sobota, 1 lutego 2014

LUHACOVICE


       
       Otrzymawszy zaproszenie od przyjaciół z Czech na Dni DDD w Luhačovicach, nie spodziewałem się najmniejszych problemów z dojazdem. Wszystko było: nazwa hotelu, dokładny adres i współrzędne geograficzne. Do Luhačovic dojechałem gdy już było ciemno. Godzina, około dziewiętnastej, ale odniosłem wrażenie, że miasteczko układa się do snu. Z dojazdem do centrum nie było kłopotu, ale nawigacja pokazywała, że jeszcze około trzy kilometry pozostały do celu. Jadąc dalej, minąłem tablicę oznaczającą koniec miejscowości. I nagle nawigacja każe mi skręcać w lewo, w krzaki. Była tam wprawdzie jakaś ścieżka, ale się nie odważyłem w nią skręcić. Jeszcze raz wprowadziłem namiary do nawigacji i wciąż to samo. Zamiast adresu wpisałem współrzędne geograficzne, i bez zmian. Wszystko jednak wskazywało, że to jednak gdzieś, już zupełnie niedaleko. Ruszyłem dalej główną drogą i za moment  wyłonił się wjazd do jakiegoś kompleksu hotelowego. Jak na tę okolicę było tam całkiem dużo samochodów, tylko nie pasował jeden drobiazg: nazwa hotelu, to nie poszukiwany Harmony a jakaś Fontana II. No, ale to musi być gdzieś niedaleko. Poddałem się i zadzwoniłem do kolegi, którego spodziewałem się spotkać na tej imprezie. W słuchawce usłyszałem roześmiany głos: A tak, wszystko się zgadza, my też trochę błądziliśmy, ale jesteśmy już na miejscu. Po prostu Harmony to dawna Fontana II, tylko właściciele zapomnieli zmienić nazwę przy bramie wjazdowej i na budynku hotelu !!! Brawo!    

Hotel Harmony vel Fontana II
       Zaraz przy wejściu spotykam panie z Czeskiego Stowarzyszenia DDD, na zaproszenie którego przyjechałem do Luhačovic..  Witają mnie z uśmiechem na ustach, wręczają program Dni DDD i Walnego Zebrania,  kupony na posiłki oraz wejściówkę do R. Jelinka. A „ubytovanie” w recepcji hotelu. Odwracam się w kierunku recepcji, od której dzieliły mnie trzy, może cztery metry, robię krok i czuję straszny chłód. Zupełnie jak w krainie królowej śniegu. Podchodzę, a pani recepcjonistka zupełnie na mnie nie zwraca uwagi, zajęta jakimiś swoimi sprawami. Dopiero po dłuższej chwili podnosi głowę, powoli, jakby miała poważny uraz kręgów szyjnych, i wreszcie mnie dostrzega. Nie jestem pewien czy się cieszyć, czy wręcz przeciwnie. Czuję, jak stopniowo przenika mnie zimno bijące od niej. Muszę zebrać w sobie cały zapas energii, żeby nie zamarznąć. Niczym w krainie królowej śniegu, której samo spojrzenie potrafi zamrozić. W końcu dostaję jednak klucze do pokoju i czym prędzej się oddalam.  
       Jest już po dwudziestej. Część uzdrowiskowa Luhačovic wygląda jak wymarłe miasto, żywego ducha nie uświadczysz. A ja chciałbym coś zjeść. Nawet restauracja hotelowa zakończyła już pracę, a coś bym przekąsił. Na szczęście usłyszałem, że kilka osób wybiera się na kolację do uzdrowiska. Było wśród nich bardzo sympatyczne małżeństwo polsko-czeskie, Monika i Milosz. I to właśnie Monika wykazała się odpowiednią przedsiębiorczością. Zadzwoniła do restauracji Racek, którą znała ze swoich wcześniejszych pobytów w Luhačovicach.  Co prawda oni też już kończyli pracę, ale obiecali, że jak przyjedziemy w ciągu pół godziny, to poczekają na nas. Super, ponieważ znałem dwóch ludzi z tej grupy, wprosiłem się na ten wieczorny spacer. Trochę przesadziłem z tym spacerem. Nie było to wprawdzie daleko, ale zapakowaliśmy się w dwa samochody i pojechaliśmy jak paniska.  W Raczku, podobnie jak i wszędzie indziej zupełnie pusto. Tym niemniej, kelner przywitał nas z uśmiechem na ustach. Przy zamawianiu okazało się, że wszystko, co jest w karcie, jest dostępne. A po skosztowaniu serwowanych kolejno dań, okazało się, że każde z nich to prawdziwa rozkosz dla podniebienia. Czyż nie piękne zakończenie długiego, pełnego emocji związanych z zimowymi warunkami na drogach, dnia?


       Już kilkakrotnie miałem przyjemność być w Czecha, ale w tej części tego kraju, byłem pierwszy raz. Więc jak tylko nadarzyła się okazja w ciągu dnia by wyrwać się na chwilę i coś obejrzeć, uczyniłem to z wielką radością. Pogoda, delikatnie rzecz ujmując, nie była zbyt przyjazna pieszym eskapadom. Ale mimo, że preferuję słoneczne klimaty, jakoś wyjątkowo dobrze się w tych warunkach czułem. Niebo zasłonięte chmurami, lekki mróz, trochę wiatru i cały czas pustawo, bardzo niewielu ludzi. Tak też lubię, choć miejscowi, zapewne byli odmiennego zdania, szczególnie co do braku turystów.. W pewnym sensie, doskonałe warunki do rozmyślań, i nieco gorsze do robienia zdjęć. Jeżeli komuś się nie śpieszy, jeżeli ma ochotę na włóczenie się w bardzo miłym otoczeniu, to tu, to tam, to jest to bez wątpienia miejsce dla takiego kogoś.


       To chyba nie chodzi tylko o Luhačovice. Ja po prostu lubię małe czeskie miasteczka. Są takie bezpretensjonalne i tchną niezwykłym spokojem. A Luhčovice?  Miasto liczące ok 5500 mieszkańców, to przede wszystkim uzdrowisko. Jest to czwarte pod względem wielkości uzdrowisko w Czechach i największe na Morawach. Najbardziej znane źródła to: Vincentka, Ottovka, Aloiska, Źródło Dr. Šťastnego, Żródło Św Józefa,  Amandka, Janovka, Elektra, Jubilejní, Sirný i Jaroslava. Dzięki specyficznemu, łagodnemu klimatowi i licznym źródłom mineralnym, specjalizuje się w chorobach płuc i układu pokarmowego. Pierwsze pisemne wzmianki o miejscowości pochodzą z roku 1412, choć wykopaliska archeologiczne potwierdzają zamieszkiwanie tych terenów już na przełomie VII i VIII wieku.
       Nie ma w Luhačovicach niezwykłych zabytków, zapierających dech w piersiach, tym niemniej parę ładnych budynków się tutaj znajdzie. Ślad po sobie pozostawił tutaj wybitny słowacki architekt Dušan Jurkovič (23.08.1868 – 21.12.1947), autor fascynujących i nader urokliwych projektów budynków zdrojowych (tzw. kolonada), zupełnie unikalnych: Dom Jurkowiczów i Dom Slunečni lazne. Budynki zaprojektowane przez Jurkoviča doskonale harmonizują z otoczeniem i są perfekcyjne pod względem użytkowym.


       Bardzo ciekawym epizodem w życiu Duszana Jurkowicza była jego praca w Oddziale Grobów Wojennych CK Komendantury Wojskowej w Krakowie przy dowództwie okręgu wojskowego „Galicja Zachodnia” w latach 1916-1918. Pełnił funkcję kierownika, projektanta i nadzorcy budowy cmentarzy wojennych w Okręgu Żmigrodzkim (jednym z dziesięciu w Galicji Zachodniej) z siedzibą w Nowym Żmigrodzie, w którym powstało 31 cmentarzy wojennych. Stał się najpopularniejszą i niekonwencjonalną postacią w środowisku artystycznym skupionym w Oddziale Grobownictwa Wojennego. Zachwyt i podziw budziły, powszechnie uznane za najbardziej udane kompozycyjnie i krajoznawczo, jego rozwiązania projektowe cmentarzy wojennych w całej Galicji Zachodniej. Jurkowicz osobiście zaprojektował ok. 35 cmentarzy wojennych.  Swoją drogą, samo stworzenie takiego stanowiska w armii austriackiej daje wiele do myślenia o ludziach z tamtej epoki. Nie tylko poczucie obowiązku wobec poległych i dbałość o porządek, ale też wrażliwość estetyczna, potrzeba piękna w każdym miejscu. Tylko pozazdrościć.

       Duszan Jurkowicz zrealizował wiele różnych projektów i można by o nich napisać osobny, całkiem spory artykuł. Warto jednak wspomnieć o jeszcze jednym ciekawym zleceniu, jakie zrealizował Duszan Jurkowicz. Otóż, otrzymał on zamówienie na projekty zespołu schronisk turystycznych na grzbiecie Pusteny pod Radogoszczem w Beskidzie Ślądko-Morawskim. Zbudowane w latach 1897-1899 schroniska: Libušín i Maměnka, do dziś wyróżniają się oryginalną architekturą i pieczołowicie zachowanym wystrojem wnętrz.
       W innym miejscu trafiam na informację, że w Luhačovicach tworzył też Leoš Janaček (1854-1928) - czeski kompozytor. Co ciekawe, przez długi czas nie chciano wystawiać jego oper w Pradze. Dopiero w 1916 r. zaprezentowano operę Její pastorkyňa (czyli Jenufę), która odniosła wielki sukces. Prawykonania wszystkich jego oper były w Brnie, potem wystawiano je w Pradze. Dzięki temu, że libretta na niemiecki tłumaczył zaprzyjaźniony z kompozytorem pisarz Max Brod, były one szybko wystawianie w operach austriackich i niemieckich. W Polsce przed wojną wystawiono tylko Jenufę. W oparciu o czeską muzykę ludową komponował  opery oraz utwory na fortepian i orkiestrę. Był też kolekcjonerem piosenek ludowych. Janáček, podobnie jak Jurkovič byli miłośnikami miejscowego folkloru. Janaček razem ze swoimi współpracownikami,  wędrował po morawskich i słowackich wioskach i zapisywał lub nagrywał na fonografie autentyczny śpiew mieszkańców.


       Organizatorzy imprezy, oprócz części oficjalnej, przewidzieli również wycieczkę „krajoznawczą”  do nieodległej miejscowości Vizovice, a właściwie do jej przedmieścia. Działa tam fabryka, która została założona w 1894 przez Zygmunta Jelinka. Nie udało mi się ustalić, czy ta rodzina miała coś wspólnego z Emilem Jelinkiem (1832 Budapeszt-1892), austriackim dyplomatą, i pionierem austriackiej motoryzacji oraz ojcem Adrienne Manuela Ramona (Mercédès) Jellinek, damie, której imieniu zawdzięczają nazwę pewne niemieckie samochody produkowane do dzisiaj i cieszące się bardzo dobrą opinią.  Wracając jednak do Jelinków z Czech, gdy w 1921 roku założyciel firmy przeszedł na emeryturę, interesem zaczął zawiadywać jego syn Rudolf. I to właśnie pierwsza litera jego imienia oraz nazwisko rodowe widnieją do dzisiaj na wyśmienitych produktach tam wytwarzanych. Już przekraczając drzwi sklepu firmowego, który jednocześnie jest początkiem i końcem szlaku turystycznego, robi się bardzo przyjemnie ze względu na ujmujący zapach, panujący we wszystkich pomieszczeniach. Jak w kuchni, u ulubionej cioteczki na wsi, jesienią, w czasie przygotowywania przetworów z węgierek. No właśnie, jesteśmy w najsłynniejszej, znanej na całym świecie, czeskiej wytwórni śliwowicy – R. Jelinek. Najpierw zapoznajemy się z zawikłaną historią rodziny i firmy.

Gdy przyszli hitlerowcy, Jelinkowie trafili do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Tylko dwóm z nich udało się przeżyć wojenny koszmar. Później przyszli komuniści i znacjonalizowali fabrykę. Niestety początek wycieczki jest nieco przygnębiający. Ale, na szczęście, dalej jest już znacznie przyjemniej.  R. Jelinek wytwarza nie tylko śliwowicę. Powstają tutaj również znamienite napoje z innych gatunków owoców. Aby nas o tym przekonać, w kolejnej sali degustujemy gruszkówkę. Noooo! Dobra. 

Przy okazji możemy podziwiać długie rzędy beczek wypełnionych różnymi trunkami i niewielkie szafki pozamykane na kłódki z alkoholami już w butelkach. Od samego widoku może się w głowie zakręcić. W tej chwili R. Jelinek to już sześć fabryk, nie tylko w Czechach, ale też w Bułgarii, Rumunii i w Chile. Fabrykę w Chile uruchomili ponieważ z tego kraju sprowadzali gruszki (?!) i okazało się, że korzystniej jest uruchomić tam po prostu destylarnię niż wozić tony gruszek. Chodzimy tak od miejsca do miejsca, słuchając kolejnych wątków opowieści o firmie, a tu kolejny poczęstunek. Tym razem ciekawostka: śliwowica miodowa, taka ich „novinka”. Jak dla mnie, miłośnika słodkich alkoholi, wyśmienita! Wreszcie docieramy do końca wycieczki, do sklepu firmowego (czyż nie sprytnie pomyślane?). Aby nam nie było tak smutno, z powodu końca jelinkowej przygody, jeszcze jedna degustacja. Na koniec tradycyjna śliwowica, to z czego firma znana jest na świecie. Czy można było nie zrobić zakupów?   

niedziela, 5 stycznia 2014

Świąteczna Val Gardena


       Minęła dziewiętnasta, dookoła ciemna noc a termometr pokazuje + 5o C. Wkrada się lekki niepokój, czy przypadkiem Włosi nie podkolorowali warunków śniegowych na trasach narciarskich na swojej stronie internetowej. Czegóż się nie robi aby zwabić turystów. Przecież jak już przyjadą, to i zostaną. Będą złorzeczyć pod nosem, ale pójdą do knajpy, pochodzą po sklepach i trochę mamony zostawią. 


       Kiedy dojechaliśmy na miejsce, pani Rifesser właścicielka naszego apartamentu, jakby wyczuwała nasze obawy. Zaraz po powitaniu mówi nam, że trasy są przygotowane bardzo dobrze, że jej mąż codziennie jeździ. Zobaczymy jak się przejaśni, bo na razie jest ciemna noc.


       Wstaje pierwszy dzień w Ortisei. Pogoda taka sobie. Jakoś tak szaro. Czy aby na pewno przyjechaliśmy do słonecznej Italii. Ani śniegu, ani słońca?  Może tym razem dałem się wyprowadzić w pole nawigacji? Tyle razy próbowała wyprowadzić nas w maliny, ale ja dzielnie się broniłem. Ileż to już razy korygowałem moją Ziutę. Może tym razem coś przeoczyłem? No, ale przecież wczoraj wieczorem pani Rifesser to nie była fatamorgana. A właściwie, to dla czego różne nacje nazywają ten kraj Italią, lub jakoś podobnie, a my używamy takiego nieapetycznego określenia: Włochy, zupełnie niepasującego do tego bardzo sympatycznego kraju. Przyjechaliśmy tu jednak na narty, więc pakujemy sprzęt i ruszamy. Szybko wjeżdżamy na Seiser Alm. Faktycznie, śniegu tyle co kot napłakał. Ale na trasach daje się jeździć, choć momentami z głową w chmurach. Kawał roboty wykonali Włosi aby jakoś można było poszusować. Co prawda, z tymi czterdziestoma centymetrami śniegu, o których była mowa na www.valgardena.it , to trochę przesadzili, ale faktycznie jest całkiem przyzwoicie.


       Drugi dzień niestety nie przynosi żadnych zmian w pogodzie. Jeździmy ponownie po Seiser Alm, ale to nie to. Przecież cały urok polega tutaj na połączeniu pięknych, niezbyt trudnych tras z niesamowitymi pejzażami. Trzeciego dnia, nieco z konieczności, jeżdżę po okolicy, aż do Cavalese, ale samochodem. Przyglądam się mijanym miejscom i nie mogę wyjść z podziwu.  Jakąż gigantyczną pracę musieli wykonać Włosi aby wybudować tę sieć dróg i tuneli. Jadąc do Cavalese przejeżdżałem przez kolejne dwa nowe tunele. Z wielkim uznaniem patrzyłem na drogę wręcz wyrąbaną w ogromnej górze.  A przecież to są tylko drogi lokalne. Jak dalece odbiega to od naszych stereotypowych wyobrażeń o Włochach. I jeszcze jedno. Budując ten zupełnie niesamowity labirynt lokalnych górskich dróg, nie tylko bardzo ułatwiają sobie życie, ale przede wszystkim sprawiają, że turyści mogą dotrzeć do każdego miejsca bardzo komfortowo. Od razu przychodzi mi na myśl nasze piękne i nieszczęśliwe Zakopane, dojazd do którego, to prawdziwy koszmar.

Ortisei
       Pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia, wszystko działa, nawet kanara spotkałem w skibusie, i to w jadąc w jedną i w drugą stronę. No może wszystko, poza drzwiami w skibusie. Nowiutki autobus, niemal prosto z fabryki a przednie drzwi nie chcą dobrze działać. Jakąż heroiczną walkę toczył z samym sobą kierowca, który aż się gotował, ale za wszelką cenę nie chciał aby to było widoczne. Nie było histerycznego „Mama mia!”, ani łapania się za głowę. No, a jak drzwi nie chcą się zamknąć to nie pojedziemy. W końcu udało się, mocno poirytowanemu kierowcy jakoś zamknąć  niedziałające drzwi i mogliśmy ruszyć.
       Pogoda jest … w nas. Zgodnie z zapowiedziami mamy opady śniegu i silny wiatr. Skoro tak, to ruszam na Selarondę. Przez pomyłkę nie wysiadam w St. Cristina a dojeżdżam do Wolkenstein. Czyli dziwnych przygód tego ranka ciąg dalszy. W zasadzie nie ma większego znaczenia, gdzie wystartuję, bo i tak mam zrobić koło. Skoro tak, to nie ma też sensu jechać tak daleko. Tak czy owak startuję w Wolkenstein od wjazdu na górę wagonikami kolejki linowej Campionoi. Wyglądają one trochę staroświecko, ale działają. Przypominają te znane z różnych filmów, których akcja dzieje się w Alpach.


       U góry niezła wichura i padający śnieg. Pierwsze ślizgi ostrożne, trzeba się przyzwyczaić do warunków, przed wszystkim do tego, że niewiele widać. Kolejny wyciąg wynosi nas jeszcze wyżej. Po drodze kilkakrotnie się zatrzymuje z powodu zbyt silnego wiatru. Jesteśmy na wysokości ponad 2250 m npm. Kolejny zjazd i trafiam na orczyk. Nie ma ich tutaj zbyt wiele, urządzenie jakby z innej bajki. Zjeżdżam na dół i … trafiam z powrotem do dolnej stacji tego samego orczyka. Chyba nie tak miało być. Szukam jakiejś drogi w bok i ląduję przy dolnej stacji kanapy, którą przed chwilą już jechałem. No to do góry i do orczyka, ale tym razem, na wszelki wypadek pytam pana z obsługi, jak mam jechać. Tak, jak najbardziej, orczykiem do góry, potem od razu w prawo i trzymać się drogi wyznaczonej przez tyczki. Wjechałem do góry i dopiero po chwili zauważyłem tablicę, częściowo przysypaną śniegiem, która kierowała do maleńkiego tunelu prowadzącego na drugą stronę orczyka. Ale dużo bardziej zastanawiające było to, co było widoczne dalej. Kawał pola, niezbyt dokładnie przykrytego śniegiem. I faktycznie sterczały tam tyczki wyznaczające „trasę”. Może gdyby były lepsze warunki, a przede wszystkim lepsza widoczność, nie byłoby wątpliwości. A tak, ruszyłem w tę trasę z dużą dozą niedowierzania. Tym bardziej, że przede mną, w tę stronę pojechał tylko jeden człowiek. Czy to więc na pewno o to chodzi? Skoro jednak alternatywą jest powrót do punktu wyjścia, to ruszam. Po paru chwilach okazuje się, że to jednak to. Uff, kamień z serca spadł. Kolejne kanapy, kolejne zjazdy. Docieram do trasy nr 11. Piękny, bardzo długi zjazd. Mam czas podelektować się jazdą i porozmyślać o urokach Selarondy. To bardzo atrakcyjny, różnorodny szlak turystyczny. Siłą rzeczy, skoro okrąża się spory masyw górski, to zarówno widoki jak i trasy narciarskie muszą być zróżnicowane. I to właśnie stanowi o jej urodzie i to przyciąga wciąż tysiące narciarzy. Bo jest po prostu interesujące, tu nie ma zwykłego jeżdżenia w górę i w dół, po jednej, czy nawet kilku trasach, tylko wciąż dalej i dalej. Prawdziwa wisienka na torcie to trasa nr 1. Rewelacja! Bardzo długa, bardzo szeroka, o dosyć dużym kącie nachylenia, z kilkoma zakrętami. Prawdziwa narciarska rozkosz. Pokonując zieloną pętlę naliczyłem 17 różnych wyciągów (Włosi jedną z gondolek traktują jako dwie, więc byłoby ich 18, jeśli się nie pomyliłem w obliczeniach). A jak ktoś chce, może, tak jak ja to zrobiłem, zaliczyć 18 wyciąg, kolejny orczyk tuż przed metą w Wolkenstein. Tym razem, to już było po prostu złe oznakowanie, a właściwie jego brak. Gdy dojeżdżałem do dołu, jedyną zieloną strzałkę z napisem „Selaronda”, jaką dostrzegłem była ta kierująca do orczyka. Trochę się zdziwiłem, że taka ośla łączka stanowi fragment Selarondy. Ale strzałka jest strzałka, więc jadę. I jak przy poprzednim orczyku, po zjeździe, wracam do dolnej stacji tegoż orczyka. Znowu więc zasięgam języka, bo nie widzę innego rozwiązania. Okazuje się, że wcale nie było potrzeby dojeżdżania do tego orczyka, trzeba było wcześniej skręcić między domy i w ten sposób dojeżdża się do miasta, gdzie kończę moją pętlę.  


       Selaronda jest bardzo interesująca, ale może by tak coś jeszcze dołożyć? Czemu nie. Można przecież rozpocząć szlak w Ortisei wjeżdżając na Secedę. Dzięki temu mam do przejechania skibusem tylko jeden przystanek. Później gondolka, wagonik i … stop. Takiej kolejki do wagonika na Secedę, jak w pierwszy dzień po świętach, nigdy jeszcze nie widziałem. Nieprzebrane tłumy. Zanim udało mi się wepchać do wagonika minęło 45 minut. Mogłem więc spokojnie kontemplować  piękno okolicy, podziwiać dwa wagoniki kursujące wahadłowo i przyjrzeć się pracy obsługi dolnej stacji. Pełna perfekcja. Bramki liczą wchodzących i przepuszczają do bezpośredniej poczekalni tylko tyle osób ile mieści się w wagoniku. Ponieważ do wagoników można wejść z dwóch stron, panowie z obsługi bardzo sprawnie kierują część oczekujących na jedną stronę, część na drugą, tak by załadunek odbywał się w mgnieniu oka. Pasażerowie z lekka są dopychani, ma się zmieścić określona ilość ludzi, ani mniej, ani więcej. Czasami trzeba troszkę kolanem dopchać, ale nie bądźmy drobiazgowi. Już sama przejażdżka tą kolejką jest nie lada atrakcją. Gdy wagonik rusza, zostają odblokowane kołowrotki przy wejściu i do poczekalni wlewa się kolejna spora grupa turystów, dokładnie wyliczona pod względem pojemności wagonika.



       Seceda to w tej okolicy, a może i nie tylko, najlepsze trasy narciarskie. Mimo, że tras nie jest wiele, to są one fantastyczne. Dzisiaj jednak nie będę tutaj zbyt długo jeździł. Od razu jadę do samego dołu w kierunku St. Cristina. 


       Tam kapitalny wynalazek w postaci wagoników przewożących pod miastem, oczywiście w ramach skipassu. I już jestem na Selarondzie. Dwa dni temu przejechałem zielony szlak, więc teraz pora wyruszyć w przeciwną stronę, szlakiem pomarańczowym. Już po przejechaniu pierwszego odcinka zaczynają się problemy. Z powodu zbyt małej ilości śniegu jest zamknięta jedna z tras. Jakoś jednak udaje się ją ominąć. 


       Dojeżdżam do rejonu Alta Badia i tu kolejny problem. Nie jeździ wyciąg nr 19 BOE, jeden z ważniejszych fragmentów pomarańczowego szlaku. Trochę kręcę się po Alta Badia, nie udaje mi się jednak znaleźć objazdu. Wracam na Selarondę. Przy wyciągach pojawiają się napisy, że Selaronda jest nieczynna. 


Ruszam więc w drogę powrotną zielonym szlakiem. Warunki na trasach coraz trudniejsze. Te tysiące ludzi zrobiło swoje, muldy są wielkości otaczających je gór. Ale widoki są piękne. To pierwszy słoneczny dzień w czasie tego pobytu, więc mamy przed sobą pejzaże, niczym z folderów biur turystycznych. Nie potrzebny żaden photoshop, wystarczy na chwilę się zatrzymać, jakoś wykadrować i nacisnąć spust migawki. Słońce jest już dosyć nisko i światło robi się cudnie miękkie. Jest szansa na prawdziwy nastrój. 


Wracam z powrotem na Secedę. Przede mną la Longia, czyli 10,5 km ciągłego zjazdu. Słońce jeszcze nie zaszło, ale jest schowane za górami. No to jazda. Czy ja coś wspominałem o muldach?  Zabawny ze mnie gość. To był mały pikuś. Tu dopiero mam muldy. Dla młodziaków na krótkich, zaokrąglonych z przodu i z tyłu nartach, może to i jest frajda, ale ja jakoś nie jestem entuzjastą narciarskich kocich łbów wielkości postawnego faceta. Dojeżdżam w końcu do Ortisei. Nie udało mi się zrealizować planu dnia, ale i tak jestem pełen radości. Cały dzień intensywnej jazdy sprawia, że z jednej strony jestem mocno zmęczony, ale z drugiej strony mam wielką satysfakcję, że tak się wyjeździłem aż do dna. Więc już nie mogę doczekać się kolejnego wyjazdu na narty.


środa, 20 listopada 2013

PRZELOTEM W BUDAPESZCIE



        Strasznie dawno temu, oglądałem taki film „Jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w Belgii”. Amerykańska wycieczka w 18 dni zwiedza całą Europę. Nie trudno domyślić się, że zahaczało to nieco o szaleństwo z racji tempa podróży i wyraźnie zarysowanych sylwetek kilku uczestników tej eskapady. Np. para zbierająca „pamiątki” z hoteli, w których nocowali. Sprawa się sypnęła, i to dosłownie, pod koniec wycieczki gdy wypchana ponad miarę waliza otworzyła się przypadkowo, gdy opuszczali kolejny hotel. Lekka komedia wprawiająca w dobry nastrój. Przypomniał mi się ten film przy okazji mojej wizyty w Budapeszcie. I to nie dla tego, że zamierzałem coś wziąć z hotelu Danubius Arena na pamiątkę. Jak to przy podróżach samolotem, walizeczkę miałem klasy mini-max. Więc nawet gdyby mi się coś bardzo spodobało, to nie byłoby na to miejsca. Chodzi o tempo, w jakim odbywał się mój wypad. Jednego dnia wyjazd. Drugiego dnia, do ok 15 część robocza pobytu, i okolicznościowa kolacja o 18. Wszystko odbywało się w hotelu Danubius Arena, spory kawałek od centrum. Trzeciego dnia powrót. Czas na zwiedzanie? Nie przewidziano. Niemożliwe. Pierwszy, i jak do tej pory ostatni, raz byłem w Budapeszcie 35 lat temu. Więc, żeby nie wiem co, muszę zrobić jakiś wypad do centrum, albo na stare miasto.
       Podróż, tradycyjnie, rozpoczynam na podszczecińskim lotnisku Schönefeld. Ilość połączeń z lotniskiem jest tak duża, że nie ma najmniejszego problemu, żeby się tam dostać. Co prawda podróż w mikrobusach do najwygodniejszych nie należy, ale jest to na  szczęcie niewiele ponad 100 kilometrów autostradą, do tego całkiem przystępne cenowo. Da się więc jakoś przeżyć. Siedząc na lotnisku w oczekiwaniu na kolejne etapy lotniskowej procedury, doszedłem do wniosku, że latanie ma wiele wspólnego z żeglarstwem. Jak już kiedyś wspominałem, to ostatnie polega głównie na czekaniu na najróżniejsze rzeczy. Okazuje się, że z lataniem samolotami pasażerskimi jest podobnie, a nawet „bardziej”, bo proporcja czasu lotu, do pozostałego czasu niezbędnego na resztę czynności związanych z lotem, jest wręcz kuriozalnie przegięta w stronę tych ostatnich.

Brama Wiedeńska
       Początkowo planowałem, w celu uatrakcyjnienia podróży, przejechać z lotniska do hotelu miejskimi środkami komunikacji. Na miejscu okazało się jednak, że w podobnej cenie, a przy tym zdecydowanie wygodniej, bo spod lotniska pod drzwi hotelu, dojadę lotniskowym busem. Zrezygnowałem więc z przeżycia niewątpliwej przygody na rzecz wygody. Nie da się ukryć, jest to oznaka szybko postępującego procesu starzenia, do którego tak trudno się przyznać, szczególnie przed samym sobą. Drugim czynnikiem, który zadecydował o wyborze busa z lotniska był język, węgierski. Rany Julek, ależ to jest powalające. Nic nie rozumiałem, nic nie kojarzyłem, bezkresna, czarna otchłań. Na lotnisku w Budapeszcie stosunkowo dużo angielskiego jest beznadziejna, to udało mi się z Madziarami jakoś porozumieć.          
        Hotel Danubius Arena położony jest tuż przy stadionie im. Ferenca Puskasa, legendy węgierskiego futbolu i Realu Madryt, gdzie wraz z takimi gwiazdami jak Alfredo Di Stefano, Kopa, Rial, Santamaria, Gento, Dominguez stworzyli drużynę marzeń. Stadion, z zewnątrz robi duże wrażenie, do środka nie wchodziłem, w przeciwieństwie do hotelu. Z tego co widziałem na stronie internetowej, Danubius Arena chwali się czterema gwiazdkami. Nie znam się na przyznawaniu gwiazdek hotelom, ale ten hotel niczym nadzwyczajnym się nie wyróżniał. Najlepiej prezentował się sam pokój, był bardzo przyzwoity, reszta była zaledwie przeciętna. No może poza recepcją, która nawet nie wyglądała na trzy gwiazdki. Największe rozczarowanie to jednak hotelowa kuchnia. Nie wiem dlaczego ale nastawiałem się na wielką kulinarną przygodę, a tu zaledwie poprawnie. Do togo, jak w większości hoteli, jajecznica była beznadziejna. I jeszcze taki drobiazg, mimo, że to całkiem spory hotel, nie tam bankomatu. Musiałem się trochę nabiegać, zanim udało mi się znaleźć najbliżej urządzenie tego rodzaju. Trzeba jednak przyznać, że oprócz przyzwoitego pokoju, hotel Danubiu Arena ma jeszcze jeden, bardzo cenny atut. Mianowicie, znajduje się tuż obok stacji czerwonej linii metra, a ta z punktu widzenia turysty jest wprost nieoceniona. Metro to w ogóle genialny wynalazek, pozwalający błyskawicznie przemieszczać się po największych metropoliach. A czerwona linia w Budapeszcie łączy niemal wszystkie najważniejsze turystyczne atrakcje stolicy Węgier. Więc mimo pewnego zmęczenia długo trwającą podróżą (ach te lotniskowe procedury!), natychmiast po zagospodarowaniu się w hotelu i odnalezieniu bankomatu, mimo dosyć późnej pory wyruszyłem „na miasto”. Jadąc metrem zwróciłem uwagę, że Węgierki rozmawiają ze sobą niemal całym ciałem. Zastanawiałem się z czego to wynika. Może one po prostu niezbyt dobrze się wzajemnie rozumieją, wszak to bardzo trudny język?

Po wyjściu z metra
      Jadąc metrem, przypomniałem sobie, że jeszcze nie jadłem kolacji. Z metra wysiadłem na stacji Kossuth ter, tuż przy budynku parlamentu. Niestety teren wokół parlamentu jest kompletnie rozkopany, jedno wielkie kretowisko, aż trudno tam chodzić. Przeszedłem kawałek dalej i wyszedłem na uroczy zaułek. Być może to tylko magia wieczoru i tajemniczych świateł, ale w tym momencie wydał mi się wyjątkowo interesujący. Od razu też pożałowałem, że nie mam ze sobą wszystkomieszczącego plecaka. Miałem ze sobą tylko absolutne minimum. Najbardziej brakowało mi oczywiście statywu. Och te tanie linie lotnicze. Trzeba było radzić sobie starymi harcerskimi sposobami. Torba i kamienie zamiast statywu, samowyzwalacz zamiast wężyka, i jakoś poszło. Ach zapomniałem. Przecież miałem zacząć od kolacji. W jednej z ulic odchodzących od skweru, na którym się znajdowałem, zauważyłem interesująco wyglądające ogródki. Trzeba sprawdzić. Najpierw pizzeria. Nie, przecież jestem w Budapeszcie. Zdecydowanie, pizza w tym wypadku nie jest dla mnie daniem pierwszego wyboru, choć nazwa lokalu pomysłowa: Pizza Eataliano. Co mamy dalej? Budapest Bistro. Bistro brzmi raczej tak fabrycznie. Faceci w kombinezonach. Przemykające między nimi panie z biura. Wygląda jednak dosyć zachęcająco. Do tego w ogródku, przy każdym stoliki, mimo że nie było zimno, poustawiane promienniki ciepła. No i jeszcze jeden drobiazg. W środku, przy otwartych oknach, pan grał na pianinie. Pięknie. Późny wieczór, minimalny ruch ludzi i samochodów, pustawo w lokalu i nastrojowa muzyczka na pianinie. To jest to. Siadam.

     
       Obsługuje mnie młody, sympatyczny, mówiący po angielsku człowiek. Zamawiam coś do jedzenia i proszę o jakieś węgierskie wino. Trochę się kryguję, gdy pan pyta, czy podać całą butelkę, czy podawać na lampki. Tym bardziej, że te trochę lepsze wina nie są podawane na lampki. No ale przecież cała butelka, upiję się, albo w ogóle nie dam rady i co zostawić taką niedopitą butelkę? No dobra, niech będzie butelka. Kelner proponuje wino Mayer Kopar ze szczepów cabernet sauvignon, merlot i cabernet franc. Szczególnie ten ostatni mnie zaintrygował, nie mogłem sobie przypomnieć, czy już kiedyś piłem wino z tego szczepu winogron.


       Na przystawkę zamówiłem tatara. Co za duch przekory w człowieku siedzi. Dookoła trąbią, jakie to wielkie ryzyko jest związane ze spożywaniem tatara, a ja na przekór wszystkim mądrym ludziom zamawiam sobie owe danie. Zwyciężyła ciekawość. I co? Bardzo dużo warzyw, bez jajka i słabo przyprawione. Musiałem obficie skorzystać z pieprzu i soli ustawionych na stoliku. To jednak nie to, jestem przyzwyczajony do bogatszych smaków. Ale winko podchodziło pod tatara wyśmienicie. Pełny, wyrazisty smak, jedwabiste na podniebieniu, do tego piękna czysta barwa. Bardzo dobre. Ani się spostrzegłem jak kelner nalewał mi kolejną porcję.
       Jako danie główne zamówiłem wątróbki. Rewelacja! Wyśmienite. Po prostu niebo w gębie. Czegoś tak pysznego jeszcze nie jadłem. Jak ktoś lubi wątróbki, musi koniecznie wyskoczyć na chwilę do Budapesztu, do Budapest Bistro i skosztować tam tego specyjału. Warto. A wina ubywało i ubywało. Gdy zamawiałem kawę na zakończenie kolacji, prawie już go nie było. Widocznie bardzo długo się zasiedziałem w tej restauracji. W końcu trzeba było się jednak ruszyć, wołam więc kelnera i proszę o rachunek. Tradycyjnie chcę człowiekowi dać jakiś napiwek a tu niespodzianka. Napiwki są wliczone w cenę i kontrolę nad nimi ma właściciel a kelner nie chce przyjąć ode mnie pieniędzy. Widząc moją zdziwioną minę, proponuje, że pokaże mi parlament, napominając mimochodem coś o kamerach w lokalu. Za chwilę podchodzi i faktycznie wyruszamy celem obejrzenia parlamentu. Odchodzimy ok 20-30 metrów od restauracji, ucinamy sobie jeszcze miłą pogawędkę i teraz już kelner spokojnie przyjmuje ode mnie napiwek. Muszę przyznać, że wprawił mnie w bardzo refleksyjny nastrój. Pospacerowałem więc jeszcze trochę po nocnym Budapeszcie, a właściwie po okolicach wokół parlamentu. Mimo totalnego rozgardiaszu budowlanego, całkiem miłe miejsce, a sam gmach faktycznie imponujący.

        Program pobytu w stolicy Węgier miałem dokładnie wypełniony, udało mi się jednak wygospodarować wolne trzy godziny. Trzy godziny na Budapeszt? Prawdziwe szaleństwo. Trzeba jednak podjąć to wyzwanie. Wsiadam do metra i jadę na drugą stronę Dunaju, do Budy. Stare miasto, wszystko w miarę zwarte, nie będę tracił czasu na przemieszczanie. Wysiadam na Szell Kalman ter. Stąd mam blisko do bramy wejściowej do starego miasta czyli do Bramy Wiedeńskiej. Niestety, podobnie jak w okolicach gmachu parlamentu, pierwsze co się rzuca w oczy to piasek rozwiewany przez wiatr w związku z licznymi robotami drogowymi i remontowobudowlanymi. Na każdym kroku coś grzebią. Czyżby Węgrzy byli spóźnieni w wykorzystywaniu środków unijnych z budżetu do 2013 roku i teraz na siłę starali się nadrobić te opóźnienia? Trochę psuje to klimat tego, skądinąd uroczego miejsca. Brakuje tutaj dopracowania detali jak w miastach austriackich, niemieckich czy duńskich. Sporo turystów przemieszczających się w różnych kierunkach. Wiele grup zorganizowanych podążających za przewodnikami z parasolami. Słyszy się języki z najróżniejszych zakątków świata. A wszystko to między licznymi wykopkami drogowymi. Mimo, że są tu wprowadzone ograniczenia w poruszaniu się samochodów, jest ich i tak za dużo. Dlatego właśnie klimat tego miejsca nie jest taki, jak mógłby być. Czuć tu rozgardiasz, pęd nie wiadomo za czym, ogólny bałagan. Jednak sama uroda miejsca, jego niezwykłe położenie na wysokim wzniesieniu, to trochę za mało. Potencjał tej części stolicy Węgier jest ogromny, ale nie ma do czego się przytulić. 
Oczywiście poszedłem na Wieżę Rybaków, rzuciłem okiem na Kościół Macieja (nazwę zawdzięcza królowi węgierskiemu Maciejowi Korwinowi żyjącemu w latach 1443-1490), zajrzałem na dziedziniec Pałacu Królewskiego, obejrzałem zmianę warty.  Może, gdyby było więcej czasu, może gdybym miał okazję bardziej zagłębić się w różne zakamarki, może wtedy ujrzałbym to miejsce w innym świetle. Na pewno pośpiech nie sprzyja kontemplowaniu i wnikaniu w tkankę nowopoznanego miejsca. Przede mną jeszcze uroczysta kolacja, mimo to muszę gdzieś przysiąść i wyhamować.


       Niestety, nie sprawdziłem wcześniej co w kwestii gastronomi polecają przewodniki. Chyba wszedłem nie w tą ulicę, co trzeba, bo nie mogłem namierzyć nic takiego, co by mnie jakoś szczególnie zaintrygowało. W końcu zdecydowałem się zajrzeć do Cafe Miro. Nie przepadam, za nowoczesnymi, jasnymi wnętrzami. Jest w nich, jak dla mnie za zimno, czuję się w nich jak w sali operacyjnej, z którą raczej nie mam pozytywnych skojarzeń. Jednak w porównaniu z innymi, mijanymi lokalami, Cafe Miro wydał mi się najciekawsze. Usiadłem sobie przy niewielkim stoliku ale za to przy wielkim oknie. Miałem stąd widok na Kościół Macieja, jakiś pomnik i całkiem ruchliwe skrzyżowanie. Krótko mówiąc budapesztańska starówka w pigułce. Misternie wykończony budynek kościoła, kawał historii i XXI-wieczny zgiełk. Ale przecież na co dzień żyją tam i pracują ludzie, którzy nie wpadają tylko na chwilę, raz na kilkadziesiąt lat, żeby sobie pospacerować, zjeść coś dobrego i pogrymasić. To miejsce musi spełniać wszystkie funkcje normalnego, nowoczesnego miasta. Ale też, jest to takie miejsce, jakie bardzo lubię. Bez trudu można dostrzec, że to miasto rozwijało się przez stulecia, stopniowo narastało, tworząc w ten sposób swoją osobowość. Mimo tego rozgardiaszu, mimo opadającego tu i tam tynku, jestem zdecydowanie na tak, bo Budapeszt skrywa wiele interesujących miejsc, jest gdzie zajrzeć a pogoda jest tu przeważnie bardzo łaskawa. A zatem muszę tu jeszcze wrócić. Podniesiony na duchu ostatnimi konstatacjami wołam kelnera, żeby zapłacić za posiłek. Jak zwykle zostawiam niewielki napiwek i zbieram się do wyjścia. Kontem oka widzę mojego kelnera, sympatycznego młodziana, jak z rozradowaną miną chwali się swoim koleżankom otrzymanym napiwkiem. Do diabła! O co chodzi? Poprzedniego wieczoru kelner, który bał się, żeby szef się nie dowiedział o napiwku, teraz chłopak cieszący się z niewielkiego datku jak z wygranej na loterii. Czyżbym czegoś nie doczytał na temat napiwków na Węgrzech?  Pora wracać do hotelu. Jeszcze spacer jesiennie kolorową aleją Toth Arpad setany i do końcowej stacji metra Deli pu. Deli to także spory dworzec kolejowy, więc ruch tu duży. Wszystko jednak czytelnie oznakowane więc wracam do hotelu bez problemów.  

       Następnie dnia rano pakuję się shuttle busa i jadę na budapesztańskie lotnisko Liszt Ferenc. Kolejny raz przekonuję się, że korzystanie z tanich linii lotniczych, to zupełnie szczególne przeżycie. Przypominają naszych podhalańskich górali. Najchętniej wywiesiliby transparent z napisem: kochani turyści już więcej do nas nie przyjeżdżajcie, wystarczy, że wpłacicie dutki na niżej podane konto. I nic by nie robili, leżeli sobie i dutki liczyli. Część terminala, w którym oczekują pasażerowie easyjet raczej przypomina starą stodołę lub tzw bazę żywca w wielkich zakładach mięsnych. To takie miejsce, gdzie świnie wyganiane są z samochodów, i aby się nie stratowały lub nie stwarzały innego zagrożenia, kierowane są między specjalne, solidne, metalowe barierki. I tak czekamy stłoczeni między tymi barierkami w ogromnej wiacie ok 40 minut. Nie ma mowy by gdzieś usiąść, nie ma toalety, ani tym bardziej ogrzewania. To ostatnie na szczęście jeszcze nie jest specjalnie potrzebne. W końcu łańcuch odgradzający pasażerów od płyty lotniska zostaje odpięty i możemy się przespacerować do samolotu. To, że w środku jest ciasno jak diabli, to już norma. Kiedy wreszcie zasiadam w „fotelu” oddycham z ulgą. Lotniskowy koszmar mam już za sobą, a tę godzinę lotu, to nawet na galopującym jeżu wytrzymam. Okazało się jednak, że nie doceniłem tanich linii lotniczych. W Berlinie przywitał nas deszcz, a odległość od samolotu do budynku znacznie większa niż w Budapeszcie. Ruszam więc dziarskim krokiem, by jak najszybciej przebyć ten dystans i jakaż miła niespodzianka mnie i pozostałych pasażerów spotyka. Drzwi do budynku są zamknięte. Stoimy więc na deszczu i czekamy ok 10-15 minut, aż łaskawie otworzono nam drzwi. Jeszcze tylko bieg długodystansowy po odbiór bagażu i jesteśmy uwolnieni z objęć easyjet. Do pełni szczęścia, bus follow me, się spóźnił ok godzinę. Okazuje się, że podróże nie tylko kształcą, ale wręcz jest to prawdziwa szkoła przetrwania.


niedziela, 6 października 2013

MAGICZNE MIASTA I ZACISZNE ZATOCZKI



       Opuszczając większość odwiedzanych miejsc czuję niedosyt. Zawsze mam wrażenie powierzchowności mojego kontaktu, poznania, zrozumienia. Wciąż to wszystko odbywa się za szybko. Ale moje rozczarowanie z powodu zbyt krótkiego pobytu i zbyt powierzchownego kontaktu z miastem, jakie odczuwałem opuszczając Dubrownik, nie dało się porównać z niczym do tej pory. To nic, że marina Miho Pracat, jest taka droga. Można przecież spojrzeć na to z innej perspektywy. To nie było 115 Euro, a jedynie 11,5 Euro (na osobę) za dobę. Tak wygląda to lepiej. A spędzenie kolejnej doby w Dubrowniku byłoby zapewne bardzo przyjemnym doznaniem. Ale tu, niestety, wychodzi główny mankament jednotygodniowych rejsów, brak czasu na wszystko.  Sześć dni, to naprawdę bardzo mało czasu. Nie ma miejsca na luźny dzień bez pływania, bo będzie kac gigant z niedosytu wrażeń czysto żeglarskich. Tak źle i tak niedobrze. No to płyniemy. Znowu mamy w planie pływanie w nocy. Już się przyzwyczaiłem do pływania bez GPS-a.

Marina Miho Pracat
       Początkowo obieramy kurs na Mlejt. Tam planuję wpłynąć do jakiejś zatoczki i się trochę pokąpać. Kaneja nie jest młodym gepardem. Raczej przypomina dostojnego hipopotama, w związku z tym dopłynięcie do wyspy Mljet zajmuje nam nieco czasu. Tym razem nie ma to jednak specjalnego znaczenia. Nigdzie nam się nie śpieszy. Za cel obieram zatokę Prožura. Bardzo ładne miejsc. Zatoka osłonięta od morza wysepkami Borovac i Planjak. Stwarza to bardzo kameralny nastrój. Trochę boi do cumowania. Bardziej podoba mi się część zewnętrzna, między wysepką Planjak a cyplem Maharac, i tam usiłuję znaleźć miejsce do zakotwiczenia. I gdy już wydawało mi się, że mam właściwe miejsce, Tomek zwrócił uwagę, że w wodzie pływają odchody. Zajęty „wielkimi” sprawami, nie zauważyłem tych mniejszych. A tu faktycznie było tego mnóstwo. Ktoś właśnie, chyba opróżnił ogromne szambo. Rezygnujemy z tej miejscówki i kierujemy się w głąb zatoki. W swojej bezgranicznej naiwności liczyliśmy na to, że za cyplem woda będzie już wolna od tych szczególnych dodatków. Niestety tak nie było, mimo, że bardzo tego chcieliśmy. Wmawialiśmy sobie, że w tej części jest tych odchodów zdecydowanie mniej i nie jest już tak źle. Złapaliśmy jedną z boi i stanęliśmy. Ktoś nawet próbował się kąpać (na samo wspomnienie mnie wykrzywia), chyba Filip, ale nie znalazł naśladowców.

Gówniana zatoka
       Nieco przygaszeni w naszym żeglarskim entuzjazmie, wzięliśmy się za przygotowanie obiadu. A zaraz po obiedzie odcumowaliśmy. W radio nadali ostrzeżenie, że na otwartym morzu wiatr może przekroczyć 40 knotów. My co prawda byliśmy osłonięci Mljetem, należało się jednak spodziewać silniejszego wiatru niż zwykle.  Kiedy tak sobie rozmyślałem o przygotowaniu jachtu do spodziewanych warunków, ktoś powiedział, że goni nas jakaś dziewczyna na pontonie. Oczywiście potraktowałem to jako żart, bo mimo wszystko, poczucie humoru nie opuszczało załogi. Obejrzałem się jednak za siebie i zobaczyłem, że faktycznie w naszym kierunku płynie ponton. My jednak byliśmy już prawie na otwartej wodzie, gdzie wyraźnie dawało się odczuć tężejący wiatr, a i fale były z deko większe. Przypomniałem sobie, że między jachtami przycumowanymi do boi kręcił się ponton i pani nim pływająca, chyba kasowała za postój. Nie pomyślałem jednak, że i od nas może coś chcieć, ze tę chwilę postoju na boi między wszechobecnymi odchodami. Co innego gdybyśmy chcieli zostać na noc, ale takie zamiaru nie mieliśmy. Zdaje się, że jednak wiatr i fale sprawiły, że pani w końcu odpuściła.  
       Między Mljetem a Pelješacem mieliśmy piękny wmordewind. Dokładnie w linii naszego kursu. Nie pozostało nic innego jak cierpliwie halsować. Zgodnie z prognozą wiatr stężał. Wypływając z Prožury mieliśmy już zarefowane żagle, więc nic wielkiego się nie działo. Poza tym Kaneja jest tak niedożaglowana, że ożywia się dopiero przy solidnym wietrze. Płyniemy więc bardzo bezpiecznie, tyle że głównie poprzecznie, bo z całą pewnością, nie można powiedzieć o naszym okręcie, że chodzi ostro do wiatru. Prawy hals, lewy hals, prawy hals, lewy hals. Zaczyna się ściemniać. GPS nie działa, więc kolejne zwroty robimy coraz dalej od brzegu. Pocieszające jest to, że jak w końcu wyjdziemy za Mljet i przełożymy się na kurs ok 2300 to polecimy jednym halsem wzdłuż całej Korczuli. Bardzo miła perspektywa. Puki co zaczyna się obserwowanie różnych światełek na brzegach, które są już wyraźnie widoczne na brzegach, bo zrobiło się już ciemno. Najpierw na Mljecie Bl 2. Jest. Później kolejne światełko na tej samej wyspie. A jak będziemy na środku między Mljetem i Pelješacem i będziemy mieli na prawym trawersie światło Bl 10s a na lewym pojawi się Bl (3) b/c 10 s, to możemy zmieniać kurs na nasze 2300. I tak powolutku, z mozołem namierzamy i identyfikujemy kolejne światełka, a tu wiatr zaczyna gasnąć. Gdy wreszcie wyszliśmy zza Mljeta praktycznie zgasł zupełnie. Resztę nocy albo ledwo posuwaliśmy się na żaglach, albo wspomagaliśmy się silnikiem, gdy już nasza prędkość spadała niemal do zera. Można było spokojnie delektować się pięknym gwiaździstym niebem i obserwować różne pojawiające się światełka.
       Posuwaliśmy się do przodu bardzo nieśpiesznie. Myślałem, że ta Korczula nigdy się nie skończy. Płyniemy, płyniemy, mijają kolejne godziny, zaczyna się rozjaśniać, a tu cały czas mamy po prawej burcie Korczulę. A może to jakieś omamy z niewyspania? Robi się już zupełnie jasno. W końcu jest! Koniec Korczuli. Możemy płynąć jeszcze bardziej na północ, na Hvar.

Marina Palmizana
       Oczywiście nie zamierzam szukać miejsca w Hvarze, tylko podążam do  Palmiżany na wyspie Św. Klement w archipelagu Pakleni Otoči . Hvar, i owszem to bardzo urokliwe miejsce i zamierzam je odwiedzić, ale Palmižana to dla mnie, jak do tej pory najładniejsza i najfajniejsza marina w jakiej zdarzyło mi się być. Dopływamy stosunkowo wcześnie, więc nie ma problemu ze znalezieniem miejsca. Zresztą później też nie było nadzwyczajnego tłoku. Nie było jak rok temu flotylli kilkudziesięciu jachtów w rejsie sponsorowanym przez jedną z polskich firm z branży budowlanej. Było więc jeszcze bardziej kameralnie, jeszcze bardziej spokojnie i nie było specjalnych kolejek do prysznica. Było po prostu jeszcze fajniej niż rok temu. Oczywiście nie odmówiliśmy sobie przyjemności przejścia na drugą stronę wyspy, do zatoki Vinogradišce i kąpieli w tej pięknej zatoczce. 

Vinogradišce
       Sam spacer po tej wyspie przenosi człowieka w inny wymiar. Piękna zieleń, bujna ale nie nachalna. Cudowna pogoda, cieplutko ale nie skwarnie. Cisza, spokój i widok, to na jedną zatokę, to na drugą.  Ależ cudowna sielanka. Jeszcze tylko małe co nieco  w szklaneczce i w zasadzie, mógłbym się stąd już nigdzie nie ruszać. Jednak ciekawość świata nie daje mi spokoju. Przecież parę minut stąd, oczywiście taksówką wodną, jest Hvar, a Hvar to już zupełnie inna historia.
       W Hvarze już byliśmy, tyle że czasu starczyło tylko aby zdobyć Spaniolę. A przecież te miasto oferuje znacznie więcej. Więc bardzo chętnie pakujemy się do śmierdzącej ropą i spalinami taksówki wodnej i płyniemy do Hvaru. Taksówkarz okazuje się bardzo sympatycznym i rozmownym człowiekiem. Ponieważ poza sezonem mieszka i pracuje w Niemczech, bardzo swobodnie posługuje się niemieckim. Aż mi głupio, że mieszkając dziesięć kilometrów od niemieckiej granicy, posługuję się językiem naszych sąsiadów zdecydowanie słabiej niż nasz chorwacki przewoźnik.

Zachód Słońca nad Pakleni Otoci.
      Po zejściu z taksówki kierujemy się w prawo, w przeciwnym kierunku niż Spaniola. Podążamy uroczą nadmorską promenadą do klasztoru Franciszkanów, najciekawszego zabytku w tej części miasta. Niestety znowu przybyliśmy na miejsce nieco za późno i w zasadzie wszystko jest już pozamykane. Pierwsze co się rzuca w oczy gdy dochodzimy na miejsce, to niezwykłe okazy cyprysów, podobno mają ponad 300 lat. Zabudowania pochodzą przeważnie z XV w. Udaje nam się wejść na klasztorny, renesansowy krużganek. Kręci się tylko jakaś kobieta, prawdopodobnie tam pracująca i dwóch mężczyzn rozmawiających przyciszonymi głosami, z których jeden jest gitarzystą, omawiających jakieś sprawy związane z koncertem mającym odbyć się w tym miejscu następnego dnia. Jest pięknie i nastrojowo. Szkoda, że tak późno. Jest tutaj wiele ciekawych rzeczy do obejrzenia, jak chociażby Atlas Ptolemeusza wydany w 1524 r. Równie interesującym obiektem jest stojący na terenie klasztoru kościół Gospe od Milosti (Matki Boskiej Miłosiernej). Niestety musimy obejść się smakiem. Nie ma innego wyjścia, jak jeszcze raz kiedyś tu wrócić.

Boczna uliczka w Hvarze.
       Skoro nie możemy delektować się skarbami klasztoru, zagłębiamy się w plątaninę uliczek. Początkowo nie zbliżamy się do Trgu sv. Stjepana aby nacieszyć się ciszą i niezwykłym klimatem miejsc położonych nieco z boku. Hvar to nie jest jednak wielkie miasto i w końcu lądujemy w tłumie turystów. Ruszamy nadbrzeżnym bulwarem w drugą stronę. Tutaj też mnóstwo ludzi. Chyba trafiliśmy na jakiś najazd dużej grupy angielskiej młodzieży. Wszędzie ich pełno. A może tylko tak się wydaje, bo są bardzo hałaśliwi i nieźle podpici. Spotykamy ich również przy nabrzeżu od którego odpływają taksówki wodne. Na szczęście nie płyną z nami. Wsiadamy do tej samej łodzią, którą przypłynęliśmy. Wracam więc do przerwanej rozmowy z naszym przewoźnikiem. Jest to tym łatwiejsze, że ma on teraz pomocnika w postaci 10-12 letniego bratanka. Chłopak jest niezmierni dumny z tego, że powozi tym „okrętem”. Popisuje się ostrymi manewrami silnikiem i sterem przy przestawianiu łodzi z jednego miejsca przy kei na drugie. Gdy płyniemy już do Palmiżany chłopak z kolei demonstruje swego rodzaju znudzenie. Prowadzi nogą, jakby chciał zawołać: zobaczcie jak ja panuję nad tą jednostką. Dla mnie to małe piwo! Mimo to docieramy do mariny cali i zdrowi.  

Krknjaš
       Rano rozpoczynamy ostatni odcinek naszego rejsu. Kierunek Kremik. Pogoda cały czas jak marzenie. Mijamy Splitskie Wrota, czyli cieśninę między wyspami Brač i Šolta. Ożywają sympatyczne wspomnienia z zeszłego roku. Gdy kończy się Šolta w oddali wyłania się podejście do Trogiru. Ach! Zrobimy jeszcze jedną kąpiel w morzu. Jesteśmy w pobliżu wyspy Veli Drvenik, a tam, po jej wschodniej stronie jest  kotwicowisko cudnej urody: Krknjaš. Parę jachtów już stoi, ale i dla nas znajdzie się miejsce. Omijam wszystkich boczkiem by ustawić się na końcu kolejeczki, elegancko uporządkowanej prze wiatr. Nagle czuję, że delikatnie trzemy o dno. Co jest u licha. Sonda pokazuje 5 m głębokości, powinienem mieć zatem dwa metry zapasu. Natychmiast odbijam ku środkowi kotwicowiska. Jeszcze jedno delikatne muśnięcie i spokój. Kolejna niespodzianka Kaneji. Gdy stanęliśmy na kotwicy, Tomek dokonał obdukcji, na szczęście były tylko niewielkie otarcia, mogliśmy więc beztrosko się pluskać w turkusowej wodzie. Piękne miejsce.


       Z nosem przy mapie, obserwując brzeg, zbliżamy się do końca naszego rejsu. GPS ani myśli nam pomóc, ale teraz już go nie potrzebuję. W marinie Kremik jeszcze tankowanie paliwa i kierujemy się na nasze miejsce. Coś tam płynie z naprzeciwka, prawdopodobnie będzie również skręcał w tę samą część mariny co my. Ścinam więc nieco zakręt aby być przed nim. Natychmiast zostaję pokarany. Przecież Kaneja to nie Rudzik, musi mieć na każdy manewr dużo, bardzo dużo miejsca. No i nie mogę normalnie podejść do kei. Do przodu, do tyłu, ale wszystko na zbyt małej przestrzeni. Na domiar złego zgodnie z ustaleniami czeka na nas Pavle. Zaczyna się pokrzykiwanie, coraz głośniejsze pokrzykiwanie i wymachiwanie rękami. Ja, niestety daję się wciągnąć w tę zabawę i też zaczynam odkrzykiwać. Robi się bardzo nerwowo. W końcu każę mu się zamknąć. I … poskutkowało, Pavle się wyłączył. My w końcu trafiliśmy w to miejsce gdzie mieliśmy trafić. Pavle wraz ze swoim pomocnikiem pomogli nam przycumować, z tym, że Pavle już tego dnia do nas prawie się nie odzywał. Nikt też już do nas nie przyszedł aby sprawdzić żagle, jak to działo się na innych jachtach. Tylko nurek robił swoje, Systematycznie, po kolei sprawdzał dna wszystkich jachtów.
       Choć stanęliśmy nie czyniąc najmniejszych szkód ani na naszym jachcie, ani na sąsiednim, z którego obserwowała nas jakaś spanikowana Niemka, wieczór miałem sknocony przez tego durnego Pavle. Zawsze ten ostatni wieczór jest dla mnie najgorszy, bo bardzo nie lubię jak kończy się rejs, a tu jeszcze ta nerwówka przy cumowaniu. Ludzie! Omijajcie szerokim łukiem managera bazy firmy yacht202.com w Kremiku, a biorąc pod uwagę stan przyrządów nawigacyjnych na Kanei, to chyba również i tę firmę należy omijać równie szerokim łukiem.
       Rano Pavle przechodził kilka razy obok nas, nawet coś zagadnął. Na odbiór przyszedł jednak jego młodszy pomocnik. Okazało się, że wszystko jest w najlepszym porządku i odbiór odbył się bez najmniejszych problemów. Już wcześniej wystawiliśmy nasze bagaże na keję. Ależ to smutny widok. Zaczynaliśmy się organizować do odwrotu, a tu pojawia się Pavle i zaczyna rozmowę zupełnie normalnie. Przyszedł porozmawiać o wczorajszym manewrze. Powiedział jaki błąd popełniłem manewrując jachtem. Oczywiście miał rację. Tyle, że w tej nerwówce ciężko było na spokojnie skorygować to co robiłem. Zresztą zdawałem sobie sprawę co się stało i w zasadzie powinienem wypłynąć z basenu, w którym mieliśmy zacumować i powtórzyć cały manewr od początku a nie pchać się na siłę licząc na to, że jakoś się uda. Nawet się udało, tylko po co ten stres?


       Zwykle pierwsze i ostatnie wrażenie rzutują na ocenę całości. Tym razem zupełnie tak nie było. Niemiły kontakt z Pavle nie był w stanie zepsuć bardzo pozytywnej oceny całego tygodnia. To był najfajniejszy rejs, jaki do tej pory przyszło mi prowadzić. Dużo pływania, w tym dwa odcinki całodobowe, trzy wyjątkowej urody miasta: Korczula, Dubrownik, Hvar, kilka pięknych, zacisznych zatok, no i świetne towarzystwo. Było super!    

PS

Admont
       W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w austriackim miasteczku Admont, w pensjonacie Villa Elisabth. Miejsce oddalone o kilkanaście kilometrów od autostrady, otoczone ze wszystkich stron wysokimi Alpami. Dojazd kapitalnymi górskimi serpentynami. A kiedy już przełęcz była za nami zobaczyliśmy miasteczko niczym z folderów reklamowych. Było nieco problemów z dotarciem na miejsce, bo numeracja budynków przy tej ulicy, gdzie jest Willa Elisabteh, jest mocno dowolna. Samochodowy GPS był bezradny. Trzeba było zasięgnąć języka i wtedy wszystko było już bardzo łatwe. Na miejscu przywitała nas dama, która osiemnaście lat skończyła już jakiś czas temu, ale była przesympatyczna. Jak jakaś ukochana cioteczka, uśmiechnięta, pogodna niezwykle życzliwa. Od razu można było poczuć się jak u siebie. A sam dom? Cacuszko! Od progu widać, że jest on całym życiem właścicielki, dopieszczony w najmniejszych detalach, bardzo przytulny i przyjazny. Gdy już się rozgościliśmy, zrobiło się dosyć późno. Niestety pani nie serwuje obiadów i kolacji. Ale jeżeli mamy ochotę się przespacerować, to ona poleca, taki stary lokal, bardzo wśród miejscowych popularny, KAMPER.  Skoro, pani poleca, to wypada sprawdzić. Rzeczywistość przerosła nasze oczekiwania. KAMPER jest po prostu rewelacyjny: świetna obsługa (chyba sama rodzina), dania wyśmienite, do tego bardzo słusznych rozmiarów, co dla naszej młodzieży, Ani i Kamila miało niebagatelne znaczenie. A, i jeszcze taki drobiażdżek, za pyszną i wielką wyżerkę, z przystawkami, popitkami i deserem, dla czterech osób rachunek wyniósł niespełna 90 euro. Rewelacja. Obserwując przychodzących gości, nie mieliśmy wątpliwości, że miejscowi faktycznie lubią ten lokal, a do tego większość z nich się zna, więc atmosfera była bardzo przyjemna. Ale to jeszcze nic. Gdybyście widzieli radość naszej pani, gdy powiedzieliśmy jej, że bardzo nam się w Kamperze podobało. Ależ była cała w skowronkach.

       Finał naszego zauroczenia pobytem w Villi Elisabth nastąpił jednak rano, gdy zeszliśmy na śniadanie. Właściwie trudno wymienić wszystko to co pani podała na śniadanie. Wszystko oczywiście w najlepszym gatunku, a do tego, podane tak elegancko, że wprost zapierało dech. Ciężko było opuścić to miejsce. W końcu jednak wygrzebaliśmy się, samo śniadanie trwało z dobrą godzinę. Ujechałem może z kilometr, gdy zadzwonił telefon. Dzwoniła nasza pani z Villi Elisabth. Co też się stał? Przecież zapłaciłem, pokoju zbytnio nie zdemolowałem. O co więc chodzi? „Panie Protas, zostawili państwo zegarek.” Jaki zegarek, przecież mam zegarek na ręce, Ula … też … Kamil nie ma zegarka.


Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...