piątek, 30 maja 2014

Penetrujemy Dalmację - cz. 1 Trogir - Komiża - Palmiżana - Hvar



       Droga ze Szczecina do Chorwacji, jak się okazuje, może wyglądać bardzo różnie. Na szczęście Ziemia jest okrągła i nawet jeśli pojedzie się dokładnie w odwrotnym kierunku niżby należało, i tak w końcu dojedzie się do celu. Tym razem jednak, droga nie była aż tak długa. Najpierw do Jaworzna, gdzie miała czekać na mnie załoga i skąd mieliśmy, już wszyscy razem pojechać dalej. Na ulicę Moździerzowców, do zaprzyjaźnionej firmy BEST-PEST dojechałem ok 2 w nocy. Dzięki uprzejmości przyjaciół z BEST-PEST-u, mogłem zostawić tam swoje Berlingo. Czterech członków załogi mieszka w Jaworznie, ale Ula i Andrzej przylatywali z Londynu. Mieli lądować w Krakowie, ze względu na gęstą mgłę na lotnisku Balice, samolot został przekierowany do Katowic. Powstało lekkie zawirowanie, w wyniku którego londyńczycy dotarli zaledwie kilka minut przede mną. Koło trzeciej Michał podjechał po mnie użyczoną przez Małgosię, szefową firmy, Hondą Odyssey, wielkim amerykańskim smokiem, który miał zawieść nas wszystkich na miejsce. Kiedy zaczęliśmy ostateczne pakowanie pod domem mamy Michała, okazało się, że jednak ten smok nie jest aż taki wielki, przynajmniej biorąc pod uwagę wielkość zapasów, jakie zamierzaliśmy zabrać ze sobą. Zrobiło się bardzo wesoło. Gdy wszystkie bagaże zostały spakowane, zreflektowaliśmy się, że trzeba by jeszcze upchnąć ludzi. Nie mieliśmy co prawda do pomocy upychaczy z tokijskiego metra, ale jakoś się udało i o 4 nad ranem wyruszyliśmy na spotkanie przygody.
 
       Do mariny Seget pod Trogirem dotarliśmy bez problemów. Michał gnał po autostradach, jakby prowadził prom kosmiczny, a nie zwykły samochód. Choć pewien niepokój  pojawił się, najpierw gdy dojechaliśmy do przejścia granicznego Słowenia-Chorwacja, a później do bramek autostradowych. Prawie nie było ludzi, żadnych kolejek!!! Zwykle na tym przejściu kłębiły się tłumy zniecierpliwionych turystów, niemogących się doczekać chwili, gdy wreszcie dotrą do celu i będą mogli cieszyć się urokami Chorwacji, popijając winko lub coś innego. Czyżby coś się stało o czym nie wiedzieliśmy? Przez całą drogę raczej nie słuchaliśmy radia. Może jakiś kosmiczny kataklizm, a może jakaś wojna. Ale wokół nas panował zupełny spokój. To już lepiej się nie zastanawiajmy, tylko jedźmy czym prędzej do celu.


       W marinie czuję się jak u siebie. Wszystkie kąty znajome. I zapach, i gwar, i biuro Adriatic Charter. Już jest dobrze. Przyjmuję łódkę, bavaria 36 – s/y Electra, rozdzielamy koje, pakujemy zaopatrzenie i bierzemy głęboki oddech. Zasiadamy przy stole w messie. Krótkie wprowadzenie, rozdaję okolicznościowe koszulki i wznosimy toast za rejs. Niestety nie jestem miłośnikiem trawaricy. Do tego mam bardzo złe wspomnienia sprzed dwóch lat. Zatem toast wznosimy metaxą. Alibi trochę naciągane,  trzeba jednak dochować tradycji i szklaneczkę czegoś mocniejszego wychylić. Weseli, lekko podekscytowani, idziemy do Trogiru. Zanurzamy się w wąziutkie uliczki starego miasta. Od czasu do czasu wynurzamy się na placu Ivana Pavla II lub jakimś innym, mniejszym, gdzie można spojrzeć na niebo. Od czasu do czasu przelatuje tuż nad naszymi głowami samolot podchodzący do lądowania na pobliskim lotnisku. W końcu odczuwamy przemożną ochotę aby gdzieś przysiąść. Nie jest to jednak takie proste. Trogirska starówka to przecież lokal przy lokalu. Można dostać oczopląsu. Z każdej strony atakują naganiacze. Decydujemy się na Top Balloon Pizzeria przy ulicy Obrov 7. Wygląda zachęcająco, położona przy niewielkim placyku. Pan, który zaprasza, sympatyczny, uśmiechnięty człowiek dopełnia dobrego wrażenia. Choć w nazwie jest słowo Pizzeria, można tam zamówić zdecydowanie więcej dań, niż w tradycyjnej pizzerii. W rezultacie po krótkim oczekiwaniu stół zapełnia się najróżniejszymi smakołykami: zupy, owoce morza, sałatki, mięsiwa z grilla no i kolejne dzbanki domowego białego wina. Nie trudno się domyślić, że powrót do mariny odbywał się w wyjątkowo radosnej atmosferze.

 
       O mały włos, a zapomnielibyśmy, że do Chorwacji przyjechaliśmy aby pożeglować. Zatem w niedzielę, prawie z samego rana, wyruszamy do Komiży na wyspie Vis. Plan rejsu jest taki, że przez pierwsze dwa dni mamy pływać po znanych mi już miejscach, a później odbijamy ze znanych szlaków i eksplorujemy terra incognita.

       Załoga, raczej nie ma dużego doświadczenia żeglarskiego. Dokładniej rzecz biorąc, poza Kasią, pozostała czwórka, jest na jachcie pierwszy raz w życiu. Uciechy mamy co niemiara. Płyniemy w kierunku pierwszych wysp, mijamy Otok Kluda, Drvenik Veli i Drvenik Mali, jest lekki wiaterek, kolejne osoby zmieniają się przy sterze co pół godziny. Wypływamy na otwarte morze, wiatr delikatnie tężeje, jacht przyśpiesza. Nawet trochę chlapie. Gdzieś, po 2/3 trasy mamy piękne 4 oB, a pod koniec dobre 5. Załoga dzielnie się trzyma. Niektórzy, może nieco są skołowani, ale nikt nie chce podzielić się ostatnim posiłkiem z Neptunem. Co za ludzie! W końcu widać Komiżę. Odpalamy katarynę i zrzucamy żagle. Grot poszedł bez większych problemów, ale genua ani myśli się zwinąć. Kasia za kółkiem a ja idę na dziób. Już na pierwszy rzut oka widać, że coś jest nie tak z rolerem. Nie wiem o co chodzi, ale nie mogę zwinąć genuy. Z pomocą przychodzi mi Michał. Ze sporym trudem, jednak udaje się zwinąć żagiel. Jak dopłyniemy, zadzwonię do AC, żeby coś z tym zrobili.
 
      Podeście do Komiży jest łatwe. Gdy minie się półwysep zasłaniający port, całe miasto mamy jak na dłoni. Przy kei już stoi trochę jachtów, ale jeszcze połowa nabrzeża jest wolna. Na kotwicowisku, raptem 3-4 jachty. Udało się nam przypłynąć o odpowiedniej porze. Z brzegu macha do nas człowiek z mariny, karząc wpłynąć w głąb zatoki. Przy końcu kei, od strony miasta, są jeszcze 2 wolne miejsca. Świetna miejscówka. Parkujemy spokojnie. Załoga mimo braku doświadczenia, poradziła sobie z manewrem cumowania jak należy. TAK STOIMY! Jak na pierwszy dzień, bardzo przyzwoicie, ok 30 MM w 7 godzin. A wiatr tężeje dalej. Wanty zaczynają grać. Ho, Ho, 6, 7 B. Klarujemy jacht. Na kąpiel w morzu nie ma chętnych. Poprzestajemy na kąpieli pod prysznicem. W porcie, w ciągu ostatnich dwóch lat nic się nie zmieniło, nawet szefowa sanitariatów. Cena za postój, jak na warunki chorwackie, w miarę przystępna, 488 kun za jacht 36 stóp.


       Załoga zabiera się za łagodzenie skutków całodziennego pobytu na słońcu. Choć się tego nie czuło, bo niebo nie było zupełnie bezchmurne i mieliśmy dosyć silny wiatr, to promienie słoneczne zrobiły swoje. Próbujemy dodzwonić się do Adriatic Charter. Nikt nie odpowiada. No tak, jest niedzielne popołudnie, a tam przecież też pracują ludzie. Dobrze byłoby jednak coś z tym rolerem zrobić, żeby jutro się z nim tak nie szarpać. Na jednym z jachtów, wśród wielu naszych rodaków, spotykam dwóch doświadczonych żeglarzy, którzy oferują pomoc. Roler jest jakoś dziwnie przekoszony. Rozwijamy i układamy linki, jakoś zwijamy żagiel, z zakończeniem prac musimy jednak poczekać, aż przycichnie wiatr. Może będzie dobrze, choć widok rolera nie napawa optymizmem.


       Pora jednak ruszyć „w miasto”. Komiża to niewielkie miasteczko, ale kilka ciekawostek ma: Kaštel w porcie (1585), kościół Gospa Gusarica, (XVI w), kościół Sv. Nikola, wieża i mury obronne, kościół Sv. Mihovil, Muzeum Rybołówstwa. Pamiętając o przykrej przygodzie sprzed dwóch lat nawet nie myślę o zakupie jakiegokolwiek alkoholu na ulicy. Spacerujemy nadbrzeżną promenadą, później wchodzimy w główną ulicę Riva Sv. Mikula, okrążającą zatokę. Wreszcie dochodzimy do celu wyprawy, do konoby BAKO, przy ulicy Gunduličewa 1. Kapitalny lokal, nad brzegiem zatoki, z uroczym widokiem, stylowym wnętrzem, no i przede wszystkim z wybornym jedzeniem. I tym razem również się nie zawiedliśmy. 

       Jedną z głównych atrakcji w okolicach Komižy jest Błękitna Jaskinia (Modra špilja) położona na sąsiedniej wysepce Biševo. Swoją urodę zawdzięcza niezwykłej grze światła, wpadającego przed południem i rozświetlającego jej wnętrze. Jaskinia ma 18 m długości i 6 wysokości. Otwór wejściowy ma 1,5 m wysokości i 2,5 m szerokości, nie jest więc specjalnie duży, ale pontonem da się spokojnie wpłynąć. Jest jednak pewne ale … Gdy wstaliśmy w poniedziałek rano, wiała właśnie 7 z S-E, więc impet wiatru i fal był skierowany do wnętrza jaskini.. Co prawda, prognozy zapowiadały stopniowe słabnięcie wiatru ale dopiero od południa. Czyli już po porze oświetlenia jaskini. No cóż, obejdziemy się smakiem, nie widzę przyjemności w walce o życie na pontonie przy wietrze 7-6 B. Opóźniamy wyjście z Komižy, wiatr faktycznie nieco się uspokaja. Kierujemy się do Palmižany na wyspie Św. Klementa w archipelagu Pakleni Otoci. Na samym grocie lecimy ok 6 knotów.  
 
       Pakleni Otoci i marina Palmižana to jedne z najładniejszych miejsc w Chorwacji. Płynąc od strony Visu trzeba być jednak bardzo czujnym ponieważ kolejne wyspy częściowo siebie wzajemnie przysłaniają, przysłaniają również przejścia między nimi. Nie chodzi tylko o skrócenie drogi, ale również o niezwykłe doznania estetyczne związane z kluczeniem między wyspą Marinkovač z prawej burty, a wysepkami Borovač i Planikovač z lewej burty. Widoki jak z bajki, zawsze pełno tam różnych jednostek stojących na kotwicy i ludzi kąpiących się w uroczych zatoczkach.

      
       Po przepłynięciu 19 MM cumujemy w  niezbyt zatłoczonej Palmižanie. Zdecydowanie się wypogodziło, zrobił się piękny letni dzień. Gdy już zrobiliśmy klar i załoga mogła rozejrzeć się dokoła, pierwsza reakcja u wszystkich była taka sama: Boże, jak tu pięknie! Już nigdzie dalej nie płyniemy. Zostajemy tutaj. Ja nie byłem tam pierwszy raz, a mimo to, w pełni podzielałem zachwyty nad urodą tego miejsca. Mimo, że marina do najtańszych nie należy, 612 kun za dobę, to warta jest swojej ceny. Gdy poszliśmy na plażę, na drugą stronę wyspy, zmiana planów stała się nieuchronna. Załoga zamarzyła sobie dnia leżakowania na plaży. (!?) No dobrze. Tracimy jeden dzień, co w jednotygodniowym rejsie ma dosyć istotne znaczenie, ale pewnie to nie jest mój ostatni rejs po Adriatyku.
 
      Leżakowanie to nie jest moja specjalność. Po kilku chwilach prażenia się, nie mogłem się powstrzymać od  wejścia do wody, mimo, że nie znoszę wody o temperaturze poniżej 24 oC, a tam woda miała 18-19 oC. Straszne. Wskoczyłem więc do wody i  … zapomniałem, że mam na nosie okulary, i to bez sznurka. W sytuacji zorientowałem się dopiero po wyjściu z wody. Na szczęście mieliśmy w załodze Michała, miłośnika pływania w krze lodowej. Dzielny bosman ubrał maskę i fajkę i po chwili wynurkował moje patrzałki. Nawet na South Island w Nowej Zelandii słychać było, jak w tym momencie spadł mi kamień z serca. Dogorywając na leżaku pod parasolem zaczynałem już odczuwać poparzenie łydek, które wystawały poza cień rzucany przez parasol. A tu druga niespodzianka. Coś tam rano bąknąłem o melonie, coś o szynce. Nasz kuk, Przemko przywędrował na plażę z dużym talerzem pełnym kawałków melona zawijanych w plastry szynki. No dobra, jednak świat jest piękny, mimo leżakowania.  Po kolejnych kilku chwilach, przenieśliśmy się do restauracji Toto’s, ulokowanej kilka metrów nad nami, na skarpie sterczącej nad plażą. Jej lokalizacja to coś zupełnie nadzwyczajnego, widok na zatokę z jachtami na kotwicy, ocienienie palmami i innymi egzotycznymi roślinami. Kapitalne, zupełnie jak na jakiejś wyspie tropikalnej, a do tego okazało się, że jedzenie, które tam podają też jest niczego sobie. Ze względu na pogodę i porę dnia poprzestałem na sałace greckiej, która podobnie jak w Polsce, jest tylko luźną wariacją na temat dania, które znam z rejsów po morzu egejskim. Do tego panna cotta z dżemem z czarnych porzeczek i pyszna kawa, jak we Włoszech.


       W błogim lenistwie czas upłynął niepostrzeżenie. Szybki prysznic i przygotowania do wycieczki do Hvaru. Przyglądałem się tej krzątaninie i stwierdziłem, że bohaterem dnia wcale nie jest Michał, któremu udało się odnaleźć moje okulary, ani Przemko, który przygotował i przyniósł na plażę wyśmienitą przekąskę. Okazało się, że jest nim panthnol, środek na oparzenia słoneczne. Krążył z rąk do rąk, niczym bezcenny amulet. Wydawało się, że nie będzie końca smarowania poparzonych ciał. Na szczęście moje wizje całonocnego smarowania  nie spełniły się i w końcu wylądowaliśmy w taksówce wodnej, która za jedyne 100 kun wozi żeglarzy do Hvaru i z powrotem.

 
       Płynę do Hvaru kolejny raz i znowu wieczorem. Znowu nie będzie szansy obejrzenia tych wszystkich cacuszek historycznych, których w tym niewielkim mieście jest takie nagromadzenie. Chociażby wieża zegarowa (1476), arsenał (1579-1611), teatr nad arsenałem, stale czynny od 1612, rezydencje znamienitych obywateli Hvaru (XV-XVI) czy wyjątkowo urokliwy i pięknie położony na cyplu, klasztor franciszkanów (1461-64). My jednak, najpierw kierujemy się do góry, na wzniesienie dominujące nad miastem. Tam, na wysokości 109 m n.p.m., znajduje się fort Španjol (1551). Na wytrwałych, którzy zdecydują się na wspinaczkę, na szczycie czeka nagroda w postaci wspaniałej panoramy. Patrzy się z góry na miasto, na port, na pobliskie Pakleni Otoči, na jachty i statki przepływające w pobliżu. W końcu i my docieramy na szczyt. I jakież rozczarowanie, twierdza jest zamknięta. Gdy byłem tam poprzednio, już zapadł zmrok, a my snuliśmy się po twierdzy dłuższą chwilę zaglądając do wszystkich zakamarków. W końcu zrobiliśmy sobie grupowe zdjęcie przed zejściem na dół. Tym razem nic z tego. Potężne drzwi twierdzy zamknięte były na głucho. Zrobiliśmy więc sobie pamiątkowe zdjęcie u podnóża muru twierdzy.



      


        Płynąc motorówką do Hvaru spotkaliśmy dwóch niemieckich turystów. Krótka konwersacja zahaczyła również o kulinaria. Okazało się, że panowie znają dobrze okolicę, w tym również lokale gastronomiczne. Jako miejsce na kolację polecili nam konobę Macondo. Nie jest tam łatwo trafić, ale dla chcącego nic trudnego. Szliśmy uliczką Kroz Grodu niepewnie rozglądając się na boki, w końcu wypatrzyliśmy to czego szukaliśmy. W bocznej uliczce Marije Maricič, no może, w bocznym chodniku, bo uliczka to zbyt wiele powiedziane, była konoba Macondo. Na zewnątrz wszystkie stoliki były zajęte, weszliśmy więc do środka. Wnętrze przytulne, z marynistycznym wystrojem, zachęcające do zajęcia miejsca. No to je zajęliśmy. Karta była bardzo interesująca, zdecydowałem się na steka Big Mamma. Co tu dużo gadać, był wyśmienity.
 

wtorek, 13 maja 2014

MAJOWE PRZELEWICE



       Długi weekend majowy w tym roku niestety nie rozpieszczał nas pogodą. Jednak ku mojej wielkiej radości, w sobotę, kiedy to zaplanowałem wypad do ogrodu dendrologicznego w Przelewicach, była całkiem przyzwoita pogoda. Jedyne co wzbudzało mój niepokój, to nieco zbyt silny wiatr. Owady nie przepadają za mocnymi podmuchami. No i robienie zdjęć makro, też nie jest łatwe gdy wszystko wciąż się rusza. Najważniejsze jest jednak pozytywne nastawienie. Przecież w Przelewicach zawsze coś ciekawego da się sfotografować. 
         Pakuję więc swój plecak Lowepro Pro Runner 350 AW. Całkiem spora waliza, na lotniskach bywają z nim problemy, a jednak muszę starannie zaplanować co ze sobą zabiorę. Jak co do czego, to i tak okazuje się za mały. W końcu mój Nikon 300 D się w plecaku nie mieści i muszę go zawiesić na szyi. Średnia przyjemność. Biorę ze sobą kilka obiektywów, ale główną rolę ma odgrywać Nikkor AF-S Micro 60, wszak nastawiam się na owady (?) i kwiaty.


        Będąc w Przelewicach kolejny już raz, mam ustaloną kolejność oglądania. Ruszam w lewo od wejścia i rozpoczynam od  Alei Drzew Polskich. Piękna parkowa aleja, gdzie spotykamy drzewa i krzewy dobrze nam znane z wielu innych miejsc. Ale to jest takie miejsce gdzie najłatwiej znaleźć ciszę i spokój. Ludzie jednak biegną do tych bardziej egzotycznych i efektowniejszych miejsc, nie zwracając uwagi na dyskretny urok tej części ogrodu. 


       Choć i tu nie brakuje niezwykle efektownych o tej porze roku rododendronów, które potrafią oczarować każdego. Niestety, moje obawy, związane ze zbyt silnym wiatrem okazały się uzasadnione. W tych warunkach każdy owad, nawet najbardziej pospolity, wydawał się być wielką atrakcją. W pewnym momencie, chcąc sfotografować jakieś pięknie kwitnące drzewo, wychodzę na otwartą przestrzeń rozpościerającą się przed pałacem i wychodzę niemal na wprost popasającego bociana. Bociek nie reaguje na moje pojawienie się. Spokojnie zdejmuję plecak i wyciągam nieco większe szkło, Sigmę APO DG 70-200 Macro HSM. A ptak, jakby na to czekał. Gdy byłem gotowy, zaczął pozować. Ustawiał się i en face i z profila i z pół profila. Dokończyłem sesję i zająłem się pakowaniem do plecaka Sigmy. Jak skończyłem, podniosłem głowę do góry i … boćka już nie było.


       Kolejny etap, to trzy stawy. Jakże inne środowisko, inne rośliny. A przy pięknej słonecznej pogodzie, po prostu kolejny uroczy zakątek Parku Dendrologicznego w Przelewicach. Trafiamy tam na parę łabędzi. Pani łabędzica siedzi „ukryta” na gnieździe, a pan łabędź atakuje każdego intruza, który ośmieli się podejść zbyt blisko wody. Niektórzy próbują przekupić go czymś do jedzenia, ale nie przynosi to spodziewanego efektu. Podarunek, owszem zostaje przyjęty, ale o żadnej poufałości mowy być nie może. W sprawie ochrony gniazda, pan łabędź nie uznaje kompromisów.


       Ogród w Przelewicach jest na tyle duży, że za każdym razem dokonuję w nim kolejnych odkryć. Jest to tym łatwiejsze, że jestem kompletnym laikiem, jeśli chodzi o znajomość świata roślin. Moje kryterium oceny jest bardzo proste: albo mi się coś podoba albo nie, albo coś mnie zauroczy, albo nie. Nie ma znaczenia, czy mam do czynienia z jakimś niezwykle rzadkim egzemplarzem, czy wręcz przeciwnie, zupełnie pospolitym, bo zwyczajnie się na tym nie znam. Tym razem też przytrafiły mi się takie odkrycia. Pierwsze z nich pojawiło się właśnie w drodze od trzech stawów do pałacu, gdy postanowiliśmy zrobić sobie przerwę na małe co nieco. To była ściana zapachu. Początkowo nie mogliśmy się zorientować gdzie jest jego źródło. Nie było to żadne z drzew, ani żaden krzew, znajdujące się w bezpośrednim sąsiedztwie. Jakieś dziwne zawirowanie powietrza przyniosło ze sobą ten zniewalający zapach. Jednak, po kilku metrach, odnajdujemy „winowajcę”, to kalina koreańska, niepozorny krzew z dużymi kulistymi kwiatostanami.


       Kiedy wreszcie uwolniliśmy się z objęć magicznego zapachu kaliny koreańskiej, dotarliśmy do Kawiarni Zamkowej, by nieco odsapnąć i podelektować się miejscowymi smakołykami. A tam, jak zwykle, między stolikami ustawionymi na zamkowym tarasie, przechadzały się pawie. Wśród kilku dorosłych pawic były też trzy młodziaki. Ale jak pan paw rozłożył swój imponujący ogon, większość ludzi rzuciła się w jego stronę, robiąc zdjęcia czym tylko się dało. Myślę, że nawet Michał Wiśniewski nie wywołałby większej euforii. Nie rozumiem tylko, dlaczego pan paw, nie wziął jakiegoś kapelusza i nie zrobił rundki, wśród gęstego wianuszka zachwyconej publiczności.


       Po nabraniu sił ruszamy w kierunku ogrodu japońskiego. To zdecydowanie moje ulubione miejsce w przelewickim ogrodzie. Co prawda, długi weekend majowy, to nie jest najlepszy czas na kontemplowanie uroków tego miejsca, ale jednak to jest to. Tu koniecznie trzeba na chwilę się zatrzymać i wyłączyć. 


       Później można iść dalej, dla podtrzymania nastroju, najlepiej w kierunku mauzoleum. To drugi, owiany nimbem tajemniczości zakątek ogrodu. Ze względu na nasłonecznienie, najprzyjemniej jest tutaj wczesnym, lub nieco późniejszym, popołudniem.


       Z zacisza okolic mauzoleum wracamy do „cywilizacji”. Jeziorko, skalniak, a za nim, w pewnym oddaleniu, plac zabaw dla dzieci. Ten ostatni, przynajmniej tym razem, sobie darujemy. I w tej okolicy trafiam na moje kolejne odkrycia. Trzy odkrycia, trzy różne rośliny, a jednak mające ze sobą coś wspólnego. To coś, to niezwykła delikatność, wręcz subtelność, zachwycające. 
       

       Najpierw judaszowiec kanadyjski, drzewo występujące w Ameryce Północnej. Te jego kwiaty!


       Później klon palmowy, drzewo rodem z Japonii i Korei Południowej. Jego liście cieszą oko i swoim kolorem i zjawiskową zwiewnością. 


       I wreszcie czwarte „odkrycie” tego dnia, floks szydlasty, malutka roślinka, tworząca niezwykłe kobierce, pochodząca również, jak judaszowiec, z ameryki północnej.  O tej porze roku większość roślin wygląda jeszcze świeżo i delikatnie, ale ta trójka jest zupełnie niezwykła.



       Kręcimy się po ogrodzie, to tu, to tam. Co chwilę coś przykuwa naszą uwagę. Pełen, wyśmienity relaks. Stajemy się jakby lżejsi, nieomal płyniemy nad ziemią. Trochę mniej ludzi, ciszej, głosy jakby się oddalają. Piękne otoczenie, doskonały nastrój, mięciutkie późnopopołudniowe światło, czyż można wymarzyć sobie lepsze warunki do zrobienia kilku zdjęć portretowych? Sięgam do plecaka po Nikkora AFS 50 f 1.4.  Aparat ustawiony na statywie i próbujemy. W jednym miejscu, w drugim, w trzecim. W końcu jest ujęcie, które wydaje mi się całkiem udane. Nie tylko dobrze oddaje nastrój chwili, ale też będzie świetnie się sprawdzało jako psychoterapia w bardziej pochmurnych chwilach życia. To jest jedno z tych magicznych oblicz fotografii, kiedy kawałek papieru z utrwalonym na nim obrazem, w jednej chwili odmienia nastrój człowieka, atmosferę w domu. Na twarzy pojawia się uśmiech, ożywienie czy zaduma.



       Jeszcze trochę kręcimy się po parku. Robię kilka kolejnych zdjęć. Nie mogę oprzeć się urokowi młodych pędów paproci. Wiem, już milion pięćset tysięcy ludzi fotografowało je przede mną. Nic na to nie poradzę. Musiałem to zrobić. Aż tu nagle jeszcze jedna ciekawostka: kwiatostan, który z pewnej odległości wygląda niczym wielka, włochata, barwna gąsienica. Z bliska okazuje się jeszcze bardziej atrakcyjny. Niestety nie znalazłem w pobliżu tabliczki z informacjami co to jest. Ot, taka sobie mała tajemnica. Może jak przyjadę tu następnym razem uda się ją wyjaśnić?


Postaw mi kawę na buycoffee.to

sobota, 1 lutego 2014

LUHACOVICE


       
       Otrzymawszy zaproszenie od przyjaciół z Czech na Dni DDD w Luhačovicach, nie spodziewałem się najmniejszych problemów z dojazdem. Wszystko było: nazwa hotelu, dokładny adres i współrzędne geograficzne. Do Luhačovic dojechałem gdy już było ciemno. Godzina, około dziewiętnastej, ale odniosłem wrażenie, że miasteczko układa się do snu. Z dojazdem do centrum nie było kłopotu, ale nawigacja pokazywała, że jeszcze około trzy kilometry pozostały do celu. Jadąc dalej, minąłem tablicę oznaczającą koniec miejscowości. I nagle nawigacja każe mi skręcać w lewo, w krzaki. Była tam wprawdzie jakaś ścieżka, ale się nie odważyłem w nią skręcić. Jeszcze raz wprowadziłem namiary do nawigacji i wciąż to samo. Zamiast adresu wpisałem współrzędne geograficzne, i bez zmian. Wszystko jednak wskazywało, że to jednak gdzieś, już zupełnie niedaleko. Ruszyłem dalej główną drogą i za moment  wyłonił się wjazd do jakiegoś kompleksu hotelowego. Jak na tę okolicę było tam całkiem dużo samochodów, tylko nie pasował jeden drobiazg: nazwa hotelu, to nie poszukiwany Harmony a jakaś Fontana II. No, ale to musi być gdzieś niedaleko. Poddałem się i zadzwoniłem do kolegi, którego spodziewałem się spotkać na tej imprezie. W słuchawce usłyszałem roześmiany głos: A tak, wszystko się zgadza, my też trochę błądziliśmy, ale jesteśmy już na miejscu. Po prostu Harmony to dawna Fontana II, tylko właściciele zapomnieli zmienić nazwę przy bramie wjazdowej i na budynku hotelu !!! Brawo!    

Hotel Harmony vel Fontana II
       Zaraz przy wejściu spotykam panie z Czeskiego Stowarzyszenia DDD, na zaproszenie którego przyjechałem do Luhačovic..  Witają mnie z uśmiechem na ustach, wręczają program Dni DDD i Walnego Zebrania,  kupony na posiłki oraz wejściówkę do R. Jelinka. A „ubytovanie” w recepcji hotelu. Odwracam się w kierunku recepcji, od której dzieliły mnie trzy, może cztery metry, robię krok i czuję straszny chłód. Zupełnie jak w krainie królowej śniegu. Podchodzę, a pani recepcjonistka zupełnie na mnie nie zwraca uwagi, zajęta jakimiś swoimi sprawami. Dopiero po dłuższej chwili podnosi głowę, powoli, jakby miała poważny uraz kręgów szyjnych, i wreszcie mnie dostrzega. Nie jestem pewien czy się cieszyć, czy wręcz przeciwnie. Czuję, jak stopniowo przenika mnie zimno bijące od niej. Muszę zebrać w sobie cały zapas energii, żeby nie zamarznąć. Niczym w krainie królowej śniegu, której samo spojrzenie potrafi zamrozić. W końcu dostaję jednak klucze do pokoju i czym prędzej się oddalam.  
       Jest już po dwudziestej. Część uzdrowiskowa Luhačovic wygląda jak wymarłe miasto, żywego ducha nie uświadczysz. A ja chciałbym coś zjeść. Nawet restauracja hotelowa zakończyła już pracę, a coś bym przekąsił. Na szczęście usłyszałem, że kilka osób wybiera się na kolację do uzdrowiska. Było wśród nich bardzo sympatyczne małżeństwo polsko-czeskie, Monika i Milosz. I to właśnie Monika wykazała się odpowiednią przedsiębiorczością. Zadzwoniła do restauracji Racek, którą znała ze swoich wcześniejszych pobytów w Luhačovicach.  Co prawda oni też już kończyli pracę, ale obiecali, że jak przyjedziemy w ciągu pół godziny, to poczekają na nas. Super, ponieważ znałem dwóch ludzi z tej grupy, wprosiłem się na ten wieczorny spacer. Trochę przesadziłem z tym spacerem. Nie było to wprawdzie daleko, ale zapakowaliśmy się w dwa samochody i pojechaliśmy jak paniska.  W Raczku, podobnie jak i wszędzie indziej zupełnie pusto. Tym niemniej, kelner przywitał nas z uśmiechem na ustach. Przy zamawianiu okazało się, że wszystko, co jest w karcie, jest dostępne. A po skosztowaniu serwowanych kolejno dań, okazało się, że każde z nich to prawdziwa rozkosz dla podniebienia. Czyż nie piękne zakończenie długiego, pełnego emocji związanych z zimowymi warunkami na drogach, dnia?


       Już kilkakrotnie miałem przyjemność być w Czecha, ale w tej części tego kraju, byłem pierwszy raz. Więc jak tylko nadarzyła się okazja w ciągu dnia by wyrwać się na chwilę i coś obejrzeć, uczyniłem to z wielką radością. Pogoda, delikatnie rzecz ujmując, nie była zbyt przyjazna pieszym eskapadom. Ale mimo, że preferuję słoneczne klimaty, jakoś wyjątkowo dobrze się w tych warunkach czułem. Niebo zasłonięte chmurami, lekki mróz, trochę wiatru i cały czas pustawo, bardzo niewielu ludzi. Tak też lubię, choć miejscowi, zapewne byli odmiennego zdania, szczególnie co do braku turystów.. W pewnym sensie, doskonałe warunki do rozmyślań, i nieco gorsze do robienia zdjęć. Jeżeli komuś się nie śpieszy, jeżeli ma ochotę na włóczenie się w bardzo miłym otoczeniu, to tu, to tam, to jest to bez wątpienia miejsce dla takiego kogoś.


       To chyba nie chodzi tylko o Luhačovice. Ja po prostu lubię małe czeskie miasteczka. Są takie bezpretensjonalne i tchną niezwykłym spokojem. A Luhčovice?  Miasto liczące ok 5500 mieszkańców, to przede wszystkim uzdrowisko. Jest to czwarte pod względem wielkości uzdrowisko w Czechach i największe na Morawach. Najbardziej znane źródła to: Vincentka, Ottovka, Aloiska, Źródło Dr. Šťastnego, Żródło Św Józefa,  Amandka, Janovka, Elektra, Jubilejní, Sirný i Jaroslava. Dzięki specyficznemu, łagodnemu klimatowi i licznym źródłom mineralnym, specjalizuje się w chorobach płuc i układu pokarmowego. Pierwsze pisemne wzmianki o miejscowości pochodzą z roku 1412, choć wykopaliska archeologiczne potwierdzają zamieszkiwanie tych terenów już na przełomie VII i VIII wieku.
       Nie ma w Luhačovicach niezwykłych zabytków, zapierających dech w piersiach, tym niemniej parę ładnych budynków się tutaj znajdzie. Ślad po sobie pozostawił tutaj wybitny słowacki architekt Dušan Jurkovič (23.08.1868 – 21.12.1947), autor fascynujących i nader urokliwych projektów budynków zdrojowych (tzw. kolonada), zupełnie unikalnych: Dom Jurkowiczów i Dom Slunečni lazne. Budynki zaprojektowane przez Jurkoviča doskonale harmonizują z otoczeniem i są perfekcyjne pod względem użytkowym.


       Bardzo ciekawym epizodem w życiu Duszana Jurkowicza była jego praca w Oddziale Grobów Wojennych CK Komendantury Wojskowej w Krakowie przy dowództwie okręgu wojskowego „Galicja Zachodnia” w latach 1916-1918. Pełnił funkcję kierownika, projektanta i nadzorcy budowy cmentarzy wojennych w Okręgu Żmigrodzkim (jednym z dziesięciu w Galicji Zachodniej) z siedzibą w Nowym Żmigrodzie, w którym powstało 31 cmentarzy wojennych. Stał się najpopularniejszą i niekonwencjonalną postacią w środowisku artystycznym skupionym w Oddziale Grobownictwa Wojennego. Zachwyt i podziw budziły, powszechnie uznane za najbardziej udane kompozycyjnie i krajoznawczo, jego rozwiązania projektowe cmentarzy wojennych w całej Galicji Zachodniej. Jurkowicz osobiście zaprojektował ok. 35 cmentarzy wojennych.  Swoją drogą, samo stworzenie takiego stanowiska w armii austriackiej daje wiele do myślenia o ludziach z tamtej epoki. Nie tylko poczucie obowiązku wobec poległych i dbałość o porządek, ale też wrażliwość estetyczna, potrzeba piękna w każdym miejscu. Tylko pozazdrościć.

       Duszan Jurkowicz zrealizował wiele różnych projektów i można by o nich napisać osobny, całkiem spory artykuł. Warto jednak wspomnieć o jeszcze jednym ciekawym zleceniu, jakie zrealizował Duszan Jurkowicz. Otóż, otrzymał on zamówienie na projekty zespołu schronisk turystycznych na grzbiecie Pusteny pod Radogoszczem w Beskidzie Ślądko-Morawskim. Zbudowane w latach 1897-1899 schroniska: Libušín i Maměnka, do dziś wyróżniają się oryginalną architekturą i pieczołowicie zachowanym wystrojem wnętrz.
       W innym miejscu trafiam na informację, że w Luhačovicach tworzył też Leoš Janaček (1854-1928) - czeski kompozytor. Co ciekawe, przez długi czas nie chciano wystawiać jego oper w Pradze. Dopiero w 1916 r. zaprezentowano operę Její pastorkyňa (czyli Jenufę), która odniosła wielki sukces. Prawykonania wszystkich jego oper były w Brnie, potem wystawiano je w Pradze. Dzięki temu, że libretta na niemiecki tłumaczył zaprzyjaźniony z kompozytorem pisarz Max Brod, były one szybko wystawianie w operach austriackich i niemieckich. W Polsce przed wojną wystawiono tylko Jenufę. W oparciu o czeską muzykę ludową komponował  opery oraz utwory na fortepian i orkiestrę. Był też kolekcjonerem piosenek ludowych. Janáček, podobnie jak Jurkovič byli miłośnikami miejscowego folkloru. Janaček razem ze swoimi współpracownikami,  wędrował po morawskich i słowackich wioskach i zapisywał lub nagrywał na fonografie autentyczny śpiew mieszkańców.


       Organizatorzy imprezy, oprócz części oficjalnej, przewidzieli również wycieczkę „krajoznawczą”  do nieodległej miejscowości Vizovice, a właściwie do jej przedmieścia. Działa tam fabryka, która została założona w 1894 przez Zygmunta Jelinka. Nie udało mi się ustalić, czy ta rodzina miała coś wspólnego z Emilem Jelinkiem (1832 Budapeszt-1892), austriackim dyplomatą, i pionierem austriackiej motoryzacji oraz ojcem Adrienne Manuela Ramona (Mercédès) Jellinek, damie, której imieniu zawdzięczają nazwę pewne niemieckie samochody produkowane do dzisiaj i cieszące się bardzo dobrą opinią.  Wracając jednak do Jelinków z Czech, gdy w 1921 roku założyciel firmy przeszedł na emeryturę, interesem zaczął zawiadywać jego syn Rudolf. I to właśnie pierwsza litera jego imienia oraz nazwisko rodowe widnieją do dzisiaj na wyśmienitych produktach tam wytwarzanych. Już przekraczając drzwi sklepu firmowego, który jednocześnie jest początkiem i końcem szlaku turystycznego, robi się bardzo przyjemnie ze względu na ujmujący zapach, panujący we wszystkich pomieszczeniach. Jak w kuchni, u ulubionej cioteczki na wsi, jesienią, w czasie przygotowywania przetworów z węgierek. No właśnie, jesteśmy w najsłynniejszej, znanej na całym świecie, czeskiej wytwórni śliwowicy – R. Jelinek. Najpierw zapoznajemy się z zawikłaną historią rodziny i firmy.

Gdy przyszli hitlerowcy, Jelinkowie trafili do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Tylko dwóm z nich udało się przeżyć wojenny koszmar. Później przyszli komuniści i znacjonalizowali fabrykę. Niestety początek wycieczki jest nieco przygnębiający. Ale, na szczęście, dalej jest już znacznie przyjemniej.  R. Jelinek wytwarza nie tylko śliwowicę. Powstają tutaj również znamienite napoje z innych gatunków owoców. Aby nas o tym przekonać, w kolejnej sali degustujemy gruszkówkę. Noooo! Dobra. 

Przy okazji możemy podziwiać długie rzędy beczek wypełnionych różnymi trunkami i niewielkie szafki pozamykane na kłódki z alkoholami już w butelkach. Od samego widoku może się w głowie zakręcić. W tej chwili R. Jelinek to już sześć fabryk, nie tylko w Czechach, ale też w Bułgarii, Rumunii i w Chile. Fabrykę w Chile uruchomili ponieważ z tego kraju sprowadzali gruszki (?!) i okazało się, że korzystniej jest uruchomić tam po prostu destylarnię niż wozić tony gruszek. Chodzimy tak od miejsca do miejsca, słuchając kolejnych wątków opowieści o firmie, a tu kolejny poczęstunek. Tym razem ciekawostka: śliwowica miodowa, taka ich „novinka”. Jak dla mnie, miłośnika słodkich alkoholi, wyśmienita! Wreszcie docieramy do końca wycieczki, do sklepu firmowego (czyż nie sprytnie pomyślane?). Aby nam nie było tak smutno, z powodu końca jelinkowej przygody, jeszcze jedna degustacja. Na koniec tradycyjna śliwowica, to z czego firma znana jest na świecie. Czy można było nie zrobić zakupów?   

niedziela, 5 stycznia 2014

Świąteczna Val Gardena


       Minęła dziewiętnasta, dookoła ciemna noc a termometr pokazuje + 5o C. Wkrada się lekki niepokój, czy przypadkiem Włosi nie podkolorowali warunków śniegowych na trasach narciarskich na swojej stronie internetowej. Czegóż się nie robi aby zwabić turystów. Przecież jak już przyjadą, to i zostaną. Będą złorzeczyć pod nosem, ale pójdą do knajpy, pochodzą po sklepach i trochę mamony zostawią. 


       Kiedy dojechaliśmy na miejsce, pani Rifesser właścicielka naszego apartamentu, jakby wyczuwała nasze obawy. Zaraz po powitaniu mówi nam, że trasy są przygotowane bardzo dobrze, że jej mąż codziennie jeździ. Zobaczymy jak się przejaśni, bo na razie jest ciemna noc.


       Wstaje pierwszy dzień w Ortisei. Pogoda taka sobie. Jakoś tak szaro. Czy aby na pewno przyjechaliśmy do słonecznej Italii. Ani śniegu, ani słońca?  Może tym razem dałem się wyprowadzić w pole nawigacji? Tyle razy próbowała wyprowadzić nas w maliny, ale ja dzielnie się broniłem. Ileż to już razy korygowałem moją Ziutę. Może tym razem coś przeoczyłem? No, ale przecież wczoraj wieczorem pani Rifesser to nie była fatamorgana. A właściwie, to dla czego różne nacje nazywają ten kraj Italią, lub jakoś podobnie, a my używamy takiego nieapetycznego określenia: Włochy, zupełnie niepasującego do tego bardzo sympatycznego kraju. Przyjechaliśmy tu jednak na narty, więc pakujemy sprzęt i ruszamy. Szybko wjeżdżamy na Seiser Alm. Faktycznie, śniegu tyle co kot napłakał. Ale na trasach daje się jeździć, choć momentami z głową w chmurach. Kawał roboty wykonali Włosi aby jakoś można było poszusować. Co prawda, z tymi czterdziestoma centymetrami śniegu, o których była mowa na www.valgardena.it , to trochę przesadzili, ale faktycznie jest całkiem przyzwoicie.


       Drugi dzień niestety nie przynosi żadnych zmian w pogodzie. Jeździmy ponownie po Seiser Alm, ale to nie to. Przecież cały urok polega tutaj na połączeniu pięknych, niezbyt trudnych tras z niesamowitymi pejzażami. Trzeciego dnia, nieco z konieczności, jeżdżę po okolicy, aż do Cavalese, ale samochodem. Przyglądam się mijanym miejscom i nie mogę wyjść z podziwu.  Jakąż gigantyczną pracę musieli wykonać Włosi aby wybudować tę sieć dróg i tuneli. Jadąc do Cavalese przejeżdżałem przez kolejne dwa nowe tunele. Z wielkim uznaniem patrzyłem na drogę wręcz wyrąbaną w ogromnej górze.  A przecież to są tylko drogi lokalne. Jak dalece odbiega to od naszych stereotypowych wyobrażeń o Włochach. I jeszcze jedno. Budując ten zupełnie niesamowity labirynt lokalnych górskich dróg, nie tylko bardzo ułatwiają sobie życie, ale przede wszystkim sprawiają, że turyści mogą dotrzeć do każdego miejsca bardzo komfortowo. Od razu przychodzi mi na myśl nasze piękne i nieszczęśliwe Zakopane, dojazd do którego, to prawdziwy koszmar.

Ortisei
       Pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia, wszystko działa, nawet kanara spotkałem w skibusie, i to w jadąc w jedną i w drugą stronę. No może wszystko, poza drzwiami w skibusie. Nowiutki autobus, niemal prosto z fabryki a przednie drzwi nie chcą dobrze działać. Jakąż heroiczną walkę toczył z samym sobą kierowca, który aż się gotował, ale za wszelką cenę nie chciał aby to było widoczne. Nie było histerycznego „Mama mia!”, ani łapania się za głowę. No, a jak drzwi nie chcą się zamknąć to nie pojedziemy. W końcu udało się, mocno poirytowanemu kierowcy jakoś zamknąć  niedziałające drzwi i mogliśmy ruszyć.
       Pogoda jest … w nas. Zgodnie z zapowiedziami mamy opady śniegu i silny wiatr. Skoro tak, to ruszam na Selarondę. Przez pomyłkę nie wysiadam w St. Cristina a dojeżdżam do Wolkenstein. Czyli dziwnych przygód tego ranka ciąg dalszy. W zasadzie nie ma większego znaczenia, gdzie wystartuję, bo i tak mam zrobić koło. Skoro tak, to nie ma też sensu jechać tak daleko. Tak czy owak startuję w Wolkenstein od wjazdu na górę wagonikami kolejki linowej Campionoi. Wyglądają one trochę staroświecko, ale działają. Przypominają te znane z różnych filmów, których akcja dzieje się w Alpach.


       U góry niezła wichura i padający śnieg. Pierwsze ślizgi ostrożne, trzeba się przyzwyczaić do warunków, przed wszystkim do tego, że niewiele widać. Kolejny wyciąg wynosi nas jeszcze wyżej. Po drodze kilkakrotnie się zatrzymuje z powodu zbyt silnego wiatru. Jesteśmy na wysokości ponad 2250 m npm. Kolejny zjazd i trafiam na orczyk. Nie ma ich tutaj zbyt wiele, urządzenie jakby z innej bajki. Zjeżdżam na dół i … trafiam z powrotem do dolnej stacji tego samego orczyka. Chyba nie tak miało być. Szukam jakiejś drogi w bok i ląduję przy dolnej stacji kanapy, którą przed chwilą już jechałem. No to do góry i do orczyka, ale tym razem, na wszelki wypadek pytam pana z obsługi, jak mam jechać. Tak, jak najbardziej, orczykiem do góry, potem od razu w prawo i trzymać się drogi wyznaczonej przez tyczki. Wjechałem do góry i dopiero po chwili zauważyłem tablicę, częściowo przysypaną śniegiem, która kierowała do maleńkiego tunelu prowadzącego na drugą stronę orczyka. Ale dużo bardziej zastanawiające było to, co było widoczne dalej. Kawał pola, niezbyt dokładnie przykrytego śniegiem. I faktycznie sterczały tam tyczki wyznaczające „trasę”. Może gdyby były lepsze warunki, a przede wszystkim lepsza widoczność, nie byłoby wątpliwości. A tak, ruszyłem w tę trasę z dużą dozą niedowierzania. Tym bardziej, że przede mną, w tę stronę pojechał tylko jeden człowiek. Czy to więc na pewno o to chodzi? Skoro jednak alternatywą jest powrót do punktu wyjścia, to ruszam. Po paru chwilach okazuje się, że to jednak to. Uff, kamień z serca spadł. Kolejne kanapy, kolejne zjazdy. Docieram do trasy nr 11. Piękny, bardzo długi zjazd. Mam czas podelektować się jazdą i porozmyślać o urokach Selarondy. To bardzo atrakcyjny, różnorodny szlak turystyczny. Siłą rzeczy, skoro okrąża się spory masyw górski, to zarówno widoki jak i trasy narciarskie muszą być zróżnicowane. I to właśnie stanowi o jej urodzie i to przyciąga wciąż tysiące narciarzy. Bo jest po prostu interesujące, tu nie ma zwykłego jeżdżenia w górę i w dół, po jednej, czy nawet kilku trasach, tylko wciąż dalej i dalej. Prawdziwa wisienka na torcie to trasa nr 1. Rewelacja! Bardzo długa, bardzo szeroka, o dosyć dużym kącie nachylenia, z kilkoma zakrętami. Prawdziwa narciarska rozkosz. Pokonując zieloną pętlę naliczyłem 17 różnych wyciągów (Włosi jedną z gondolek traktują jako dwie, więc byłoby ich 18, jeśli się nie pomyliłem w obliczeniach). A jak ktoś chce, może, tak jak ja to zrobiłem, zaliczyć 18 wyciąg, kolejny orczyk tuż przed metą w Wolkenstein. Tym razem, to już było po prostu złe oznakowanie, a właściwie jego brak. Gdy dojeżdżałem do dołu, jedyną zieloną strzałkę z napisem „Selaronda”, jaką dostrzegłem była ta kierująca do orczyka. Trochę się zdziwiłem, że taka ośla łączka stanowi fragment Selarondy. Ale strzałka jest strzałka, więc jadę. I jak przy poprzednim orczyku, po zjeździe, wracam do dolnej stacji tegoż orczyka. Znowu więc zasięgam języka, bo nie widzę innego rozwiązania. Okazuje się, że wcale nie było potrzeby dojeżdżania do tego orczyka, trzeba było wcześniej skręcić między domy i w ten sposób dojeżdża się do miasta, gdzie kończę moją pętlę.  


       Selaronda jest bardzo interesująca, ale może by tak coś jeszcze dołożyć? Czemu nie. Można przecież rozpocząć szlak w Ortisei wjeżdżając na Secedę. Dzięki temu mam do przejechania skibusem tylko jeden przystanek. Później gondolka, wagonik i … stop. Takiej kolejki do wagonika na Secedę, jak w pierwszy dzień po świętach, nigdy jeszcze nie widziałem. Nieprzebrane tłumy. Zanim udało mi się wepchać do wagonika minęło 45 minut. Mogłem więc spokojnie kontemplować  piękno okolicy, podziwiać dwa wagoniki kursujące wahadłowo i przyjrzeć się pracy obsługi dolnej stacji. Pełna perfekcja. Bramki liczą wchodzących i przepuszczają do bezpośredniej poczekalni tylko tyle osób ile mieści się w wagoniku. Ponieważ do wagoników można wejść z dwóch stron, panowie z obsługi bardzo sprawnie kierują część oczekujących na jedną stronę, część na drugą, tak by załadunek odbywał się w mgnieniu oka. Pasażerowie z lekka są dopychani, ma się zmieścić określona ilość ludzi, ani mniej, ani więcej. Czasami trzeba troszkę kolanem dopchać, ale nie bądźmy drobiazgowi. Już sama przejażdżka tą kolejką jest nie lada atrakcją. Gdy wagonik rusza, zostają odblokowane kołowrotki przy wejściu i do poczekalni wlewa się kolejna spora grupa turystów, dokładnie wyliczona pod względem pojemności wagonika.



       Seceda to w tej okolicy, a może i nie tylko, najlepsze trasy narciarskie. Mimo, że tras nie jest wiele, to są one fantastyczne. Dzisiaj jednak nie będę tutaj zbyt długo jeździł. Od razu jadę do samego dołu w kierunku St. Cristina. 


       Tam kapitalny wynalazek w postaci wagoników przewożących pod miastem, oczywiście w ramach skipassu. I już jestem na Selarondzie. Dwa dni temu przejechałem zielony szlak, więc teraz pora wyruszyć w przeciwną stronę, szlakiem pomarańczowym. Już po przejechaniu pierwszego odcinka zaczynają się problemy. Z powodu zbyt małej ilości śniegu jest zamknięta jedna z tras. Jakoś jednak udaje się ją ominąć. 


       Dojeżdżam do rejonu Alta Badia i tu kolejny problem. Nie jeździ wyciąg nr 19 BOE, jeden z ważniejszych fragmentów pomarańczowego szlaku. Trochę kręcę się po Alta Badia, nie udaje mi się jednak znaleźć objazdu. Wracam na Selarondę. Przy wyciągach pojawiają się napisy, że Selaronda jest nieczynna. 


Ruszam więc w drogę powrotną zielonym szlakiem. Warunki na trasach coraz trudniejsze. Te tysiące ludzi zrobiło swoje, muldy są wielkości otaczających je gór. Ale widoki są piękne. To pierwszy słoneczny dzień w czasie tego pobytu, więc mamy przed sobą pejzaże, niczym z folderów biur turystycznych. Nie potrzebny żaden photoshop, wystarczy na chwilę się zatrzymać, jakoś wykadrować i nacisnąć spust migawki. Słońce jest już dosyć nisko i światło robi się cudnie miękkie. Jest szansa na prawdziwy nastrój. 


Wracam z powrotem na Secedę. Przede mną la Longia, czyli 10,5 km ciągłego zjazdu. Słońce jeszcze nie zaszło, ale jest schowane za górami. No to jazda. Czy ja coś wspominałem o muldach?  Zabawny ze mnie gość. To był mały pikuś. Tu dopiero mam muldy. Dla młodziaków na krótkich, zaokrąglonych z przodu i z tyłu nartach, może to i jest frajda, ale ja jakoś nie jestem entuzjastą narciarskich kocich łbów wielkości postawnego faceta. Dojeżdżam w końcu do Ortisei. Nie udało mi się zrealizować planu dnia, ale i tak jestem pełen radości. Cały dzień intensywnej jazdy sprawia, że z jednej strony jestem mocno zmęczony, ale z drugiej strony mam wielką satysfakcję, że tak się wyjeździłem aż do dna. Więc już nie mogę doczekać się kolejnego wyjazdu na narty.


Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...