymi górami otaczającymi miasto.
       Zaraz po zacumowaniu próbujemy szukać pomocy w sprawie nieszczęsnego autopilota. Od sympatycznych ludzi z mariny dostaliśmy numer telefonu do fachowca. Gdy ten przyjechał, tylko pokręcił głową, tego typu urządzenia nie naprawiał już od lat i raczej nie ma szans na załatwienie czegoś tak na poczekaniu, choćby ze względu na brak części. Trudno. Marina w Splicie to najdroższa miejscówka w czasie tego rejsu, 650 Kun. No cóż, płacimy za wielkomiejski szyk. Ale to też jest jedno z tych miejsc, które koniecznie trzeba odwiedzić.


       Pakujemy się do wodnej taksówki i ruszmy w miasto. „Pałac Dioklecjana”, a właściwie to co z niego zostało i co na jego miejscu powstało, to jest coś magicznego. Niestety nie tylko ja jestem tego zdania. Każdego dnia, różnymi możliwymi sposobami, przybywają tu tysiące turystów. Same te mastodonty stojące w porcie, które widać już z daleka płynąc do Splitu, to małe pływające miasteczka. Mimo to czuję się tu doskonale. Wkraczamy w ten malowniczy świat,  tworzony przez wieki przez miejscowych i przez przybyszów z różnych stron, Bramą Brązową. Ta bowiem jest najbliżej postoju naszej taksówki. Najpierw placyk z restauracjami, jedno z ulubionych miejsc kontaktowych, zawsze gwarny, zawsze pełen roześmianych ludzi. Później okrążamy kościół Sv Rocha,  przez moment zagłębiamy się w strefę cienia w ciasnej uliczce. Po chwili znowu wpadamy w objęcia popołudniowych promieni słonecznych.  Dochodzimy do perystylu, czyli miejsca, które kiedyś nim było. Tu obowiązkowo trzeba sobie usiąść na schodach i podelektować się otoczeniem. Można też zamówić sobie małe conieco ze znajdującej się tu restauracji. W tym celu zostały nawet specjalnie poukładane na schodach siedziska, żeby strudzonym turystom nie było za twardo w siedzenie. Korynckie kolumny otaczające perystyl są imponujące. Do tego po prawej mamy Katedrę Sv. Duje (Św. Dujama), która sama w sobie jest dużą atrakcją. Później przechodzimy przez perystyl, mijając egipskiego sfinksa, niegdyś jednego ze strażników grobu cesarza Dioklecjana i wchodzimy w przejście prowadzące do muzeum znajdującego się w podziemiu. Tu trafiamy na siedmiu eleganckich dżentelmenów śpiewających tradycyjne pieśni dalmatyńskie. Oczywiście zatrzymujemy się by tego posłuchać. Dźwięczne, mocne męskie głosy w antycznej oprawie robią niesamowite wrażenie. Nie mogłem się powstrzymać by nie kupić ich  płyty.


       Naładowani duchowymi wrażeniami kierujemy się do Bramy Srebrnej, za którą jest wielki jarmark z wszelaką tandetą. Tutaj turyści wpadają w szał zakupów. Oprócz bezliku plastikowych śmieci prosto z Chin można tu znaleźć m.in. kilka budek z wyrobami z lawendy, z których słynie Dalmacja. Bardzo to sympatyczne i trzeba przyznać, że Chorwaci wykazują sporą inwencję w wykorzystaniu lawendy przy tworzeniu różnych upominków mogących zainteresować przybyszów z różnych stron świata.
       Kawałek idziemy wzdłuż muru po jego zewnętrznej stronie. Tu nie jest tak przyjemnie. Dochodzimy do Złotej Bramy, przy której stoi wielki pomnik Grzegorza z Ninu autorstwa Ivana Meštrovica. Co prawda nie jest to dzieło starożytne, ale przedstawia postać z IX wieku i jakoś nienajgorzej pasuje do otoczenia. A turyści traktują jako swego rodzaju talizman i szlifują nieustannie jeden z paluchów u nogi świętego. Znowu zagłębiam się w plątaninę wąziutkich uliczek, które zmieniły swoje oblicze gdy Słońce schowało się za horyzontem. Zrobiło się bardziej tajemniczo. Przysiadłem sobie w jednej z knajpek by chwilę odetchnąć. Gdy coś tam sączyłem dobiegł mnie, gdzieś z niewielkiej odległości śpiew chóru. Byli na tym samym skwerze co ja, tyle, że za rogiem budynku. Ośmioro młodych ludzi z wielkim zaangażowaniem, ale i młodzieńczą radością, wyśpiewujących różne utwory. Ania zrobiła wywiad i okazało się, że to tegoroczni maturzyści z Krakowa, członkowie jednego z tamtejszych chórów. Brawo i powodzenia.


       Jeszcze kilka tajemniczych zaułków, jeszcze okazały Pałac Milesi, jeszcze przepyszny sok ze świeżych owoców na promenadzie i zrobiło się ciemno. Na promenadzie, czyli jak mawiają miejscowi, na Rivie, tłum ludzie snujących się tam i z powrotem. Gdy ustawiłem statyw aby sfotografować ten tłum w totalnym rozmyciu zagadnął mnie jakiś dżentelmen o to co robię. Już nie pamiętam skąd on przyjechał do Chorwacji, gdzieś z bardzo daleka, i już od kilku miesięcy tu przebywa i oczywiście robi mnóstwo zdjęć, bo i jego urzekło piękno tego kraju. Kawałek dalej scena, na której występowały zespoły ludowe. Ileż w tej ich muzyce energii. A w ogóle jeszcze nigdy, będąc w Splicie nie trafiłem na taką dużą dawkę muzyki, za każdym rogiem ktoś śpiewał lub grał, lub jedno i drugie, a do tego jeszcze i taniec. Można powiedzieć: rozśpiewany Split. Jeszcze na chwilę zapuściłem się w labirynt uliczek Pałacu Dioklecjana, absolutnie niezwykłych po zapadnięciu zmroku. Na dłuższą chwilę przysiadłem na chodniku vis a vis wieży Katedry św. Dujama. Założyłem najkrótszy obiektyw jaki posiadam i zacząłem przymierzać się na różne sposoby do uwiecznienia jej w tych niezwykłych okolicznościach. Uwiecznienia? Przecież ona stoi tu od wieków i pewnie jeszcze kilka kolejnych stuleci dalej będzie trwała. A moje zdjęcia? Jak długo będą żyły? Kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt (optymista) lat? Wszelki ślad po mnie zaginie, a ta budowla będzie stać. 

                
       Ostatni odcinek naszego żeglowania, Split – Trogir, to króciutki przeskok. Jeszcze ostatnie kotwicowisko, Krknjaš, między wyspami Veli Drvenik, Veli Krknjaš i Mali Krknjaš. Ostatnia kąpiel w bardzo ciepłym Adriatyku. Tankowanie w nowej stacji paliwowej. Super, w porównaniu do tego co działo się w starej, po drugiej stronie kanału. Jednocześnie obsługiwanych jest kilka jachtów, szybko i sprawnie. Jeszcze kontrola stanu jachtu przez nurka i człowieka z Yacht Centar Baotic i w zasadzie to już koniec kolejnego rejsu po Adriatyku. Jeszcze próbowaliśmy coś negocjować w sprawie autopilota. Niestety nic z tego nie wyszło i musieliśmy zapłacić za starego rzęcha 900 Euro. Inaczej mówiąc sfinansowaliśmy zakup zupełnie nowego. Trochę to nie fair, ale w takiej sytuacji czarterobiorca jest pod ścianą. I nawet nie można było tej kaucji ubezpieczyć, mimo, że chcieliśmy to zrobić.


       Tak, czy owak robimy klar na jachcie i przygotowujemy się do porannego wyjazdu. Wskakujemy w okolicznościowe T-shirt-y do pożegnalnej rodzinnej fotografii. A później do taksówki wodnej i do Trogiru. Gdy wysiedliśmy na brzeg już zaczynało popadywać. Mimo wszystko ruszmy w „miasto”. Odwiedzamy targowisko. Trogir to też prawdziwa perełka. Z wolna zmoczone kamienne chodniki zaczęły mrugać wielobarwnymi światełkami. Proponuję udać się na pożegnalną kolację do mojej ulubionej knajpki Top Balloon. Gdy doszliśmy na placyk przy, którym mieści się ta knajpka okazało się, że w ogródku nie ma miejsc, ani w naszej ulubionej knajpce, ani w żadnej innej. Prze chwilę się wahaliśmy. Fajnie jest siedzieć w ogródku na placyku. Tuż obok jest Konoba Best. Nazwa trochę pretensjonalna Wejść tam czy nie wejść? W końcu weszliśmy, już nieco zmoczeni. Gdy się usadowiliśmy przy ostatnim wolnym stole i zaczęliśmy studiować kartę, na zewnątrz nastąpiło prawdziwe oberwanie chmury okraszone bardzo silnym wiatrem. W jednej chwili wszystkie ogródki opustoszały. Pracownicy okolicznych lokali ratowali co się da. Prawdziwa apokalips.  A my? Mamy sucho, mamy przytulnie, mamy wesoło a przede wszystkim mamy bardzo pysznie!!! Konoba Best zasługuje na swoją nazwę. No i co? Ano, do następnego!


Postaw mi kawę na buycoffee.to

wtorek, 15 września 2015

REGATY YKP SZCZECIN CUP 2015




       YACHT KLUB POLSKI SZCZECIN zorganizował  regaty YKP SZCZECIN CUP, które to odbyły się w dniach 12-13.09.2015. Po raz drugi w tym sezonie zaokrętowaliśmy się z Markiem na jankowej Marimbie. Była to impreza udana pod wieloma względami.
       Bardzo trafionym pomysłem było zorganizowanie postoju w Lubczynie. Pierwszy wyścig był dosyć długi. Meta ustawiona pod Lubczyną. Start  do niedzielnego wyścigu w tym miejscu gdzie była meta pierwszego. Nikogo więc nie kusiło aby wracać do domu. I bardzo dobrze. Wreszcie można było na spokojnie przyjrzeć się nowej, a właściwie przebudowanej marinie. Co prawda jeszcze nie wszystko jest zrobione, i to nawet dosyć istotne elementy nie są jeszcze gotowe, bosmanka i sanitariaty, ale mimo to marina sprawia bardzo dobre wrażenie. Ludzie po sklarowaniu jachtów sennie snuli się po kejach. Co chwilę spotykało się kogoś znajomego, była sposobność pogadać sobie nigdzie się nie śpiesząc. Organizatorzy zadbali o poczęstunek, więc znaczna część żeglarzy w pewnym momencie przeniosła się na ławki pod parasolami, gdzie przy biesiadnych stołach kontynuowano żeglarskie rozmowy. Wieczorem wystąpił zespół szantowy z „Polic i okolic” jak sami o sobie mówią, czyli Qftry. Mimo że bardzo lubię szanty, a Qftry należą do moich ulubionych kapel, nie dane mi było wysłuchanie ich koncertu w całości. Moi kompani z dzielnej Marimby wezwali mnie na jacht aby wypełnić inne, okrutnie ważne obowiązki.


       Niby regaty znane a jednak jakieś inne. No i faktycznie, YKP SZCZECIN CUP, to regaty powstałe z połączenia dwóch cieszących się długą tradycją i popularnością wyścigów: Regat o Puchar YKP SZCZECIN oraz Regat Oldtimerów EPIFANES TROPHY. Mieliśmy więc na wodzie najróżniejsze pływadła, od rasowych ścigaczy, po piękne klasyczne oldtimery. Było na czym zawiesić oko. A niektóre wyniki były wręcz zastanawiające. Bardzo nowoczesna jednostka Maxi 2 - Hansa 345, nie miała najmniejszych szans nie tylko w konkurencji z poczciwym carterem 30, czyli legendarną Umbriagą, ale nawet z ponad stuletnim Nadirem. Oczywiście nie obyło się bez narzekania na podział na grupy. Zdecydowanie najdziwniejsza i zupełnie niewytłumaczalna sytuacja wytworzyła się w III grupie KWR. No bo jest w niej niewielki, typowo turystyczny Alderan, czyli maxi 68 i rasowa ćwiartka Bluefin II, czyli eygthene 24. W zasadzie, każdy kto chce uciec od konkurencji z poważnymi rywalami, może schować się w III grupie KWR. Wystarczy stosowna deklaracja i już. Nie ukrywam, że my też byliśmy mocno zaskoczeni, gdy po pierwszym wyścigu dowiedzieliśmy się, że w klasie open do 8 metrów, rywalizuje z nami, zdecydowanie najszybszy jacht w całej stawce, Master III – banner 23 racer. Przymierzaliśmy się do rywalizacji z Corsą, Awiorem, Olorem i innymi tego typu jednostkami, a tu masz babo placek. Mogliśmy zapomnieć o walce o pierwsze miejsce. Tym nie mniej, były to dla nas najbardziej udane regaty w tym sezonie. W obu wyścigach w pierwszej dziesiątce, na ponad czterdzieści jachtów i ostatecznie drugie miejsce w klasie, które sprawiło nam wielką radochę. No cóż, nie zazdroszczę organizatorom tej zagwozdki. Postępu nie zatrzymamy, ale chyba jednak jednostki turystyczne powinny ścigać się z turystycznymi, a regatowe z regatowymi, bo żaden współczynnik tych dysproporcji nie wyrówna. Łatwiej przyjąć, że bardziej nowoczesny jacht turystyczny wygrywa ze starszą konstrukcją turystyczną, bo to przejaw naturalnej ewolucji, ale puszczanie w jednym wyścigu bolidu formuły I i małego fiata jest raczej absurdalne.



       No i sędzia. Jurek Kaczor po prostu wie o co w tym wszystkim chodzi. Nie przeszkadza w zabawie. Cierpliwie powtarza wielokrotnie przez radio komunikaty dla uczestników. Nie ma problemu by go o coś zapytać. Bardzo sprawnie radzi sobie z przeliczeniami. Jeżeli żeglarze po zakończonych regatach nie dyskutują z ożywieniem o sędziowaniu, to znaczy, że sędzia spełnił swoje zadanie bardzo dobrze. I oby więcej takich sędziów.


wtorek, 25 sierpnia 2015

ISTRIA I OKOLICE POD ŻAGLAMI



        
       Emocje związane z przygotowaniami do podróży to coś tak naturalnego, że podchodzę do nich z dużym spokojem. Zaprowiantowanie, pakowanie, przygotowanie samochodu, ubezpieczenia, telefony od uczestników rejsu, milion spraw do załatwienia przed wyjazdem w pracy, to normalne. Pięcioro z naszej ósemki startuje ze Szczecina. Co prawda nasz Jumpy pomieściłby wszystkich, ale grupa „południowa”, jedzie osobno. Mamy więc zlot gwiaździsty w Szczecinie. Z Gdyni, z Poznania i z Mrągowa. Marek i Piotr docierają zgodnie z planem, bez problemów. Paweł zaplanował dla siebie dodatkowe atrakcje w postaci jazdy do Chorwacji na motorze. O.K. Ale jak to zwykle z Pawłem bywa, ma on niejakie problemy z odnajdywaniem się w czasie i przestrzeni i do Szczecina dociera późno w nocy. No i rano rozpoczyna się zamieszanie. Pozostała czwórka jest już gotowa do drogi a Pawełek jeszcze dosypia. Dalej uznajemy, że nie ma problemu. Wysyłamy koledze SMS-a z adresem hotelu, gdzie mamy zaplanowany nocleg i ruszamy. W końcu motocyklem da się jechać znacznie szybciej niż naszym autobusikiem, więc bez problemy nas dogoni. Okazuje się jednak, że to nie jest takie proste bo wysłaliśmy adres po „austriacku” a nie po polsku i Paweł nie może sobie poradzić z wpisaniem danych do nawigacji. Udaje się jakoś wyjaśnić co jest co, oddychamy głęboko, wygodniej rozsiadamy się w fotelach i już wyluzowani pokonujemy kolejne kilometry. Podziwiamy smukłe konstrukcje elektrowni wiatrowych, z odtwarzacza sączy się cichutko jakaś muzyczka, pełen relaks. I znowu dzwoni Paweł. On ma to wszystko w  … nosie. Nie jedzie z nami do Chorwacji, zawraca i jedzie w Bieszczady. Rozmawiał z nim Piotr, który usiłował wyjaśnić sytuację, ale nic z tego. W samochodzie nastąpiło gwałtowne ożywienie. Co?! Jak?! Dlaczego?! Po jakimś czasie nieco się uspokajamy. Zapada cisza, którą zakłóca jedynie muzyka. Na stacji Shell w Greding robimy postój na tankowanie i kawę. Piotr jeszcze raz rozmawia z Pawłem, ale ten jest już gdzieś daleko w Polsce. Zaczynamy na siłę doszukiwać się plusów zaistniałej sytuacji, ustalamy jak będziemy płacić za hotel, który przecież był zarezerwowany na pięć osób.


     Późnym popołudniem dojeżdżamy do austriackiego Radstadt, niespełna pięciotysięcznego miasta. Od pierwszych chwil bardzo nam się podoba. Ładna, zadbana miejscowość, otoczona ośnieżonymi alpejskimi szczytami. O tej porze nie słychać już żadnych pracujących maszyn, a i ruch na uliczkach niewielki, jednym słowem sielanka. Na dobre zostajemy oczarowani po dotarciu do, położonego nieco na uboczu domu, gdzie mamy nocować czyli Landhaus Aubauerngut przy Lebzelterau 6. Klasyczny, dopieszczony alpejski dom. Na podwórku wita nas właściciel i trzy psy, w tym dwa świetne berneńczyki. Od wejścia czuć przyjazną atmosferę. W środku przytulnie, z masą różnych bibelotów. Ile czasu zajmuje tym ludziom utrzymanie tego w tak nienagannym porządku? Niesamowite, to albo jest jakaś magia, albo pomagają im krasnale, bo inaczej tego się nie da wytłumaczyć, tym bardziej, że nie zauważyłem kompani pracowitych Chińczyków. Gdy tylko się rozlokowaliśmy, wyruszamy w miasto. W naszym Landhaus Aubauerngut możemy zjeść śniadanie, natomiast jeżeli mamy ochotę na coś więcej to musimy pofatygować się do jednej z restauracji w centrum miasta.


       Restauracja, którą odwiedziliśmy była całkiem przytulna, ale jakoś nas nie powaliła swoją kuchnią. Natomiast po wyjściu odebraliśmy kolejny telefon od Pawła, tym razem dzwonił z … Radstadt, spod naszego pensjonatu. Dawno nie słyszałem takiej dziwnej rozmowy. Umówiliśmy się, że czekamy na niego na rynku, gdzie też niebawem się pojawił. Śmiechu co niemiara. Udał mu się wkręt! No i okazja do odwiedzenia jeszcze jednej restauracji. Wnętrze niezbyt ciekawe, ale bardzo miły ogródek i sympatyczny kelner Słowak. A i jedzenie też nienajgorsze.
       Już w komplecie, po pysznym śniadaniu na słonecznym tarasie z widokiem na alpejskie szczyty, ruszyliśmy w drugą część podróży. Jest dla mnie jakimś fenomenem, że z której strony bym nie jechał przez Słowenię do Chorwacji, autostrada kończy się na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą i trzeba przebijać się jakąś beznadziejną, polną drogą. A przecież winiety w Słowenii są bodaj najdroższe w Europie. Do tego jeszcze tradycyjne problemy na granicy. Niby oba kraje są już w Grupie Schengen, a jednak zawsze na przejściu tworzą się gigantyczne korki. Tym razem policja coś sprawdzała. Trzeba przyznać, że jak pan się zorientował, że jesteśmy Polakami potraktował nas bardzo przyjaźnie i kazał jechać dalej. Natomiast jazda Chorwackimi autostradami to prawdziwa przyjemność z niezwykle atrakcyjnymi widokami. Na finał niesamowity most na wyspę Krka.


       W marinie Punat już czeka na nas grupa „południowa”. Ach tam, czeka, już na dobre baluje. Piękna pogoda, cieplutko, i ta niezwykła atmosfera mariny. Już nie pamiętamy o trudach przekraczania granicy Słoweńsko-Chorwackiej. Całkiem spora marina na około 800 jachtów. Biura firm czarterowych, jak to zwykle bywa, w niewielkich baraczkach lub kontenerach. Naszym pośrednikiem w Polsce była Yachtica Charter, ale tu na miejscu załatwiamy sprawy z firmą Garant Charter. Bierzemy Bavarię 46 Cruiser rocznik 2006 o imieniu Diana. Całkiem okazałe pływadełko. Papierologia snuje się nieśpiesznie, trochę trzeba poczekać. Wypełniamy kolejne papiery, wreszcie kilka ważnych słów na pożegnanie. Chodzi mianowicie o informacje o konieczności trzymania się farwateru w Zatoce Puntarska Draga, w której znajduje się Marina Punat. Podobno wejście do zatoki miało być pogłębiane, ale jak na razie nic takiego nie miało miejsca, więc prosimy ostrożnie. No i druga sprawa, jak będzie wiało ze wschodu, czyli wiatr będzie spadał z otaczających gór, to raczej należy unikać manewrów w samym basenie. Najlepiej wjechać od razu na wsteczu w basen i celować w swoje miejsce. Rozglądam się dookoła z lekkim niedowierzaniem. Nie wygląda to jakoś bardzo groźnie. W locji piszą, że zatoka daje schronienie od wszystkich wiatrów. No ale jeżeli miejscowi mówią, że należy uważać, to raczej wiedzą co mówią.
       W końcu możemy wsiąść na naszą Bavarkę. Messa swoją wielkością robi wrażenie. Normalny salon, jest nawet dzwon, ha, ha ha! Tomek, który jak zwykle przyjął na siebie obowiązki kuka, ma bardzo poważne urządzenie do zwoływania załogi. Organizacja części dziobowej nieco pozostawia do życzenia. Skrajna kabina dziobowa, która nam przypadła, jest ogromna. Nigdy jeszcze nie miałem na jachciej tak wielkiej kabiny. Natomiast przylegająca do niej kabina z piętrowymi kojami, wygląda jak izolatka w więzieniu o podwyższonym rygorze. Na szczęście Piotr i Marek to dzielni ludzie i sobie z tymi niedogodnościami poradzili. Ula z Tomkiem sprawnie zarządzają upychaniem naszego zaprowiantowania. Trochę się tego nazbierało. Jeszcze tradycyjny toast, no i jesteśmy gotowi do wypłynięcia. Jest już późne popołudnie, więc daleko nie popłyniemy, ale np. do Supetarskiej Dragi powinniśmy dać radę. No to w drogę, oddajemy cumy. Jest pięknie, niestety prawie bezwietrznie. Dieselek cichutko mruczy, Diana mięciutko sunie przed siebie.


       Supetarska Draga to niewielka miejscowość, ok 1200 mieszkańców, nad zatoką o tej samej nazwie. Zmierzamy do mariny ACI, do której podejście nie sprawia kłopotów, nawet wieczorem, kiedy to my tam docieramy. Mimo późnej pory znajduje się człowiek, który wskazuje miejsce do zacumowania i podaje muring. Miejscowość niewielka, ale marina i owszem. Może pomieścić około 270 jachtów o długości do 16 metrów. Nie można jedynie zapuszczać się do końca zatoki, bo tam jest już zbyt mała głębokość i można osiąść na dłużej.
       Po marinie Punat w Supetarskiej Dradze czujemy się jakbyśmy dopłynęli na koniec świata. Niesamowita cisza, nieliczne postacie snujące się to tu to tam. Po kolacji wizytujemy budynek klubowy. Jest O.K. Spacerujemy po marinie. Nawet nasza załoga uległa sennej atmosferze. Już tylko we dwóch z Pawłem zachodzimy do miejscowego baru. Jak w amerykańskim filmie. Barman i jeszcze ktoś z obsługi już przygotowują się do zakończenia pracy, starając się jednak nie okazywać, że chcieliby już iść do domu. Oprócz nas jest jeszcze tylko dwóch turystów, którzy wychodzą przed nami. Całkowicie zrelaksowani, dzierżąc w dłoniach szklanki z płynem ze Szkocji, toczymy nocne rozmowy Polaków. Paweł miałby ochotę na kolejną szklaneczkę, ale chyba już pora pozwolić chłopakom z baru iść do domu. Jutro też jest dzień.


       Drugi dzień naszego pobytu w Chorwacji jest kompletnie bezwietrzny. Płyniemy na dieselgrocie. Nie dzieje się nic. W takiej sennej atmosferze docieramy na Olib. Tu to dopiero jest koniec świata. Niewielkie zabudowania, luźno porozrzucane. W Olibie jest zaledwie 150 mieszkańców. Ale jest pirs z kilkoma muringami, jest sympatyczny człowiek, który pomaga zacumować i służy wszelkimi użytecznymi informacjami. Pierwsze co się rzuca w oczy, to to, że ulubionymi pojazdami mieszkańców wyspy są urządzenia podobne do melexów jeżdżących po polach golfowych, tyle że z silnikami spalinowymi. Całą ich galerię można było obejrzeć, gdy przypłynął niewielki prom. Te pojazdy doskonale nadają się do przewożenia bagaży turystów. Przybycie promu spowodowało w wiosce na chwilę pewne ożywienie, ale tak bez przesady. Polegało to na tym, że na pirsie na krótko pojawiło się kilkanaście osób. Nikt jednak się nie śpieszył, nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów. I o to chodzi. Ruszamy na „zwiedzanie”. Robimy kółeczko dookoła miejscowości. Zaglądamy na plażę. Na koniec kotwiczymy w lokalu z szyldem Grill i Pizza. Swojska atmosfera, miła i atrakcyjna kelnerka. Zaczynamy składać zamówienie. Okazuje się, że pizza jest tylko na szyldzie. Ryby tylko w morzu, którego dookoła nie brakuje. Coś jednak się znalazło, lignie na žaru i baranina. Trzeba przyznać, że o ile zawartość menu nie była imponująca, to  to co jednak było, było bardzo dobre. A podlane jeszcze kilkoma karafkami czerwonego wina, w zupełności spełniło nasze oczekiwania.


       W poniedziałek rano, przed wypłynięciem, uzupełniamy zaprowiantowanie. Zaopatrzenie miejscowych sklepów raczej skromne. Największy zawód sprawił nam brak truskawek. Pan ze sklepu mówił, że można je kupić gdzieś z ogródka. Nawet narysował coś w rodzaju planu wioski aby ułatwić znalezienie tego miejsca. Ale tu uliczki nie mają nazw, a budynki numerów, więc mimo, że zrobiliśmy całkiem spore koło, nie udało nam się znaleźć upragnionych truskawek.
       Po niemal bezludnej wyspie Olib pora na zdecydowanie bardziej ludną Mali Lošinij. Znowu nie ma wiatru a temperatura szybko się podnosi. A kto nam zabroni stanąć w jakiejś zatoce i się popluskać? W zasadzie nikt. No to stajemy. Palec wskazujący trafia w zatokę Paržine przy wyspie Ilovnik. Jest sielsko, jednak jak dla mnie woda jest za zimna. Na morsa się nie nadaję, ale załogo korzysta ochoczo z możliwości wymoczenia się w Adriatyku.


       Podejście do Mali Lošinj od strony południowo-zachodniej nie stanowi problemu, wymaga jedynie cierpliwości. Trzeba opłynąć wyspy Murtat i Koludarc, bo Prolaz Most dla większości jachtów czarterowych jest zbyt płytki i próba przejścia przez niego może nas narazić na gwałtowne spotkanie z dnem. Już w zatoce trzeba cofnąć się do jej krańca. Co prawda po drodze są dwie mariny położone po dwóch stronach Kanału Privlaka, stosunkowo  nowa Marina Lošinj po zachodniej stronie, która wg niektórych ma być najbardziej prestiżowym miejscem dla żeglarzy w obrębie portu Lošinij, oraz położona na wschód od kanału Marina Mali Lošinj, jedna z najstarszych marin w Chorwacji, ale nas interesowała tym razem sama miejscowość więc od razu skierowaliśmy się do miejskiego portu. Dopłynęliśmy tam stosunkowo wcześnie więc nie było problemu z zaparkowaniem. Jak to w chorwackich marinach, ktoś wskazywał gdzie się ustawić. To z jaką starannością obsługa mariny ustawiała napływające jachty nie pozostawiało wątpliwości, że do wieczora będzie tu co najmniej komplet. Zaraz po zakończeniu manewrów została pobrana opłata za postój, 75 Euro. I nie byłoby w tym nic niezwykłego, bo do zdzierstwa w chorwackich marinach już przywykłem, gdyby nie to, że w tej cenie nie ma możliwości korzystania z toalet i pryszniców. Każde wejście do budyneczku sanitarnego to dodatkowe 5 Euro. A zatem, kto może, niech się kąpie i załatwia swoje potrzeby fizjologiczne na jachcie. Woda na kei jest wliczona w cenę postoju. Albo jak to sprytnie wymyślił Filip, wchodzić po kolei na jeden bilet. Tego ostatniego patentu nie sprawdziliśmy, więc nie wiem czy działa.


       Zaraz po poborcy opłat zjawił się przy trapie sympatyczny, uśmiechnięty kelner z lodziarni, która akurat znajdowała się u nasady kei, przy której zacumowaliśmy. Może coś do picia, może jakiś deser lodowy? W zasadzie czemu nie? Tylko jednak wolelibyśmy wyjść na ląd i usiąść w na normalnych krzesłach. Więc po chwili przenosimy się do lodziarni. Na stoliku pojawiają się pyszne desery i najlepsze w Chorwacji czerwone wino. Wino jest przyzwoite. Można je kupić niemal w każdym tanim sklepie, zarówno butelkowane jak i w kartonikach trzylitrowych za kilkadziesiąt kun. Ale tutaj ono jest „najlepsze w Chorwacji” i kosztuje 200 kun za butelkę. A podobno kiedyś Chorwacja była dla nas tanim krajem. Pewne zdziwienie u kelnera wywołuje zamówienie Uli, która miała ochotę na sorbety. Tylko, że te ich sorbetto, mimo że brzmi niemal identycznie do naszych sorbetów, to jednak jest to coś nieco innego. Owszem, też jest zimne, też nie jest robione na śmietanie, ale to nie lody, tylko drink na wódce. Kiedy pan się upewnił, że rzeczywiście dama sobie życzy sorbetto, zrealizował zamówienie. Później nastąpił replay, po którym trzeciego drinka Ula dostała gratis. Czy aby na pewno to było to co pan mówił? Po trzech takich drinkach to nawet facet solidnej postury byłby wesolutki, a tu w zasadzie niewiele.


     Wyruszmy na zwiedzanie miasta. Późne popołudnie, przyjemnie cieplutko choć bez upału. Mali Lošinj jest największym miastem chorwackim leżącym na wyspach. Pierwsze wzmianki o nim pojawiły się już w XII wieku. Najpierw serwujemy sobie wspinaczkę wąskimi uliczkami stromo wspinającymi się pod górę. Docieramy do kościoła Narodzenia Najświętszej Maryi Panny zbudowanego w 1858 roku, w którym znajdują się relikwie świętego Romulusa. Co prawda relikwii nie widzieliśmy ale na placyku przed kościołem nieco odsapnęliśmy przed ostatnim odcinkiem podejścia. Nie wiem co to za ruiny, ale wysoko i jak wszędzie pomazane przez graficiarzy. Na tę wysokość niewielu turystów dociera, jest cicho i spokojnie. Wracamy jednak do cywilizacji. Centrum życia w Mali Lošinj to promenada nad zatoką. Niezliczone lokale gastronomiczne i sklepiki z tzw. upominkami. Zapada ciemność a tu wszystko aż buzuje. Prawdziwy turystyczny kurort.


       Kolejnym naszym celem jest Pula. Startujemy nieco wcześniej niż zwykle, cumy oddaliśmy o 0630. Po pierwsze dla tego, aby złapać jakąś fajną miejscówkę w marinie, a po drugie aby mieć nieco więcej czasu na zwiedzanie. Znowu nie ma wiatru. To jednak jest przygnębiające tak wsłuchiwać się całymi godzinami w terkotanie kataryny. Na szczęście mamy nieocenionego cooka, który klnie jak szewc, ale jak coś przyrządzi to palce lizać. W tym dniu błysnął swym geniuszem nawet dwa razy. Najpierw upiekł ciasto z truskawkami. Już dawno nie widziałem tak szybko znikającego wypieku. Zdecydowanie piekarnik jachtowy jest za mały, ta blacha z ciastem mogłaby być co najmniej dwa razy większa. Jak już opadły emocje po cieście truskawkowym, przyszła pora na obiad. Niebo w gębie dzięki golonce i ziemniakom z kapustą kiszoną. Jak widać żeglarstwo wcale nie musi w kwestiach kulinarnych opierać się na konserwach i suchym prowiancie.


       W niewielkiej odległości od celu przestał działać nasz Raymarin C70. Co prawda czytałem, że w okolicy są jakieś instalacje łącznościowe które mogą zakłócać pracę GPS-ów, ale nie myślałem, że objawi się to całkowitą odmową współpracy. A może to tylko przypadek, że akurat w tym miejscu nasz dżipsi zaniemógł? Przecież to nie pierwszy raz, kiedy mam na jachtach czarterowych , niedziałającą nawigację. 
       Podejście po Puli nie nastręcza specjalnych, choć jest małą wprawką nawigacyjną ze względu na wielość pojawiających się znaków. Płyniemy od południa więc najpierw mamy niski betonowy falochron, którego znaczna część znajduje się pod wodą, oddzielający Zatokę Pula od morza. Zrobienie sobie skrótu skończyło by się zapewne tragicznie dla jachtu. Trzeba grzecznie płynąć aż dotrze się do zielonego światła ustawionego na końcu falochrony. Teraz można wpłynąć do zatoki. A tam też sporo się dzieje. Można do mariny ACI płynąć nieco dłuższą, jednak zdecydowanie szerszą drogą, albo krótszą wąskim przesmykiem między wyspami Andrija i Katarina oznakowanym stosownymi znakami. Oczywiście wybieramy tę drugą opcję. Później ostrożnie, bo na wyspie Uljanik jest stocznia, na którą trzeba mieć baczenie. A zaraz za nią kardynalki. Do tego ostrzeżenie o różnych pracach pod wodą itp. Po minięciu wyspy stoczniowej już widać marinę. Przypłynęliśmy około 1500, co wystarczyło do znalezienia wolnego miejsca. Co ciekawe, w przeciwieństwie do innych chorwackich marin, nikt na nas nie czekał na kei aby wskazać miejsce postoju. Dopiero jak zacumowaliśmy przyszedł jakiś naburmuszony gość i coś tam mamrotał, że nie zgłosiliśmy się przez radio z pytaniem o miejsce. W wielu miejscach jest to normalna praktyka. Do niektórych portów po prostu inaczej się nie da wejść. Ale w Chorwacji z czymś takim spotkałem się pierwszy raz. W żadnej z mądrych ksiąg, ani polskiej, ani chorwackiej, też nie znalazłem wzmianki o takim obowiązku lub zwyczaju. No cóż, bardzo przepraszamy. Na szczęście pan okazał się być łaskawcą i nas nie wyrzucił, nie kazał nawet nam się przestawiać, a miejscówkę mieliśmy bardzo elegancką. Cena za postój to 69 Euro, więc nawet nieco taniej niż w poprzednim porcie, do tego sanitariaty i prysznice w cenie. Co prawda ich standard był „tymczasowy” bo akurat trwał remont zaplecza sanitarnego i trzeba było korzystać z kontenera, ale jego wyposażenie było bardzo przyzwoite. Szkoda, że w nowej marinie w Stepnicy nie pomyśleli o choćby takim rozwiązaniu. Jedynie nagrzewnica wody nie wyrabiała się przy tym przerobie, ale przy tych temperaturach gorąca woda pod prysznicem nie była konieczna.


       Pula to spore miasto portowo-przemysłowe, co widać na każdym kroku, ale też bogate w liczne zabytki z różnych okresów. Niemal symbolem miasta jest rzymski amfiteatr z I-II wieku, który mógł pomieścić 23 000 ludzi. Pod tym względem jest to szósty co do wielkości obiekt tego typu na świecie. Jest przy tym stosunkowo dobrze zachowany. Robi naprawdę imponujące wrażenie. Wywołuje podziw dla starożytnych budowniczych. Nieco gorzej ma się sprawa z pozostałą częścią starej Puli. Nie prezentuje się zbyt ciekawie, jakby była zaniedbana. Do tego sprawia wrażenie bałaganiarskiej i absolutnie nieprzytulnej. Jak to w mieście przemysłowym. Ale akurat w obszarze przemysłowym spotyka nas miła niespodzianka. O ile można było się spodziewać efektownego oświetlenia starożytnego amfiteatru to oświetlenie dźwigów stoczniowych to coś zaskakującego i bardzo efektownego. To taki mały spektakl świetlny. Kapitalny pomysł.


       Z wielkiej Puli płyniemy do niewielkiego Cres. Tym razem wyruszamy nieśpiesznie ponieważ z locji wynika, że płyniemy do całkiem sporej mariny, położonej w niewielkiej miejscowości. Ma ona ponad 470 miejsc postojowych.
       Na dobry początek dnia, zaraz po wyjściu z Puli kierujemy się do Zatoki Soline. Zaczniemy od kąpieli. Do samej zatoki jednak nie wpłynęliśmy, bo spodobał nam się południowy brzeg wyspy Veruda. Nie wiem czy był to dobry wybór bo w tej zatoce nigdy nie byłem, ale to miejsce gdzie stanęliśmy też było bardzo przyjemne. W locji są ostrzeżenia, by uważać na nurków, którzy lubią penetrować te miejsca, ale akurat nikogo nie było. To już koniec maja, ale niestety woda jeszcze nie zdążyła się wystarczająco ogrzać. Przepuściłem kolegów przodem, a sam poprzestałem jedynie na zanurzeniu stóp. Nie odpadły!


       Po ośmiu i pół godzinach od wypłynięcia z Puli docieramy do celu. Przytulna Zatoka Cres. Mijamy po lewej burcie miasto Cres, niewielką marinę przystoczniową zupełnie zapełnioną i docieramy do końca zatoki, do mariny ACI. Na kei ktoś wskazuje, gdzie możemy zacumować. Piękna marina. Od razu przypadła mi do gustu, mimo że preferuję raczej mniejsze, to ta również wydaje się bardzo przytulna. Parterowa zabudowa, dużo zielni. Wszystko tu jest, teren ładnie zagospodarowany i fantastyczna, lekko leniwa atmosfera. Jakby wszyscy się znali. Okazało się, że akurat trafiliśmy na regaty „Creski tydzień”, więc było nieco gwarniej. Ale nawet ten gwar był dosyć specyficzny. No i miła niespodzianka, za ten naprawdę dobry standard opłata wynosiła 76 Euro, nie odbiegała więc od innych, oczywiście poza Olibem.


       Do miasteczka jest ok 15 minut marszu, a właściwie spaceru. Cres, choć niewielki ma kilka zabytkowych budowli, trochę charakterystycznych dla tych rejonów wąskich uliczek i centralny plac nad maleńką odnogą zatoki, cały otoczony knajpkami. Mimo, że to jeszcze nie sezon całkiem sporo ludzi się kręciło sprawdzając gdzie, co dobrego serwują. Świetne miejsce. Poziom ogólnego rozradowania raptownie się podnosi. A kiedy kotwiczymy w jednym z wielu małych barów i testujemy takie tam: zombi, caipirinje, tecila sun rais, B 52, brain marry, sorbetto (☺), cuba libre itp, to wprost szybuje do nieba. Tak rozbawionego towarzystwa w tym rejsie to jeszcze nie było. Niech żałują ci, którym nie chciało się iść i zostali na jachcie. Nie trudno sobie wyobrazić, że powrót do mariny był równie radosny. Kiedy wreszcie udało nam się dotrzeć na naszą Dianę było już zupełnie ciemno. I wtedy zaczął się niesamowity spektakl na niebie. Zza otaczających zatokę wzgórz wyłonił się Księżyc w pełni. Jakiś taki wielki, prawie pomarańczowy. Stopniowo cichły różne odgłosy życia w marinie. Pozostały tylko cykady i niesamowity Księżyc. I zrobiło się jakoś baśniowo. Może jutro nie popłyniemy dalej? Może zostaniemy jeszcze jeden dzień?


       Tydzień na pływanie po chorwackim wybrzeżu to bardzo, ale to bardzo mało. Zostały nam tylko dwa dni żeglowania. Mimo że bardzo mi się Cres spodobał, to jednak następnego dnia rano wyruszyliśmy dalej. Skierowaliśmy się w stronę Opatiji, a dokładniej mariny ACI Ičici. W pewnym stopniu było to podyktowane koniecznością. W Punat nie ma stacji paliwowej, a Opatija od tej strony gdzie my płynęliśmy jest najbliższym portem, gdzie można zatankować paliwo. Linia brzegowa Istrii na tym odcinku nie jest specjalnie urozmaicona, więc nie ma problemów ze znalezieniem mariny Ičici. Gorzej jest ze znalezieniem wolnego miejsca. Nieco podobna sytuacja jak w Puli. Nikt nie oczekuje na zawijające jednostki. Ktoś się zjawia dopiero po zacumowaniu i widać, że nie jest szczęśliwy widząc nas w marinie. Zdaje się, że większość miejsc zajmują rezydenci i to w znacznym stopniu z Włoch, Austrii i Niemiec. A my tylko niepotrzebnie zakłócamy im spokój. Ostatecznie, skoro tylko na jedną noc, to możemy stać w miejscu gdzie stanęliśmy. Mimo tego całego grymaszenia, nie serwują nam specjalnej ceny i płacimy niemal tradycyjne 76 Euro. Marina wyposażona jest we wszelkie niezbędne udogodnienia, plus dwie knajpki. Jedna z nich niemal na wprost naszej kei. Nie omieszkaliśmy skorzystać z jej zaproszenia. Kawa i lody były smaczne, ale czegoś mi brakowało w atmosferze tego lokalu. Było jakoś tak zimno mimo, że z nieba lał się żar, jakoś tak mało przyjaźnie. Część naszej wycieczki przetestowała również plażę znajdującą się tuż obok mariny. Wystawili jej dobrą opinię.


       Opatija nie słynie ze szczególnie atrakcyjnych zabytków czy też jakichś cudów natury jest natomiast bardzo popularnym ośrodkiem wypoczynkowo uzdrowiskowym. Czyli, gdybyśmy mieli polegać tylko i wyłącznie na takim opisie, powinniśmy skreślić tę miejscowość z naszej listy potencjalnych celów od razu w przedbiegach. Na szczęście tak nie zrobiliśmy, bo gdzieś musieliśmy zatankować paliwo. I bardzo dobrze się stało, bo gdy wyszliśmy późnym popołudniem na spacer z zamiarem dojścia do centrum Opatji, niemal natychmiast zostaliśmy zauroczeni. Co prawda tylko my dwoje z Ulą, bo reszta kolegów pod różnymi pretekstami szybciutko odpadła. A my szliśmy nadmorskim chodnikiem, miejscami wyciosanym w skale, miejscami zwisającym nad urwiskiem coraz dalej i dalej. To zakręt w prawo, to zakręt w lewo i coraz fajniej. Co kawałek zejścia do wody. Coraz bardziej dawało się wyczuć atmosferę prawdziwego kurortu, niczym we Włoszech czy we Francji. Pachnące i eleganckie panie i równie wytworni panowie przechadzali się we wszystkich kierunkach. Co kawałek kolejna restauracja, często z muzyką graną na żywo. A w samym centrum masa sklepików z suwenirami, kolorowo, trochę może zbyt gwarno. To faktycznie jest miejsce na piękne spacery i nie tylko. W pewnym momencie zatrzymuje mnie jakiś człowiek i pokazuje na aparat. Myślałem, że chce mnie prosić o zrobienie mu zdjęcia jego aparatem. Nic nadzwyczajnego, często się to zdarza. Jednak po chwili, gdy zorientowałem się, że pan mówi do mnie po angielsku, wywiązała się między nami mała konwersacja. Normalnie, jak to Polak ze Szwedem w Chorwacji. Okazało się, że zwrócił uwagę na mojego, nowozakupionego, raptem przed tygodniem, Nikona D750. On też takiego miał i bardzo i uradowany, że spotkał drugiego właściciela tego modelu. Oczywiście podzieliłem się z nim moimi pierwszymi spostrzeżeniami. Nie ukrywałem że jestem zachwycony moim nowym nabytkiem. Trochę pogadaliśmy o szkłach. Życzyliśmy sobie powodzenia i rozeszliśmy się w swoje strony. Nice!


       No i nastał ten ostatni, tak nielubiany w czasie urlopu, dzień. Przed nami 30 Mm do mariny Punat. Najpierw jednak podpływamy do stacji paliwowej w Opatiji by uzupełnić paliwo. Tym razem wyjątkowo dużo pływaliśmy na dieselgrocie. Mimo, że Diana to 46-cio stopowy jacht ważący ok 14 ton, to jednak silnik nie pożarł zbyt wiele paliwa, a tym samym okazał się nader litościwy dla naszych portfeli.
       Kiedy wpływaliśmy do zatoczki, w której znajduje się marina Punat wskazania sondy gwałtownie zaczęły maleć. Natychmiast przypomniałem sobie ostrzeżenia chłopaka z Garant Charter. Momentami płynęliśmy na granicy dopuszczalnej głębokości i mój nostalgiczny nastrój prysł jak bańka mydlana. Tam naprawdę jest płytko. A właściwie dlaczego nie pogłębią tego przejścia? Przecież to duża marina i ruch różnych jednostek pływających jest tutaj bardzo intensywny. Ale ostrzeżenia były dwa! No tak, ale przez cały tydzień prawie wcale nie wiało i co? Nagle miałoby … Tak, właśnie tak, pojawiło się zjawisko przed którym mnie przestrzegano a ja wpływałem do basenu jakby była zupełna flauta. Oczywiście musiałem powtórzyć manewr. Drugie podejście było już zdecydowanie lepsze, choć nie doskonałe. Ponieważ chłopaki zbyt wolno działali przy linach, spadający z gór wiatr natychmiast zaczął przestawiać jacht. Na szczęście ludzie z Garant Charter doskonale wiedzieli o co chodzi i jakoś udało się stanąć na właściwym miejscu. A złośliwy wiatr dmuchał i dmuchał, jakby chciał nadrobić zaniedbania z całego tygodnia.


       Przez ten brak wiatru trochę dziwny to był rejs. Jeszcze dziwniejsze okazało się zakończenie. Jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło aby załoga w takim pośpiechu opuszczała jacht. Jak tylko przycumowaliśmy i zrobiliśmy jako taki klar pięciu z ośmioosobowej załogi zdecydowało się wyruszyć w drogę powrotną. Żadnej pożegnalnej kolacji, żadnego ostatniego wieczoru. Został tylko Piotr. Czy dla tego, że miał swój samochód u nas na podwórku?  ???
       Tak czy owak, wypadałoby jakoś ten rejs zakończyć. O ile marina nie wzbudziła mojego zachwytu, choć z drugiej strony nic jej nie brakuje, to same miasteczko Punat okazało się całkiem przyjemne. Można sobie pospacerować, można wejść na lody. I właśnie w lodziarni zapytaliśmy właściciela, który lokal poleciłby nam w tej miejscowości. Pan wskazał lokal położony nieco na uboczu, schowany w podwórku, niezbyt okazały, o nazwie Konoba Punat. Dał nam nawet odręcznie napisaną karteczkę polecającą. Kiedy tam weszliśmy okazało się, że mieliśmy spore szczęście, bo przy jednym ze stolików goście właśnie skończyli biesiadować, a wszystkie pozostałe były zajęte. Dwie damy, mama niczym dorodny pączuś i szczuplutka córka uwijały się jak frygi. Uśmiech nie schodził im z twarzy. Chętnie rozmawiały ze wszystkimi gośćmi. Żartowały. Dobrze się rozpoczęło. Kiedy wjechały na stół zamówione potrawy byliśmy kupieni bez reszty. A to jeszcze nie był koniec. Bo dostaliśmy od przeuroczych gospodyń po szklaneczce wyśmienitej śliwowicy na lepsze trawienie. A później dorzuciły panie jeszcze naleśniki na słodko. Skoro jeszcze coś pojedliśmy, to panie uznały, że i ten deser trzeba czymś zapić dla zdrowotności, więc dorzuciły po jeszcze jednej szklaneczce tej wybornej śliwowicy. Od tej chwili to jest mój lokal nr 1. Gorąco wszystkim polecam.



       Drogę powrotną z konoby na jacht odbyliśmy na skróty a nie jak poprzednio szosą. Okazało się, że przez stocznię można przejść bez problemu, dzięki czemu odległość uległa radykalnemu skróceniu.
       Sobota rano to zdanie jachtu. Nie mieliśmy tym razem żadnych nieprzyjemnych zdarzeń więc wszystko załatwiliśmy błyskawicznie i bezproblemowo. Zapakowaliśmy naszego Jumpyego i w drogę. Tym razem nocleg zarezerwowaliśmy sobie w Greding w Niemczech. Ileż to razy zatrzymywałem się na Shellu przy autostradzie właśnie na wysokości Greding jadąc na południe Europy. Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy by się zatrzymać w tej miejscowości. Na booking.com wybraliśmy najtańszą ofertę, przecież chodzi tylko o przekimanie jednej nocy. Padło na Astay Hotel, w zasadzie usytuowany już w polu a nie w Greding. Nazwa ulicy  przy której się on znajduje jest jeszcze mniej zachęcająca niż faktyczne otoczenie: Industriestrasse (ulica przemysłowa). Ale cena za dwa pokoje na pięć osób 148 Euro była wystarczająco przekonywująca. Rzeczywistość okazała się jednak wcale nie taka zła. Typowa sieciówka. Recepcja raczej zimna, bez klimatu, ale pokoiki całkiem zgrabne ze śmiesznymi łazienkami oddzielonymi od pokoi jedynie lekką szklaną ścianą, której cześć się przesuwała co stanowiło przejście. Jak na jedną noc, absolutnie wystarczające.


     Mimo stosunkowo późnej pory i pewnego zmęczenia wybraliśmy się na spacer do „miasta”. Typowe niemieckie miasteczko, bardzo zadbane, kolorowe, z dużą ilością kwiatów w donicach. Wielkiego ruchu nie było, raczej cicho i sennie. Zupełnie śladowe ilości turystów, trochę miejscowych. Zdaje się, że i w Greding wszyscy wszystkich znają, bo kto tylko się pojawił, lub tylko przejeżdżał samochodem był pozdrawiany przez innych. Krótki spacer po mieście jedynie umocnił dobre pierwsze wrażenie. Oczywiście obraz żadnej miejscowości nie będzie pełny bez odwiedzin choćby w jednej knajpce. Palec wskazujący wybrał lokal Gasthof zum Bayerischen przy głównym placu miasta, podobno najstarszy w mieście i jeden ze starszych w Bawarii. Pogoda nie zachęcała do zajmowani miejsca w środku, usiedliśmy na tarasie. I tak nam było tam dobrze, że nawet nie pofatygowaliśmy się aby obejrzeć wnętrze. Obsługa bardzo sympatyczna, młody uśmiechnięty człowiek, potrafiący doradzić swoim klientom. Ja zdecydowałem się na jakieś danie lokalne z wieprzowiny specjalnie przygotowywane tylko na weekend. Nie dopytałem dlaczego tak się dzieje, ale wybór okazał się bardzo dobry. Do tego dwa miejscowe duże piwa i byłem w pełni usatysfakcjonowany. Jeszcze tylko spacer powrotny do hotelu. W niedzielę powrót do Szczecina i rozpoczynamy przygotowania do następnej wyprawy.

     

  

Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...