sobota, 10 kwietnia 2021

W lutym z La Rochelle do Gibraltaru

 




       Piątek, siedemnasty stycznia, chwila po siedemnastej. Jak to zwykle o tej porze roku zrobiło się już ciemno, ale warunki na drodze są bardzo dobre. Jechałem obwodnicą Gorzowa. Teraz przede mną ostatni odcinek dzisiejszej ponad 650-kilometrowej trasy. Tutaj już jest niewielki ruch, można włączyć tempomat i delektować się spokojną jazdą, cichą muzyką dobiegającą z głośników i niezwykłym nastrojem takich chwil. A jak jeszcze sobie pomyślę, że jutro jest sobota i nie mam  żadnych obowiązków to po prostu robi się cudownie. Wyprzedzam na lekkim łuku jakieś malutkie autko jadące bardzo wolno i nagle mam przed sobą dziesiątki aut! One stoją, niektóre mają włączone awaryjki a pośrodku korytarz życia. Hamulec, awaryjki, zjazd na bok, stop. Niesamowite, ale pomyślenie tego wszystkiego zajęło mi więcej czasu niż wykonanie. Pełny automatyzm. Dopiero po zatrzymaniu zacząłem się rozglądać co się dzieje. No tak, przecież mam przejechane grubo ponad 1,5 mln kilometrów. Działa. No to stoimy, długo stoimy, gdzieś około dwóch godzin. Gdy zaczynamy ruszać, bardzo wolno, dzwoni telefon. Rzut oka na wyświetlacz telefonu. Andrzej Podgórski? Ooo! Bardzo dawno się nie widzieliśmy, ani dawno nie rozmawialiśmy. Częstotliwość naszych kontaktów, to mniej więcej raz na 2-3 lata. Tym nie mniej od czasu naszego wspólnego żeglowania z Den Helder do Szczecina są bardzo przyjazne. On już dawno zrobił kapitana i szlaja się po świecie a ja … no cóż, niedzielne żeglowanie. Miło, że dzwoni, ciekawe z czym, bo przecież raczej nie po to by tak sobie pogadać. Nasze relacje są przyjacielskie ale nie aż tak zażyłe, byśmy do siebie dzwonili dla samego pogadania. Kiedy słyszę z czym dzwoni otwieram dziób ze zdumienia. „Wiktor nie popłynąłbyś 28 ze mną z La Rochelle na Sycylię? Trzeba przeprowadzić jacht, nowiutki katamaran.” Mózg znowu wchodzi na najwyższe obroty, niemal jak przy okazji awaryjnego hamowania, sam się dziwię, jaki spokój zachowuję. To ja, okropny choleryk? Jak to się dzieje, że czasami zachowuję absolutnie zimną krew, a czasami wybucham jak bomba? Co to jest. No dobra, bardzo ciekawa propozycja. Trochę zimno. Ale towarzystwo pierwsza klasa. W tym czasie mam mniej pracy. Koszty? Dojazd i przyjazd, no i wyżywienie. Bardzo ciekawy akwen: legendarne Biskaje, Atlantyk. No, no - pięknie. Dobra, ale najpierw porozmawiam z Ulą. I to nie przez telefon tylko twarzą w twarz. Tak też kończymy rozmowę. Oddzwonię po rozmowie z Ulą.

       W końcu docieram do domu. Jak się okazało tego popołudnia na S 3 były dwa wypadki tuż obok siebie, z czego jeden bardzo poważny, z udziałem trzech aut osobowych. No a Uli jak na złość nie ma w domu. Oczywiście widziałem, że miały babskie spotkanie u Ani. To już ostatnie 3-4 tygodnie przed narodzinami Natana, naszego pierwszego wnuka. A ja tu mam taką niecierpiącą zwłoki sprawę do omówienia. W końcu się doczekałem Co zrozumiałe Ula nie przejawiała wielkiego entuzjazmu do tego pomysłu, będzie musiała zostać sama na dwa tygodnie, a tego nie lubi. Z drugiej strony rozumie moją pasję, więc nie wyrażała sprzeciwu. No to do roboty. Andrzej miał już rozeznaną logistykę w tamtą stronę. Rezerwacja lotu Wrocław – Paryż,  autokaru, FlixBus do La Rochelle i gotowe. A z powrotem się zobaczy.

La Rochelle

       Faktycznie z rezerwacją biletów nie było problemu, mimo że termin wyjazdu był bardzo bliski. Szybkie i stresujące pakowanie. Ach te limity kilogramów i ilości bagażu. Najpierw to co niezbędne do ubrania. Sztormiak niestety sporo waży a i zimowe ciuchy do najlżejszych nie należą. Resztę dozwolonego ciężaru dopełniam jedzeniem. Drobna zagwozdka, Air France, którym mamy lecieć z Wrocławia do Paryża dopuszcza 23 kilogramy bagażu głównego a FlixBus tylko 20. Decyduję się zapakować wg normy linii lotniczej. Z kierowcą autobusu jakoś się dogadam. Po francusku?

       Przyjąłem propozycję transportu Andrzeja specjalnie się nad tym nie zastanawiając. No i dostałem za swoje. Podróż autobusem okazała się niemal tak samo niewygodna i nieprzyjemna jak samolotem. Ciasno, nie ma miejsca na nogi. Do tego droga ze Szczecina do Wrocławia jak się okazuje nie jest taka prosta. Startuję późnym wieczorem z okolic dworca głównego. Najpierw do Poznania. Później oczekiwanie w środku nocy na kolejny autobus. I wczesnym rankiem melduję się we Wrocławiu. Żaden z kierowców nie interesował się ciężarem mojego bagażu, przynajmniej to dobre. Ale dużo fajniejsze w tej podróży było to, że jak moi przyjaciele z Wrocławia, Basia i Darek dowiedzieli się, o mojej podróży to zaprosili mnie do siebie na śniadanie. Bardzo to miłe z ich strony, a ponieważ między przyjazdem autobusu do Wrocławia a odlotem samolotu miałem kilka godzin czasu, to z przyjemnością ale choć i pewnym skrępowaniem przyjąłem ich zaproszenie. Robić komuś najście o szóstej rano, to jednak trochę nietypowe. No chyba, że jest się w służbach specjalnych, to i owszem. Później jeszcze Darek podrzucił mnie na lotnisko. Dzień zaczynał się dla mnie bardzo pogodnie. Na lotnisku spotkaliśmy się z Andrzejem i trzecim członkiem eskapady – Jerzym. Nieco starszy ode mnie, niewysoki pan z dużym bagażem podręcznym. Zakupiliśmy na lotnisku nieco tradycyjnego żeglarskiego trunku pochodzącego z Karaibów i ruszyliśmy do samolotu. Ludzie z obsługi Air France nie byli aptekarzami. Kilo nadwagi bagażu czy kilka dodatkowych centymetrów wielkości nie stanowiło dla nich problemu. Zapakowaliśmy się do Embraera 170. To niewielki samolot, zabiera ok 70 pasażerów, a siedzenia ma w ustawieniu 2 + 2, nie ma więc tak nielubianych środkowych miejsc. Nieco wygodniej niż w samolotach tanich linii lotniczych.

Jesteśmy we Francji.

       Lot trwała niespełna dwie godziny, raptem parę chwil. Wylądowaliśmy na paryskim lotnisku im. Charles’a de Gaulle’a. Ha, ha, ha „paryskie lotnisko” Równie dobrze mógłbym określić Schönefeld jako lotnisko szczecińskie. Do Paryż to jest stamtąd kilkadziesiąt kilometrów. Znajduje się ono w miejscowości Roissy-en-France, będącej częścią ogromnej aglomeracji paryskiej. Ale tak to jest z wielkimi lotniskami. A  port lotniczy Roissy-Charles de Gaulle to największe francuskie lotnisko. W roku 2018 obsłużono tam ponad 72 mln pasażerów. Posiada rozbudowaną komunikację wewnętrzną. Najpierw musieliśmy przejechać autobusem z terminala, na który przyleciał nasz samolot do innego, odległego terminala, gdzie był przystanek wewnętrznej kolejki. Tą z kolei dojechaliśmy do kolejnego terminala, gdzie była stacja kolejowa, na której stawał również słynny TGV, oraz stacja autobusowa, z której miał odjechać nasz autobus do La Rochelle. Do odjazdu autobusu mieliśmy ponad osiem godzin. Bardzo dużo czasu, ale nie na tyle dużo aby wyskoczyć na małą wycieczkę do Paryża. Więc zakotwiczyliśmy w tym terminalu, w pobliżu jedynej tam kafejki i obserwowaliśmy lotniskowe życie. Tłumy pasażerów wysypujących się z lotniskowej kolejki. Część z nich kierowała się na perony, by wsiąść do kolejnego z pociągów jadących do najróżniejszych zakątków Francji. Część ludzi po prostu kierowała się do wyjścia. Równie duża fala ludzi kierowała się w drugą stronę. Ponieważ to część otwarta lotniska, to zagląda tam sporo okolicznych mieszkańców, ale też bezdomni. Kilka arabskich rodzin z gromadką dokazujących dzieci. Terminalowa knajpka chyba jest tania, bo zagląda do niej sporo osób, które trudno posądzić o zasobny portfel. Późnym popołudniem życie stopniowo zaczęło zamierać. O 19 zamknięta została nasza knajpka, o 20 sklep spożywczy. Na dworze zimno i mokro, nieprzyjemnie. A tu jeszcze tyle czasu.

       Już na lotnisku w Paryżu Andrzej dostał wiadomość, że naszym śladem podąża ktoś, kto podobnie jak my ma płynąć z La Rochelle na Sycylię Lagoonem 42. I tyle. No jak, przecież to my mamy płynąć Lagoonem 42? O co chodzi? To oni w końcu mają płynąć? A może mamy płynąć razem? Później był kontakt telefoniczny. W końcu spotkanie z dwoma dżentelmenami, Maćkami, którzy również przybyli z Polski, tyle że innym samolotem.  Okazało się, że firma – zleceniodawca Andrzeje, organizuje przerzut dwóch bliźniaczych jednostek dla tego samego armatora, na tej samej trasie. Do kolejnego autobusu FlixBusa pakujemy się zatem już w piątkę. Przed nami dziewięć godzin podróży autokarem. Francuski FlixBus okazał się nieco wygodniejszy od naszych. Poza tym to już druga doba mojej podróży, więc pojawiło się też nieco zmęczenia. O ile początkowo obserwowałem z zaciekawieniem obraz za oknami, przejeżdżaliśmy przez Paryż, to już wkrótce później zapadłem w kamienny sen. Gdzieś po drodze, gdy autobus przystanął na chwilę, otwierałem nieznacznie oczy by zorientować się w sytuacji i dalej smacznie spałem. I tak aż do La Rochell, gdzie dotarliśmy około ósmej rano.

La Rochelle

       Trudno powiedzieć, że La Rochell jest ładnym miastem. Raczej nie. Jest to niewielkie miasto, nieco ponad 80 000 mieszkańców. Jest tam całkiem sympatycznie. Ma niezłą i niedrogą komunikację autobusową, z której kilkakrotnie korzystaliśmy. Chodząc po nim ma się wrażenie chaosu urbanistycznego. Domy przeważnie obdrapane z sypiącym się tynkiem.  Jest kilka uliczek, które od biedy można by nazwać sercem miasta, ale to w dużym cudzysłowie.  Sporo bezdomnych na ulicach. Wielu z nich z psami. Miałem wrażenie, że niektórzy z nich wręcz posługiwali się psami aby zwiększyć swoje dochody. Nieduże, ale urokliwe targowisko, gdzie zjadłem pysznego, świeżo obranego ananasa. Mimo wszystko najciekawiej jest jednak w okolicach portu.

       Szybko odnaleźliśmy jacht, ale tylko jeden. Akurat ten którym mieli płynąć Maćkowie. Nasz nie dojechał jeszcze ze stoczni i właściwie nie wiadomo kiedy dojedzie. Okrętujemy się więc w piątkę na to co jest i włączmy tryb czekania. Tylko nie wiadomo na jak długo. Nikt na razie nie może powiedzieć nic konkretnego. Włosi? Polacy? Francuzi? Pierwszy Lagoon potrzebuje 2 dni aby być gotowy do startu. Pozostaje tylko obserwować prognozy pogody, bo pogoda na Biskajach to kluczowa sprawa.

       Środa - Pierwszy dzień oczekiwania wykorzystujemy na zrobienie zakupów, zarówno spożywczych jak i innych, bo jachty są zupełnie puste. Żadnego wyposażenia kuchennego ani hotelowego. Nasi kapitanowie dostali jakąś kasę na paliwo, opłaty portowe i inne drobne zakupy, ale była to raczej kasa symboliczna. Nie było z czym poszaleć. Najpierw odwiedziliśmy sklep z artykułami gospodarstwa domowego i Decathlon, gdzie uzupełniliśmy swój ekwipunek żeglarski. Później odwiedziny w markecie Leclerc i solidne zaopatrzenie spożywcze. W tym ostatnim była też urzekająca oferta rumów, w Polsce raczej rzadko spotykana. Wzięliśmy więc kilka gatunków w celach naukowych, do przetestowania i porównania. Poczynając od powszechnie znanego u nas Captain Morgan Black Spiced, poprzez kilka średniej klasy, mniej znanych u nas, kończąc na Diplomatico Reserva Exclusiva i Kraken Black Spiced, które są tam pozycjonowane nieco wyżej. Jak się później okazało, czasu na próby mieliśmy aż nadto.

La Rochell

       Czwartek - Kolejny dzień nic nie zmienił. Pierwszy Lagun został doposażony, a o naszym żadnych wieści. Na szczęście dla naszej trójki pogoda na Biskajach zaczęła się pogarszać, więc szanse, że nasi koledzy wypłyną w ciągu najbliższych dwóch – trzech dni, spadły do zera. Możemy ruszać na zwiedzanie miasta. Najpierw poszliśmy rzucić okiem na marinę, w której mieliśmy zatankować paliwo i z której mieliśmy ruszać w drogę: Port Des Minimes. To podobno największa marina we Francji. Mają ponad 4500 miejsc postojowych z czego ponad 460 przeznaczonych jest dla gości. No … robi wrażenie, i same baseny jachtowe i gigantyczne zaplecze. Wracamy do miasta, kręcimy się trochę tu, trochę tam. Odwiedzamy ładnie odremontowany dworzec.

       Piątek – pierwsza pozytywna informacja, dzisiaj mają przywieść nasz jacht. Póki co ciąg dalszy nieśpiesznego zwiedzania miasta. Tym razem obieramy sobie za cel wieżę Saint-Nicolas z XIV, jedną z dwóch broniących wejścia do portu. Po drugiej stronie kanału wejściowego stoi wieża łańcuchowa, biorąca swoją nazwę od łańcucha rozciąganego między wieżami, chroniącego wejścia do portu. Wieża Saint-Nicolas jest dobrze zachowana, z wieloma informacjami na temat miasta, które stało się bardzo ważnym portem już w XII wieku, kiedy to Wilhelm X Święty nie tylko zniszczył konkurencyjny port ale też nadał La Rochelle przywilej wolnego portu, handlu i samorządu. Do XV wieku La Rochelle było największym francuskim portem nad Atlantykiem. Co ciekawe długimi okresami znajdowało się pod panowaniem Angielskim. W czasie II Wojny Światowej była to ważna baza niemieckich U-Bootów. Sama wieża w środku też wywiera duże wrażenie. Dla tych zaś, którzy zechcą pofatygować się na samą górę, oferuje niezapomniane widoki. Jak zwykle z góry lepiej widać, ładniej. W „międzyczasie” przywieźli nasz jacht. Stał sobie smętnie na nabrzeżu, bez antyfulingu, bez masztu i paru innych rzeczy. Piątek? No cóż, nie ma co liczyć na to, aby tego dnia, czy choćby następnego ktokolwiek, cokolwiek zechciał przy nim zrobić. Weekend przed nami, kolejne dwa dni bezczynności i snucia się z konta w kont. W sobotę odwiedzamy targ staroci. Niewielki ale interesujący. Jeżeli ktoś lubi takie klimaty, to ma dużą szansę znaleźć tam coś dla siebie. Charakterystyczne i oczywiste jest to, że można tam znaleźć wiele przedmiotów marynistycznych. Oni tam faktycznie żyją morzem i z morza.

Jest Lagoon, ale nie nasz.

       Dla mnie znacznie ciekawsza od wizyty na targowisku była wizyta w Aquarium La Rochelle. Owszem byłem już w większych tego typu obiektach, ale to w La Rochelle jest wyjątkowo ładnie zrobione, jest wręcz dopieszczone. Możemy obejrzeć akwaria  odwzorowujące i zimny Atlantyk i bajecznie kolorowe rafy koralowe. Bogactwo kształtów i barw. Jest na co popatrzyć. Zupełnie inne przykłady związku La Rochelle z morzem mamy okazję obejrzeć w Musee Maritime de la Rochell. Muzeum Morskie to kawał historii zmagania ludzi z oceanem, to opowieść o ciężkiej i często niebezpiecznej pracy ludzi morza. Wszystko zaś pokazane w ciekawy, wciągający sposób. Są też stanowiska edukacyjne dla dzieci, na których dzieci się bawią i poznają różne aspekty czy to życia na morzu czy gospodarki morskiej. W osobnej hali prezentowane są zabytkowe, małe łódki regatowe. Warto odwiedzić to miejsce.

Słońce i do nas zaczyna się uśmiechać.

       Poniedziałek – szósty dzień oczekiwania. Od rana się dzieje. Zrobił się ruch przy naszym katamaranie. Jedni malują podkład pod antyfuling, inna ekipa bierze się za maszt. Kolejne jachty są zrzucane do wody. Te które już są gotowe szykują się do przepłynięcia do Port Des Minimes. Również nasz hotel ma się przestawić. Czuć w powietrzu wielkie ożywienie. Maciek planuje wypłynąć już następnego dnia, gdyż prognozy pogody dla Biskajów są korzystne. Oddajemy cumy i ustawiamy się przed śluzą.  Z jednej strony lekkie podekscytowanie z drugiej, żal to jeszcze nie my. Żal tym bardziej, że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, będzie to ostatnia noc w naszym dotychczasowym „hotelu”.  Wieczorem, po ogarnięciu wszystkich spraw, odbywa się mała biesiada z udziałem ekip z trzech jachtów w tym kilku „wielkich” kapitanów. Nieco rozczarowujące. Ci kapitanowie – Geograf, Wojtek, Rafał i paru innych, których do tej pory znałem byli jacyś inni. A tu wybujałe ego niektórych jakby nie mieściło się w jachcie. W takim gronie lepiej się nie odzywać. Nasz kapitan na tym tle wyróżnił się bardzo pozytywnie.

       Wtorek – to już siódmy dzień oczekiwania. Zgodnie z planem dwa katamarany, które zostały przygotowane poprzedniego dnia w końcu  wypływają, a my zostajemy na kei. Zbieramy swoje klamoty i drepczemy z mariny Les Minimes na Rue Senac de Meilhan gdzie czeka na nas nasz katamaran. Jakoś tak dziwnie jest jak koledzy odpływają a ja zostaję na brzegu. Ale jeszcze dziwniej się czułem wdrapując się na jacht stojący na ulicy. Zimno, brak wody i prądu, no i nie można korzystać z ubikacji. Po prostu super. Wysyłam najserdeczniejsze pozdrowienia w kierunku osób organizujących ten transport jachtów. Totalna partyzantka. Na noc ubieram na siebie co mam najcieplejszego wraz z wełnianą czapką i pakuję się do śpiwora.

Nuwasy ruszają z portu wewnętrznego

       Środa – ósmy dzień wyprawy. Od rana spore ożywienie. Jest szansa, że w końcu wypłyniemy. Francuzi specjalnie się nie śpieszą, ale systematycznie robią swoje. Andrzej negocjuje z kierownikiem robót, że mycie końcowe weźmiemy na siebie. Widzieliśmy wcześniej jak oni to robią. Zajmuje im to cały dzień. Oferujemy się, że zrobimy to sami. Niech tylko dadzą nam preparaty których używają. Zakładamy, że będziemy mieli wystarczająco dużo czasu w trakcie rejsu na pucowanie, a w ten sposób zaoszczędzimy jeden dzień postoju. Francuzi przystają na naszą propozycję. Kiedy więc następuje tak bardzo wyczekiwany przez nas moment wodowania naszego katamaranu omal nie podskakujemy z radości. Oczywiście to jeszcze nie koniec prac wyposażeniowych, jeszcze szprycbuda, jeszcze żagle. Powoli jednak wyłania się tablica z napisem „koniec”. W okolicach pory otwarcia śluzy jesteśmy gotowi, no prawie gotowi, aby płynąć do Les Minimes. Oddajemy cumy. Mimo radosnego nastroju raczej jeszcze nie myślę o samym rejsie. Boję się zapeszyć? Na prawdziwą radość przyjdzie czas jak, w końcu znajdziemy się na morzu. Na razie czekamy na otwarcie śluzy. Później płyniemy wzdłuż potężnego falochronu, za którym wyrasta niekończący się las masztów. W końcu „brama” i podpływamy pod stację paliwową. Nigdy jeszcze nie tankowałem takiej ilości paliwa. Dwa razy po 170 litrów plus 200 do kanistrów, które Andrzej bardzo sprytnie mocuje na rufie jachtu. A każdy literek po 1,5 Euro, wychodzi spora suma. Bardzo dużo, ale też nigdy nie pływałem na katamaranie. Nawet 56 stopowa Bavarka w żaden sposób nie może się z tym równać.


       
Jest takie stare powiedzenie: „Kto nie ma w głowie, ten ma w nogach”.  Po raz kolejny przekonałem się na sobie o jego prawdziwości, i to bardzo mocno. Jak to ja, po zakończeniu tankowania nie pobrałem faktury, no bo i po co nam faktura. A tu niespodzianka. Przecież Andrzej musi się porozliczać z kosztów. Szybki telefon do biura mariny. O.K. nie ma problemu, mogą nam wydać duplikat faktury. Wystarczy przyjść do nich. Uuuchumm. 2,1 km w jedną stronę. I znowu mam okazję podziwiać ogrom tej mariny. Obowiązkowym wyposażeniem naszego jachtu powinny być rowery. Ale ich nie ma. Wieszam na szyję mojego Nikona, może coś ciekawego dojrzę, i ruszam w drogę. Biura mariny okazują się całkiem przyjemne, przestronne i jasne, a personel przyjazny. Po kilku minutach wychodzę więc szczęśliwy z odpowiednim świstkiem papieru i wracam na nasz okręt. Ostatnie przygotowania, sprawdzenie zaształowania, ustawienie nawigacji. Andrzej jeszcze raz omiata wszystko wzrokiem. O.K. Schodzę na keję oddać cumy, jest prawie 16 45 miejscowego czasu. Wreszcie głęboki oddech ulgi. Płyniemy!!!!

Port des Minimes

       Andrzej wyznacza wachty. Zostawiamy za sobą wyspy leżące przy podejściu do La Rochelle. Z prawej burty Ile de Re, po lewej Ile d’Oleron. Słońce schodzi do wody. Mój pierwszy zachód Słońca na Atlantyku. Dużo tych pierwszych razów w tym rejsie. Moja kolejna wachta, pierwsza nocna, rozpoczyna się o godzinie 00 00. Jest w miarę spokojnie, a biorąc pod uwagę, że jesteśmy w legendarnej Zatoce Biskajskiej, należałoby powiedzieć, że jest bardzo spokojnie. Słabnący wiatr wieje od rufy. Pozostaje jednak spory rozkołys. Na razie jedziemy na silniku. Wg prognoz pogody korzystne okno w Zatoce powinna potrwać ok 4 dni. Musimy więc się zbierać dosyć raźno. Powoli przyzwyczajam się do dyskoteki na kokpicie. Jeszcze wolniej rozszyfrowuję poszczególne funkcje, bo oczywiście nie było czasu przeczytać instrukcji obsługi. Zauważam pierwszy mankament naszego jachtu. Tworzywo, z którego są zrobione „okienka” szprycbudy jest lekko mleczne, nie przezroczyste jak prawdziwe szkło. A to jest poważny problem, gdyż co i raz mijamy kolejne, bardzo słabo oznaczone sieci. Noc nie jest zbyt jasna. Żeby dostrzec cokolwiek na wodzie z nieco większej odległości trzeba się wychylić na zewnątrz. A noc jest niestety zimna. Ciepłe ciuchy, wełniana czapka na głowie. To nie jest wakacyjne pływanie na Egejskim. Trzy godziny mijają spokojnie. Tuż przed trzecią zapala się światło w kabinie Jurka. Słyszę jego krzątanie. Niemal co do minuty, pojawia się o 03 00 w kokpicie. Zdaję wachtę i schodzę do kabiny. Tu jest jakby jeszcze zimniej. Wszystko jest wilgotne. Zdejmuję tylko sztormiak, zostaję nawet w czapce i wciskam się do śpiwora. Och ta włoska oszczędność.

Płyniemy

       Mimo drobnych przeciwności losu, zasnąłem szybko i mocne. Nie wiem jak długo spałem, gdy dobiegł do mnie głos Andrzeja: Wiktor wstawaj, siedzimy w sieciach. Chyba nie spałem zbyt długo, bo jeszcze trwała wachta Jurka. Słaby wiatr od rufy. Czy zahaczyliśmy śrubą czy sterem, czy jedno i drugie. Andrzej próbował po prostu przeciągnąć linę dochodzącą od boi do sieci.  Ciężka sprawa wiejący wiatr od rufy wciąż napinał linę. Do tego okazało się, że są dwie boje ze sobą połączone. Andrzej położył się na pokładzie kąpielowym by mieć lepszy dostęp do lin. Za chwilę przyszła nieco większa fala i nasz kapitan został potraktowany solidnym showerem, A lina ani myślała nas uwolnić. Może trzyma nas lina łącząca obie boje? Udaje nam się wyciągnąć kawałek tej liny. Bardzo solidna. Nie było łatwo ale udało się ją przeciąć. I dalej nic.  Wyglądało na to, że jesteśmy zaczepieni lewym pływakiem, a prawy jest wolny. Andrzej, ponieważ już i tak był mokry pozostał na swoim stanowisku i dalej starał się wyciągnąć tę przeciętą linę. Ja stanąłem przy sterze i uruchomiłem prawy silnik. Bardzo delikatnie zacząłem cofać. Jazda na wsteczu i fala od rufy! Mimo, że starałem się manewrować jak najdelikatniej to co chwilę odczuwaliśmy solidne klapnięcie, a Andrzej dawał mniejszego lub większego nura. Od samego patrzenia przechodziły zimne ciarki. I nagle, jest! Lina wyszła, boja od sieci powoli zaczęła się od nas odsuwać. Niedowierzanie. Naprawdę jesteśmy wolni? Cholera! Na to wygląda. Andrzej mimo niedoleczonego wcześniejszego przeziębienia i kompletnego przemoczenie staje natychmiast za sterem i sam sprawdza sytuację. Ruszamy bardzo wolno do przodu. Po chwili uruchamia drugi silnik i sprawdza reakcję. Żadnych sensacji! Wszystko chodzi normalnie. Ruszamy na dobre i wracamy na kurs. Andrzej wreszcie idzie się przebrać i wysuszyć a ja wracam do koi. Pierwsza noc dobiegała końca.

       Zatoka Biskajska była dla nas wyjątkowo łaskawa, aż do przesady. Wiatr był tak słaby, że nasz ociężały mastodont nie bardzo miał ochotę płynąć pod żaglami. Jechaliśmy więc na katarynach po coraz gładszym morzu. Tyle, że kiedy już dobiegała końca pierwsza doba rejsu, a nawet nieco więcej, a my wciąż na silnikach, to zaczęło to być nieco męczące. Ach, ten jednostajny warkot silników. Niestety nie nadaję się na motorowodniaka.

Końcówka Biskajów

       I tak sobie leciały, wachta za wachtą. Nic specjalnego się nie działo. Po ponad dwóch dobach żeglugi zaczął majaczyć na dziesiątej jakiś ląd. Słabo widoczny. Początkowo nawet nie było pewności czy to brzeg czy złudzenie. Zachmurzone niebo, taka szarówka, lekkie zamglenie. Powoli jednak zarys brzegu stawał się coraz wyraźniejszy. Wyłaniały się Cabo de Bares i Cabo Ortegal. Pojawili się rybacy, nawet sporo. No i oczywiście gęsto porozstawiane sieci. To lubimy najbardziej. Ale też po raz pierwszy w czasie tego rejsu dostrzegliśmy ulubieńców żeglarzy – delfiny. Pierwszy dostrzegł je Andrzej. Natychmiast na pokładzie nastąpiło wyraźne ożywienie. Niestety nie chciały podpłynąć blisko jachtu. Mogliśmy obserwować je jedynie ze znacznej odległości. Tym nie mniej było bardzo miło popatrzeć na te sympatyczne zwierzaki.

       Po upływie kolejnych kilku godzin mieliśmy na trawersie La Coruña. Chciałoby się trochę pozwiedzać, zobaczyć nowe miejsca. Niestety tydzień, który przesiedzieliśmy bezproduktywnie w La Rochelle sprawił, że nie mieliśmy żadnego zapasu czasowego. Trzeba było gnać przed siebie, tym bardziej, że prognozy przewidywały zmianę pogody i pogorszenie warunków w Zatoce Biskajskiej i okolicy. Obrazki jakie docierały do nas z północno zachodniej Europy motywowały nas jeszcze bardziej. Orkan Ciara siał spustoszenie, a prognozy średnioterminowe przewidywały kolejne nawałnice. Im bardziej będziemy na południu tym ma być spokojniej. Więc gnamy.

Rybacy przy pracy

       Po trzech dobach byliśmy na wysokości Cabo Finisterre. Trzy doby żeglugi i ok 450 MM. No cóż, wychodzi kolejna słaba strona Lagoona, niewielkie zbiorniki wody pitnej i brak instalacji do odsalania wody morskiej. Mimo bardzo ostrożnego gospodarowania wodą, niestety zaczynało być widać dno zbiorników. Prowiant też się nieco skurczył. O dziwo najszybciej wyszedł nam chleb. A bez chleba ani rusz!  Chcąc, nie chcąc trzeba się rozglądać za jakimś przytulnym portem. Póki co zapadła noc, a sieci wokół nas zatrzęsienie. I znowu irytujący plastik na szprycbudzie, przez który prawie nic nie widać. Ale tym razem spotyka nas miła niespodzianka. Na wielu bojach, może na większości, są światełka. Bladziutkie bardzo, ale są! Zdecydowanie łatwiej jest wypatrywać w nocy światełka, choćby takie anemiczne, niż czarne chorągiewki na szczytach boi.  W dalszym ciągu trzeba było być bardzo czujnym, ale jednak było to spore udogodnienie. A było na co uważać, oj było! Pogoda, zgodnie z zapowiedziami zaczęła się zmieniać. Wiatr się trochę nasilał. Niestety zmienił też kierunek i wiał nam teraz prosto w twarz, więc dalej gnamy na silnikach.

Marina Duoro

       Na krótki postój, Andrzej wybiera Porto. Zanim zdołaliśmy tam dopłynąć, morze rozbujało się już całkiem przyzwoicie. Lagoon z wielkim mozołem wspinał się na kolejne fale i z łomotem opadał w dół fali. Już z daleka mogliśmy zobaczyć, jak efektownie fale rozbijają się o wychodzący w morze falochron. Niby jeszcze dzień, ale jakoś tak szaro i ponuro. Gdy schowaliśmy się za falochronem woda zdecydowanie się wygładziła. Pierwsze co rzuca się w oczy, gdy wpływa się do Porto to imponujący most nad rzeką Duero – Ponte da Arrabida. Jest to łukowy most łączący Porto z Vila Nova de Gaia. Biegnie nim sześciopasmowa autostrada, ma zaledwie 493 m długości, ale maksymalny prześwit wynosi ponad 70 m. Można więc przepłynąć pod nim całkiem sporym jachtem, bez obawy o zahaczenie topem.

       Do Douro Mariny dopłynęliśmy dosyć późno ale nie było problemu z załatwieniem czegokolwiek. W biurze jeszcze normalnie pracowali. Dostaliśmy karty magnetyczne do furtek wejściowych na keję. Wypytałem panią w recepcji gdzie iść na kolację. Mogliśmy spokojnie odetchnąć, podłączyć się do prądu, zatankować wodę i wykąpać się bez obawy, że zużyjemy zbyt dużo wody. Nieco wcześniej do Douro Mariny przypłynął też Maciek na bliźniaczym Lagoonie 42, więc zaparkowaliśmy obok niego. Ponieważ wypłynęli dobę wcześniej i płynęli nieco szybciej zrobili sobie po drodze jeden krótki postój. Trochę im tego zazdrościłem, ale jak to śpiewają Stare Dzwony „najważniejsze w odpowiedniej być załodze”.

Tu jedliśmy kolację

       Gdy się ogarnęliśmy nastała pora wyjścia „na miasto”. Właściwie to trudno powiedzieć, że byliśmy w Porto. Ta część miasta, gdzie znajduje się Douro Marina to dawna niewielka wioska rybacka Afurada, wchłonięta teraz przez większe miasto, stała się jego integralną częścią. Do tej pory zachowała swoją specyficzną zabudowę. Małe domy, ciasno poupychane przy wąskich uliczkach. Niemal każda fasad obłożona barwnymi kafelkami z jakimś ciekawym dekorem. Na dekorach dominują dwa motywy: rybacy i motywy religijne. A wszystko to bardzo kolorowe, radosne i schludne. No i co kawałek jakaś tawerna, często z wystawionym na ulicy grillem. My szukamy poleconej przez panią z recepcji restauracji Casa do Pescador. Akurat od strony mariny to prawie na końcu wioski. Casa do Pescador jest bardzo dobrze oznaczona, nie ma wątpliwości, że to to. Gdy weszliśmy było jeszcze sporo wolnych miejsc. Dopiero nieco później zaczęli przybywać kolejni goście, tak że w końcu lokal wypełnił się w całości. Wciąż nie mogę się przyzwyczaić, że na południu Europy tak późno rozpoczyna się kolację, która przeważnie stanowi prawdziwą biesiadę. A nam się powtarza, że późne jedzenie jest niezdrowe. Może niektórym to faktycznie szkodzi, ale jak nie trudno się zorientować w dowolnej knajpie w Portugali, Hiszpanii, Włoszech czy w Grecji, takich którym to odpowiada jest bez liku.



       Wnętrze Casa do Pescador to milion bibelotów. Jak w prawdziwej wiejskiej chacie ilość różnych ozdobników wprost niezliczona. Zgodnie z tym czego można się było spodziewać dominują akcenty rybackie i religijne. Jest nawet coś w rodzaju kapliczki, są zdjęcia właściciela i jego rodziny z audiencji u papieża. Większość przedmiotów sprawia wrażenie nieco siermiężnych, choć może lepiej określić je mianem rustykalnych? Tak czy owak przyglądam się temu wszystkiemu z dużym zaciekawieniem. Takich wnętrz w Polsce, ani w ogóle w północnej Europie się nie uświadczy. Intrygujące i bardzo niepoprawne politycznie. Ale jakież autentyczne. To jest ich życie, tacy są ci ludzie. W tak zwanym międzyczasie kelner przyniósł nam karty dań. W końcu podstawowy cel naszej wizyty w tym miejscu to zjedzenie kolacji. Wybranie czegokolwiek wcale nie było łatwe, mimo że było napisane również po angielsku. Wespół w zespół, przy pewnej pomocy kelnera, udało się coś zamówić. Bardzo byłem ciekaw portugalskiej wersji bakalao, bo wydawało mi się, że skoro za miedzą coś takiego jest bardzo rozpowszechnione to i tutaj może być. W karcie czegoś takiego nie znalazłem. Na wszelki wypadek zapytałem jednak kelnera. Jak najbardziej jest odpowiednik hiszpańskiego bakalo i nawet jest to jedno z ich dań sztandarowych. No to biorę! Najpierw na stole pojawiły się napoje. Ja naturalnie zamówiłem wino. Aż mnie wykrzywiło gdy na stole pojawiła się też cola. O tempora, o mores. W Portugali, do lokalnych dań cola?! No dobra. Nie zajmujmy się tym na co nie mamy wpływu. Po napojach pojawiły się przystawki, najróżniejsze, na ciepło i na zimne. Oczywiście były to najróżniejsze owoce morza i … łapki żółwi. To dopiero niespodzianka. Pierwszy raz miałem okazję coś takiego jeść. Bez rewelacji. Ale kalmary smażone w panierce na głębokim olej naprawdę wyśmienite. Główne danie, już z daleka widać, że to bardzo solidna porcja. Ryba, opiekane ziemniaki i warzywa. I z wyglądu i w smaku bardzo domowe jedzenie. Smaczne, ale to jednak nie to co te hiszpańskie bakalao. Nie jest tak delikatne i tak soczyste. Trudno, będę musiał jeszcze kiedyś wybrać się na południe Hiszpanii. Tak czy owak jestem zadowolony z pobytu w Casa do Pescador. Miła atmosfera, przyjaźni ludzie i świeże, domowe jedzenie. Koledzy raczej nie podzielali moich pozytywnych opinii. Dla niektórych szczytem wykwintności i smakowitości jest kebab z kolą. No, cóż m.in. dla tego świat jest taki intrygujący, że tak bardzo się między sobą różnimy. Na koniec jeszcze pytam o to czy mają na sprzedaż jakieś dobre porto, wszak być w Porto i nie nabyć flaszeczki tego smakowitego trunku to grzech. Tak, i owszem. Tanie nie jest, ale biorę dwie butelki jako prezenty dla moich zięciów. W tym przypadku cena raczej się nie liczy. Opuszczamy gościnne progi Casa do Pescador i jeszcze trochę kręcimy się po najbliższej okolicy. Zarówno pogoda jak i pora roku sprawiają, że na uliczkach jest pustawo. Jedną z ciekawostek Afurady są bardzo stare zbiorniki znajdujące się w lekkim pawilonie, służące miejscowej ludności do prania. Myślę, że jest to jeszcze jeden sposób na wspólne spędzanie czasu. Tuż obok na placyku porozstawiane są wielkie tyki, między którymi porozciągane są sznurki, na których wiszą wyprane rzeczy. Wszystko to tworzy swoistą, bardzo swojską atmosferę. 

Kolorowa uliczka

       Następny poranek po przybyciu jest bardzo leniwy. Wypłynięcie zaplanowane jest na wczesne popołudnie. Najpierw mamy uzupełnić zapasy spożywcze, później, być może, będzie jeszcze chwila na krótki spacer. Aby dojść do jakiegoś większego sklepu trzeba kawałek się przejść. Wybieramy Lidla przy ulicy Nova de Alvites, oddalonego od nas o ok 1,7 km, czyli jakieś 20 minut marszu. Droga wspina się dosyć stromo. Wydaje się jakby to była zaawansowana wiosna. Ciepło, lekki wiaterek, a w ogródkach przydomowych kwitnące kwiaty. To faktycznie jest dziesiąty dzień lutego?  Bujnie rozkwitnięte róże i wyjątkowo efektowne strelicje królewskie. Kwiat piękny ale jego polska nazwa beznadziejna. Anglicy nazywają je bird of paradise i jest to zdecydowanie bardziej adekwatna nazwa. Wciąż wspinamy się do góry. Od jakiegoś czasu podążamy sporą ulicą  nazwaną imieniem Manuela Marquesa Gomesa. Nic mi to nie mówi. Po prawej wyłania się wielka budowla, na ogromnej parceli. Jednak wszystko to sprawia wrażenie opuszczonego. Co to jest. Wygląda dosyć ponuro.

       Zakupy, jak zakupy, udane. Tylko dla czego tego wszystkiego jest tak wiele? Raczej o powrocie na piechotę nie ma co marzyć. Zagadujemy przed sklepem trzy damy wieku już raczej poprodukcyjnym, zajęte ożywioną dyskusją. Czy znają Panie jakiś numer firmy taksówkowej?  Okazuje się, że z paniami można porozumieć się po angielsku. Są uśmiechnięte i bardzo energiczne.  Zaraz zamawiają dla nas jakiś pojazd i wracają do przerwane rozmowy.

       Taksówka zjawiła się dosyć szybko i jakoś upchaliśmy nasze zaprowiantowanie. Pan taksówkarz również rozmawiał po angielsku, więc zagadnąłem go o patrona tej długiej ulicy, którą szliśmy i o opuszczoną posiadłość. No i trafiłem. Taksówkarz nie tylko był dobrze poinformowany, ale też bardzo chętnie podzielił się z nami swoją wiedzą, a właściwie znajomością legendy. Bo okazało się, że Manuel Marques Gomes to właśnie postać owiana legendą. I to do niego należał ta ogromna posiadłość. Żył w latach 1867 – 1932, a więc przeżył zaledwie 65 lat. Jak nie trudno było zgadnąć, był synem rybaka. Miał w życiu sporo szczęścia, bo trafił na jakąś zamożną kobietę, która pomogła mu odmienić jego życie. W jakimś momencie emigruje  do Brazylii. Tam rozpoczyna działalność handlową I znowu kobieta z dużym posagiem, tyle, że tym razem chodzi o  ożenek.  Dama nazywa się Rosalina dos Santos i pochodzi z zamożnej rodziny, co jeszcze nadało rozpędu jego interesom. Powrócił do Portugali w 1890. Kontynuuje swoją działalność biznesową, stał się jednym z miejscowych potentatów. Zbudował też tę wielką rezydencję, która zwróciła naszą uwagę.  Dorobił się zacnej gromadki dzieci – 13. Był też wielkim filantropem.

Most w porto

       Ponieważ mamy wyjść w morze dopiero popołudniu, idziemy jeszcze na krótki spacer. Próbuję uchwycić aparatem co nieco z klimatu tej kolorowej dzielnicy. Ciasne uliczki nie ułatwiają zadania,  ale jest pięknie. Andrzej oddalił się na samotny spacer. Pewnie by nieco odpocząć od naszego towarzystwa i w spokoju porozmawiać ze swoją dziewczyną. Po powrocie na jacht okazało się, że brakuje już tylko Andrzeja. Co było do sklarowania, to sklarowaliśmy, a kapitana jak nie ma tak niema. Zaczynała robić się szarówka, do tego nad Porto opadła dosyć gęsta mgła. Zaczynał się odpływ. Pogoda się pogarszała. Ale bez kapitana nie popłyniemy. Ostatecznie wypływamy o 19:40.  Warunki zrobiły się jednak na tyle trudne, że wypływamy w stanie najwyższej gotowości. Andrzej za sterem, wychylający się za tą cholerną szprycbudę, żeby cokolwiek widzieć. My z Jurkiem na obu burtach wypatrujemy oczy by nie przeoczyć żadnego znaku nawigacyjnego, żadnej boi. Czas w takich sytuacjach biegnie niesamowicie powoli. Wlecze się niemiłosiernie. Fala robi się coraz większa. Po prawej burcie już mamy falochron, więc otwarta woda już blisko. W końcu jest. Zanim obierzemy właściwy kurs, odpływamy jeszcze trochę od brzegu aby było bezpieczniej. W takich warunkach trzymanie się blisko brzegu nie byłoby zbyt rozsądne, liczymy też na to, że głębiej w morze będzie mniej sieci. Przynajmniej tak nam się wydaje. Buja coraz mocniej.


 
          Gdy w końcu obieramy właściwy kurs, życie na jachcie wraca do normalnego rytmu. Mamy przed sobą dosyć długi przelot. Następny przewidywany postój to Gibraltar, czyli ok 500 MM. Wachty są rozpisane od początku rejsu. Nic się nie zmienia.  Wchodzimy w ustalony wcześniej cykl. Moja pora na sen przychodzi o 03:00. Zazwyczaj dobrze się, w każdych okolicznościach.  Tym razem jest to jednak męczarnia. Dzioby pływaków spadające z dużych fal tłuką wprost niemiłosiernie o wodę. Przez cały kadłub za każdym razem przechodzi mocne drżenie. No cóż, kabina dziobowa w tym przypadku to bardzo słaba miejscówka. Łup i łup! Łup i łup! Łup i łup! I tak bez końca. Prognoza na najbliższe dwa dni nie zapowiada słabszego wiatru. A poza tym nawet jak wiatr ucichnie, to jeszcze przez wiele godzin morze pozostaje rozkołysane.

       Mimo wszystko pogoda się klaruje. Zaczynamy wreszcie łapać ciepełko. Ależ to przyjemne, móc się tak pogrzać. Pierwszego dnia po wyjściu z Porto, wczesnym popołudniem odwiedzają nas delfiny, całe stadko. Podpływają do samego jachtu i dokazują prze dziobem. Przeurocze stworzenia. Można by przyglądać się im bez końca. Ponieważ warunki jednak się poprawiły, płyniemy nieco bliżej brzegu. Oczywiście natychmiast pojawiają się sieci oraz kutry rybackie, ale za to możemy sobie pooglądać wybrzeże portugalskie. W końcu mamy na trawersie Cabo de Sao Vicente, czyli zmieniamy kurs na S-E. A od Ponta de Sagres już niemal prosto na E. Łączność telefoniczna albo jest albo nie. Czasami coś tam się pojawia i dowiadujemy się, że Maciek zaliczył sieci i to dosyć poważnie. Odbył mało przyjemną kąpiel, żeby się uwolnić, ale niestety ma jakieś uszkodzenie i płynie na jednym silniku. A już było tak miło. Zrobiło się cieplej, ładna pogoda, a tu na ostatniej prostej do Gibraltaru takie coś. Oczywiście znowu stan podwyższonej gotowości. Głupio byłoby zaliczyć taką przygodę. Rozluźnienie przychodzi gdy zbliżamy się do Cieśniny Gibraltarskiej, tu pogoda jest już naprawdę dobra. Zaczynają się żarty, sesje fotograficzne. Jest co prawda nieco później niż byśmy chcieli, ale pal licho – jest pięknie. Niestety zabraknie nam 45 minut aby zdążyć zatankować paliwo po angielskiej stroni, gdzie jest dużo taniej. Opóźnione wyjście z Porto dało znać o sobie. Będzie musiał Andrzej sam już to załatwić następnego dnia. Na trawersie Tarifa i miłe wspomnienia sprzed kilku lat z innego rejsu.




 Kolejna korekta kursu, odchylamy się na N-E i jest Skała!

       Do mariny Alcaides dochodzimy już po ciemku. Jest około 21. Andrzej wywołuje przez radio marinę ale bez rezultatu. Głucha cisza. Przez chwilę kręcimy się przy budynku gdzie jest biuro ale nic. W końcu przez telefon dowiadujemy się gdzie stanęli nasi koledzy i tam też podążamy. Jeszcze nie zdążyliśmy dobrze obłożyć cum jak pojawił się marinero z wielkimi pretensjami, że stanęliśmy tak samowolnie. Trochę trwało obłaskawianie gościa, ale w końcu łaskawie pozwolił nam zostać. Magiczne „tak stoimy” padło o 21:04. Niestety dla mnie to stacja końcowa. Ze względu na perturbacje w La Rochelle straciliśmy cały tydzień i szara rzeczywistość się o mnie upomniała. Nie dopłynę na Sycylię.  I tak było bardzo ciekawie. Fajny kapitan. Przepłynięte prawie 1100 MM w niecałe 8 dób. Szkoda było schodzić, choć nie zostałem fanem katamaranów. Taki jak ten, którym płynęliśmy, to zdecydowanie jednostka do pływania przy bardzo sprzyjających wiatrach lub na silniku, po gładkiej wodzie i na krótkich dystansach, no i oczywiście z drinkiem z palemką w dłoni.



Stoimy w Gibraltarze

I to już koniec
jeśli się podobało postaw kawę: 

buycoffee.to/zagleifotografia




niedziela, 16 lutego 2020

NA NARTY PRZEZ WENECJĘ




       Kolejny raz wybieramy się do Mezzany. Kolejny raz, więc wydawać by się mogło, że już nic nowego się wydarzyć nie może. A tym czasem wszystko jest inaczej. Po pierwsze termin. Nigdy jeszcze nie byliśmy na nartach w pierwszym tygodniu nowego roku. To najmniej atrakcyjny termin ze względu na bardzo niepewną pogodę, krótki dzień no i sam termin też jest zupełnie nijaki. Jeszcze nie weszliśmy w nowy rok, jeszcze nie zakończyliśmy starego, panuje jakieś dziwne napięcie, a tu proszę – wyjazd na narty. To nie był nasz pomysł. Termin zaproponowali znajomi, Kamila i Dominik. A że najważniejsze na wszystkich wyjazdach jest fajne towarzystwo, więc postanowiliśmy spróbować. W nagrodę dostaliśmy karnet w cenie apartamentu! Bardzo miło.
       Nowości związane z tym wyjazdem nie kończą się tylko i wyłącznie na mocno eksperymentalnym terminie. Jak do tej pory, każdy wyjazd na narty, to był ściśle wyjazd na narty. Nawet nie robiliśmy postojów pośrednich. Wsiadaliśmy wcześnie rana do samochodu i późnym popołudniem lub wręcz wieczorem meldowaliśmy się na miejscu. Z pewnymi modyfikacjami w przypadku wyjazdów lotniczych. A tym razem odmiana. Wyruszamy 31 grudnia, we wtorek i stajemy na nocleg w Norymberdze, później jedziemy na dwa dni do Padwy, z zamiarem spędzenia jednego dnia w Wenecji. I dopiero z Padwy ruszmy w sobotę do Mezzany. To dopiero jest intrygująca podróż na narty.
       Wyjechaliśmy ze Szczecina tuż po piętnastej. Nie wszyscy mogli sobie zrobić tego dnia wolne w pracy. Już przejazd ze Szczecina do Norymbergi dostarczył mi miłego zaskoczenia w postaci niewiarygodnie pustych niemieckich autostrad.  Takie obrazki pamiętam jedynie z mojego dzieciństwa, kiedy to w nocy wybraliśmy się na podszczeciński odcinek autostrady, której jezdnie można było traktować jak plac zabaw. Momentami mogłem sobie pozwolić na zapalenie długich świateł. Tempomant, poza odcinkami z ograniczeniami prędkości, ustawiony na 130, w ciszy i spokoju przemierzaliśmy kolejne kilometry. Mniej więcej w połowie drogi postanowiliśmy zrobić sobie przerwę na kawę. Zjechaliśmy z autostrady do Aral Autohof Bitterfeld. Z daleka widać było, że jest tam m.in. Burger King. Sprawdzone miejsce, oferują przyzwoitą kawę. No cóż spotkało nas tym razem rozczarowanie. Lokal otwarty tylko do 16 a tu już 18. To przecież 31 grudnia!!! Stacja paliwowa Aral była jednak otwarta. Pora nie była zbyt późna byliśmy jednak w pewnym momencie jedynymi klientami. Tym nie mniej zostaliśmy bardzo miło obsłużeni a kawa okazała się bardzo dobra.

Wenecja - Canal Grande
       Swego rodzaju novum było też miejsce wybrane przez Kamilę i Dominika na nocleg – hostel A 1. Zwykły blok, wśród wielu innych na typowym blokowisku. Oczywiście, jak to na blokowiskach bywa, żadnych szans na zaparkowanie. Wszystkie parkingi i uliczki osiedlowe zapchane samochodami. Hostel dysponuje kilkoma miejscami parkingowymi, ale gdy przyjechaliśmy wszystkie były zajęte, przynajmniej tak nam się wydawało. Co prawda trzy miejsca nie były zajęte, ale były postawione klamry blokujące co świadczyć miało, że są zarezerwowane. Jeszcze na wszelki wypadek, najpierw Kamila, później Dominik sprawdzili czy faktycznie nie da się położyć tych klamerek, ale nie. Właściwie nie wiem dla czego wysiadłem z samochodu i jeszcze raz sprawdziłem czy faktycznie nie da się którejś położyć. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu i jeszcze większej radości okazało się, że i owszem, jednak z klamerek bez specjalnego oporu dała się położyć. Mieliśmy gdzie zaparkować!
       Hostel A 1. Ale bieda! Kiedyś narzekałem, że w hotelu samoobsługowym było bezdusznie i bezpostaciowo, ale to tutaj przebija zdecydowanie tamto miejsce. Nie mamy z Ulą specjalnego doświadczenia w noclegach w tego typu obiektach, więc trudno mi go ocenić w stosunku do innych. Małe, surowe pokoje, z dwoma pojedynczymi, metalowymi łóżkami, z umywalką i szafkami na ubranie. Pościel powleka się we własnym zakresie, ale są ręczniki. Jeden zestaw pryszniców i toalet na piętrze i jedna kuchnia z minimalistycznym wyposażeniem. Kubeczki czy talerze trzeba mieć swoje. O.K. Można się przespać. Przyjechaliśmy dosyć późno, a następnego dnia rano ruszamy dalej. Decydującym argumentem była w tym przypadku cena – ok 35 Euro za pokój. W żadnym normalnym hotelu za takie pieniądze nic byśmy nie znaleźli.
       No i jeszcze jedna atrakcja noclegu na takim blokowisku, w takim szczególnym dniu. Niekończąca się kanonada fajerwerków od wczesnego wieczora, kiedy to przyjechaliśmy, niemal do rana. Co chwilę uzupełniana prze sygnał karetki pogotowia zmierzającej do kolejnej ofiary sylwestrowego fajerwerkowego szaleństwa.   

Ponte di Rialto
       Drugi dzień naszej nieco okrężnej podróży do Mezzany rozpoczynamy w piękny, słoneczny, pierwszostyczniowy poranek kierując się do Padwy. Jest – 6 stopni C. Początkowo na drogach niemal zupełnie nie ma ruchu.  Kiedy tankujemy paliwo, jeszcze w Norymberdze na kolejnej stacji Arala, jesteśmy zupełnie sami. To naprawdę ogromna przyjemność jeździć samochodem w takich warunkach. Za Monachium pojawiają się góry, robi się jeszcze bardziej malowniczo. Jednak z upływem czasu ruch na drogach się wzmaga. Kiedy mijamy przełęcz Brenner robi się już zupełnie gęsto, ale wciąż jednak bez korków. Dzięki temu do Padwy docieramy chwilę po siedemnastej. Ponieważ właściciel wynajętego przez nas mieszkania przy Via Goito poinformował nas, że przyjdzie dopiero o dziewiętnastej, zostawiamy Jumpy’iego pod budynkiem i idziemy na pierwszy spacer po Padwie. Taki drobny rekonesans.
       Pierwsze wrażenie? Zwykle, w czasie podróży zachwycam się różnymi starówkami. Mniejsze, większe, zawsze wzbudzają moje zainteresowanie, jestem ich wielkim fanem. Ale w Padwie określenie „starówka” trzeba by chyba zdefiniować od nowa. W zasadzie całe centrum, to jedna wielka starówka. Na prawo, na lewo, jedna magiczna uliczka za drugą. Co budynek to ciekawszy. Do tego świąteczne dekoracje świetlne. Niesamowite. Omiatam spojrzeniem wszystko co się da i wszystko wydaje mi się być interesujące. Jedyna niedogodność, to fakt, że większość lokali gastronomicznych w tym dniu jest zamknięta. Te nieliczne, które są otwarte, są zapełnione do ostatniego miejsca. Wyszukujemy w gogle lokal przy rynku, który ponoć jest godny polecenia, ale go nie odnajdujemy. Mniej więcej w tym miejscu jest jakiś inny, Canejo (?), Też tłoczno, ale udaje się nam zdobyć stolik i to z promiennikiem (wszystkie stoliku są na zewnątrz). Zamawiamy jakieś napoje i zestaw lokalnych zakąsek na ciepło. Bardzo smaczne, choć nad wyraz minimalistyczne.
         Kiedy dochodzimy do budynku, w którym znajduje się zamówione przez nas mieszkanie, właściciel już czeka. Wdrapujemy się na trzecie piętro aby dokonać odbioru. Całkiem fajne mieszkanko, sypialnia, pokój dzienny z aneksem kuchennym i łazienką. Wszystko za ok 200 Euro za trzy noclegi na cztery osoby. Całkiem znośnie, choć nie obyło się bez drobnej niespodzianki. W sypialni znajdujmy łóżko piętrowe. Owszem, i na dole i na górze mogą spać po dwie osoby, ale jakoś to tak trochę niezręcznie. Ponieważ w pokoju dziennym jest rozkładana kanapa, rozdzielamy się z noclegami na sypialnię i pokój dzienny, tak chyba będzie lepiej.

Wenecja - poza głównymi szlakami
       Kolejny przystanek na naszej trasie do Mezzany to oczywiście Wenecja. Podobno wszyscy teraz tak podróżują. Stąd głównie takie niesamowite ilości turystów w Wenecji, ok 30 mln rocznie. Hmm, w Wenecji mieszka ok 260 tysięcy ludzi, z czego tylko niespełna 60 tysięcy w historycznym centrum. Istne szaleństwo. No cóż niegdyś to Wenecjanie byli jednymi z najbardziej aktywnych globtroterów, odwiedzających najdalsze zakątki świata, a teraz … teraz karma wraca. Tylko przepływ kasy jest wciąż w tę samą stronę, do Wenecji, bez względu na to czy to oni wyruszają w świat, czy świat przybywa do nich.  
       Z Padwy do Wenecji to niezbyt silny rzut beretem – niecała godzina jazdy z czego większość autostradą. Co ważne, to nie jest Autostrada Wielkopolska i za odcinek ok 40 km opłata wynosi zaledwie 2,70 euro. Auto zostawiamy na bezpłatnym parkingu Centro Commerciale La Piazza przy Via Tirstina i przesiadamy się na komunikację miejską. Całodobowy bilet kosztuje 20 euro i obejmuje zarówno lądowe jak i wodne środki komunikacji miejskiej. Zwykłym, choć bardzo przyzwoitym tramwajem dojeżdżamy do samych granic zabytkowego centrum, do Piazzale Roma. Krótki spacer i wsiadamy do tramwaju wodnego, zwanego tutaj vaporetto. Jest ich tutaj co niemiara i kursują z bardzo przyzwoitą częstotliwością. „Okrętujemy się” na przystanku S. Toma’. Gdy tramwaj rusza, czuję się jakbym brał udział w jakimś filmie. Niezwykłe widoki i słoneczna pogoda tworzą niepowtarzalną atmosferę. Cały czas płyniemy po Canal Grand. To nieprawdopodobne, żaden film nawet Bond, który gościł tam kilkakrotnie („Pozdrowienia z Rosji”, „Moonraker” „Cassino Royale”), żadna opowieść, nie są w stanie zbliżyć się do tej zapierającej dech w piersiach rzeczywistości. Tam koniecznie trzeba pojechać i zobaczyć to z bliska. Absolutnie zrozumiała jest ogromna ilość turystów odwiedzających Wenecję, ale też i zmęczenie mieszkańców tym niekończącym się najazdem.  Z tramwaju wodnego wysiadamy na przystanku San Marco (Vallaresso), tuż przy placu św. Marka. Nawet drugiego styczna przemieszczają się po nim nieprzebrane tłumy ludzi. Totalny chaos, ludzie zmierzają we wszystkich możliwych kierunkach, w jakiś cudowny sposób omijając się. Z konkretów chciałem wstąpić tylko do dwóch obiektów: architektonicznej perły, Bazylika św. Marka i dzwonnicy św. Marka, najwyższej budowli Wenecji, mierzącej ponad 98 metrów. Oj, naiwny, naiwny. Bez wcześniejszej rezerwacji biletów nawet nie ma co marzyć o wejściu do jednej z tych budowli. A swoją drogą, dzwonnica ma pięć dzwonów. Największy to La Marangona, jego dźwięk oznaczał początek dnia roboczego cieśli w arsenale, zwanych marangoni. Ale inny dzwon, ten dzwoniący w południe nazywa się Nona lub – uwaga!, uwaga! – Mezzana.

Burano - kolorowa wysepka
       Nie lubię tego gdy nie mogę realizować swoich planów. Ale w tym przypadku byłem zupełnie bezsilny. Nie i już. Pozostało nam zatem pokręcenie się po okolicy i podziwianie miasta tylko z zewnątrz, no z małym smakowitym wyjątkiem. W końcu to tylko jeden dzień i natychmiast się zorientowałem, że jeden dzień na to niezwykłe miasto to zdecydowanie za mało. Aby jednak nie poruszać się tak zupełnie bez celu obraliśmy za cel wyspę Burano, licząc na możliwość zrobienia kilku zdjęć na tej najbardziej kolorowej z wysp archipelagu weneckiego. Samo prze się zrozumiałe, że nie najkrótszą drogę. Co to, to nie. Najpierw podziwiamy Ponte di Rialto – najstarszy most nad Canal Grande, łączący brzegi Riva del Vin i Riva del Ferro. Most ma 48 metrów długości i 22 szerokości. Rozpiętość łuku to 28 metrów. Łuk wspiera się z każdej strony na 6 tysiącach dębowych pali. Choć te liczby mogą wydawać się imponujące, to jednak nie dla nich przychodzą tu tysiące ludzi. On jest po prostu piękny, niezwykle finezyjny, jest dziełem sztuki. Jest na nim sporo sklepów z biżuterią i różnymi pamiątkami, w których panuje bardzo duży ruch, bo zrobienie zakupów w takim miejscu ociera się już o magię. Żeby nie psuć nastroju nie sprawdziłem jakie tam są ceny.
          Zawsze bardzo ważnym punktem w trakcie zwiedzania jakiegokolwiek miejsca jest bliskie spotkanie z lokalną gastronomią. Nie sprawdzamy co jest polecane. Szukamy ciepłego, przytulnego miejsca, raczej tradycyjnego no i oczywiście z toaletą, co jak się okazuje nie jest tutaj aż tak oczywiste. W końcu znajdujemy coś, co dokładnie odpowiada naszym oczekiwaniom: Ristorante - Pizzeria Ca Dolfin przy Cannaregio.  Tak, to jest to. Od przekroczenia progu jest miło. Kelnerzy, a jakże sami panowie, są bardzo uprzejmi i uczynni. Naprawdę dobrze robi się jednak dopiero gdy na stole pojawiają się zamówione dania. Są bardzo smaczne, takie do jakich jesteśmy przyzwyczajeni we Włoszech.
       Po zacnym posiłku maszerujemy dalej, do kolejnego przystanku wodnego tramwaju, bądź autobusu, jak kto woli. Tramwaj na Burano odpływa z przystanku Fondamente Nove A. Sporą frajdę sprawia mi pływanie tymi stateczkami. Tym razem płyniemy po dosyć rozległym akwenie. Co ciekawe liczne jednostki nie poruszają się po nim dowolnie, np. najkrótszą trasą. Na wodzie wytyczone są szlaki, których kapitanowie różnych pływadełek ściśle się trzymają. Po drodze nasz tramwaj zatrzymuje się na wyspie Murano, znanej  z wyrobu niezwykłych ozdób z barwnego szkła. Mogę potwierdzić, są niesamowite. Podobno w dawnych czasach ludzie zatrudnieni w tych hutach nie mieli prawa opuszczać wyspy, aby tajemnice  rzemiosła nie wydostały się poza ten mały skrawek lądu.

Zaułki Burano
       W końcu nasz tramwaj zatrzymuje się na Burano. Pierwsze wrażenie: takie miasteczko dla lalek. Małe, bardzo kolorowe domki, wąskie uliczki i oczywiście kanały. Jest bajkowo. Tutaj też jest sporo turystów, ale odwiedzając tak niezwykłe miejsca, trzeba po prostu się do tego przyzwyczaić, że nie jest się samemu. Po prostu nie należy zwracać uwagi na otaczający cię tłum. Co prawda, bardzo to przeszkadza w robieniu zdjęć, a w końcu głównie po to tu przybyłem. Jednak nie z tego powodu, nie jestem zadowolony z sesji na Burano. Byliśmy tam zdecydowanie za krótko. Tam należy spędzić minimum cały dzień, a jeszcze lepiej kilka, od wschodu do zachodu słońca, którego światło maluje te bajeczne obrazy. O każdej porze dnia inne. Coś tam udaje się zrobić, ale nic specjalnego. Gdy nasz stateczek rusza w drogę powrotną, natura daje nam nagrodę pocieszenia w postaci niesamowitego zachodu słońca nad wenecką laguną. Gdy tylko skręcamy w kanał tuż za wyspą Mazzorbo, bliską sąsiadką Burano, kto żyw dobywa wszelkie urządzenia, którymi da się zrobić zdjęcie. Niesamowity widok.

Wenecja nocą
       Kiedy dopływamy z powrotem do Fondamente Nove jest już zupełnie ciemno. No cóż jest drugi stycznia, dzień jest jeszcze wyjątkowo krótki. I tu kolenja niespodzianka. W zabytkowym centrum Wenecji prawie nie ma ulicznego oświetlenia. Sprawę ratują sklepowe witryny, ale tam gdzie ich nie ma panują niemal egipskie ciemności. Natychmiast też bardzo się ochłodziło. Próbujemy przysiąść w jakiejś knajpce, ale o tej porze wszędzie jest komplet. Owszem są miejsca w ogródkach, ale jakoś nie mamy na to ochoty. I tak, zaglądając to tu, to tam, kupując kilka szkiełek z Murano, lądujemy w końcu na dworcu kolejowym, Stazione di Venezia Santa Lucia. Jest gdzie przysiąść i są toalety, oczywiście odpłatne, 1,5 Euro, ale i tak jest nieźle. Tylko to jedzenie … Jest przyzwyczajony, że we Włoszech to jedzenie jest jednak na nieco innym poziomie. O.K. było ciepło i pożywnie.
       Kiedy się pożywiliśmy i ogrzaliśmy ruszyliśmy jeszcze trochę pospacerować. Niesamowicie intrygują mnie nocne zdjęcia, a jeśli do tego pojawiają się w wizjerze odbicia w wodzie i jeszcze jest jakiś ruch oświetlonych pojazdów to robi się wręcz magicznie. Co chwilę rozstawiam statyw i poluję na kolejne ujęcia. Niestety i w tym przypadku kazało się, że tego czasu jest zdecydowanie za mało. Należałoby jeszcze raz obejść wszystkie te miejsca, które odwiedziliśmy w ciągu dnia i jeszcze wiele innych. Dzień w Wenecji? To tylko na zrobienie sobie apetytu na kolejne wizyty.


Wenecja nocą - swobodnie
       Skoro już mieszkamy w tej Padwie, to może jednak warto się po niej przejść i coś tam zobaczyć. Miasto zostało założone w IV wieku przed naszą erą. Kawał czasu. Teraz jest to stosunkowo nieduże miasto, liczące ok 215 tysięcy mieszkańców. Trochę zmieniamy naszą strategię w stosunku do poprzedniego dnia. Tym razem zakładamy konkretne miejsce od którego chcemy zacząć i wokół którego chcemy budować plan dnia. Jak dla mnie czymś absolutnie fenomenalnym jest to, że Padwa może się pochwalić uniwersytetem, który założono w 1222 roku. To jest tradycja! To dopiero daje możliwość zaczepienia w czasie i przestrzeni. Nawet pobieżnych rzut oka na listę absolwentów tej uczelni zapiera dech w piersiach: Mikołaj Kopernik - mój absolutny numer jeden, ale też Jerzy Ossoliński, Stefan Batory, Jan Zamoyski, kilku Sapiechów, Firlejów, Leszczyńskich, William Harvey, Girolamo Savonarola, Jan Kochanowski, Federico Faggin, Reinhold Messner, Elena Cornaro Piskopia – pierwsza kobieta, która otrzymała tytuł naukowy czy Giacomo Casanova.   

Padwa - wydział astronomii
     Tak się dobrze złożyło, że chcąc dotrzeć do centrum miasta mamy po drodze wydział astronomii. Widać go z daleka dzięki okazałej wieży. Przede wszystkim jest tam też muzeum: Museo La Specola, il museo dell'Osservatorio Astronomico di Padova. Zwiedzanie odbywa się z przewodnikiem o ustalonych porach. Nie da się tak po prostu wejść i pooglądać. Idziemy dalej wzdłuż malowniczego kanału. Później zanurzamy się w uliczki centrum. Jest bardzo gwarnie i kolorowo. Skręcamy w kierunku Il Palazzo Della Ragione. Po obu jego stronach odbywa się targ. Tutaj dopiero jest gwarnie! Na Piazza delle Erbe dominują artykuły spożywcze, po drugiej stronie Palazzo, na Piazza dell Frutta dominują artykuł przemysłowe. Niestety i tutaj dotarła ogromna fala chińskiego tsunami. Trzeba dobrze się starać aby trafić na prawdziwe lokalne wyroby, choć trzeba przyznać, że ich nie brakuje.

Padwa też ma swoje kanały
       Pora odwiedzić Il Palazzo della Ragione, budynek oddany do użytku w 1218 lub 1219 roku. Najpierw obchodzimy go dookoła podziwiając mistrzostwo wykończenia detali. Wchodzimy na niewielki dziedziniec ze schodami, które wprost zachęcają do zrobienia paru zdjęć. I wreszcie ustawiamy się w kolejce do kasy biletowej. Od początku na parterze budowli znajdowały się sklepy i zakłady rzemieślnicze, i w dalszym ciągu tak jest. Góra natomiast, do której aby się dostać, trzeba wykupić bilet, służyła celom administracyjnym i sądowym. Wnętrze nie od razu miało obecny kształt wielkiej hali, największej hali w Europie bez podparcia kolumnami o wysokości 24 metrów. Stało się tak po pożarze w 1420. Wnętrze tej wielkiej Sali to prawdziwa encyklopedia. Naj jej ścianach znajdziemy freski z informacjami o znakach zodiaku, porach roku, miesiącach. No i wahadło Foucaulta, hipnotyczne urządzenie, które podobno dowodzi obrotu ziemi wokół własnej osi. Buja się i buja, powoli, bezszelestnie, stopniowo zmieniając płaszczyznę, po której się porusza.  
       I tak cały czas dotykamy historii i nauki. To jest po prostu Padwa, siedziba jednego z najstarszych uniwersytetów, do tego cały czas funkcjonującego. Najwyższa więc pora skierować swoje kroki do głównego celu tego dnia, czyli właśnie do Palazzo del Bo, od 1539 roku głównej siedziby padewskiego uniwersytetu. Uniwersytet Można zwiedzać z przewodnikiem o określonych godzinach. Samodzielnie można wejść jedynie na dziedziniec i zajrzeć do kilku korytarzy. Tutaj dopiero naprawdę mocno można odczuć oddech historii. Chodzić po korytarzach ze świadomością, że po tych samych korytarzach chodzili studenci już blisko 500 lat temu. Niesamowite, dreszcze przebiegają po plecach. Te mury, te rzeźby, te obrazy – oni też na nie spoglądali.
Aby trochę ochłonąć od wrażeń i dać odpocząć nogom szukamy jakiegoś fajnego lokaliku, takiego tradycyjnego, włoskiego. Wybieramy Ristorante – Pizzeria PenPen przy Piazza cavour 15. No cóż, co tu dużo gadać – znakomite! A jak podali deser - Coppetta di mascarpone con cioccolato e amaretti to było niebo w gębie. Pychota!

Prato della Valle
       Dzień w Padwie był bardzo udany, choć pozostał wielki niedosyt. O ile jadąc do Wenecji spodziewałem się, że to będzie coś niezwykłego, to Padwa była wielkim pozytywnym zaskoczeniem. Nie ma tutaj tyle kanałów co w Wenecji ale ilość atrakcji jakie oferuje to miasto jest niesamowita. To też miejsce na kilkudniowy pobyt. Dzień się skończył, ale pozostał jeszcze wieczór. Już pierwszego dnia, podczas wstępnego rekonesansu zwróciłem uwagę na fontannę na Prato dell Valle, ogromnym (90 000 m2) eliptycznym placu. Wyglądała zachęcająco sama w sobie. A jak do tego dodać zapalone lampy przy alejkach, 40 rzeźb w kręgu zewnętrznym (m.in. Galileo Galilei, Francesco Petrarca) i 38 w kręgu wewnętrznym (m.in. Jan III Sobieski i Stefan Batory), to robi się bardzo intrygująco. Przymierzam się do różnych ujęć, krótki obiektyw, długi obiektyw, stałka 50 mm, w końcu podchodzę do fontanny i wyciągam kryształową kulę i zaczyna się zabawa. Nie jest to wcale takie proste, mimo wszystko próbuję. W pewnym momencie podchodzi do mnie para Włochów, gdzieś koło sześćdziesiątki, może trochę więcej i pytają co robię. Raczej się tego domyślam niż wiem, bo państwo mówią tylko po włosku, a ja … no cóż buona sera. Mimo wszystko jakoś dogaduję się z panem, który później z przejęciem tłumaczy i pokazuje swojej partnerce co robię. Klepie mnie po ramieniu i mówi jakieś ciepłe słowa. Buonanotte ! Buonanotte amici! Buonanotte Padova! A przy okazji wielkie dzięki Padwo za Aperol, jutro jedziemy do Mezzany, a na stoku nie wyobrażam sobie, żeby się nie napić wyśmienitego … Aperol Spritz. To właśnie z Padwy pochodzi ten aperitif będący podstawą jednego z moich ulubionych drinków.
       W sobotę, lokalnymi drogami przemieszczamy się w końcu do Mezzany. Czujemy się tutaj prawie jak u siebie. Jesteśmy w tej okolicy już czwarty raz. Za każdym razem nocujemy w innym miejscu ale Val di Sole to Val di Sole. Tym razem jest to Piz Aot Family Residence. Niewielki obiekt już na skraju miejscowości należący do większej firmy zarządzającej hotelem Monte Giner, gdzie też załatwiamy formalności meldunkowe. Z okien widzimy niewielką rzeczkę Torrente Noce malowniczo wijącą się w dolinie. A przystanek Ski Busa znajduje zaledwie kilkadziesiąt metrów od drzwi naszego domu. Obiekt skromny ale bardzo przyjemny a do tego cena naprawdę niewygórowana: ok 770 euro na parę razem ze skipassem obejmującym cały region z Madonną i Pinzolo. Ponieważ dojechaliśmy do Mezzany stosunkowo wcześnie, to jeszcze tego samego dnia odbieramy nasze skipassy żeby następnego dnia nie stać już w kolejkach. Jesteśmy gotowi do jazdy!

Widok na "niedźwiadka"
       Pierwszy dzień rozpoczyna się nieco nerwowo. Kamila z Dominikiem wyruszyli  na stok nieco wcześniej, a my, jak to my powolutku, spokojnie, bez pośpiechu. W końcu mamy dwa komplety kluczy, więc obie pary są pod tym względem niezależne. Jakież było nasze zdziwienie gdy okazało się, że żaden z naszych kluczy nie pasuje do szafki z nartami. Próbowaliśmy na wiele sposobów. Ja z nieco większym zacięciem, Ula delikatnie, nic z tego. Rad nie rad dzwonię do recepcji licząc na jakąś pomoc. Nic z tych rzeczy. To że mamy dwa komplety kluczy wcale nie oznacza, że te komplety są identyczne. Klucz do szafki w narciarni jest tylko jeden i okazuje się, że to akurat nie my go mamy. Pani z recepcji poradziła nam abyśmy zadzwonili do naszych znajomych, którzy już są na stoku aby podrzucili nam klucz. W tym momencie, to dopiero się wkurzyłem. Ale niestety lepszej opcji nie było. Każda inna była jeszcze bardziej czasochłonna. Tak więc biedny Dominik musiał przybyć nam z odsieczą. Cały czas, który zaoszczędziliśmy załatwiając karnety w sobotę, straciliśmy przez nieco inne rozumienie przez Włochów terminu „dwa komplety kluczy”, niż się tego spodziewaliśmy.
       Reszta dnia była na szczęście bardzo udana. Piękna, słoneczna pogoda, lekki mróz, świetnie przygotowane trasy. Sama radość. Najpierw kilka zjazdów na terenie Marillewy. Świetne trasy. Jedynie, tradycyjnie wąskie gardło przy dolnej stacji wyciągu Orso Bruno. Mimo, że jest tutaj kanapa sześcioosobowa, i tak zawsze trzeba odstać kilka minut w kolejce. To kluczowe miejsce, bo tym wyciągiem dojeżdża się na Monte Vigo skąd można ruszyć zarówno do Folgaridy jak i Madonna di Capiglio, łącznie z Groste oraz na Pinzolo. No cóż, Monte Vigo, to centrum całego regionu. Jak zwykle pierwszy dzień to głównie rozjeżdżenie. Nie zapuszczamy się więc w odleglejsze zakątki regiony, tym nie mniej dojeżdżamy do Madonny i Malghet Aut – czyli niemal Folgarida. Jest sporo ludzi, ale daje się wytrzymać. Kończymy dzień z przejechanymi 35,5 kilometrami. Całkiem przyzwoicie biorąc pod uwagę, że jeździmy bardzo spokojnie, robiąc sporo przerw na odpoczynek. Największa prędkość z jaką jechałem tego dnia to 63 km/h, a więc też nic specjalnego. Ale to jeszcze jest prędkość, przy której czuję się stosunkowo pewnie. Dzień kończymy rozgrywką w Catan. Bardzo wciągająca gra planszowa. Zwycięzcą zostaje Dominik.    
       Poniedziałek, drugi dzień pobytu w Mezzanie i drugi dzień pięknej narciarskiej pogody. To po prostu niemożliwe, jak Włosi to robią, że mają tyle słonecznych dni. Do tego jest jakby nieco luźniej na stokach. W planie jest Pinzolo, jeden z najbardziej oddalonych od Mezzany fragmentów tego regionu. Na szczęście kilka lat temu wybudowano kolejkę umożliwiającą bezproblemowy dojazd tam niemal z dowolnego miejsca rejonu Folgarida-Marillewa-Madonna. Do tej pory nigdy jeszcze tam nie byłem, więc wycieczka jest bardzo interesująca. Nowe trasy, nowe wyciągi i nowe plenery fotograficzne. Przejazd trzyczęściowym Pinzolo-Campiglio Express (bez wysiadania z wagonika) trwa ok 16 minut. Pokonujemy w tym czasie 4727 metrów. Później trochę zjazdów i podjazdów i docieramy na szczyt. Po dotarciu na najwyższy punkt Pinzolo – Dos Del Sabion (2100 m n.p.m.) jesteśmy bardzo usatysfakcjonowani. Przyjemne trasy, o różnym stopniu trudności. Wspaniałe widoki i bardzo przyzwoita gastronomia. Kilka zjazdów w różne strony, sprawiam nam prawdziwą frajdę. Spędzamy na stokach i na wyciągach ok 6,5 godziny i przejeżdżamy na nartach ok 43 km, ale nie odczuwamy specjalnego zmęczenia. Zauważamy je tak naprawdę dopiero po zdjęciu butów narciarskich. Biedne nogi!

Widok z Pinzolo
       Przyjemności dozujemy sobie stopniowo, kontemplujemy przyjemności. Trochę już się rozjeździliśmy. Pogoda wciąż wprost idealna. Zatem we wtorek obieramy kurs na Groste – absolutnie numer jeden w tej okolicy. Piękne, długie zjazdy. Trasy szerokie i dobrze przygotowane. No i sporo gastronomi po drodze – dolce vita! Espresso, lazania (smaczna ale zdecydowanie za mała), pyszne tiramisu i aperlol spritz. Żeby nie było za słodko, to jednak trzeba wrócić, a tam już czeka na nas trasa prowadząca do wyciągu Malgette. Jak na czerwoną dosyć stroma, o tej porze dnia już tragicznie rozjeżdżona, i tłumy ludzi, w tym liczne szkółki dla małych dzieci. Istna rzeźnia, selekcja naturalna. Ale i tak dzień był bardzo udany a do tego zakończony tradycyjną włoską babą z bakaliami, do której dołączona była butelka wina musujące za symboliczne 1 Euro

Groste - dla każdego coś miłego
       Kolejnego dnia poszerzamy horyzonty. Pakujemy sprzęt do Dżampusia i jedziemy do Peio. No nie zupełnie do samego Peio, maleńkiej miejscowości (niespełna 2000mieszkańców) w Trydencie tylko do ośrodka narciarskiego, który się tam znajduje. Ogromne wrażenie robi już sam wjazd do doliny otoczonej najwyższymi szczytami Trydentu: Cevedale (3764 m), Palon de la Mare (3703 m), Vioz (3644 m) i San Mateo (3684 m).  To wygląda zupełnie jak dolina z bajek Disneya. Bajecznie. Tutaj dało się odczuć, że to nie jest szczyt sezonu narciarskiego. Bez trudu znajdujemy miejsce na parkingu. Zupełnie przypadkowo zaparkowaliśmy na niewielkim parkingu położonym tuż przy trasie prowadzącej do głównego wyciągu, wprowadzającego na teren ośrodka. Wystarczyło zrobić kilka kroków, przypiąć narty i jazda do gondolek. Gdy wjechaliśmy do góry okazało się, że główna atracja regionu wagoniki kolejki Peio 3000 zostaną uruchomione dopiero za 15 minut. Więc zjechaliśmy sobie na dół. Bardzo przyjemnie, łatwo, przy pięknej pogodzie, która w czasie tego wyjazdu po prostu nas rozpieszcza. Kiedy wracamy pod Peio 3000, trafiamy na spory tłumek i w rezultacie nie mieścimy się do pierwszego wagonika. Swoje musimy odstać. Za to później przejażdżka pełna niezwykłych wrażeń. Dobrze, że żadnemu durnemu amerykańskiemu pilotowi nie przyszło do głowy przelecieć pod wyciągiem.

Pejo 3000
       Górna stacja kolejki wywozi nas na wysokość 3126 m. Początek trasy wydaje się dosyć trudny, ale jest świetnie przygotowany i bardzo szeroki. A dalej to już: hulaj dusza, piekła nie ma. Radość z jazdy najwspanialsza jaka może być. Mam swojego nowego faworyta wśród tras narciarskich: połączone trasy nr 12 i 13. Nawet nie zauważyłem, że przekraczałem prędkość 70 km/h. Zjazd kończymy w Albergo Bar – Ristorante Lo Scoiattolo.  Pora na calimero i apfelstrudel.  Ruszamy dalej na trasy. Odwiedzamy te boczne. Niestety ośrodek jest bardzo kameralny. Raptem kilka tras. Ale warto go odwiedzić, bo jest śliczny. No i jeszcze jedne odwiedziny w lokaliku na stoku. Baita Tre Larici. Z zewnątrz zachęca obecnością różnych zwierzątek. Wielu narciarzy przystaje tylko po to aby popatrzeć na nie. My jednak wchodzimy do środka. Lokal nie jest duży. Od razu w oczy rzuca się prawdziwy kominek, w którym pali się ogień, co w połączeniu z resztą wystroju sprawia, że jest bardzo przytulnie. Jedzenie też okazuje się przyzwoite a ceny umiarkowane. Miejsce naprawdę godne polecenia.
       Z Baita Tre Larici na parking gdzie zostawiliśmy samochód jest raptem kilkadziesiąt metrów. Z ulgą ściągamy buciory narciarskie. Ależ piękny dzień za nami. Ruszamy w drogę powrotną do Mezzany. Próbujemy ruszyć. Koła kręcą się w miejscu. Pod cieniuteńką warstwą śniegu jest sam lód, a płaszczyzna parkingu jest tak nachylona, że musimy ruszać pod górkę. Rad, nie rad wyciągam łańcuchy. Już nie pamiętam ile to już lat minęło jak ostatni raz zakładałem łańcuchy w czasie zimowego wyjazdu do Wisły. Trochę się namęczyłem zanim udało mi się je jakoś zainstalować. Za to moje ubranie narciarskie było w opłakanym stanie po tych kilku minutach taplania się w śnieżno-błotnej bryi. Moja kurtki Brugi towarzyszyła mi w narciarskich wojażach od kilkunastu lat. Od jakiegoś czasu moja żona usilnie namawiała mnie na jej wymianę. Ja uważałem, że jest cały czas w bardzo dobrym stanie. Ale na parkingu w Peio sam wydałem na nią wyrok. Niestety. Po powrocie do Mezzany  i zjedzeniu obiadu poszliśmy na zakupy. Najbardziej rzucający się w oczy sklep z odzieżą sportową przy głównej ulicy oferował ciuchy, jakże mi znan firmy – Brugi! Zabawne. Męski kurti były nawet w przyzwoitych cenach, 99 Euro. Gdy zacząłem przymierzać, okazało się, że już nie łapię się na normalne rozmiary tylko na oversize, a ten kosztuje 115 Euro. No dobra niech będzie. Tylko dla czego nie ma czerwonych !!! Ogarnęła mnie czarna rozpacz. Jak to możliwe? Zdecydowałem się na niebieską – niech będzie. Do kurtki dorzuciłem też spodnie, za  jedyne 40 Euro, więc nie majątek.

Zjazd do Peio
       Po interesującym wypadzie na Peio, wracamy na znajome trasy. Piękna pogoda, ale w ciągu dnia temperatura podnosi się nieco powyżej zera, więc śnieg nie jest już taki fajny jak w poprzednich dniach. Szybko tworzą się twarde, zbite muldy.
       Jesteśmy w tym regionie już czwarty raz, zaczynają się więc tworzyć powolutku pewne zwyczaje. Należy do nich m.in. tradycyjna kawa w Malga Vigo pod koniec trasy nr 10, tuż przed przeskokiem na obszar Madonna di Campiglio. Zwykle stajemy stosunkowo wcześnie nie ma więc jeszcze wielu gości. Można sobie posiedzieć, pogadać i wysączyć podwójne espresso, podziwiając malownicze, alpejskie krajobrazy. Warto też po kawie przepłukać usta, a do tego nie ma nic lepszego jak aperol spritz. Taki drobiażdżek, a jakże przyjemny.
       Bardzo dziwny dzień. Niby najmniej ruchliwy tydzień sezonu a tu na stokach ruch jak w tokijskim metrze w godzinach szczytu. Pojedyncze osoby, mniejsze i większe grupki no i szkoły narciarskie. Co ciekawe nie tylko miejscowe, czy szerzej włoskie, ale także widziałem polskie, chorwackie i czeskie, świat się kurczy. Niestety trudniejsze warunki na trasie zwiększają też ryzyko zdarzenia się wypadków. Tuż obok widzieliśmy helikopter ratowniczy w akcji a nieco później ratowników zwożących poszkodowanego w toboganie.
       Docieramy na Cinque Laghi i Monte Pancugolo miejsca położone nieco z boku głównego szlaku z Mrillewy na Passo Groste. Niestety liczba ludzi i dodatnia temperatura sprawiają, że szczególnie trasa 85 i 88 są w bardzo kiepskim stanie. Do tej pory zwykle najgorzej było na końcówce trasy nr 45 – dojazdówce do dolnej stacji Genziany, okazuje się, że jednak może być jeszcze gorzej. Jazda po takich trasach przyjemnością już nie jest. Szkoda, bo osiemdziesiątka ósemka to całkiem ładna trasa. Pora wracać, przejechaliśmy dzisiaj 29,5 km, spędziliśmy na stoku 4 godziny i 51 minut. W pewnym momencie rozpędziłem się do prędkości 76,6 km/h, co jest moim rekordem tego wyjazdu. Jeszcze tylko ostatni wjazd na Monte Vigo i zjazd Małym Tygryskiem, znaczy się trasa nr 37, później rozjeżdżoną 23 i meta przed gondolą w Marillewa 1400, która zwozi nas na dół.
       Ostatni dzień pobyt i znowu fantastyczne warunki. Cóż za wyjazd! Na przestrzeni kilkunastu lat nie przypominam sobie aby przez cały tydzień były tak doskonałe warunki pogodowe. Narty same niosą. Momentami ponad 75 km/h. Cały świat się uśmiecha. Przypominam sobie nasz pierwszy pobyt przed laty w Val di Sole. Piękna nazwa, ale słońce tylko w dzień przyjazdu i dzień odjazdu. Poza tym intensywne opady śniegu, czasami deszczu, a przez cały czas pełne zachmurzenie. Można tylko pokiwać głową z zadumą, jak bezradni jesteśmy wobec kaprysów pogody. Tak udany wyjazd oczywiście wypada zakończyć w jakiejś knajpce. W Mezzanie wielkiego wyboru nie ma. Idziemy do „Al Sole”. Przystawka w postaci półmiska regionalnych smakołyków. Wprost wybitna wołowina. Smakowity gewürztraminer z Południowego Tyrolu i doskonała pizza cztery pory roku. Naprawdę świat bywa cudowny! 
       Droga do Mezzany była trochę nietypowa a i powrotna też nie całkiem taka jak zwykle. Nasi młodzi współtowarzysze podróży mieli rozeznane gdzie, co można tanio kupić, z myślą o zabraniu do domu. Najpierw więc zatrzymujemy się przy Lidlu gdzie za jakieś symboliczne pieniądz można kupić kilogramowe opakowania mozzarelli. Później zatrzymujemy się na nieco dłuższą chwilę w Brenner na granicy włosko-austriackiej w ogromnym centrum autletowym. Dziesiątki sklepów najróżniejszych branż. Nie znam się na tym, nie potrafię wynajdować okazji. Nie zauważyłem tam żadnych super okazyjnych cen. Poprzestajemy na butelce Aperolu i świątecznej babie, już bez wina musującego. Na koniec przysiadamy jeszcze w kawiarence by ostatni raz w czasie tego wyjazdu napić się prawdziwego włoskiego espresso. Oni są naprawdę mistrzami w tej materii. Cały pobyt w Brenner jestem jednak nieco podminowany. Do domu jeszcze bardzo daleko, chciałoby się jechać. Może w innym towarzystwie byłoby inaczej. Mimo wszystko krótki postój nie jest zły. Los jeszcze raz się do nas uśmiecha, całą drogę pokonujemy bardzo płynnie. Nawet w okolicach Monachium wyjątkowo nie trafiamy na korki. Jeden, raczej niewielki, jak na niemieckie realia, dopada nas koło Norymbergi. W rezultacie cała podróż z postojami nie zajmuje nam więcej niż 11 godzin. Czasami Wszechświat puszcza do nas oczko.




Postaw mi kawę na buycoffee.to

wtorek, 21 maja 2019

WŁÓCZĘGI PO MORZU EGEJSKIM I OKOLICY - cz.2

Parking pod wiszącą skałą - Kleftiko


       Mimo długich wieczornych rozmów poprzedniego dnia, załoga wstaje dosyć wcześnie. Sprawnie ogarniamy sprawy na jachcie i o 0830 oddajemy cumy.
       Kierujemy się na S-W. Mamy bardzo przyjemny wiaterek 15-17 kn, porywy do 21. Niestety nie możemy w pełni się cieszyć z prawdziwego żeglowania, słuchając tylko plusku wody. Kłopoty z zasilaniem sprawiły, że musimy doładować akumulatory. Mamy spore zapotrzebowanie na prąd. Z jednej strony elektronika jachtowa, z drugiej potężne zapasy żywności w lodówce. Przecież to dopiero początek rejsu. Szkoda byłoby wyrzucać tyle dobra. Więc mimo, że płyniemy na żaglach, silnik i tak pracuje, aż do momentu ożywienia baterii.
       Choroba morska nie odpuszcza. Tym razem zostały zaatakowane i obezwładnione dwie osoby. Dla mnie osobiście jest to bardzo dołujący widok. W sytuacji kiedy naprawdę można by się cieszyć z żeglowania, ktoś rzeczywiście cierpi i raczej nie będzie miał frajdy z jazdy. Choroba morska to dziwne zjawisko. Mówi się, że jest ona efektem niezgodności między postrzeganiem ruchu a sygnałami, jakie odbiera błędnik odpowiedzialny za utrzymanie ruchu. Co innego widzisz, co innego czujesz. Jeżeli sami wywołujemy ruch, lub w jakiś sposób go kontrolujemy, nasz mózg nie ma problemów z właściwą interpretacją dochodzących z zewnątrz sygnałów. Spraw się komplikuje gdy sprawy wokół nas dzieją się bez naszego udziału, jak ma to miejsce w czasie rejsu jachtem po morzu. Co żeglarz to oczywiście inna recepta na to jak zmagać się z chorobą morską. Do mnie najbardziej przemawia zażywanie imbiru. Są nawet tabletki  na bazie imbiru. Dla dzieci i młodzieży syrop i lizaki. Na rynku dostępny jest również plaster, który działa na zasadzie akupunktury – uciska on odpowiednie miejsca na nadgarstkach i w ten sposób ma zapobiegać wystąpieniu objawów choroby. Można też znaleźć w aptekach środki homeopatyczne w postaci kropli lub czopków. Można też kupić leki zawierające dimenhydraminę lub prometazynę (na receptę). Aby jednak środki te mogły odnieść pożądany skutek, należy pamiętać aby zażyć je przed rozpoczęciem pływania, bo później ich skuteczność zdecydowanie zmaleje. Na świecie dostępnych jest wiele leków: Stugeron, Dramamine II, Marzine, Motilium, Scopoderm, Avomine, Phenergan, Maxolon, Zofran. Niestety, większość z nich jest niedostępna w Polsce. Jednak najlepszym sposobem zapobiegania chorobie morskiej jest stanie przy kole sterowym, wtedy zespalamy się z jachtem i kolejne przechyły są dla nas oczywiste. Nie wszyscy mogą jednocześnie sterować. Ci nieszczęśnicy, których nie dopuszczono do steru mogę skupić uwagę na jakimś odległym punkcie poza jachtem. Gorzej jak do samego horyzontu jest tylko morze i nawet żadnej innej jednostki pływającej nie widać. Pozostaje linia horyzontu. Większość ludzi lepiej znosi chorobę na pokładzie, jednak nie jest bezwzględna reguła. Niektórym lepiej jest po prostu położyć się i zdrzemnąć. Kiedy ma się problemy z chorobą morską raczej trudno jest czytać książki lub bawić się gierkami na smartfonach. To ostatnie nie dotyczy naszych najmłodszych członków załogi, którzy na dobre wciągnęli się w gierki na smartfonach i rywalizują z zacięciem godnym lepszej sprawy. Oczywiście są krótkie przerwy na pisanie tego okropnego dziennika, ale później ze zdwojoną energią atakują swoje urządzenia. No, może trochę przesadziłem pisząc o krótkich przerwach, bo napisanie każdego kolejnego zdania, to jednak był dosyć długi i wyczerpujący proces twórczy. No ale, jak to mawiam, każdy kiedyś znajdzie swoją falę.

Nasza "Bavarka"
       Okazuje się, że nie tylko stare jachty mają swoje tajemnice. Również nasza, prawie nowa Bavaria 56 Cruiser co i raz czymś nas zaskakuje. Tym razem, kiedy z ukontentowaniem kiwałem się na falach, dobiegł mnie z jednej z łazienek dosyć donośny odgłos czegoś spadającego. Nic specjalnego. Mało to razy ktoś zostawiał w łazience niezaształowaną kosmetyczkę albo jakieś sprzęty? W końcu większość załogi to zupełni nowicjusz i mają prawo do nauki na własnych błędach. Nie wszyscy jednak podzielali moje spokojne podejście do tajemniczego wydarzenia w łazience i ktoś jednak zajrzał tam aby sprawdzić co się stało. Ku mojemu niemałemu zaskoczeniu okazało się, że spadło lustro! Na samą myśl o tym co mogłoby się wydarzyć, gdyby akurat ktoś w tym momencie  zasiadał na tronie. Na szczęście jedynie lustro uległo dezintegracji. No cóż, mit solidnych niemieckich wyrobów już dawno rozpłynął się na cztery świata strony. A te lustro to swego rodzaju symbol, wszak w kwietniu 2018 roku Bavaria Yachts, europejski lider w budowie jachtów, firma zatrudniająca ok. 800 osób, ogłosiła upadłość. Parę miesięcy trwał stan niepewności co do dalszych losów tej firmy, ale w końcu znalazł się inwestor, niemiecka firma CMP Capital Management Partners, który podjął się dalszego prowadzenia firmy, zatrzymując przy tym całą załogę. No i dobrze, a nam pozostało dokładne uprzątnięcie potłuczonego szkła żeby ktoś nie zrobił sobie krzywdy. A swoją drogą to ciekawe, stocznia Bavaria Yachts znajduje się w miejscowości Giebelstadt położonej na południe od Wurzburga i nie trudno zauważyć, że do morza to stąd jest raczej daleko. W związku z tym produkowane tam ok 3000 jachtów rocznie, do portów transportowane były i zapewne będą również w przyszłości drogą lądową. Czy ktoś mówił, że Niemcy nie mają fantazji?

Klima i fragment zatoki
       Niemcy mają fantazję a my dalszy ciąg kłopotów. W feralnej łazience wyskakują dwa bezpieczniki i żadne resetowanie nie pomaga. W rezultacie nie działa elektryczna spłuczka w kingstonie i pompa ściekowa. Krótko mówiąc mamy wyłączoną z użytkowania jedną łazienkę, do tego z nieopróżnionym kingstonem. Przy dziewięciu osobach to nieco kłopotliwa sytuacja. Na szczęście widać już Milos, gdzie zamierzamy spędzić najbliższe dwie doby. Może uda się rozwiązać choć niektóre nasze jachtowe problemy.
       Jak ja lubię Milos! Najpierw niecierpliwość. Bo zatoka Milos jest bardzo długa, a tu już by się chciało cumować. Od wejścia do zatoki do linii kiedy na trawersie jest A. Bomparda jest ok. 3,5 Mm. Ale wtedy pojawia się już Adams i na twarzy, niczym odruch bezwarunkowy pojawia się uśmiech. Sama marina to nic specjalnego, jak to w Grecji. Na szczęście jest prąd i woda i stosunkowo dużo miejsca. Ponieważ przypływamy stosunkowo wcześnie, ok godziny 1300, możemy wręcz przebierać w miejscach. Jest dosyć silny wiatr wiejący od lewej burty, więc zakładamy dodatkową cumę ze śródokręcia, bo sama kotwica od dziobu to trochę za mało. Kiedy już mogę powiedzieć „tak stoimy” pora na odwiedziny w bosmanacie. A tam znajoma pani, która pracuje w porcie od niepamiętnych czasów. Pani jest po prostu sympatyczna i przyjaźnie nastawiona do ludzi, ale kiedy jeszcze mówię jej, że nie jest to moja pierwsza wizyta w Adamas, i że wracam tu zawsze z wielką przyjemnością, na jej twarzy zagoszcza uśmiech jak słońce w samo południe. Miło, bo akurat dzisiaj pogoda nie jest typowo grecka. Jak na koniec sierpnia raczej niespotykana.


       Milos to całkiem spora wyspa i bardzo atrakcyjna do zwiedzania, stąd ten planowany dłuższy postój. Atrakcyjna ze względu na ukształtowanie terenu i różne fantastyczne formacje skalne. Skały najróżniejszych barw i kształtów, nadbrzeżne urwiska i urokliwe zatoczki. Prawdziwe bogactwo geologiczne. Za jego też sprawą pojawiło się również  i te bogactwo materialne. Prawdopodobnie pierwszymi mieszkańcami Milos byli Fenicjanie. Wtedy wyrabiano z obsydianu różne narzędzia i broń, które były eksportowane na Peloponez, Kretę, Cypr a nawet do Egiptu. Mówi się, że bogate zasoby tego minerału awansowały wyspę na „narzędziownię” starożytności. I właśnie ta długa historia osadnictwa i cywilizacji jest drugim elementem stanowiącym o atrakcyjności wyspy. Działo się tu wiele i kolejne epoki pozostawiły po sobie jakiś ślad. Oczywiście to co pierwsze się pojawia w naszych głowach na hasło „Milos”, to Wenus z Milos, choć powinno się mówić Afrodyta z Mlos, bo Wenus to imię rzymskie. Ta słynna rzeźba odnaleziona w 1820 roku przez niejakiego Giorgosa Kentrotasa jest zarówno świadectwem doskonałości starożytnej greckiej sztuki jak i bezczelności francuskich „poszukiwaczy skarbów”. Rzeźba została wywieziona do Paryża i wszelkie protesty Greków były i są daremne. Raczej nie zanosi się na to aby Afrodyta z Milos miała powrócić na swoje miejsce.

     
       Port Adamas to jeden z najbezpieczniejszych portów na Cykladach. Jako ciekawostkę warto przypomnieć, że leży w centralnym punkcie kaldery, czyli zapadlisku po stożku wulkanicznym, wypełnionym wodą. Jedyną niedogodnością dla żeglarzy jest bezpośrednie sąsiedztwo pirsu promowego, do którego cumują całkiem spore jednostki, powodując pewien rozkołys. Ale bez przesady, stałem tam już kilka razy i jakoś nie odczułem specjalnego dyskomfortu. W zatoce jest też miejsce aby stanąć na kotwicy, ale jeśli można stanąć przy kei, to zdecydowanie polecam. Miasto jest bardzo sympatyczne a opłaty portowe umiarkowane. Doba postoju 56-cio stopowego jacht to niespełna 25 Euro (2018).  A kiedy już się stanie to warto pospacerować ulicą wzdłuż brzegu, przysiadając w kolejnych tawernach na coś smakowitego.
       No ale nie wszyscy mogą się oddać tym kulinarnym uciechom. Niektórzy muszą się wziąć do roboty. Nie mamy już wątpliwości, że nasze kłopoty z prądem są związane z naszym kablem. Nie mamy żadnego próbnika, więc szukamy uszkodzeń na czuja. Zaczynamy od wtyczek. Janusz rozkręca jedną i drugą. Coś tam jest osmalone. Czyszczenie i skręcenie. Nie, to nie to. Po ponownym podłączeniu i „wysadzeniu” bezpieczników, znajdujemy miejsce gdzie kabel jest wyraźnie cieplejszy. Acha! Jest uszkodzenie. Obcinamy kawałek i skręcamy ponownie. Eee? I nic. Kolejne uszkodzenia. Zdaje się, że nasz kabel nadaje się na złom, a przynajmniej do gruntownego sprawdzenia. W końcu postanawiamy kupić nowy kabel. Ale okazuje się, że to nie takie proste, bo w Adamas takiego kabla nigdzie nie dostaniemy. W końcu w jakiejś hurtowni budowlanej udaje się nam zakupić odpowiedniej grubości kable jednożyłowe i osłonę. Montujemy z tego coś doraźnego, byle tylko mieć prąd na jachcie. Nawet jakoś to działa. Pod warunkiem, że nie ruszamy spłuczki ani pompy prysznicowej w felernej łazience. Bo każda próba ich uruchomienia skutkuje natychmiastowym „wywaleniem” korków. Podobny efekt daje próba uruchomienia klimatyzacji. Na razie kończymy nasze zmagania z elektrycznością. W kwestii klimatyzacji pozostaje nam  uznać, że choć jacht jest w nią wyposażony, to my jedynie możemy o niej porozmawiać.

Jesteśmy na szczycie
            Kolejny dzień to zaplanowana wycieczka po wyspie. Nic więc dziwnego, że wyjątkowo leniwie wynurzamy się z koi. Wszystko jakoś się rozłazi. Przysiadłem sobie w kokpicie z kubkiem pachnącej kawy i przyglądałem się życiu toczącemu się nieśpiesznie wokół nas. Moją uwagę zwraca jacht, który chciałby odpłynąć ale ma ewidentne problemy z podniesieniem kotwicy. W końcu ktoś schodzi do wody i dopiero wtedy, po dłuższych zmaganiach z oporem materii, a właściwie z poplątanymi łańcuchami udaje im się ruszyć w drogę. Jeszcze nie skończyłem przeżuwać w myślach tego niefortunnego zdarzenia, gdy widzę, że kolejny jacht chcący odpłynąć ma podobne problemy. Co za licho?! To już wygląda niepokojąco. Przypominam sobie podobne zdarzenia z Nowego Epidauros czy Mykonos, gdzie przyczyną problemu była gruba lina leżąca na dnie w poprzek łańcuchów kotwicznych, czy w Portocheli, gdzie nieroztropny żeglarz ułożył swój łańcuch w poprzek już leżących łańcuchów innych jachtów. Już pierwszy wychodzący jacht ściągnął kilka następnych kotwic w jedno miejsce. Ależ była plątanina. Już procesory zaczęły się grzać, bo ruszyła na całego analiza możliwych wydarzeń i różnych reakcji. Ale póki co, jeszcze przez chwilę zmagamy się bezskutecznie z naszym zasilaniem. W końcu cała ekipa jest gotowa do wyjścia, więc zostawiamy zmartwienia za sobą i idziemy do wypożyczalni samochodów po zamówione poprzedniego dnia pojazdy.

I widok ze szczytu.
       Bierzemy dwie prawie nowe srebrne Hondy Civic i ruszamy na podbój wyspy. Auta prowadzą się bardzo dobrze i jazda nimi to przyjemność. Najpierw jedziemy do katakumb. Nie ma zbyt wielu turystów. Bez problemu można zaparkować na parkingu przy zejściu do katakumb. Zejście jest dosyć strome, ale starannie wykonany kamienno-betonowy chodnik, z licznymi schodkami, sprawiają, że idzie się wygodnie. No i te widoki na zatokę i na wioskę Klima. Pięknie! O! Patrzcie, wczoraj tam płynęliśmy. Zatoka z tej wysokości wygląda bardzo malowniczo.
       Katakumby na Milos to jedna z większych atrakcji wyspy. Są interesujące ze względów historycznych jak i geologicznych. Są to najstarsze w Grecji pozostałości po pierwszych chrześcijanach z I wieku. Wszystkich grobów, dawno już splądrowanych jest 294. Do zwiedzania niestety udostępniona jest tylko część. Przy okazji zwiedzania katakumb wywiązała się ciekawa dyskusja o ich wykorzystaniu. Bo, że grobowce to oczywiste. Ale też niekiedy miejsce spotkań, szczególnie w okresie prześladowań. Jak jednak silne były prześladowania wczesnych chrześcijan w Grecji? Tego niestety nie byliśmy w stanie sprawdzić, bo po prostu zabrakło nam dostępu do odpowiednich materiałów. Ale cośmy sobie podyskutowali, to nasze.

W katakumbach
       Będąc już w okolicach Melos odwiedzamy miejsce gdzie odnaleziono słynną rzeźbę – Afrodytę z Milos oraz całkiem dobrze zachowany starożytny amfiteatr.
       Kolejny punkt dnia to odwiedziny w twierdzy weneckiej. Najpierw jednak trzeba znaleźć miejsce do zaparkowania. Nie jest to niestety w tym miejscu prosta sprawa. Ponieważ twierdza usytuowana jest na wysokim i stromym wzniesieniu, przed wyruszeniem na jej podbój należy przysiąść w jakiejś knajpce i się posilić. Wpadła nam w oko taka jedna, całkiem niewielka, ale bardzo klimatyczna, tuż przy drodze do twierdzy - Taverna Uzeri. Kiedy już się rozsiedliśmy i zamówiliśmy małe conieco, był czas na dokładniejsze przyjrzenie się lokalikowi. Bardzo przytulny, z licznymi elementami wystroju z minionej epoki spokoju i bezpośpiechu. Ale miejsce wydało mi jakieś bardzo znajome. Jeszcze dokładniej zacząłem się przyglądać każdemu kątowi. Tak! Byłem tutaj, tylko gdzie jest buzuki, które wisiało w centralnym miejscu na ścianie i Darek próbował na nim grać, a właścicielka nawet zaśpiewała kilka słów. Tak to musi być to miejsce. W końcu zapytałem starszego pana, który wydawał się być szefem, o ten instrument. Trafiłem, pan faktycznie był właścicielem, a słysząc moje pytanie uśmiechnął się pogodnie. Tak wisiało tu kiedyś buzuki, teraz jest w środku. No tak, to było 12 lat temu.

Posiłek w drodze do twierdzy
        Do twierdzy idzie się wąską, stromą drogą. W takie dni jak ten, kiedy jest piękna słoneczna pogoda jest to spore wyzwanie, szczególnie w okolicach południa. Nic więc dziwnego, że nie spotykamy zbyt wielu innych turystów. Po drodze trafiamy na drzewka figowe, na których jest sporo podsuszonych już nieco, pysznych owoców. Jeden z naszych młodych dżentelmenów, Adrian dzielnie zmaga się z trudnym terenem, by nazrywać garść smakowitych owoców. Wreszcie docieramy na szczyt. Tam jak zwykle, mniej lub bardziej wieje. Widok jest jednak absolutnie fantastyczny. Właśnie dla niego warto jest podjąć trud wspinaczki mimo panującego upału.

Sarakiniko
       Jeden dzień na włóczenie się po Milos, to zdecydowanie za mało. Trzeba więc na coś się zdecydować, a z czegoś zrezygnować. Jak dla mnie absolutnym hitem tej wyspy jest Sarakiniko. Niezwykłe białe skały, z gejzerami wody tłoczonej przez morze i cudowną zatoczką kąpielową wcinającą się głęboko w ląd. Przy dobrej pogodzie jest to fantastyczne miejsce do kąpieli. Zarówno młodsi jak i starsi mają wielką radochę z pluskania się w ciepłych wodach Morza Egejskiego. Mimo, że na otwartym morzu są dosyć duże fale, wywołujące niepowtarzalne widowisko uderzając z impetem w nabrzeżne skały, w zatoczce jest zupełnie spokojnie. Prawdziwa rozkosz. 

Sarakiniko
       Dla urozmaicenia, po wędrówce po skałach, można wejść do katakumb, które podobno kiedyś były wykorzystywane przez wojsko. Same w sobie, nic specjalnie ciekawego, ale niewątpliwie dodatkowe urozmaicenie wycieczki. Sarakiniko ma dwie niewątpliwe wady: 1) bardzo trudno się stamtąd wyrwać, dopiero porządny głód może w tym pomóc; 2) bardzo trudno to miejsce opisać w sposób w pełni oddający jego uroki – tam trzeba po prostu pojechać i zobaczyć na własne oczy.

Pollonia
       Jak już jednak pojawi się głód i zmusi nas do opuszczenia Sarakiniko, to natychmiast trzeba udać się do bardzo przytulnej wioski Pollonia. A dokładniej, do Fish Tavern Molos. Bardzo grecki lokal, żadnych luksusów, żadnych ekstrawagancji, za to kuchnia i klimat niepowtarzalne. Kolejny raz można się przekonać, że Grecy potrafią przyrządzać dary morza. Tu można naprawdę beztrosko i radośnie biesiadować bez końca. Smakujemy więc najróżniejszych potraw i cieszymy się posiłkiem. W końcu wracamy do Adamas, bo jesteśmy zobligowani do oddania samochodów do określonej godziny. Hondy Civic sprawdziły się bardzo dobrze, przy ich oddawaniu nie było żadnych kłopotów. Wracamy na jacht i znowu przesympatyczne pogawędki przy odrobinie jakiegoś zacnego trunku do późnej nocy. Jak ja to lubię!

Do Kleftiko.
       Kolejny dzień, to już czwartek, rozpoczynamy dosyć wcześnie. Właściwie trochę się wahałem czy płynąć prosto do Naxos, czy jednak zahaczyć jeszcze o Kleftiko. Jak na razie nie ma żadnego przymusu czasowego, możemy więc pozwolić sobie na nieco improwizacji. O.K., skoro nie mogę się zdecydować, więc pytam o zdanie załogę, mówiąc o co chodzi i jakie są alternatywy. Zdaje się, że pod wpływem doznań w czasie wczorajszej wycieczki, jest, przynajmniej u części załogi, zdecydowana wola odwiedzenia Kleftiko. Vox populi, vox Dei – płyniemy do magicznej zatoki, a właściwie zespołu zatoczek, skalnych grot, niezwykłych skał i plaż. Mamy całkiem świeży wiaterek – 5 – 7 B, więc mkniemy niczym na skrzydłach. 

Kleftiko
       Na miejscu jest już zdecydowanie spokojniej. Wiatr wieje z drugiej strony wyspy. Jest koniec sierpnia, piękna pogoda, nic więc dziwnego, że jest dosyć tłoczno. Nie tylko my chcemy się nacieszyć tym niezwykłym miejscem. Co istotne, można się tu dostać jedynie od strony morza. Żadna drog nie prowadzi do tego miejsca. Zrzucamy ponton na wodę. Akurat w tym miejscu ponton ze sprawnym silnikiem bardzo się przydaje. To jest niesamowita atrakcja pływanie między skałami i tunelami w skałach, zapływanie do sąsiednich zatoczek i odwiedzanie różnych kąpielisk. Pływamy na pontonie, pływamy w pław. Czas szybko mija. Trzeba by zjeść jakiś obiad. Od słowa do słowa, podejmujemy decyzję, dzisiaj już nigdzie dalej nie płyniemy. Zostajemy w Kleftiko. Więc uciechy kąpielowe trwają w najlepsze do wieczora. W miarę upływu czasu większość jachtów odpływa. Zostają bardzo nieliczni: dwa wielkie, superluksusowe jachty motorowe i może ze dwa jachty żaglowe. Robi się bardzo kameralnie. Prognoza pogody nie przewiduje żadnych zmian, więc możemy spokojnie zostać na noc. Chyba się powtarzam, ale jest pięknie!       

Kleftiko

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...