poniedziałek, 2 maja 2011

Ciągła nauka


Wieloletnią już tradycją naszej maszoperii jest świętowanie kolejnych urodzin seniora maszoperii na wodzie. Nie inaczej było i w tym roku, choć wydawało się, że może się nie udać. Stachu ma problemy ze zdrowiem, Robert wyjechał w Polskę by uczestniczyć w komunii, z Jurkiem nie wiadomo co a i pogoda też nie specjalnie miała ochotę na biesiadowanie na jachcie. Wiała dobra piątka, w porywach nieco mocniej, z północy, zimno i straszno. Ale tu chodzi o na prawdę wielkie święto. Osiemdziesiąte szóste urodziny to poważna sprawa. Choć zostaliśmy tylko we trójkę nie mogliśmy nawalić. Zapakowaliśmy się więc do łodzi razem z szampanem, drobną przekąską i wypłynęliśmy.

Jedną z rzeczy, która najbardziej mnie w żeglarstwie fascynuje, to wielowiekowe zbieranie doświadczeń przez ludzi przemieszczających się po morzach. Kolejne pokolenia przekazują swoją wiedzę następcom. Zmieniają się konstrukcje jednostek pływających, żeglarze opisują swoje wyprawy. Staram się czytać jak najwięcej tej literatury, ale to tylko swego rodzaju podkład. Samym czytaniem żeglarstwa człowiek się nie nauczy. Trzeba jak najwięcej praktykować, najlepiej u boku jakichś dobrych żeglarzy. Dla mnie dobry żeglarz, to niekoniecznie taki, który już wszystko wie. Nie wiem czy są w ogóle tacy są. Dobry żeglarz to człowiek myślący i opanowany, taki który rozwiązuje różne niespodziewane sytuacje mądrze posługując się wcześniejszą wiedzą. Manewry jachtem muszą być przede wszystkim bezpieczne. Manewr trzeba przemyśleć przed jego wykonaniem. Trzeba mieć przygotowane manewry awaryjne. Tych zasad z całą pewnością trzyma się Marek, szef naszej maszoperii. To jest bodaj najcenniejsza z nauk jakie od niego odebrałem. W minioną sobotę miałem okazję kolejny raz temu się przyjrzeć.

Silnik w naszej karinie nie ma ani „wstecza” ani wolnego biegu. On zna tylko jedną opcję: do przodu. Nie ma problemu gdy warunki są jako takie, ale jak wieje piętka dopychająca do kei, a my akurat stoimy dziobem do kei robi się nieco kłopotliwie. Nie możemy odepchnąć się do tyłu z jednoczesnym skrętem w prawo by później odpalić silnik i pójść w lewo bo przy tym wietrze, jeśli silnik nie ruszy za pierwszym szarpnięciem to siedzimy rufą na prostopadłej kei albo co gorsza prawą burtą na rufie stojącego obok nas jachtu. A nasz silnik raczej rzadko startuje jak na zawołanie.  Zatem? Jaka jest rzeczywiście bezpieczna pozycja do wyjścia? Trzeba by obrócić jacht o 1800, i stanąć dziobem do basenu, czyli zrobić overholung. Karina ma raptem 6 metrów długości, a akurat obok nas było trochę miejsca. Po wykonaniu obrotu, stojąc jeszcze na cumach założonych nabiegowo, odpaliliśmy silnik. Chwilę go pogrzaliśmy i spokojnie ruszyliśmy. To wszystko wydaje się oczywiste, tylko ktoś musiał o tym rozwiązaniu pomyśleć. A takim kimś jest właśnie Marek.



Zastanawiając się na tokiem rozumowania w takich czy innych okolicznościach różnych ludzi uśmiechnąłem się sam do siebie, na wspomnienie naszej pogawędki gdy już zupełnie bezpiecznie płynęliśmy po prawie pustym jeziorze. Pogoda skutecznie przepłoszyła większość żeglarzy mimo, że to początek długiego weekendu. Tylko ptaków dookoła bezliku: mewy, kormorany, czaple, łabędzie, kaczki jakieś drapieżniki. Otóż opowiadałem o moich niedawnych odwiedzinach w Londynie i degustowaniu angielskich piw zakończonego konstatacją, że angielskie piwa mi nie smakują.

- Stwierdziłem, że wszystkie one smakują jakby były robione z żołędzi.

- Rysiek na to przypomniał, że przed wojną chętnie pił kawę zbożową, do której dodawano m.in. właśnie żołędzie.

- Na to ja przypomniałem kolegom, kostki z prasowanej zbożówki z cukrem, które dostawaliśmy wyruszając na poligon, czy inne tego typu imprezy.

- Na to Marek przypomniał dowcip o dwóch dziadkach wspominających pobyt w wojsku. I jeden do drugiego powiada mocno drżącym głosem: A pamiętasz Jasiu jak nam w wojsku dodawali brom do kawy? Ty wiesz, że on dopiero teraz zaczyna na mnie działać!
I tak to startując z londyńskiego pubu wylądowaliśmy w domu starców, na szczęście z odrobiną fantazji. Piękne jest żeglarstwo.

wtorek, 26 kwietnia 2011

Greifswald - a właściwie gdzie jedziemy?


Święta Wielkanocne. Lany poniedziałek, jak zwykle nie wiadomo co z sobą zrobić. Na ulicy pełno zdebilałych osobników z wiadrami z wodą. W mieście nic się nie dzieje. Nawet większość knajp pozamykana. Co tu robić?
Żoneczka, rzuca hasło: zoo w Niemczech. Nie wiem dlaczego, pierwsze co przychodzi mi do głowy to Greifswald. Mało tego, jestem przekonany, że byłem w tym mieście w czasie Etapowych Regat Turystycznych. Mam przed oczami miasto, kanał portowy i drogę w kierunku zoo.  Szybkie sprawdzenie w internecie. Godziny otwarcia, ceny, lokalizacja. Wszystko się zgadza. Przecież dobrze pamiętam, po jednej stronie kanału była marina a po drugiej droga do zoo. No i pojechaliśmy. Dojeżdżamy już na miejsce. Pierwsze wrażenie: całkiem spore miasto, jak byliśmy w czasie regat widziałem zatem tylko niewielką część. Ale jakoś dojeżdżamy do centrum. Jest kanał, są jakieś jachty i inne jednostki pływające, ale mijamy kanał i jakoś nie widzę kierunkowskazu do zoo więc zawracamy. W tył, w prawo i ni z tego, ni z owego jesteśmy na miejscu. Jak to w niemieckich miasteczkach nieco problemu z zaparkowaniem, w końcu się udaje.
W tym samym dniu nasza córka ze swoim chłopakiem była na Rugii. Wieczorem rozmawiając o minionym dniu w celu  dokładniejszego określenia gdzie kto był, sięgnęliśmy  po mapę. Patrzę na tę mapę, patrzę i coś mi się nie zgadza. Dopiero po chwili przychodzi olśnienie: w czasie ERT to nie był Greifswald! Tamte miasto to Ückermünde.  Mało tego, w Greifswaldzie  nigdy w życiu jeszcze nie byłem. A niby wszystko się zgadzało. Skąd mi do głowy ta nazwa przyszła?
Najfajniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że ani odrobinę nie żałowaliśmy, że znaleźliśmy się w Greifswaldzie.
Miejscowe zoo jest raczej niewielkie. Taki sobie, niezbyt duży park. Ale jakżeż urokliwie zagospodarowany. Takie małe cudeńko, a ile ciekawych zwierzaków. Każdy wybieg zaaranżowany tak, aby zwierzęta czuły się jak najlepiej, ale też, aby można było je podziwiać. Sporo wody. A przy tym tak wszystko zorganizowane, by jak najbardziej zaabsorbować dzieci. Choć same zwierzęta przykuwały uwagę zwiedzających to były też huśtawki, wir wodny, rowery i różne inne zabawki. Oczywiście można było kupić karmę dla kóz by móc je podkarmiać w zagrodzie, co zawsze jest wielką atrakcją. I choć jak wcześniej stwierdziłem, park nie jest zbyt rozległy, zanim go obeszliśmy, ponad dwie godziny minęły.





Po wizycie w zoo poszliśmy zobaczyć jak wygląda stare miasto. Tu również nie było rozczarowania. Bardzo ładne, schludne miasto. Nieodmiennie jestem pełen uznania dla niemieckich miast. Jakżeż ludzie tam mieszkający potrafią o nie zadbać. To wszystko jest takie wycyzelowane, wymuskane, takie cacuszka. Jakby wszystko wyszło przed chwilą spod ręki najwyższej klasy rzemieślnika-artysty. Do tego jeszcze tu i ówdzie jakoś przyozdobione. Można chodzić w tę i z powrotem, i napawać się tymi widokami. A do tego ta atmosfera późnego popołudnia po pięknym słonecznym i ciepłym dniu. Ludzie siedzą w ogródkach przy lokalach, jedzą, piją i dobrze się bawią.
Cóż było robić, i my musieliśmy, choć na chwilę  gdzieś zakotwiczyć. Jeść specjalnie nam się nie chciało, ale jakiś apfelstrudel z lodami i bitą śmietaną, do tego kawa, czemu nie. To był bardzo sympatyczny dzień.


czwartek, 21 kwietnia 2011

Świat żagli.


Zwodowaliśmy naszą karinkę. Inaczej mówiąc, kolejny sezon żeglarski rozpoczęty.

Jak zwykle wodowanie poprzedzały dni wytężonej i mocno pośpiesznej pracy przy przygotowaniu łódki do pływania. I jak zwykle nie udało się wszystkiego zrobić na lądzie, część prac trzeba będzie wykonać na wodzie. Klub zawsze wyznacza dwa terminy wodowania, by ci, którzy mają więcej do zrobienia, mogli spokojnie wszystko dokończyć. W naszej maszoperii są jednak tacy zapaleńcy, że nie ma mowy aby wodować jacht w drugim terminie. My po prostu nie możemy inaczej. Jeszcze coś tam trzeba podmalować, jeszcze trzeba wyszlifować i polakierować pokrywy bakist. Ale to wszystko nic, łódka jest na wodzie!

Patrzę sobie na kolegów, na znajomych i nieznajomych, jak się krzątają przy swoich jachtach. Prawdziwi zapaleńcy, samo patrzenie na nich to przyjemność. Niektórzy mają łódki skromniutkie, warte kilka, maksymalnie kilkanaście tysięcy złotych i pracują przy nich z wielkim zapałem. Inni posiadają „okręty” warte kilkaset tysięcy, a niekiedy więcej, i z równie wielkim zapałem nadzorują prace przy swoich jednostkach. Żeglarstwo wymaga pewnej wiedzy, ale tym którzy podejmą ten trud oferuje wiele radości.

Nie tylko samo żeglowanie dostarcza niezwykłej przyjemności. Siedzimy tak sobie późnym popołudniem na łódce i szorujemy pokład. Wiatr ucichł, jak to przed wieczorem, słonko jakoś złagodniało, słychać mnóstwo ptaków. Od czasu do czasu słychać też rubaszny śmiech jakiegoś starego wilka morskiego, na którymś z sąsiednich jachtów. Na kei przystanęło trzech kolegów i dyskutują bez zbędnego pośpiechu jak rozwiązać jakiś problem na łódce. Ktoś inny rozgryza jakąś kwestię w pojedynkę, powoli sącząc piwko.

Coś tam powoli dłubiemy na naszej łódce i snujemy plany rejsów na cały sezon. I te całkiem małe, po jeziorze. I te większe, z wyjściem na zalew, a może i Zatokę Pomorską. Mam nadzieję, że znowu uda nam się wystartować w Etapowych Regatach Turystycznych i znowu będziemy przeżywać emocje sportowej rywalizacji i chłonąć tę niezwykłą atmosferę. I te całkiem duże rejsy po dalekich morzach. Niektórzy preferują północ, inni południe, ale to jest bez znaczenia, byle wreszcie wypłynąć.
Koledzy żeglarze, stopy wody pod kilem i spełnienia marzeń o pięknych rejsach!

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Parę chwil w Londynie

Kiedyś każdy wyjazd, obojętnie, bliżej czy dalej, to były same ochy i achy. A wyjazd na „zachód” to była wręcz euforia. Czasy się jednak zmieniły, granice w Europie przestały dzielić, nasza sytuacja ekonomiczna uległa poprawie, więc wyjazd za granicę przestał być jakimś wybitnym rarytasem. Tłumnie wyjeżdżamy „za chlebem” ale też w celach turystycznych i poznawczych. Jednym z chętniej odwiedzanych przez Polaków krajów jest Anglia. Podobno już prawie każdy nasz rodak tam był. Ja zaś do tej pory należałem do tej niewielkiej grupy, która tam jeszcze nie była. W końcu nadarzyła się okazja by tam się wybrać i to od razu do samej stolicy, do Londynu. To dopiero wydarzenie.
kombinat gastronomiczny po londyńsku
Wieczorem wszystko wygląda inaczej
Wyobraźnia zaczęła pracować na najwyższych obrotach. W końcu jadę do miasta, które przez długi czas była stolicą świata! Obejrzane filmy fabularne i dokumentalne, przeczytane artykuły i książki, wszystko to podsycało moje oczekiwania. Do tego świadomość, że na oglądanie miasta będę miał zaledwie 1,5 dnia. Spokojnie, luzik, wszystkiego i tak nie da się w tym czasie zobaczyć. Potraktuję ten wyjazd jako swego rodzaju rekonesans, ogólne zapoznanie się z miastem, dopiero następne wyjazdy przeznaczę na szczegóły. A, to będą następne wyjazdy? Nic mi jeszcze o tym nie wiadomo.
Moje spotkanie z Londynem rozpoczęło się od lotniska Heathrow. No, robi wrażenie. Robi wrażenie przez swoją wielkość, obsługuje ponad 180 połączeń na dobę, i przez wielobarwność tłumu ludzi, którzy tam się przewijają. A przy tym wszystkim funkcjonuje bardzo sprawnie, doświadczyliśmy tego zarówno po przylocie jak i przed odlotem. Np. oczekiwanie na bagaż na lotnisku goleniowskim jest zdecydowanie dłuższe. Tam w zasadzie w ogóle nie czekaliśmy. No ale w Goleniowie to dopiero odprawia się wielką ilość lotów.
Zaułek knajpek, niekoniecznie angielskich.
Punkt drugi spotkania z Londynem to oczywiście metro. Metro jest po prostu super. Przez te cztery dni najeździliśmy się nim ile tylko można było. Plany, informacje głosowe, napisy informacyjne. Szybko, sprawnie … ale niestety bardzo drogo. Tak, jak się później okazało, nie tylko metro jest w Londynie drogie. Przeciętne piwo w pubie to 3,5-3,7 funta. Tylko czy będąc w Londynie można sobie odmówić zwiedzenia kilku, a może nawet kilkunastu pubów?  No i do tego jeszcze fish and chips, 8-9 funtów porcja. Jak poszliśmy do takiej małej, klimatycznej knajpki, która jak się okazało należała do Irańczyka, gdzie serwowano dania z ojczyzny właściciela, zapłaciliśmy po ok. 20 funtów za danie. Na szczęście były bardzo smaczne.
Parlament - od frontu jest pięknie i majestatycznie
Przejazd do naszego hotelu, położonego przy Royal Victoria Dock, zajął nam ponad 1,5 godziny, mieliśmy dwie przesiadki i przemierzyliśmy miasto z jednego końca na drugi. Znaleźliśmy się w pobliżu innego londyńskiego lotniska: London City. Na dobrą sprawę mogliśmy sobie przelecieć ten dystans samolotem. Swoją drogą, patrzyliśmy z kolegą na niebo nad Londynem i nie mogliśmy się nadziwić jak wiele jest na nim samolotów. Chyba nie ma takiego momentu w ciągu dnia, aby w zasięgu wzroku nie było przynajmniej 1-2 samolotów.

W metrze zaintrygowały mnie dwie informacje. Pierwsza pochodziła od zarządcy metra: nie kłaść nóg na siedzeniach. Czyżby mieszkańcy Londynu byli aż takimi luzakami? Druga ciekawa informacja zawarta była w reklamie jakiejś sieci telefonicznej, która oferowała tanie połączenia z kilkoma krajami. Były dwie wersje tej reklamy, z wymienionymi sześcioma krajami i z wymienionymi trzema krajami. Na obu była Polska! Było to bardzo dobitne potwierdzenie faktu, że Polaków w Londynie jest po prostu bez liku. A wracając do metra, to mogę stwierdzić, że jest to świetne miejsce do czynienia różnorodnych obserwacji, czasami zabawnych, czasami pouczających.
Trafalgar Square
W ogóle wycieczka do Londynu to bardzo ciekawe przeżycie, choć samo miasto raczej mi się nie podobało. Wszędzie straszne tłumy, zgiełk, jazgot a i architektonicznie i urbanistycznie bez rewelacji. Ale te same powody, dla których Londyn mi się specjalnie nie podobał, sprawiają, że jest to miejsce stwarzające okazje do wielu interesujących obserwacji. Wielokulturowość, otwartość, bardzo ostre zderzenie świata elit finansowych i politycznych ze światem zwykłych ludzi.

Największe rozczarowania? Na pewno Piccadilly Circus. Oglądając to miejsce w telewizji czy na zdjęciach człowiek wyobraża sobie, że jest tam nie wiadomo co, a to po prostu spore skrzyżowanie. Ruch tam jest niemiłosierny, a co za tym idzie i wściekły hałas. Na stopniach fontanny z figurką Anterosa siedzą sobie ludziska a u ich stóp przewalają się zwały śmieci. Ach, no i jeszcze najbardziej rozpoznawalny element: wielka reklama SANYO. I w zasadzie na tym można by zakończyć opowieść o Piccadilly Circus, ale to by nie była cała prawda. Był tam, przy fontannie pewien ciemnoskóry dżentelmen, który usiłował zarabiać na życie, pokazując sztuczkę znaną z wielu polskich wesel, polegającą na przechodzeniu pod bardzo nisko zawieszoną poprzeczką. Trzeba przyznać, był bardzo wygimnastykowany, ale był raczej żałosny niż zabawny. Zdaje się, że i inni przechodnie tak go oceniali, bo raczej nie było chętnych by wrzucać mu jakieś drobniaki. Kawałek dalej rozstawił swoją niezwykłą perkusję inny dżentelmen. Najpierw zwrócił na siebie moją uwagę rozkładając swój instrument. To były różne wiadra plastikowe po farbach, czy czymkolwiek innym. Gdy zaczął grać już nie mogłem się powstrzymać, by nie podejść całkiem blisko. A do tego jak fajnie żonglował pałeczkami. Ci goście to inna twarz tego miejsca, nader intrygująca. 



Inne wielkie rozczarowanie to Downing Street 10, czyli rezydencja premiera. W telewizji wygląda to bardzo sympatycznie: milutka, boczna uliczka, taka jaką kojarzymy z tradycyjną Anglią. Niestety to tak wygląda tylko w telewizji. Owszem jest taka boczna uliczka, tyle, że przeciętny zjadacz chleba nie ma najmniejszych szans, aby tam się dostać. Potężne kraty, kamery i czterech facetów w kamizelkach kuloodpornych z karabinami maszynowymi. Piękny symbol tego, dokąd doszła nasza „cywilizacja”. CYWILIZACJA ?! Jakie to jest wszystko chore.  

Parlament i okolice to kolejne intrygujące miejsce. I wcale mi nie chodzi o niezwykle okazały budynek parlamentu. Staliśmy przy wjeździe na teren tego obiektu i przyglądaliśmy się jak wnikliwie sprawdzane są kolejne wspaniałe limuzyny. Ochrona z karabinami maszynowymi, lustra do sprawdzania podwozi, podnoszona przed każdym samochodem zapora. A po drugiej stronie solidnego, kutego ogrodzenia, wysokiego na jakieś 3,5-4 metra tłum zagonionych ludzi, trochę turystów, jeden wielki harmider. Tamci podobno rządzą w imieniu zwykłych ludzi, tylko jakoś tak to wyszło, że musieli od tych ludzi całkowicie się odgrodzić.
By odgonić te smutne refleksje trzeba było zajrzeć do kolejnego pubu. Tam można odzyskać dobry nastrój. Dzień się skończył, trzeba wracać do hotelu i do dzielnicy Royal Victoria Dock. I bardzo dobrze. Fajne miejsce, zagospodarowane na dzielnicę mieszkaniową tereny portowe. Jest tu kilka wieżowców, ale bez przesady. Jest trochę zieleni, miejsca do odpoczynku i do zabawy dla dzieci. Jest tu wszystko jak w normalnym mieście ale jakoś inaczej skomponowane. To miejsce jest dla ludzi!
A właściwie czego się spodziewałem? Przecież wystarczy przez chwile pomyśleć, wszak mówimy o ogromnym, wielomilionowym mieście. Czy można takowe opisać za pomocą kilku prostych zdań?  Jedyne co jest w tej sytuacji pewne, to to, że chętnie bym tam pojechał jeszcze parę razy, by móc poznać Londyn nieco lepiej.



poniedziałek, 7 marca 2011

Kronplatz, znaczy udany wypoczynek

Czekałem, czekałem i się doczekałem. W końcu pojechaliśmy na narty. Cóż za radość! Tym razem wybraliśmy się do miejscowości Monguelfo we Włoszech, leżącej nieopodal ośrodka narciarskiego Kronplatz. To nasze drugie podejście do nart w Italii Po pierwszym niezbyt udanym, jechaliśmy tam z pewnymi obawami.
Pogodę na podróż mieliśmy doskonałą, więc już sama jazda była sporą przyjemnością.  Podziwianie Alp przez kilka godzin to dla miłośników gór niemała frajda. Majestat gór, liczne mosty, tunele, malowniczo wijące się w dolinach rzeki, czy różne budowle przyklejone do stromych zboczy. Nic więc dziwnego, że do celu dotarliśmy w bardzo dobrych nastrojach.
Zamieszkaliśmy w rodzinnym hoteliku Gailerhof, oddalonym od Kronplatz o ok. 8 kilometrów. Sympatyczna i nader troskliwa obsługa i rewelacyjna kuchnia. Obiadokolacje to prawdziwe uczty składające się z warzywnych przystawek (warzywa surowe i pieczone), pierwszych dań, drugich dań, deserów i oczywiście wina, które to dokładaliśmy już z własnej inicjatywy. Zawsze były do wyboru dwa pierwsze i dwa drugie dania. Pani przychodziła podczas śniadania z propozycjami na dany dzień i trzeba było dokonać wyboru. I tu zaczynała się niezła zabawa, ponieważ karty były napisane po włosku, którego to języka żadne z naszej czwórki niestety nie zna. Ale przecież byliśmy w regionie Górna Adyga lub jak kto woli w Południowym Tyrolu, gdzie zdecydowana większość ludzi mówi po niemiecku i po włosku.. Świetna sprawa ta naturalna dwujęzyczność, a w wielu przypadkach trójjęzyczność. A wracając do posiłków, to nie tylko były bardzo urozmaicone, ale też i niezwykle obfite. Jednego dnia, była między innymi wyśmienita golonka. K. wielki miłośnik golonki po wchłonięciu warzywnej przekąski, pierwszego dania i własnej golonki, na propozycję zjedzenia połowy porcji A., odpowiedział z niewymownym żalem że: ta goloneczka uśmiecha się do niego tak zachęcająco, ale on już naprawdę nie ma siły!
Pierwszego dnia udawaliśmy się na narty z lekkim niepokojem. Dookoła nas prawie nie było śniegu. Rozległe górskie łąki już dawno zapomniały o białym przykryciu a słonko pięknie świeciło.






Na miejscu okazało się, że nasze obawy były zupełnie nieuzasadnione. Trasy przygotowane wyśmienicie. Nie ma mowy o jakiejś wystającej gałęzi, czy kamieniu. Rewelacja bardzo szeroko i długo. Można spokojnie zjeżdżać 4-5 kilometrów i cieszyć się radością z jazdy. O ile oczywiście pozwoli na to kondycja. Z tym niestety bywa różnie, ale to już nie zależy od gospodarzy.

Trasy dla narciarzy o różnym stopniu zaawansowania. Od bardzo łatwych, relaksowych, do całkiem wymagających. Właśnie jadąc jedną z takich nieco trudniejszych tras, po gołym lodzie, przypomniałem sobie że już dawno nie serwisowałem swoich nart. Ja układam się na lodzie na kantach nart a tu niespodzianka. Narty suną bokiem! Natychmiast po zakończeniu dnia udałem się do najbliższego serwisu. Przywitałem się z panem serwisantem i powiadam mu, że moje narty nie chcą jeździć. Pan wziął moje narty, przeciągnął palcem po kantach i rubasznie się roześmiał. O.K. Przyjdź rano po narty.
Wierzchołek Kronplatz położony jest na wysokości 2275 m. Raczej jest to zupełnie niezauważalne. Kilka gondoli i krzesełka dowożą szybko i sprawnie narciarzy i snowboardzistów na górę, gdzie jest duże wypłaszczenie. A tam kilka knajpek, szkoły, serwisy, wypożyczalnie itd. Ale przyszedł taki dzień, gdy przywiało z prędkością ok. 40-50 km/h i wszyscy przypomnieli sobie, że jesteśmy wysoko w górach. Trudno było ustać na tym wypłaszczeniu, niektóre gondole zostały zatrzymane, inne mocno spowolnione, uczestnicy szkółek narciarskich i snowboardowych poopóźniali się na zajęcia.  To był jedyny dzień, kiedy rano trzeba było nieco postać w kolejce do gondoli.
Charakterystycznym elementem Kronplatz jest umieszczony na specjalnej podstawie dzwon pokoju. Patrząc na tę niezwykłą konstrukcję, zaprojektowaną przez Paula de Doss-Moroder, aż trudno uwierzyć, że sam dzwon ma ponad 3 metry wysokości i waży 18 ton. Przy tym tak fajnie jest to zrobione, że prowokuje do zatrzymania się i chwili zadumy. Jak już się przystanie to zauważy niezwykle rozległe panoramy. Z jednej strony Zillertalers Alp z drugiej Dolomity.
No ale samymi widokami człowiek się nie naje. Wiedzą o tym doskonale gospodarze i dla tego przy stokach nie brakuje uroczych knajpek, do których z wielką lubością udają narciarze. Miałem nawet jakieś takie dziwne wrażenie, że niektórzy zaczynają dzień od odwiedzin tych lokali. Może tam poszukują talentu?



Czy to wjeżdżając gondolami do góry, czy zjeżdżając na dół, zawsze ze wzruszeniem przyglądałem się szkółkom dla najmłodszych. Zjeżdżają takie maluchy jak kaczuszki za instruktorem. Głowy w kaskach prawie tak duże jak reszta ciała. Wykonują jego polecenia. Nie zważają jak strome jest nachylenie stoku. Skoro nasz instruktor tu jedzie to my jedziemy za nim. Rewelacja!


Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie odwiedzili, choćby na chwilę najbliższych miejscowości. Lokalna metropolia to Brunico/Bruneck. Całkiem spore miasteczko, ok. 15 000 mieszkańców. Gorąco polecam zabytkową część miasta, bardzo ładna. Niestety w przeciwieństwie do okolic wyciągów, tutaj zdecydowanie brakuje parkingów. Do tego większość ma ograniczenie długości czasu parkowania. Przyznaję, że zanim znalazłem jakieś miejsce do zaparkowania zacząłem się już nieco irytować. Ale przytulne zaułki starych uliczek ukoiły moje zszarpane nerwy. Później pojechaliśmy do Monguelfo/Welsberg, w którym teoretycznie mieszkaliśmy. Niestety tylko teoretycznie. Z naszego hotelu do miasteczka (ok. 3000 mieszkańców) był kawał drogi, szczególnie gdy miało się za sobą cały dzień na nartach. Oglądając oba miast pomyślałem sobie jak daleko są one od naszych stereotypowych wyobrażeń o Włoszech. Schludne, zadbane, zorganizowane. Widać, że ciągle coś tam się robi. Zdaję sobie sprawę, że niekoniecznie górskie miasteczka przyciągające tłumy turystów, muszą być typowymi włoskimi miastami. Warto jednak pamiętać, że i takie są.
Tydzień, to bardzo krótko, szczególnie na udanym urlopie. Czuję niedosyt nart, jeszcze większy niedosyt zwiedzania tych uroczych miejscowości. Nie ma rady, trzeba będzie tam jeszcze wrócić!!!

środa, 23 lutego 2011

Podróż do stolicy.

Wybrałem się w podróż do stolicy. Niby nic specjalnie ciekawego, robię to dosyć często. Ale tym razem było nieco inaczej. Jechałem na spotkanie z Bardzo Ważnym Urzędnikiem w sprawach związanych ze stowarzyszeniem, którego jestem członkiem. Nie był to, zatem wyjazd pod wpływem impulsu, ale przygotowywany od wielu dni. Poprzedzony był korespondencją mającą na celu umówienie spotkania i długim oczekiwaniem.
I wreszcie jest informacja: Pan Bardzo Ważny Urzędnik spotka się ze mną pojutrze o godzinie 11. Adrenalina skoczyła, szybka analiza możliwości komunikacyjnych. Samolot odpada, ceny, szczególnie na dwa dni przed odlotem są raczej kosmiczne niż lotnicze. Kolej? Intercity, odpada, pociąg ze Szczecina przyjeżdża do Warszawy chwilę po jedenastej. Znowu pozostaje samochód. Ale na spotkaniu z panem BWU chciałbym być świeży i wypoczęty a nie jak bielizna wyciągnięta z pralki. Muszę więc pojechać dzień wcześniej, przenocować w hotelu i rano, odpowiednio przygotowany, udać się na spotkanie.
Okazuję się, że w hotelu gdzie zwykle nocuję, nie ma wolnych miejsc, wybieram więc hotelik w Łomiankach, jest po drodze. Trasa do Warszawy? Znam już chyba na pamięć każdy kilometr. Zatankowałem do pełna, więc najbliższy planowany postój w Rzymie, karczmie koło Bydgoszczy. Nie mogę sobie odmówić przyjemności zjedzenia podwójnej porcji pierogów z kapustą i grzybami. Wyśmienite! A ten sos borowikowy, istne cudo. Po takim obżarstwie czułem się nieco ociężały, ale jakoś dojechałem na miejsce.
Hotel Villa Bellarosa, czyste i skromne, jak najbardziej odpowiednie miejsce do spędzenia nocy w delegacji. Po zainstalowaniu się w pokoju odpalam komputer i zamierzam nieco popracować. Niezbyt długo, aby rano być w jak najlepszej formie. Tym czasem niespodzianka, komputer nie chce współpracować. System się sypie. Próbuję ratować jakoś sytuację, nic jednak mi się nie udaje. W końcu macham zrezygnowany ręką, wyłączam sprzęt i patrzę na zegarek … Do diabła, druga godzina, znowu się nie wyśpię.
Rano jakoś zwlokłem się z łóżka i ruszyłem do centrum. Jak zwykle krążenie w kółko, aby  znaleźć wolne miejsce do zaparkowania. Jestem 15 minut przed czasem, udało się. Groźny pan ochroniarz oczywiście mnie nie wpuści. Wzywa do mnie kogoś z biura Pana BWU. Pani przychodzi z planem zajęć Pana BWU, na którym nie ma spotkania z zupełnie nieważnym panem ze Szczecina. Trochę się zapowietrzyłem. Miałem ze sobą kopię pisma, w którym mnie zapraszano na spotkanie z Panem BWU. O co więc chodzi? Pani oferuje swoją pomoc w wyjaśnieniu sprawy. Pan BWU jest na bardzo ważnym spotkaniu i z całą pewnością się ze mną nie spotka. Pani, z pisma, które jej pokazałem, szybko doszła do tego, kto spośród zastępców Pana BWU, pod tym pismem się podpisał. Niestety, tej pani, jakimś dziwnym trafem, akurat nie było w urzędzie. Udało się w końcu znaleźć zastępcę zastępcy, tyle, że z innego działu. Pani zastępca zastępcy była bardzo miła, tyle, że kompletnie niezorientowana, o co chodzi. Wysłuchała mnie, poczęstowała kawą i czekoladką i … na tym skończyła się moja wizyta w Bardzo Ważnym Urzędzie.
Cóż robić, zapakowałem się do mojego czerwonego wozidełka i ruszyłem w drogę powrotną. Tu już znowu pełna rutyna. Prawie, gdy ruszałem zaczynał prószyć śnieg. Gdy dojechałem do mojego stałego punktu tankowania, Shell przy dwupasmówce przed Płońskiem już po prostu padał śnieg. I coraz gęściej i gęściej. Tym razem w Rzymie zawinszowałem sobie pierś z kurczaka nadziewaną szpinakiem, znakomite. W czasie popasu w karczmie śnieg nie przestał padać. Dopiero, gdzieś koło Recza droga zrobiła się czarna.
Okazuje się, że nawet zwykły, roboczy wyjazd do Warszawy może dostarczyć niezwykłych przeżyć, które na długo pozostaną w naszej pamięci.     

poniedziałek, 21 lutego 2011

Do Skradina po uśmiech na twarzy.

Aby przeżyć ciekawą przygodę żeglarską i zobaczyć coś ciekawego, czasami ludzie wypuszczają się na dalekie, egzotyczne wyprawy. Niestety niewielu jest szczęśliwców, mogących sobie pozwolić na wielotygodniowe włóczenie się po morzach i  oceanach. I też, trzeba to uczciwie powiedzieć, nie dla wszystkich, bujanie się po bezkresnym oceanie jest pasjonujące, to jest zabawa dla prawdziwych miłośników żeglowania. Na szczęście, gdy na pokładzie jest załoga o różnych zapatrywaniach co do piękna tego sportu, przy odrobinie dobrej woli można wymyślić trasy atrakcyjne pod wieloma względami i nie koniecznie gdzieś bardzo daleko. Do takich, bardzo atrakcyjnych akwenów należy wybrzeże Chorwacji, na którym aż się roi od urokliwych zakątków. Do tego klimat tam jest wyjątkowo miły, więc żeglowanie to sama przyjemność.

Niezwykłe wrażenie na żeglarzach robi Šibenik, miasto położone przy ujściu rzeki Krka do Adriatyku. Początkowo płynęliśmy przez  Šibenska Vrata, stąd jeszcze nie widać miasta. Później  wpływa się w kanał Sv. Ante, który ma ok. 1,4 Mn długości. Po drodze mijamy dziwne magazyny, do których wejścia wykute są w skale, od strony wody. I w pewnym momencie wyłania się panorama miasta. Z daleka nawet nie wygląda to specjalnie interesująco. Za to kiedy już podpłyniemy i zacumujemy czeka nas wiele sympatycznych niespodzianek. W okolicy wiele miejscowości może pochwalić się rzymskim rodowodem, tym czasem Šibenik został założony przez Chorwatów. Pierwsze wzmianki o nim pochodzą z roku 1066, a prawa miejskie uzyskał w 1298 roku. Więc mimo wszystko jest to miasto z bardzo bogatą tradycją. Co ciekawe miasto nigdy nie zostało podbite przez Turków.
Do 1991 roku miasto było dosyć bogatym ośrodkiem przemysłowym. Niestety serbskie bombardowania, w okresie wojny po rozpadzie Jugosławii, doprowadziły do tego, że miasto podupadło. W 2003 roku miasto liczyło sobie 37 tyś. mieszkańców.
Pierwszym miejscem które przyciągnęło naszą uwagę była Twierdza św. Michała (Utvrda Sv. Mihovil), górująca nad miastem, Aby wdrapać się na nią trzeba było włożyć nieco wysiłku, a że nie wszyscy członkowie załogi byli w pełnej formie po kolacji dnia poprzedniego, nie było to takie proste. Do tego, po drodze zaszliśmy na cmentarz, gdzie niektórzy  najwyraźniej mieliby ochotę pozostać na dłużej.
Z resztą cmentarz sam w sobie bardzo interesujący. Interesujący przez swoje położenie na stromym, skalistym wzniesieniu, interesującym przez inność form grobów, często bardzo ozdobnych czy wreszcie interesujący poprzez historię, której ślady można tam odnaleźć. Główny cel tej części wycieczki wciąż jednak był przed nami. Kto jako tako zebrał się w sobie, ruszył dalej. Warto było. Widoki jakie można podziwiać z wysokości twierdzy są bardzo efektowne.



Gdy już nasyciliśmy się niezwykłymi widokami miast i pobliskich wysp ruszyliśmy zwiedzać miasto. W tym pędzie do góry nie zwróciliśmy uwagi jak urokliwe są wąskie uliczki, ile tam zbytków i bardzo zachęcających knajpek.
Chodzenie po tych tajemniczych zaułkach jest samo w sobie wielką frajdą. I tak klucząc to tu to tam, czasami bez celu,  trafiliśmy do jednego ze sztandarowych zabytków miasta, katedry św. Jakuba (sv. Jakov), którą budowano od 1402 roku aż do 1536. Jak w przypadku wielu innych niezwykłych dzieł architektonicznych z XV wieku, również i tu swoje mocne piętno odcisnął genialny chorwacki architekt i budowniczy Juraj Dalmatinac. Powierzono mu kierowanie budową w 1441 roku co też czynił aż do swojej śmierci w 1447 Do tej pory, 71 rzeźb głów mieszkańców Šibeniku jego autorstwa wzbudza powszechne uznanie.
W końcu musieliśmy jednak gdzieś odpocząć, więc daliśmy się skusić jednej z knajpek. Po krótkim, niestety, odpoczynku ruszyliśmy na targ owocowo-warzywny uzupełnić zapasy. Nieco byliśmy rozczarowani wizytą na targu. Ani specjalnego klimatu, ani wielkiego wyboru ani też specjalnie niskich cen tam nie zastaliśmy. Może to nasza wyobraźnia kazała nam oczekiwać nie wiadomo czego, może to wpływ wcześniejszego krążenia ciasnymi zaułkami miasta? Tym czasem, nic z tych rzeczy, jakoś tak bardzo po europejsku, porządnie, ceny niezbyt zróżnicowane, nawet potargować się nie bardzo było można.
Pakujemy zakupy na jacht i ruszamy w górę rzeki Krka. Po drodze mijamy liczne hodowle muli. W końcu przy jednej z nich się zatrzymujemy i kupujemy prawie całe wiadro miejscowego przysmaku. Kapitan zobowiązał się, że osobiście przygotuje mule w winie. W swojej naiwności nie upewniliśmy się co nasz zacny kapitan miał na myśli, mówiąc że przygotuje nam te mule. W praktyce wyszło tak, że przez następne dwie godziny cała załoga miała pełne ręce roboty, a kapitan snuł swoje barwne morskie opowieści. Zapomniałbym, w pewnym momencie wykonał telefon do jednej z knajp w miejscowości Skradin, dokąd zmierzaliśmy i złożył zamówienie na jagnięcinę z rusztu, co jak się później okazało należy mu zaliczyć jako wielki plus. Bo o ile mule nas nie powaliły, to wieczorna uczta z
jagnięciną i pieczonymi rybami w rolach głównych, okazała się być wyśmienita, po prostu palce lizać. Do tego, mieliśmy niewątpliwe szczęście zacumować niemal vis a vis lokalu pewnej wdowy. Sądząc po mnóstwie pamiątek z naszego kraju, nie byliśmy jedynymi Polakami, którzy tam trafili. A specjalnością zakładu są trunki własnej produkcji. Posiedzieliśmy sobie tam, oj posiedzieliśmy! A że, jak już wyżej wspomniałem, na jacht nie mieliśmy daleko, więc nie było problemów z powrotem. Nawet nie była nam potrzebna barlina, która, jak głosi żeglarska legenda, została wynaleziona właśnie w tym miejscu, by żeglarze wychodzący od wdowy nie mieli problemu z odnalezieniem drogi na swoje jachty.
Sama miejscowość też okazała się wielce sympatyczna, z niezwykłym klimatem. Na tym jednak miejscowe atrakcje się nie skończyły.  Rano przeokrętowaliśmy się na mały stateczek turystyczny, który zawiózł nas jeszcze bardziej w górę rzeki, do parku narodowego Krka. Móc podziwiać wodospad Skradinski Buk i jego okolice to jest duże przeżycie estetyczne. 800 metrów długości,

17 kaskad, łączna wysokość ok. 46 metrów. Oczywiście, natychmiast, gdzieś z tyłu głowy pojawia się porównanie z rezerwatem Plitwickie Jeziora. Nie wiem, naprawdę nie wiem, co mi się bardziej podobało. Natomiast wiem z całą pewnością, że takie miejsca, że takie przeżycia, jak w ciągu tych dwóch dni, wciąż podsycają we mnie chęć podróżowania i odkrywania dla siebie kolejnych niezwykłych miejsc. To jest właśnie to, szczególnie jak się to robi w tak miłym towarzystwie.

Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...