wtorek, 16 czerwca 2015

IV REGATY STEPNICA

       


       Stepnica to miejsce lubiane przez żeglarzy. Bo i jak mogłoby być inaczej. Każda wizyta żeglarzy to okazja do szampańskiej (no, może piwnej) zabawy, odbywa się barwny jarmark, niczym dawne odpusty, są koncerty z muzyką z najróżniejszych zakamarków muzycznego świata. Gdy więc Marek zaproponował udział w IV Regatach Stepnica, nie wahałem się ani chwili, tym bardziej, że jakoś nie mieliśmy jeszcze w tym roku okazji do pożeglowania, ani tym bardziej do poregacenia się, a to już połowa czerwca.
       Piętnaście mil z przystani JK AZS do Stepnicy to zazwyczaj bardzo przyjemna wycieczka. Tak też, prawie, było i tym razem. Wystartowaliśmy ok 1700, więc należało przemieszczać się w miarę energicznie. Tymczasem Eol uwziął się na nas i bez przerwy wiało nam prosto w nos. Aby dotrzeć do Stepnicy zanim Helios zakończy swoją codzienną wędrówkę nie mogliśmy pozwolić sobie na halsówkę i chcąc, nie chcąc, musieliśmy zaprząc do roboty nasze niewielkie stadko koników mechanicznych. I w ten sposób dopłynęliśmy około 2200 do Stepnicy. Po odstawieniu kataryny, jeszcze przez dobry kwadrans szumiało mi w głowie.


      A w marinie raptem parę jachtów. Czy to fakt, że akurat równolegle odbywał się w Szczecinie organizowany z wielkim rozmachem finał Baltic Tall Ships Regatta 2015, czy też jedynie kolejne potwierdzenie, że miłośników turystycznego regacenia się jest coraz mniej, ale wyglądało to smutnie. Co prawda nową marinę oddano do użytku już w zeszłym roku, ale nie miałem jeszcze okazji w niej cumować. W czasie zeszłorocznych Etapowych Regat Turystycznych, które dla mnie skończyły się właśnie w Stepnicy, cumowaliśmy w Kanale Młyńskim. Tak więc z dużym zainteresowaniem przyglądałem się podejściu i samej marinie. Najpierw kardynalki, których na roztoce jest cztery. I nie są one ustawione dla ozdoby. Oj nie, nie. Miałem okazję zobaczyć jak dla kilku kolegów kończyło się zlekceważenie tych dwóch ostatnich, tuż przed portem. Na szczęście dno w tym miejscu jest piaszczyste i wszystko sprowadzało się do lekkiego przetarcia dna. Choć jeden z jachtów, ponad trzydziestostopowy beneteau first, który nieco za bardzo się śpieszył, całkiem efektownie podrzucił kuperek do góry, ale i jemu udało się bezpiecznie wycofać.


       Po przejściu między kardynalkami już tylko żabi skok do główek mariny. Co prawda gospodarze oszczędzają na prądzie i nie świeci się zielone światełko, ale czerwone jest na tyle mocne, że wystarczy. Ostrzegano nas, że marina nie jest przygotowana na silniejsze wiatry z zachodu. Od tej strony jest zupełnie otwarta i z szeroko rozwartymi ramionami przygarnia fale rozpędzone na Roztoce. Faktycznie tak to wygląda, no i w sobotę wieczorem przyszedł ten silniejszy, burzowy, zachodni wiatr. Nie było jednak najgorzej. Byliśmy zacumowani burtą zawietrzną więc obawialiśmy się obijania o Y-bom. Wywiesiliśmy wszystkie obijacze, ale nie wyglądało to dobrze. Gdy jednak daliśmy dwa odciągi na keję z burty nawietrznej sytuacja zdecydowanie się poprawiła. Co prawda dalej bujało, ale już nie tłukliśmy o Y-bom. A bujanie? Przyjemniej się spało. Ale wcale nie było przyjemnie, gdy natura przypomniała o sobie i trzeba było pójść tam, gdzie i król chadza piechotą. W marinie jest tylko stara, rozpadająca się budka, z epoki węgla kamiennego, z dwoma muszlami klozetowymi i jedną umywalką, a wszystko wspólne dla pań i panów. Oczywiście w kranie tylko zimna wodą. Czy ktoś zapomniał, że żeglarze również mają takie prozaiczne potrzeby i do tego czasami chcieliby się wykąpać? Czy też zwyczajnie zabrakło kasy?  
       Organizatorzy regat postanowili zmienić trasę i formułę regat w stosunku do lat poprzednich. Tym razem miały to być trzy wyścigi up & down, na krótkiej trasie mieszczącej się na Roztoce, której przebieg wyznaczał dominujący kierunek wiatru. Świetny pomysł, takie intensywne pływanie na zmianę pod wiatr i z wiatrem to spore wyzwanie dla żeglarzy. Chyba jednak ktoś zapomniał, że w tych regatach biorą udział ciężkie balastowe jachty, często sporych rozmiarów a ich załogi nie są zawodowcami. W takich krótkich wyścigach, do tego z dużą ilością manewrów szalenie istotny jest start. Dlatego w dwóch pierwszych wyścigach "obserwowaliśmy" go z pewnego dystansu, by móc lepiej docenić kunszt naszych kolegów. A co tam się działo, to ho, ho! W trzecim wyścigu jakoś tak się ustawiliśmy, że niechcący musieliśmy płynąć w czubie, mimo że wystartowaliśmy na lewym halsie. Przepraszamy wszystkich tych, którzy byli za nami. To i tak nie miało znaczenia, bo wszystko układało się zgodnie z planem: Krzysiek na Trzecim daleko przed nami, raczej bez szans na przeliczenie. Grzegorz na Alderanie z kolei regularnie przychodził za nami, do tego ma gorszy przelicznik, więc w naszej grupie bez niespodzianek. Trzy biegi minęły błyskawicznie. Wracaliśmy do mariny bez specjalnych emocji.


       Festyn na brzegu rozkręcał się w najlepsze. Wodzirej ze sceny co chwilę zapraszał do kolejnych konkursów. Kiełbaski, szaszłyki, piwo i inne specyjały rozchodziły się w najlepsze. A komisja sędziowska liczyła i liczyła wyniki. Trochę się to przeciągnęło, ale jakoś nikomu to nie przeszkadzało, wszyscy zajęci byli konsumpcją i żeglarskimi opowieściami. W końcu konferansjer zapowiedział ogłoszenie wyników i zaprosił na scenę pana burmistrza Andrzeja Wyganowskiego. Jak zwykle w Stepnicy oprawa wręczenia pucharów i dyplomów jest bardzo uroczysta. Gdy ogłoszono nazwę jachtu, który zajął pierwsze miejsce w grupie I KWR, bo od tego rozpoczęto wręczanie pucharów, powstało pewne zamieszanie. Tego jachtu nikt nie znał! Wyczytano go ponownie, i jeszcze raz, w końcu jakoś niepewnie ruszył ku scenie … Grzegorz z Alderana, bo to co wyczytywano jakoś najbardziej przypominało tę nazwę. BINGO!!! To o niego chodziło. Tylko dlaczego I grupa KWR, przecież my jesteśmy w grupie III? No dobra, niech będzie, że na potrzeby tych regat będziemy grupą pierwszą. Ale Alderan? Jak to możliwe? Jeszcze nie całkiem ochłonąłem, gdy wyczytano drugie miejsce. Łoł, to my. Za chwilę trzecie: Trzeci. I dalej kolejne jachty … Chwila, nas było w grupie tylko trzy jachty. Pani sędzia zapomniała powiedzieć o połączeniu grup, byliśmy klasyfikowani razem z jachtami II grupy, a więc nieco większymi. Oczywiście instrukcja przewidywała taką możliwość, tyle, że w jednym miejscu była mowa o minimum trzech jachtach w grupie, a w innym o pięciu. Wśród żeglarskiej braci zawrzało jak w ulu. Wyniki były dla wszystkich kompletnym zaskoczeniem. Czy to były jedyne pomyłki? Niestety nic nie udało się wyjaśnić, bo pani sędzia wraz z głównym organizatorem, Piotrem Stelmarczykiem, krótko po ceremonii wręczenia pucharów odpłynęła do Szczecina podziwiać Wały Chrobrego przystrojone na finał Baltic Tall Ships Regatta. A uczestnicy IV Regat Stepnica zostali sami ze sobą, z piwem w dłoniach i szantami dobiegającymi ze sceny.



piątek, 24 kwietnia 2015

SPOTKANIE Z TWÓRCĄ MEDYCYNY

       


       Z Poros wyruszamy nieśpiesznie, z lekkim ociąganiem. To bardzo sympatyczny port, ale ciekawość tego co za rogiem ciągnie dalej. Bo opłynięcie kolejnej wyspy, kolejnego półwyspu, zawinięcie do kolejnego portu, to obietnica kolejnej przygody. Tam na pewno musi być coś ciekawego. Tam na pewno czeka na nas wspaniała niespodzianka. Więc machamy jeszcze raz na pożegnanie przytulnemu Poros i żeglujemy dalej, kierunek: Nowe Epidauros.
       Cieśnina Poros jest dobrze osłonięta ze wszystkich stron, więc nawet jeśli gdzieś tam wieje, to tu wiatr odczuwa się zdecydowanie delikatniej. Płynęliśmy więc sobie bardzo leniwie podziwiając brzegi widoczne dookoła w niewielkiej odległości. Tutaj krajobrazy zdecydowanie inne niż na Cykladach. Przede wszystkim dużo zieleni, co bardzo kontrastuje z tym co oglądaliśmy przez ostatnie 12 dni peregrynacji … Kolory zabudowy też się zmieniły. Już nie dominuje ta biel, najbielsza z możliwych, momentami wręcz oślepiająca. Tu już kolory są bardziej delikatne, pastelowe, cieplejsze. Od czasu do czasu widać też po posiadłościach rozłożonych niedaleko brzegu, że jesteśmy całkiem niedaleko Aten.
       Na wodzie spokój. Czasami coś dmucha, czasami przestaje. Kamienny dyskobol Myrona ma w sobie zdecydowanie więcej dynamiki niż nasze żeglowanie. Podejście do mariny jest bardzo łatwe. Nabrzeża są widoczne z daleka. W zatoce jest miejsce aby przygotować się do wejścia.
       A w Nowym Epidauros niespodzianka. Od 2006 roku, kiedy to byłem tam poprzednio, zaszły dosyć istotne zmiany. Wybudowano dwa nowe nabrzeża, dzięki czemu powstał całkiem zgrabny basenik portowy. Są nawet muringi, które warto używać, bo łańcuchy kotwiczne jachtów stojących do siebie pod kątem prostym, mają jakąś wyjątkową skłonność do plątania się. Na brzegu, oprócz tego, że powstał spory, utwardzony i ogrodzony plac, żeglarze nie znajdą niczego ciekawego. Grecy najwidoczniej nie mają zwyczaju korzystania w marinach z ubikacji i natrysków. Parę metrów dalej, poza terenem mariny, za niewielką opłatą, jeden z hotelików udostępnia te luksusy żeglarzom, choć robi to raczej w sposób nieregularny. Poza tym na każdym kroku widać, że właśnie zaczął się październik. W nadbrzeżnych kafejkach pustki. Mnóstwo wolnych leżaków na plaży.


       Plaża w Nowym Epidauros jest całkiem niezła. Szeroka, piaszczysta plaża w Grecji nie jest zbyt często spotykana. Zatem wielkim grzechem byłoby nie spędzenie na niej choćby paru miłych chwil. Poza nami prawie nikogo nie ma. Super. No to do wody. Wchodzę i staję jak wryty. Woda jest lodowata. Gdzie my jesteśmy? Na Lofotach w styczniu? Nie wiem, czy to efekt minionych sztormowych dni, czy jakieś inne zjawisko, ale w tej wodzie nie da się wytrzymać. Jedyne wyjście w tej sytuacji, to wyjście z wody. Leżaki i piwo na ładnej słonecznej plaży to też niezłe okoliczności relaksu, ale każde spojrzenie na falujące morze powodują, że człowiekiem wstrząsają nieprzyjemne dreszcze.
       Nowe Epidauros to bardzo urokliwy zakątek, ale prawdę powiedziawszy, poza plażą i mariną, nic tam nie ma. A jednak gorąco polecam to miejsce, bo jest to punkt wypadowy do Starożytnego Epidauros, a to już zupełnie inna historia. Co prawda moi koledzy nie specjalnie się palili do tej wycieczki, widocznie lodowata woda, niczym dementorzy, wyssała z nich wszelkie siły witalne, jednak Ula i ja nie wyobrażaliśmy  sobie aby nie skorzystać z takiej okazji. Zamówiliśmy więc taksówkę i wyruszyliśmy na spotkanie ze starożytnością. 50 euro, to może i nie jest mało, ale jest to podróż w obie strony, oczekiwanie na nas tam na miejscu i zakupy po drodze. Może gdybym umiał się targować, udałoby się cokolwiek uszczknąć z tej kwoty, ale to nie jest moja specjalność.
       Na miejsce dojechaliśmy późnym popołudniem. Było cudnie. Co prawda kręciły się jeszcze po okolicy jakieś dwie wycieczki, pani przewodniczka z zapałem opowiadała o niezwykłej akustyce ogromnego amfiteatru, prezentowała jak to działa, w sumie jednak ludzi było bardzo mało. Była za to niezwykła atmosfera. To magia zarówno tej przedwieczornej pory jak i samego miejsca. Zaczęliśmy standardowo, właśnie od amfiteatru. Po prostu nie da się inaczej. Wspaniały i najlepiej zachowany starożytny teatr Grecji. W teatrze tym od 1952 roku odbywają się regularnie przedstawienia klasycznych sztuk, w trakcie organizowanego co roku Festiwalu Ateńskiego. Teatr został zbudowany prawdopodobnie przez Polikleta Młodszego około 300 roku p.n.e. Mógł pomieścić 14 tysięcy widzów. Wspinaczka z samego dołu na jego koronę to prawdziwe wyzwanie. Więc zanim zaczniemy podziwiać widoki trzeba najpierw jakoś wyrównać oddech i pozbyć się mroczków w oczach. Teatr był tak znakomicie wkomponowany w pejzaż, że odkryto go i odkopano dopiero w XIX w. Sprawia imponujące wrażenie, urzeka ogromną przestrzenią. Skonstruowany z matematyczną precyzją, znany jest z niezwykłej harmonii oraz z niemal doskonałej naturalnej akustyki: nawet z najwyższego, pięćdziesiątego czwartego rzędu doskonale słychać odgłos monety czy szurania nogami przez przewodników. Czasami jakiś bardziej śmiały turysta deklamuje wiersz lub śpiewa swoją ulubioną pieśń. Ławki dla widzów, stworzone z białego wapienia (z czerwonego dla notabli siedzących w pierwszych rzędach) zostały naprawione, ale inne prace renowacyjne ograniczono do minimum. Składa się z 55 rzędów siedzeń ułożonych w dwóch kondygnacjach, tutaj różne źródła podają inne liczby. Część dolną pochodzącą z IV w. p.n.e. tworzą 34 rzędy widowni, a górną dobudowaną w czasach rzymskich – 21 rzędów. Widownia niczym wachlarz otacza okrągły plac tzw. orchestra, na której występowali aktorzy i chór. Tak jak w starożytności, scenę stanowi plac z ubitej ziemi.


     Po powrocie do żywych, co w końcu w jednym z dwóch głównych sanktuariów Asklepiosa, następuje stosunkowo szybko, można rozpocząć zwiedzanie reszty tego niezwykłego miejsca. Niestety większość budowli, to obecnie tylko zarys fundamentów, trzeba więc uruchomić wyobraźnię. Ale z tym nie ma problemu. W niewielkiej odległości od teatru natykamy się na pozostałości budowli, którą starożytni nazywali „katagogion”, a my powiedzielibyśmy, że to coś w rodzaju hostelu czy zajazdu. Było tam sto sześćdziesiąt pokoi dla pielgrzymujących do trzech świątyń: Asklepiosa, Artemidy i Afrodyty. Po chwili mijamy greckie łaźnie i odeon, czyli konzerthaus. Zaraz też widać stadion z V wieku p.n.e. z bieżnią o długości 181,3 m i szerokości 21,5 m. Wszak w Epidauros odbywały się od V wieku p.n.e. raz na cztery lata panhelenistyczne igrzyska ku czci Asklepiosa: Asklepieia. Początkowo były to tylko zawody sportowe, później doszły zmagania artystyczne.


      

I tak oto dochodzimy do centrum duchowego Epidauros, gdzie znajdują się świątynie Asklepiosa, Artemidy, tolos i abaton.


Najważniejszy w Epidauros był Asklepios. Jak to zwykle u Greków, losy tej postaci są niezwykle poplątane. Był synem Apolla i Koronis córki Flegyasa króla Lapitów. I już na samym początku pierwszy znak zapytania: koronis to wrona, ale też jeden tytułów Ateny, czyżby więc pod tym imieniem ukrywała się sama, wielka bogini, która jednak wg Ateńczyków nie miała żadnych dzieci? Jedna z dwóch głównych wersji opowieści o narodzinach, mówi o niewierności Koronis. Gdy Apollo udał się służbowo do Delf, pozostawiając na straży śnieżnobiałego kruka, brzemienna już boska kochanka pozwoliła sobie na skok w bok z niejakim Ischysem. Biedny kruk nawet nie zdążył wyruszyć w drogę, a już Apollo wiedział co się stało. Wkurzony bóg rzucił klątwę na niewinnego kruka, za to, że nie wykłuł oczy Ischysowi. Obłożony klątwą kruk sczerniał i odtąd wszystkie kruki są czarne. Dodatkowo zdradzony kochanek poskarżył się swojej siostrze, Artemidzie, jaka spotkała go zniewaga. Ta niewiele myśląc poraziła niewierną pękiem strzał. Apollo patrząc na zwłoki, poczuł wyrzuty sumienia, ale nie mógł już przywrócić życia swojej ukochanej. Dusza Koronis uleciała już do Tartaru, zwłoki leżały na stosie i zanim Apollo się otrząsnął, podłożono ogień pod stos. Apollo wezwał Hermesa, który przy świetle promieni wyciął żywe jeszcze dziecko, chłopca, z łona Koronis. Bóg nadał mu imię Asklepios i zaniósł do jaskini centaura Chejrona, który nauczył go sztuki leczenia i polowania. Inną wersję narodzin Asklepiosa podają sami epidauryjczycy: brzemienna Koronis towarzyszyła Flegyasowi w kolejnej wyprawie łupieżczej. W sanktuarium Appolina w pobliżu Epidauros, wspomagana przez Artemidę i Mojry urodziła syna, którego natychmiast porzuciła na górze Tittion, słynącej obecnie z leczniczych właściwości rosnących na niej ziół. Miejscowy pasterz, Arestanas, zauważył nagle, że znikł gdzieś jego pies i brak jednej kozy. Wybrał się więc na poszukiwania i odnalazł zwierzęta karmiące na zmianę niemowlę. Chciał podnieść dziecko, ale powstrzymała go otaczająca je wielka jasność. Nie chcąc wtrącać się do boskich tajemnic, zawrócił nabożnie, pozostawiając Asklepiosa pod opieką jego ojca, Apollina.


Asklepios nauczył się sztuki leczenia od Apollina i Chejrona. Tak świetnym został lekarzem i tak umiejętnie dobierał lekarstwa, że czczony jest jako twórca medycyny. Brał udział w wyprawie Argonautów. Atena podarowała mu dwie ampułki krwi Gorgony: krew pobrana z żyły po lewej stronie ciała Meduzy wskrzeszała zmarłych, krew pobrana z żył po prawej stronie miała moc natychmiastowego niszczenia. Asklepios wskrzesił m.in. Likurga, Kapaneosa, Tyndareusa i nieszczęsnego Oriona. Nie wiadomo, w którym momencie Hades się poskarżył Zeusowi, że Asklepios kradnie mu poddanych, wiadomo jednak, że Asklepiosa oskarżono o pobieranie łapówek w złocie, po czym, zarówno on, jak i jego pacjenci zostali rażeni śmiertelnie piorunem Zeusa. Apollo chcąc pomścić śmierć syna zabił wszystkich cyklopów, pupilków Zeusa. Zeus przywrócił jednak później życie Asklepiosowi, spełniając w ten sposób proroctwo Ewippe, córki Chejrona, która przepowiedziała, że Asklepios zostanie bogiem, umrze i ponownie będzie bóstwem – dwukrotnie w ten sposób spełniając swój los.


      

Żoną Asklepiosa była Ipione. Był ojcem promiennej Hygiei, Akeso, Jaso, Panakei i Eglii oraz Podalejriosa i Machaona, lekarzy, który towarzyszyli Grekom podczas oblężenia Troi. Hygieia, najważniejsza z córek Asklepiosa, była uosobieniem psychicznego i fizycznego zdrowia. Sława Asklepiosa rozprzestrzeniła się zarówno w przestrzeni jak i w czasie. Po śmierci bóg przeobraził się w konstelację węża. Gdy w 293 roku p.n.e. szalała w Rzymie zaraza, księgi sybilińskie nakazały sprowadzić z Epidauros uzdrawiającego boga Asklepiosa. Specjalna delegacja wysłana do Epidauros sprowadziła do Rzymu świętego węża, symbolizującego boga, wszak z pustymi rękoma nie mogli wrócić. Tym czasem, już w Rzymie, na Polu Marsowym wąż czmychnął do Tybru. Pewnie tą sierotą, która nie utrzymała świętego węża był jakiś wielki kapłan, który natychmiast do swojej niezgrabności dorobił stosowną ideologię. Uznano to za wskazówkę gdzie należy wybudować świątynię Asklepiosa. Wzięli się więc z zapałem do jej budowy i w roku 289 p.n.e. świątynia była gotowa. Asklepiosową sztukę lekarską kontynuowały następne pokolenia rodu – Asklepiadesi, z których najbardziej znany to Hipokrates.


Asklepios miał swe świątynie-lecznice, tzw asklepiejony, i swoich kapłanów-lekarzy, tzw. asklepiadów. W Grecji było wiele ośrodków kultu Asklepiosa, najsłynniejszy asklepiejon był właśnie w Epidauros, gdzie co pięć lat odbywały się uroczystości ku czci patrona, tzw. asklepiaja. Wierzono, że kapłani – asklepiadzi – są wykonawcami woli Asklepiosa, że wyjaśniają jego wolę i dzięki temu znajdują sposoby uzdrowienia. Ponieważ kuracji w odpowiednich warunkach nadawano pozory cudownych uleczeń, musiały działać i inne bóstwa, jak Iaso – Lecząca, i Panakeja – Lecząca Wszystko, posiadająca leki na wszystko. Uzdrowienie miało przyjść podczas snu albo chorzy mieli „prorocze” sny, opowiadali je kapłanom, a ci tłumaczyli je, „znając wolę Asklepiosa”, i dawali chorym odpowiednie porady. Nikt nie kwestionuje, że zdarzały się w asklepiejonach wypadki uleczeń, ale też wiadomo, że nie pomoc Asklepiosa, lecz znajomość wielu dziedzin medycyny przynosiła uzdrowienie. Wprawdzie byli już w starożytności niedowiarkowie, którzy wątpili w owe „cudowne” uzdrowienia, widząc w tym oszustwo ze strony kapłanów-asklepiadów, a ich samych uważali za szarlatanów. Jednak obowiązujące chorych modlitwy, oczyszczenie, ceremonie kultowe – były jedynie akcesoriami, które miały wzmocnić wiarę chorego we współdziałanie bogów i tym samym wzmocnić wiarę w możliwość powrotu do zdrowia. W rzeczywistości lekarze przy asklepiejonach stosowali zapewne wiele środków nieobcych medycynie doświadczalnej. Jeśli chodzi o leczenie snem czy podczas snu, to stosowano je głównie przy chorobach o podłożu psychiczno-nerwicowym.








W niewielkiej odległości od świątyni Asklepiosa znajduje się budowla, a właściwie jej ruiny, która nazywa się abaton. Abaton to właśnie ta specjalna sypialnia, gdzie praktykowano enkoimesis. Grecy wierzyli, że w czasie snu w tym miejscu doznają cudownego uzdrowienia. No cóż, jak już doktory nie są w stanie nic poradzić, to pozostaje tylko czekać na cud. A takie czekanie w trakcie snu przynajmniej nie szkodziło w przeciwieństwie do niektórych metod uzdrowicieli. Jak widać, przez dwa tysiące lat niewiele się zmieniło w tej materii. Najłatwiej jest oczekiwać na cud.


W Epidauros jest jeszcze wiele innych budowli, głównie o charakterze użytkowym: gimnazjon, jedne łaźnie, drugie łaźnie, biblioteka itd. Itp. Po tylu latach wciąż zdumiewa kompletność tego miasta. Chodząc alejami pomiędzy pozostałościami różnych budowli, dotykając kamieni, które były częścią tej niezwykłej historii łatwo jest przekroczyć granice wyobraźni i wejść do tamtego świata.


Epidauros, podobnie jak inne państwa greckie, miało swój własny kalendarz. Początek roku w wielu państwach greckich przypadał, podobnie jak w Atenach, na okres letni, mniej więcej w połowie lipca, ale w niektórych państwach nowy rok zaczynał się w jesieni, jak np. na wyspie Rodos, lub w zimie, jak w Beocji. Nazwy miesięcy były związane przeważnie z imieniem boga lub bogini, którą w tym okresie czczono, a częściej z nawą świąt i uroczystości religijnych, jakie w danym miesiącu obchodzono. W Epidauros kolejne miesiące to: Adzosios, Karneios, Proratios, Hermaios, Gamos, Teleos, Posidauos, Artamitios, Agrionios, Panamos, Kyklios, Apellaios.


Oj, długo można by jeszcze kontynuować tę niezwykłą podróż w czasie siedząc w najwyższym rzędzie wspaniałego teatru w Epidauros. Ostatnie promienie słońca delikatnie muskały nasze twarze. Cienie się wydłużały. Pora wracać. Nasza taksówka czekała na nas tuż przy wejściu do Starożytnego Epidauros. Wracaliśmy do mariny nieco odurzeni wrażeniami. Pomyślałem sobie, że w pewnym stopniu Starożytne Epidauros miało, podobnie jak Polska wątpliwą przyjemność , znajdować się między dwoma potęgami. My mieliśmy za sąsiadów Niemcy i Rosję, Epidauros: Spartę i Ateny. Gdy wielcy zmagają się ze sobą, ci mniejsi między nimi, mogą co najwyżej zapaść się pod ziemię.





Wieczór w marinie był wyjątkowo spokojny. Wracając ze Starożytnego Epidauros kupiliśmy buteleczkę ouzo by uczcić ostatni wieczór przed powrotem do Aten. Te ostatnie wieczory najczęściej są jakieś takie wyciszone. Czyżby żal było kończyć rejs?


niedziela, 22 lutego 2015

POROS - ZNACZY BŁOGIE LENISTWO

       


       Opuszczamy cudowne Kleftiko na Milos, tak doskonale osłonięte przed wiatrem, że przez półtorej godziny, które tam spędziliśmy, zupełnie zapomnieliśmy o tym co dzieje się na morzu. Gdy tylko wypłynęliśmy zza zasłony, wpadliśmy w czułe objęcia północnego wiatru wiejącego 6-7 B. Ale to już nie robiło na nas takiego wrażenia. Już złapaliśmy właściwy rytm. Każdy, kto stawał za sterem, z wyczuciem, delikatnie korygował kurs, z którego próbowały nas zwieść, idące jedna za drugą kolejne fale. To już otwarte morze, i dwa dni solidnego sztormu, więc morze jest mocno rozbujane. Przed nami około 70 mil żeglugi do Poros przy sprzyjającym, i mającym słabnąć, wietrze. Przez pierwsze kilka godzin jeszcze całkiem solidnie nami rzuca, ale jest tak fajnie. Ktoś tam przez nieuwagę traci korbę do kabestanu. Morze nie wybacza najmniejszej fuszerki. Można bujać w obłokach, ale jak trzeba coś zrobić, choćby drobiazg, trzeba to robić z największą starannością i uwagą. To druga strata w tym rejsie. Wcześniej, fale zabrały nam niezbyt dobrze przywiązany obijacz. Szkoda, ale i tak uważam, że to niewielkie koszty nauki pokory wobec morza. W Poros znam dwa sklepy żeglarskie, uzupełnimy tam ubytki. Teraz należy cieszyć się żeglowaniem.  Poluję aparatem na ciekawe ujęcia dokumentujące zmagania Adrigo z falami. Przeprowadzam kolejne testy HERO 3+. Romek Wrocławski w T-shercie,  reszta załogi zakutana w sztormiaki. Ktoś patrzący z boku pewnie by się uśmiechnął pod nosem widząc tak różnorodnie ubraną załogę.
       Słońce coraz niżej i robi się na niebie coraz bardziej kolorowo. Dzień przechodzi w wieczór, wieczór zmienia się w noc. Wiatr słabnie najpierw do 5 B, później do 4 B. To są jedne z najbardziej niezwykłych chwil na morzu. Jest jak w romantycznych opowieściach. Wszystko dookoła jest tak nieprawdopodobne.

Przystań na Poros
       Żegluga nocą ma też swoją inną twarz. Morze Egejskie to całkiem ruchliwy szlak wodny. Trzeba uważnie się rozglądać na wszystkie strony, kontrolując kierunki poruszania się różnych jednostek. Tradycyjnie najgorzej jest z dużymi statkami pasażerskimi, oświetlonymi jak choinki. Na szczęście my widzieliśmy wszystkich dookoła i, mam wrażenie, że i my byliśmy widziani.  Po kilku godzinach żeglugi pojawiają się światła na lądzie. To już Hydra. Początkowo widać tylko te najsilniejsze, później robi się wielki bałagan świetlny. Pełniący wachtę stają się bardziej czujni. Wypatrujemy świateł z Przylądka Zourva. W końcu udaje się je zidentyfikować. Czujemy się zdecydowanie lepiej. Szukamy kolejnego światła: Tselevinia. Je też trzeba mieć po lewej burcie. Gdy jest już na trawersie kierujemy się na Zatokę Poros, a dokładniej na Przylądek Stavros, na którym mamy światło sektorowe. Zaczyna się zagęszczać ilość świateł na brzegu i bardzo trudno jest odnaleźć te, które nas interesuje. A jest ono bardzo ważne aby ominąć bezpiecznie zupełnie nieoświetlone, maleńkie skalne wysepki leżące na wejściu do przesmyku między Poros a Galatas.  Tym razem do końca nie jestem całkowicie pewien, czy to co widzimy to faktycznie to czego szukamy. Cała załoga w pogotowiu. Kiedy już mijamy te zagrożenia i dokładnie widzę gdzie jesteśmy, oddycham z ulgą. Jest godzina 0300, a jesteśmy już prawie na miejscu. Trzeba trzymać się w miarę blisko brzegu po prawej burcie, bo jest tu bardzo płytko, zupełnie jak na naszym Jeziorze Dąbskim. I … zupełnie jak na naszym dąbskim, siedzimy!!! Wstecz i … nic. Próbujemy wstecza połączonego z bujaniem. Eee, bez szans. Ani dygnie. Wywozimy kotwicę i próbujemy silnika i windy kotwicznej… Wywaliły bezpieczniki windy. I przez kabestan … I tak przez dwie godziny z dużym nakładem sił i bez najmniejszego powodzenia. Na przypływ w tym miejscu też nie ma co liczyć. Gdzieś koło 0500 kończymy nasze bezowocne starania. Szkoda, że tak późno wpadłem na ten pomysł.

Takie "promy" łączą brzegi cieśniny.
       Coś, nie bardzo wiem co, budzi mnie koło 0600. Po prostu zaczął się kolejny dzień. Na brzegu jeżdżą samochody i skutery brzęczące niczym napastliwe komary. Na wodzie, w niewielkiej odległości, co chwilę słychać miarowe terkotanie wysłużonych diesli na łodziach rybackich i promikach łączących brzegi cieśniny. Wygramoliłem się do góry. Piękny poranek w Poros. Strasznie żałuję, że mam takie problemy ze wstawaniem wcześnie rano. To są cudowne, niezapomniane chwile. Nawet nie odczuwam stresu z powodu niemożliwości ruszenia z miejsca o własnych siłach. Jesteśmy już w Poros. Nie będzie problemu ze ściągnięciem pomocy. W pewnym momencie zauważyłem, że jakiś promik kieruje się w naszą stronę. Podpłynął całkiem blisko i najzwyczajniej w świecie zapytał się czy nas ściągnąć, Jasne, super! Będzie kosztowało 50 Euro. Nie ma sprawy, przyjmujemy twoją pomoc. No to przygotujcie długą cumę, podejdę rufą. Okazało się, że nawet taki okręt musiał nieco się wysilić. Muł w który wjechaliśmy po prostu nas zassał. W końcu siła diesla okazała się mocniejsza od mułowej pułapki i zostaliśmy uwolnieni. Bardzo się z tego ucieszyłem. Ucieszyłem się z samego faktu uwolnienia jak i z tego, że odbyło się to tak sprawnie. Cały długi dzień na Poros przed nami. Nasz wybawca jeszcze raz podpłynął do nas. Uregulowałem należność i serdecznie podziękowałem. Mogliśmy szukać miejsca do zacumowania.

I tak krążyliśmy od knajpki do knajpki
       Wyspa Poros to w zasadzie dwie wyspy. Południowa Sfairia, żyje większość z ok. 4000 mieszkańców wyspy. Północna wyspa w wyspie, znacznie większa, to spokojna, rolnicza Kalavria, zamieszkana przez kilkadziesiąt osób. Podobno wyspa była zasiedlona już w okresie mykeńskim. W starożytności na Kalvrii znajdowała się świątynia Posejdona.  Miasto Poros położone jest na półwyspie (tak naprawdę na wyspie Sfairia) ciągnącym się z NNW ku SSE z odnogą, mniejszym półwyspem, mniej więcej na W. I właśnie na tej odnodze znajduje się zasadnicza część miasta Poros. I tam też należy szukać miejsca postojowego. Na południu  Poros, wzdłuż Cieśniny Poros są miejsca prywatne. Tam żeglarzy witają jakimś miłym napitkiem przedstawiciele restauracji ulokowanych wzdłuż brzegu. Konkurencja jest duża, więc każdy stara się jak może zachęcić do odwiedzenia właśnie jego lokalu. Mam z tego miejsca piękne wspomnienia. Ale nie ma tam prądu ani wody. Jednego razu chodziliśmy z różnymi naczyniami do pobliskiej fontanny by zatankować choćby ze sto litrów, bo mieliśmy już zupełnie puste zbiorniki. Niestety tej fontanny już nie ma. Natomiast północno-zachodni brzeg tego minipółwyspu to normalnie przygotowana dla jachtów keja, oczywiście z prądem i wodą. Tym razem wybrałem to drugie rozwiązanie. Przy obu nabrzeżach dosyć tłoczno, ale jeszcze kilka wolnych miejsc znaleźliśmy, mogliśmy więc nawet sobie wybierać.

Kiedyś była tu fontanna
       Poros po grecku oznacza cieśninę, bród. W tym wypadku chodziło o tę niewielką cieśninę oddzielającą wyspę od półwyspu peloponeskiego.. Stąd osada przy najwęższym miejscu cieśniny została nazwana Poros. Miasto zbudowano na kilku wzgórzach, z których jedno wieńczy wieża zegarowa wybudowana w 1927 roku. Z tego wzniesienia rozpościera się niesamowita panorama, i na zatokę i na niezwykle zielony Peloponez. Wiele osób po osiągnięciu tego wzniesienia uznaje, że to już wystarczy. Jeśli jednak ktoś lubi nieco się powłóczyć, to polecam kolejną wspinaczkę, na sąsiednie, od wschodu, wzniesienie. Na jego szczycie jest bardzo niepozorny kościół Agios Athanasios. Zazwyczaj pusty, niewielu turystów tam dociera. Typowy mały kościół jakich w Grecji jest wiele. Ale zdecydowana większość z nich ma zupełnie niezwykłą atmosferę pozwalającą na chwilę wytchnienia od otaczającego świata, bez względu na wyznawaną wiarę, czy jej brak. Tam się na chwilę można wyłączyć. A po wyjściu koniecznie trzeba sobie usiąść na murku otaczającym teren kościoła od strony Cieśniny Poros i w delikatnych promieniach będącego już nisko Słońca podziwiać otaczający świat. A może porozmawiać z samym sobą?      

Wieża Zegarowa - punkt orientacyjny Poros
       Odpoczywamy po nocnej żegludze i zmaganiach z mielizną. W jednej kafejce mrożona kawa, w następnej  lody, później kawa z czymś, później … I tak od przystani do przystani. Uzupełniamy też zaopatrzenie jachtu. Odwiedzam sklep żeglarski, prawie na końcu miasta, choć podobny jest w centrum. Ten na uboczu jest bardziej swojski. Gdy tam zaszedłem tym razem, nikogo nie było. Usiadłem przy wystawionym na podwórku stoliku pod parasolem i chwilę poczekałem. No może nieco dłuższą chwilę. Kto to wie. Ale kto w takich okolicznościach spogląda na zegarek. Siadasz sobie człowieku, przymykasz oczy i wygrzewasz się w promieniach naszej Gwiazdy Dobrodziejki. Od czasu do czasu przejdzie obok leniwym krokiem jakiś kot, który patrzy na ciebie zdziwionym wzrokiem. Dobrze, że jeszcze przez kilka dni dane nam będzie przebywać w marzeniach, i cieszyć się życiem, którego rytm wyznacza natura. 


środa, 28 stycznia 2015

Milos - w Grecji nie ma rzeczy niemożliwych.

    


       Mniej więcej połowa rejsu po Cykladach i okolicy już za nami. A więc puchar z ambrozją jest jeszcze w połowie pełny. Jak dotąd żeglowaliśmy dokładnie według wcześniej przygotowanego planu. Jednak objawy przed nadciągającą zmianą pogody zasiały we mnie ziarno zwątpienia. Czy to już dziś będziemy wprowadzać korektę? A jeśli tak, to w jakim zakresie? Wczorajszowieczorne prognozy dawały jeszcze nadzieje na żeglowanie. Ale nie ma już wątpliwości, że warunki się zmieniają. Rano sprawdzamy pogodę na naszych urządzeniach. Kontaktuję się z przyjaciółmi w kraju, Basią i Darkiem, którzy znają te akweny jak własną kieszeń, aby i oni sprawdzili prognozy z różnych źródeł. Wszystko wskazuje na to, że dzisiaj jeszcze da się popływać 5-6 B, ale już kolejne dni mają przynieść solidne sztormy. No i co? Chciałem poprowadzić naszą wyprawę na Folegandros. Piękne Kastro z niesamowitym urwiskiem, fajna plaża, miłe wspomnienia, ale sam port taki sobie. Gdyby przyszło nam spędzić tam kilka dni z własnej woli, to niekoniecznie byłby to najlepszy wybór. Tym bardziej, że jest bardzo kusząca perspektywa w postaci wyspy Milos. Tam port jest zdecydowanie lepszy a i sama wyspa, bardzo ciekawa. Tyle, że musielibyśmy przelecieć 50 Mm, a moje dotychczasowe doświadczenia każą mi podchodzić z dużą rezerwą do prognoz serwowanych przez Posejdona i jemu podobne serwisy. A jeśli znowu niedoszacowali o jekieś 2-3 B? Chwila na podrapanie się po łysinie. Hmmm. Dobra, lecimy do Adamas! (vel Adamantas).


       Gdy tylko wychylamy nos z Zatoki Ios … natychmiast staje się jasne, że tego dnia leżakowania na deku nie będzie, mimo, że patrząc na mapę, nasza marszruta jest prosta jak amerykańska autostrada. Najpierw nieco na północ, opływamy wyspę Sikinos i kierujemy się niemal dokładnie na W. Wieje z N-NW z siłą co najmniej 6 B. Więc aby wyjść powyżej wyspy Sikinos sąsiadującej z Ios musimy zrobić dwa halsy, płynąc maksymalnie ostro. Nie ma mowy o rozwinięciu pełnych żagli. Zapowiada się niezła jazda. Trochę chlapie, trochę kładzie, ale jest przy tym sporo radochy. To jeszcze jest ten poziom emocji, który daje dużo przyjemności. Za Sikinos wyłania się Folegandros. Jeszcze jest możliwość odpadnięcia i skierowania się do portu Karavostasi. Ale siła wiatru się nie zmienia, jedynie przesuwa się jeszcze bardziej ku NW. Jednak pełny bajdewind to też nie jest zły kurs Podziwiam brzegi Folegandros, trochę szkoda, że nie zawiniemy tam, ale decyzja może być tylko jedna: podążamy do Adamas. Wiatr powolutku, stopień po stopniu skrada się na zachód. Dochodząc do wyspy Poliagos płyniemy już ostro do wiatru. Przed nami maleńka wyspa Ay Yeoryios. Leżąca między Poliagos a Milos. Dokładnie na kursie. Nie obędzie się bez halsowania. Mijamy ją w bezpiecznej odległości.  Podchodzimy do cieśniny Milos-Kimolos. W tych warunkach pogodowych działa ona jak dysza. Fale są coraz większe. Po lewej burcie urocza miejscowość letniskowa Pollonia na Milos. Po chwili możemy odkładać się na zachód, żagle lepiej wypełniają się wiatrem. Ale dopiero teraz trafiamy na duże fale. Nasz 40 stopowy Sun Odyssey podskakuje na grzywaczach jak mały źrebak na wybiegu. Stojąc przy sterze czuję się jakbym zjeżdżał na nartach. Nogi ugięte lekko w kolanach aby dobrze amortyzować kolejne podskoki. Ależ buja i rzuca! Spokojnie to już tylko kawałek. Po prawej dwie wyglądające bardzo intrygująco wysepki: Akradhia . W końcu wpływamy do Zatoki Milos. Teraz mamy bardzo korzystny wiatr, ale to już pora zwijać żagle. Po paru minutach odsłania się Adamas.  Ależ zaskoczenie. Po tygodniu codziennych polowań na ostatnie miejsca w porcie, czajenia się niczym tygrys przed skokiem, tym razem nie wiem gdzie stanąć, bo tych wolnych miejsc jest aż za dużo. No i co ja mam zrobić? Zrezygnować z cumowania? Nie dobrze jest mieć zbyt duży wybór. W końcu przełamuję i mimo zbyt wielkiego wyboru wolnych miejsc, postanawiam jednak zacumować. Przy kei stoi kilka jachtów, więc stajemy obok nich. 

   
       Adamas to okno na świat wyspy Milos, dumnie określane niekiedy mianem głównego portu tej wyspy. Liczy sobie około 1400 mieszkańców i żyje w rytmie przypływających i odpływających promów, które przywożą kolejne grupki turystów i uprzykrzają życie załogom cumujących nieopodal jachtów. Żeby nikt nie marudził na kei jest nawet ostrzeżenie o gwałtownym zafalowaniu powodowanym przez manewrujące promy.  Do ciekawostek tego miasta należą 600 letni kościół Świętej Trójcy, Muzeum Górnictwa, Muzeum Morskie, ładna plaża i nowość, o czym dowiedziałem się niestety dopiero później, katakumby – projekt 2. Ale nie ferujmy pochopnych sądów, wyspa Milos należy do najciekawszych w całym archipelagu Cyklad. Wystarczy tylko trochę się ruszyć, dlatego zależało mi na dotarciu tu przed sztormem. To jest miejsce gdzie możemy spokojnie przeczekać niepogodę, byle tylko nie za długo.   
       Udało się dotrzeć na Milos przed sztormem, udało się nieźle zaparkować, tradycyjnie zjedliśmy pyszny obiadek. Więc powodów do zadowolenia nie brakuje. Siedzę sobie w kokpicie, delektuję się ciszą późnego popołudnia i szklaneczką ouzo. Ruch na ulicach niewielki. Ciemne, gęste chmury przesuwające się po niebie już nie wywołują zdwojonej czujności. Dodatkowa cuma od dziobu założona. Teraz ta przedsztormowa pogoda nastraja nostalgicznie. Nagle z oddali dobiega jazgot klaksonów ciężarówek i samochodów osobowych. Całkiem niezła orkiestra, na szczęście dosyć daleko. Pewnie jakiś mecz się szykuje. Szybko się zorientowałem, że to coś zbliża się do nas. W końcu zobaczyliśmy …całą kawalkadę ciężarówek do przewożenia kruszyw i stadko towarzyszących im osobówek, a wszystkie specjalnie przystrojone. Weselisko!!! Pojeździli tak we wszystkie możliwe strony, wiele tych możliwości nie było, pohałasowali, i sobie pojechali. Nas nie zaprosili.
       No i się rozdmuchało na dobre. Mimo, że Zatoka Milos głęboko wcina się w ląd, to i tak w porcie wyraźnie daje się odczuć siłę wiatru. Naszą uwagę zwracają turyści kręcący się po nadbrzeżnym bulwarze z bagażami. Sprawa szybko się wyjaśnia. Nie przypłynął prom i nie wiadomo czy przypłynie. Ludzie czekają na informację. A my zgodnie z planem zaczynamy eksplorację wyspy. Na pierwszy dzień najbliższa okolica. Niedziela, więc wypada rozpocząć od wizyty w Agia Triada (cerkiew Świętej Trójcy), w której przeważają ikony w stylu kreteńskim i nie jest to przypadek, między Milos a „wielką wyspą” zawsze istniały silne związki. Później kierujemy się wg tabliczek z napisem „katakumby”. Nie wczytujemy się zbyt dokładnie co poza tym jest tam napisane, tylko idziemy. Wg Greek Waters Pilot, to gdzieś całkiem niedaleko. Zataczamy spore koło i nic. Jeszcze raz, wprowadzamy korektę w naszej marszrucie i wychodzimy za miasto. Tak przynajmniej wynikało z locji, że to ten kierunek. W tym momencie odpada z wycieczki dwóch kolegów, którzy wracają na jacht.


       Mijamy plażę, droga zaczyna wspinać się zdecydowanie do góry. W pewnym momencie zmienia się w wąską ścieżkę. Dookoła nas wysuszone nieużytki, żadnych drzew, na ziemi kawałki obsydianu. Dochodzimy do wierzchołka wzniesienia i dalej nie widać żadnych katakumb. Następni dwaj uczestnicy wycieczki, nieco zasapani postanawiają się wycofać. Pozostajemy z Ulą we dwoje. Aby kontynuować poszukiwania katakumb trzeba wspiąć się na następne wzniesienie. Skoro zaczęliśmy to nie będziemy tak szybko rezygnować. Dłuższy czas tylko kierunek geograficzny jest naszym drogowskazem. Brniemy po kompletnym bezdrożu, wśród rudoszarych spalonych słońcem krzewinek, by w końcu trafić na jakąś polną drogę. Wreszcie jest drogowskaz. Niewielki kawałek deski, z namalowanym przez przedszkolaka jednym słowem po grecku. Tripiti, co oznacza, że podążamy w dobrym kierunku. Tylko dlaczego to tak daleko. Co prawda nie dotarliśmy jeszcze do poszukiwanych starożytnych katakumb, ale po drodze mieliśmy okazję oglądać jak sprytnie ludzie wykorzystują naturalne „katakumby”. Trwające całe tysiąclecia procesy erozji sprawiają, że co kawałek można znaleźć różne ciekawe wnęki. Niestety Grecy pod pewnymi względami nie różnią się od Polaków. Tak jak my wywozimy nasze śmiecie do lasu, tak Grecy na Milos swoje odpady pozostawiają w niezagospodarowanych, uroczych grotach. Wygląda to co najmniej równie fatalnie. Ale też widzieliśmy jak zmyślnie niektóre wnęki ludzie zagospodarowali, m.in. na garaże. Wystarczy niewielka obróbka otworu wejściowego, wstawić drzwi, lub nie, i już jest miejsce na samochód.  Trochę już jesteśmy zmęczeni. Gdy tylko dotarliśmy do miejscowości, zaczynamy od odwiedzin w knajpce. Dopiero pokrzepieni schodzimy do katakumb.
       Dookoła puściutko. O ile jeszcze w knajpce było ze sześć osób, to przy katakumbach jesteśmy zupełnie sami. Ładnie uporządkowany teren, niewielki budynek z kasą, w środku dwie osoby obsługi. Chcemy kupić bilet, a tu okazuje się, że bilety są, ale tylko za darmo. Do tego jeszcze dźwiękowy przewodnik ze słuchawkami i pilnująca nas pani. Bo oczywiście nie wolno robić zdjęć z lampą błyskową i ze statywu. Trudno, może coś da się zrobić.
       Schodzimy na dół. Niesamowite wrażenie. To przecież miejsce pochówku z III wieku naszej ery. Do zwiedzania udostępniono tylko część katakumb. Podobno jest tam 291 grobów, które mogły pomieścić według jednych źródeł ok 2 tyś, a według innych nawet 8 tyś. zmarłych. Próbuję robić zdjęcia zgodnie z miejscowym regulaminem, ale marnie to wychodzi. Nawet nie ma gdzie się solidnie oprzeć.


       Niedaleko katakumb znajduje się miejsce gdzie miejscowy rolnik wykopał w 1820 roku jedną z najbardziej znanych na świecie rzeźb, słynną Afrodytę z Milos, bardziej znaną jako Venus z Milos. Oczywiście dawno jej tu, ani w ogóle w Grecji, nie ma. Bardzo eleganccy i wytworni Francuzi po prostu ją ukradli, wykorzystując m.in. kanały dyplomatyczne, i można ją obecnie oglądać w Luwrze.
       Kawałek dalej jest całkiem nieźle zachowany, a do tego obecnie restaurowany, starożytny teatr. A dalej … Chyba już mamy dosyć. To był dosyć długi, wielogodzinny spacer, więc robimy w tył zwrot. Musimy przecież wrócić jeszcze na łódkę. Po drodze, w Tripiti pamiątkowe zdjęcie Agios Nikolaos. Trochę ciasno, trzeba użyć krótkiego obiektywu Nikkor 18-35, a i tak pewnie nie obejdzie się bez prostowania walącej się bryły kościoła. Dochodzimy do skraju miejscowości, zmęczeni ale zadowoleni, przed nami spory kawałek drogi powrotnej. Idziemy wąziutką uliczką, od czasu do czasu próbuję łapać jeszcze jakieś ujęcia. Gdy przejeżdża samochód musimy „przytulać” się do chałupek ciągnących się wzdłuż drogi. Ale pan nie chce nas minąć. Bardzo mocno zwalnia, i w końcu się zatrzymuje. Dokąd idziecie? – pada pytanie z otwartego okna.
Do Adamas. – odpowiadamy grzecznie
To wsiadajcie, podwiozę was. – mówi starszy pan siedzący za kierownicą.     
Nie wiem, czy aż tak było widać zmęczenie na naszych twarzach, czy pan po prostu tak ma, ale było nam bardzo miło spotkać CZŁOWIEKA i to tak uczynnego. Swoją drogą to nieźle nauczyli Greków angielskiego. Nie ma problemu aby znaleźć kogoś posługującego się tym językiem.
       Po powrocie na jacht spotykają nas dwie niespodzianki. Nasz najlepszy na świecie kuk, Tomek, zostawił dla nas obiad, który po chwili pojawia się na stole. Cóż za rozkosz pyszny obiad, z wybornym schłodzonym winem z kartonu po takiej całodziennej wyprawie. No i druga niespodzianka, która bardzo mnie rozbawiła. Nasi koledzy odnaleźli w Adamas, tu na miejscu, drugie katakumby, tzw projekt 2, całkiem blisko portu. Rzecz zupełnie nowa, nie ma o niej mowy w żadnym, posiadanym przeze mnie, przewodniku. Może to i dobrze, że nie trafiliśmy na nie wcześniej?
       Rozpoczyna się drugi dzień naszego pobytu na Milos. Na dzisiaj zaplanowane jest wypożyczenie samochodu i mały objazd wyspy. A promy dalej nie kursują, zgodnie z zapowiedziami na morzu sztorm. Sprawdzamy wypożyczalnie samochodów. W jednej, nieco oddalonej od portu, znajdujemy 7 osobową wersję Volkswagena Caddy. Ta siedmioosobowość to deklaracja nieco na wyrost, ale też nie planujemy podróży dookoła świata. Damy radę.


       Na początek mocne uderzenie – Sarakiniko. Absolutnie niezwykłe miejsce na północnym wybrzeżu Milos. Białe skały Sarakiniko jednym kojarzą się z księżycem, innym z pustynią. Do tego w tle niebieskie morze. Woda wcinająca się w głąb lądu wąskimi szczelinami. Woda i wiatr stworzyły, pracując przez miliony lat, niepowtarzalny krajobraz. Szkoda, że jest tak zimno, kąpiel w którejś z zatoczek, minifiordów, to też niezapomniane przeżycie. Kiedy byłem tam poprzednio też wiał bardzo silny wiatr, ale było zdecydowanie cieplej i nieco się popławiłem. Trzeba jednak bardzo uważać na obiektywy aparatów. W pobliżu miejsc, gdzie fale rozbijają się o brzeg, nasycenie powietrza mikrokropelkami morskiej wody jest tak duże, że w ciągu paru chwil przednia soczewka lub założony na obiektyw filtr, jest zupełnie mokra. Nie przeszkadza to jednak wszystkim przybywającym w to miejsce w robieniu niezliczonej ilości zdjęć. Podobno jest to najbardziej obfotografowany krajobraz w basenie Morza Egejskiego. Ja też dołożę kilka swoich ujęć. I żeby nie było. W Sarakoniko też są katakumby, bez takiej legendy jak starożytne, ale też bardzo atrakcyjne.
       Niedaleko Sarakiniko jest kolejne magiczne miejsce, wioska Firopotamos, do której dojeżdża się wąską, stromą drogą, kończącą się właśnie tam. W zasadzie to tylko kilka budynków schodzących tu i ówdzie do wody, plaża i niewielkie resztki jakichś ruin. Wszystko jednak tak położone, że ma się ochotę usiąść ze szklaneczką jakiegoś szlachetnego trunku i wpatrywać w ten pejzaż bez końca. W tym wypadku określenie „magiczny” w najmniejszym stopniu nie jest przesadą.


       Przyjaciele polecili mi pewną knajpkę w Pollonii. Skoro tak, to trzeba ją sprawdzić. Na parkingu przy plaży nasz Caddy jest jedynym samochodem. Dookoła pustawo. Nieco dalej objazdowy sklep owocowo-warzywny, jedyne miejsce gdzie widać nieco życia. Tutaj znacznie mocniej niż w Adamas odczuwa się, że sezon się już zakończył. Adamas to jednak miasto, do tego z portem, a Pollonia to letniskowa wioska, żyjąca głównie w sezonie. Jednak spacer wzdłuż brzegu zatoczki jest całkiem sympatyczny. Tuż za zatoczką jest cieśnina oddzielająca Milos od Kimolos. Wracając wstępujemy do rzeczonej knajpki. Jakoś pustawo, smutno. Chcemy zamówić ośmiornice w miodzie, które są jej wizytówką. Sorry, jest już po sezonie, nie mamy przygotowanych ośmiornic w miodzie. Fajnie, że nie ma tłumu turystów, ale jak widać, są tego również negatywne konsekwencje.


       Powiada się, że Milos to bardzo interesujące miejsce dla miłośników geologii. Nie znam się na tym, ale mimo to różnorodność rodzajów skał i form skalnych jest tak niezwykła, że i na mnie zrobiła wielkie wrażenie. Jechaliśmy wzdłuż północnego wybrzeża Milos. Byliśmy w okolicach Pahena, gdy moją uwagę zwrócił następny fragment brzegu. Też poszarpany jak w Sarakoniko, z gejzerami wody wystrzeliwującymi spośród skał wraz z nadejściem każdej kolejnej fali. Ale tu było zupełnie inaczej. Dominuje betonowa szarość, a i faktura skały jest inna. Sprawia  wrażenie bardzo lekkiej, prawie jak pumeks.
       Na koniec naszej krótkiej przejażdżki po Milos zostawiliśmy sobie Plakę, stolicę wyspy. Metropolia to metropolia, od razu widać, nie ma gdzie zaparkować. Gdzieś tam w końcu się wciskamy. Kiedy już opuściliśmy nasz pojazd okazało się, że jednak Plaka to małe, przytulne miasteczko, położone na dosyć stromym zboczu. Postanawiamy dojść do zamku, a ten, jak to zwykle bywa, znajduje się na samym szczycie wzniesienia. Dokoła dominuje biel i błękit, jesteśmy na Ckladach. Miejscowi dbają by turyści znajdowali to, po co tu przyjeżdżają, by nie czuli się zawiedzeni. Ale czy to nie jest urocze, spacerować sobie wśród śnieżnobiałych domków po pomalowanych na niebiesko uliczkach?  Ale na przełomie września i października także i tu nie ma zbyt wielu turystów. Wśród tych nielicznych, których spotkaliśmy jest załoga żeglarzy z Polski. Ktoś mi mówił, że na wyspach nie ma już kotów. Jak to nie ma? A te stado przed nami, zajmujące całą drogę? A te pchlarze w Kithnos? Nie, zapewniam wszystkich zainteresowanych, że w tej kwestii nic się nie zmieniło. W końcu jesteśmy na tyle wysoko, że możemy podziwiać rozległe pejzaże. Po drodze mijamy kościół Matki Boskiej Żeglarzy (Panagia Thalassitra). Tu też jest ślad po czasach panowania Wenecji, herb rodziny Crispich, którzy zdobyli Milos w 1363 roku. Docieramy do kastro. Tak, polecam tę wycieczkę, dla panoramy stąd widocznej na Zatokę Milos i nie tylko.


       Wracając do Adamas zajeżdżamy do katakumb aby reszta załogi mogła je zobaczyć. Podobnie jak w Polloni, tak i tutaj nasz Caddy jest jedynym samochodem na parkingu. To jednak jest dobra pora na podróżowanie po Cykladach. Gdy zajeżdżamy do portu, najpierw wysadzam załogę przy jachcie, i jadę odstawić auto do wypożyczalni.  Podobnie jak wszyscy jestem trochę zmęczony całodzienną wycieczką, ale kilkunastominutowy spacer z wypożyczalni na łódkę to jeszcze jedna sposobność by napawać się egzotyką, specyficznym klimatem Cyklad. Jakże to inne od naszej codzienności. Słońce nieustannie cieszy nas swoim ciepełkiem, Ludzie poruszają się w zwolnionym tempie, co chwilę ktoś przystaje bo właśnie spotkał znajomego. Nieświadomie i ja dopasowuję się do tego rytmu, nogi same zwalniają. Wszystko dookoła jest takie ciekawe.
       Unosząc się lekko nad ziemią docieram do naszego Adrigo. Tomek zgłasza, że nie mamy gazu. Łup! Spadam na ziemię. Gdy odbierałem łódkę byłem solennie, jak to tylko Grecy potrafią, zapewniany, że obie butle, w które wyposażony jest jacht, są całkowicie pełne. A tu okazuje się, że ani jedna ani druga nie była pełna. Wręcz okazało się, że  jedna była prawie pusta. Właściwie to te Greckie bajanie już od jakiegoś czasu mnie nawet trochę nie denerwuje. Uśmiecham się pod nosem. Powiedzą ci wszystko, to co chcesz usłyszeć, będziesz się dzięki temu lepiej czuł. Przynajmniej w tej chwili gdy słyszysz te łgarstwa. One są dla Greków jak powietrze, niezbędne do życia. Biorę pod pachę jedną butlę i wyruszam na poszukiwania gazu. W okolicach portu nic nie ma. Szkoda, że już oddałem wypożyczone auto. Pamiętam, że przy wylocie z miasta jest stacja paliwowa. Trochę daleko, ale nie ma wyjścia. Kiedy w końcu się tam doczłapałem, okazało się, że nie prowadzą sprzedaży gazu. A gdzie? W mieście nigdzie. Wróciłem więc do portu, gdzie widziałem postój taksówek. Taksówkarze oczywiście wiedzieli gdzie można kupić gaz, tyle tylko, że to spory kawałek. Czy pojedzie któryś ze mną? Pewnie, nie ma problemu. Zawiózł, poczekał, przywiózł – 20 Euro, więcej niż sam gaz. Nie istotne. Tomek mógł dokończyć obiad.
       Obiad zjedliśmy dosyć późno, ale nie miało to specjalnego znaczenia. A później jedna z przyjemniejszych chwil na jachcie, poobiedni odpoczynek. Zgodnie z tradycją tego rejsu odpoczywaliśmy z szklanką ouzo w dłoni. Rozmowa toczyła się nieśpiesznie, późne popołudnie. Cudowne błogie lenistwo w towarzystwie przyjaciół. Wspaniale. Jacyś młodzi sympatyczni i umundurowani ludzie pytają się o skipera. O co chodzi? Jesteśmy z Hellenic Coast Guard, kontrola jachtów, prosimy przyjść za godzinę do naszego biura z dokumentami jachtu. O.K. przyjdę. Stawiam się o umówionej porze w biurze HCG. Tam już nieco starsi funkcjonariusze starannie przeglądają dokumenty. W końcu mówią: Sorry Mister, ubezpieczenie twojego jachtu jest nieważne. To proszę zadzwonić do człowieka, który mi wyczarterował łódkę. Widzę, że panowie wykonują jakieś niemrawe ruchy więc staram się im pomóc, mówiąc, że mam do niego telefon. Nie wiem czy faktycznie nie wiedzą co mają zrobić, czy udają „Greków”. Więc dalej staram się im pomóc, oferując, że to ja zadzwonię do Nikosa, a oni niech sobie z nim ustalą co trzeba. Panowie przyjmują moją pomoc. Może nie mają swoich telefonów, w końcu w Grecji wciąż trwa kryzys. Jest już około 2100. Na szczęście Nikos odbiera. Mógł być przecież na jakimś intymnym spotkaniu z jakąś uroczą damą i mógł nie mieć ochoty odbierać telefonu. Przez chwilę konferują między sobą po grecku. W końcu dowiaduję się jakie są ustalenia. Nikos twierdzi, że właśnie ubezpieczenie skończyło się kilka dni temu i zapomniał włożyć do teczki nową polisę. Ponieważ jednak dokumenty ma w biurze będzie mógł je przefaksować dopiero rano. Coś mi się zdaje, że nasz grecki przyjaciel z Aten kręci. Jednak w tym momencie nic już nie zrobimy a i tak planowaliśmy ruszać dopiero następnego dnia rano. Trzeba przyznać, że ludzie z HCG cały czas byli bardzo uprzejmi i nie podkręcali niepotrzebnie atmosfery. Na koniec nawet trochę mnie rozbawili prosząc abyśmy dla własnego bezpieczeństwa nie wypływali. Po pierwsze mieli papiery jachtu. Po drugie na morzu wciąż ostro wiało. Po co więc mielibyśmy na noc wyruszać? Przy okazji dowiedziałem się o „urzędową” prognozę na kolejny dzień. Bardzo pokrzepiająca: do południa jeszcze 6 B z północy, a później ma słabnąć. Super! Byle tylko papiery się znalazły.


       O 0900 melduję się w biurze Hellenic Coast Gard z lekkimi obawami, jednak pełen nadziei. W tym czasie koledzy przygotowują jacht do wyjścia. Chwila krzątaniny w biurze, bo oni dopiero rozpoczynają pracę. Okazuje się, że faks z naszym ubezpieczeniem już dotarł. Jeszcze przez chwilę przyglądają się naszym papierom. W końcu oddają, życząc miłego dnia. O godzinie 1015 oddajemy cumy i kierujemy się do ostatniego punktu programu na Milos, do niezwykle urokliwej zatoczki Kleftiko. To spory kawałek z Adamas, nigdzie nam się jednak nie śpieszy. Mamy zaplanowany postój w Kleftiko, a następnie nocne pływanie, tak aby rano następnego dnia znaleźć się w Poros na Poros.
       Od strony lądu raczej trudno dotrzeć do Klefiko ze względu na ukształtowanie terenu i brak drogi. Od strony morza nie ma problemu. Wystarczy opływać wyspę w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek, a bajkowa zatoka sama się pokaże. Tylko uwaga, nie za blisko brzegu. Można się nadziać na sterczące pod wodą skały. W okolicach półwyspu Psalida taki podwodny grzbiet odchodzi od wyspy w głąb morza na kilkadziesiąt metrów. I tylko biały ślad spienionej wody pozwala domyślić się, że tuż pod powierzchnią znajdują się skały.
       Gdy tylko wyłania się Kleftiko w ludziach momentalnie zachodzą niezwykłe przemiany. Zachowują się jak małe dzieci niecierpliwie oczekujące na odwinięcie z papierka ulubionego wielkiego lizaka. Przebierają nogami, wyciągają ręce i już chciałyby mieć go całego w buzi, mimo, że wiedzą, że przecież cały naraz się nie zmieści. Już byśmy skoczyli do wody, popływali, ponurkowali, popływali pontonem między skałami i … jeszcze nie wiadomo co. Już to wszystko widać, już to wszystko czuć, a tu trzeba delikatnie wpłynąć, wybrać miejsce, rzucić kotwicę i chwilę poczekać czy wszystko jest w porządku. W zatoce jest stosunkowo cicho, jesteśmy dobrze osłonięci od silnego wiatru wiejącego na morzu. Mimo wszystko, jacht stopniowo ustawia się do wiatru. Kotwica trzyma. Możemy ruszać na podbój Kleftiko. Ponton ląduje w wodzie. Przykręcamy silnik, małą Yamahę 2,5 KM, i kolejno ruszamy w rejs między skałami. Oczekujący na swoją kolej pławią się w wodzie, podziwiają czyściutkie dno i niewielkie ławice ryb podpływających w okolice jachtu. W końcu mam okazję wypróbować pod wodą mój najnowszy nabytek, kamerkę GoPro Hero 3+ Black Edition. Filmuję z pontonu, filmuję pod wodą. Super! Tylko zupełnie nie wiem co filmuję. Nie myślałem, że to aż taki dyskomfort. Przyzwyczajony do aparatów cyfrowych, gdzie natychmiast widzę co mam na zdjęciu, trochę się denerwuję co też udało mi się uwiecznić. Ale zabawa na Kleftiko jest pierwsza klasa. To takie miejsce, którego, będąc na Milos, absolutnie nie można pominąć.



       Robi się popołudnie. Czas kończyć wizytę na Milos. Ruszamy na Poros, ale mam wielką ochotę jeszcze kiedyś powrócić na Milos.


czwartek, 8 stycznia 2015

IOS - CISZA ...

       


       Kiedy wieje rześki wiaterek, tak gdzieś koło 5 B, żeglarze zwykle są bardzo szczęśliwi. Jacht mknie chyżo przed siebie a za rufą tworzy się piękny kilwater. Od czasu do czasu jakaś większa fala spłucze pokład. Jest dobra zabawa. Sytuacja nieco się zmienia, gdy ta piąteczka wieje prosto w nos a my właśnie płyniemy na typowej, czarterowej mydelniczce, która ani myśli ułożyć się ostro do wiatru. I tak właśnie było, gdy płynęliśmy z Naksos do Ios. Wyruszyliśmy około 0930 i przez cały czas uporczywie halsowaliśmy. W rezultacie pokonanie niewielkiego dystansu ok 28 Mm zajęło nam blisko 8,5 godziny. Nawet gdy wpłynęliśmy do Zatoki Ios wiatr niewiele się zmniejszył, choć teraz był zdecydowanie korzystniejszy. Poza tym zatoka wcina się głęboko w ląd więc jest miejsce i czas na wyciszenie wiatru i wygładzenie fal.
       Mimo, że Ios nie należy do najbardziej znanych celów turystycznych, to i tak okazało się, że przy wschodniej kei nie ma już ani jednego wolnego miejsca, a przy północnej wolne jest tylko jedno, tuż przy nabrzeżu promowym. Taka miejscówka do moich ulubionych nie należy ale wyboru nie było. Okazało się jednak, że tego wieczoru przypłynął już tylko jeden prom, spora jednostka zmierzająca do Pireusu. Tak więc tylko raz musieliśmy przeżyć szarpanie lin i rzucanie kadłubem spowodowane intensywnymi manewrami promu, przed którymi ostrzega locja.


       Wyspę wg spisu z 2011 zamieszkuje 2024 mieszkańców. Dla porównania w XIX wieku tych mieszkańców było ok 3500. Mówi się, że jest na niej 365 kaplic i kościołów, tyle co dni w roku. Ios znana jest przede wszystkim ze swoich plaż, które kiedyś były mekką lubiących włóczęgę z plecakami i plaże nudystów. Obecnie chyba jednak wyspa została zdominowane przez przeciętnych turystów podróżujących rodzinnie. Co oczywiście nie oznacza, że tłok w sezonie zmalał. Wręcz przeciwnie. Ale dzięki temu nie brakuje tu barów, restauracji czy pubów. Wyspa jest też znana z tego, że według legendy, na zboczy najbardziej na północ wysuniętej części Ios, w okolicach zatoczki Plakotos, pochowany jest sam Homer. Była tu jedna z dwóch świątyń, jakie starożytni Grecy poświęcili najsłynniejszemu w dziejach wędrownemu śpiewakowi.  Inni twierdzą, że z Ios pochodziła matka Homera, Klimene. Jednak ani jedna, ani druga informacja nie została potwierdzona przez badaczy antyku.
       Bezpośrednio nad brzegiem zatoki Ios położona jest jedna część miejscowości o tej samej nazwie, a nieco wyżej druga, Hora. Na północ od miasta znajduje się niezwykła świątynia Panagia Gremiotissa (Matki Bożej na Urwisku). Świątynię wybudowano przed setkami lat dla ikony wyrzuconej przez morze. Na wschodzie wyspy znajduje się również niezwykłe stanowisko archeologiczne, umocniona osada z epoki brązu.
       Niestety do Ios dopłynęliśmy dosyć późno. Zanim się ogarnęliśmy Słońce zaczynało już zachodzić. Ale w powietrzu czuć było jeszcze coś innego, jakiś niepokój. Zanosiło się na dosyć radykalną zmianę pogody. Jakaś taka dziwna gęstość powietrza. Jakoś tak ponuro. I owszem ta nadciągająca zmiana pogody sprawiła, że spektakl na niebie z udziałem zachodzącego Słońca był wyjątkowo interesujący i dawał nadzieję na zrobienie jakiegoś ciekawego zdjęcia. Z drugiej jednak strony nakazywał zachowanie najwyższej czujności w kwestii dalszych planów żeglarskich. Co prawda prognozy obiecywały na następny dzień wiatry do 6 B, czyli takie, przy których zgodnie z umową czarterową jeszcze możemy pływać, ale sytuacja była dosyć dynamiczna. Nie raz już miałem okazję przekonać się, że prognozy meteo nie zawsze się sprawdzają. Tylko nigdy nie wiadomo, w którą stronę i jak bardzo się nie sprawdzi. Zaczęło się ściąganie prognoz ze wszelkich możliwych źródeł. Tak czy owak, wszystko trzeba będzie zweryfikować jeszcze raz rano. Puki co, właściciel cumującego obok sporego jachtu motorowego, zostawił na miejscu swojego człowieka a sam zabrał się ostatnim promem do Pireusu.

       Zrobiliśmy co było do zrobienia, na pogodę żadnego wpływu nie mamy, więc idziemy przejść się po miasteczku. Jest już przedwieczorna szarówka. Zapalają się światła. Robi się nastrojowo. Tylko jakoś pusto, smutno. No tak, tu już jest po sezonie. W knajpkach pojedyncze osoby, większość stolików wolna. Tylko szaleni żeglarze nakręcają jeszcze szczątkowe objawy ruchu. Ula wypatrzyła jakieś drobiazgi w jednym ze sklepów z pamiątkami. Musiała wrócić na jacht bo nie miała ze sobą pieniędzy. Choć sklepikarz już zamykał, bez problemu zgodził się poczekać te kilka minut, mimo że wartość zakupów to raptem kilka euro. Przeszliśmy się nieco, to tu, to tam. Zrobiło się zupełnie ciemno. Poza głównym skwerkiem dolnej części Ios, zapadła kompletna cisza. Już dawno nie byłem w takim miejscu. Absolutnie niezwykła atmosfera pozostająca na długo w pamięci.


Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...