niedziela, 17 marca 2019

NARTY W MARILLEWIE I OKOLICY




       Wolny rynek ma różne oblicza. Ma swoje bardzo ciemne strony, ale ma też i te jaśniejsze. Powszechnie wiadomo, że np. dobrze można zarobić na ułatwianiu ludziom życia. Jesteśmy wygodni, nie lubimy zbytnio się przemęczać. Jeżeli więc ktoś ma pomysł na to jak w tej materii wyjść naprzeciw naszym potrzebom to on zarobi a my będziemy zadowoleni. I bez wątpienia czymś takim są parkingi powstałe przy wielkich lotniskach. Z reguły te oficjalne nie nadążają za potrzebami, a do tego są dosyć drogie. Więc przedsiębiorczy ludzie stworzyli dodatkowe parkingi, przeważnie nieco oddalone od terminali lotniskowych, ale zapewniające dowóz pasażerów na lotnisko. My również skorzystaliśmy z tego typu oferty. Wybraliśmy parking Start z bramą od strony al. Krakowskich, do którego mamy bardzo dogodny dojazd z obwodnicy warszawskiej. I chociaż startujące samoloty przelatują niemal nad samym parkingiem, to jednak aby dotrzeć do terminali trzeba okrążyć znaczną część lotniska. Od tego są właśnie parkingowe autobusy, które podwożą użytkowników parkingu niemal pod same wejście do budynku lotniska.
        Hol główny lotniska na Okęciu zawsze robi na mnie złe wrażenie. Ogromna, opuszczona hala przemysłowa. Dopiero po chwili da się zauważyć stanowiska odpraw pochowane gdzieś po kątach. Ale my tym razem szukamy punktu firmy Rainbow. Niektóre firmy turystyczne mają swoje stoiska ładnie udekorowane, widoczne z daleka. Rainbow do takich jednak nie należy. Sympatyczny, młody dżentelmen oczekuje  na nas w przejściu między jedną halą a drugą, przy kontuarze przypominającym ten z szatni teatralnej. Brakuje tylko za nim wieszaków na płaszcze. Tu odbywa się jedna z dziwniejszych procedur z jakimi się dotychczas spotkałem w turystyce. Otóż odbieramy tutaj vouchery na skipassy, za które płacimy w Euro. Dzięki temu skipass będzie kosztował ok 20-30 Euro taniej niż w kasie na stoku. I tylko tyle. Bo aby zamienić voucher na skipass i tak musimy stanąć w normalnej kolejce do kasy już na miejscu w Marillewie i tam dopiero otrzymamy nasze skipassy. A przecież największą uciążliwością są te monstrualne kolejki do kasy.
       Odprawa na Okęciu przebiegała bardzo sprawnie. Duże uznanie należy się za organizację odbioru nart, z którym to taszczenie się jest dość uciążliwe i stanowi jeden z najsłabszych elementów wyjazdów narciarskich drogą lotniczą. A w samolocie Airbus A321, jak to w samolocie tanich linii lotniczych, ścisk niemiłosierny. Na szczęście to nie Ryanair, najbardziej nieprzyjazne pasażerom europejskie linie lotnicze, a Wizzair, gdzie klientów traktują prawie jak ludzi. Lot trwa niespełna dwie godziny, co jest jeszcze do wytrzymania. Lądujemy w Weronie na Aeroporto Valerio Catullo, gdzie wita nas piękna wiosna, a termometry wskazują 18 stopni ciepła, ani śladu śniegu. Chwila zawahania, e… w jakim to celu my tu przylecieliśmy? Lotnisku w Weronie niczego nie brakuje choć jest to raczej jedno z tych kameralnych lotnisk. Tłumek ludzi w Sali przylotów szybko się przerzedza. Ci co przylecieli indywidualnie najszybciej opuszczają port lotniczy. Uczestnicy wyjazdów z biurami turystycznymi grupują się wokół rezydentów swoich biur. Na nas oczekuje pani Kasia Zygier, młoda, energiczna kobieta. Ludzie są rozdzielani do różnych autokarów. Przed nami jeszcze bardziej wątpliwa przyjemność niż lot samolotem tanich linii lotniczych, ok 200 kilometrowa podróż autokarem, która ma trwać trzy godziny. Samo w sobie jest to już okropne. Do tego jeszcze dosyć liczna grupka naszych rodaków, po których zachowaniu i sposobie wysławiania się bez trudu można się domyślić, że tego dnia nie poprzestali na piciu kawy i herbaty. Jednego z nich o mało nie zostawiliśmy przedwcześnie na jednym z postojów, gdy to nic nie mówiąc nikomu wyszedł do toalety. Na szczęście dla niego, gdy autokar zaczął ruszać, jego koledzy zreflektowali się i zaczęli głośno dopominać się o zaczekanie na kolegę, który wyszedł za potrzebą.


       Hotel Solaria, gdzie mieliśmy spędzić następny tydzień, nie robi zbyt dobrego wrażenia. Co prawda ma cztery gwiazdki, ale jak napisano w przewodniku są to gwiazdki lokalne. Powiedziałbym nawet, że bardzo lokalne. Taki późny Gierek, wczesny barok. Niestety Rainbow podpadł nam, i to bardzo, od razu na starcie. Mieliśmy wykupione miejsce w zupełnie innym, nowym i wyglądającym bardzo stylowo hotelu. I nagle okazało się, że mimo, że w umowie mamy czarno na białym napisane, że wykupiliśmy dwa dwuosobowe pokoje, z czego jeden jest do wykorzystania przez jedną osobę, to mamy jeden pokój dla trzech osób. Cała sprawa na domiar złego wyszła bardzo późno, gdy trzeba było wpłacić drugą część raty. Nie było więc szans na znalezienie czegoś równie atrakcyjnego w podobnej cenie. No cóż, straszne dziadostwo! Rainbow zwalało winę na Włochów. Być może, ale z naszego punktu widzenia to przecież bez znaczenia, kto zawinił, bo o mały włos nie znaleźliśmy się na lodzie. A tu nikt nie poczuwa się do winy. Tak więc wylądowaliśmy w tym industrialnym koszmarze. Trzeba jednak sprawiedliwie oddać, że hotel Solaria co chwilę zaskakuje nas na różne sposoby. Jest to cały wielki kompleks hotelowy, prawdziwy kombinat. Ale … ale tego nie widać. Budynki rozmieszczone są tarasowo na zboczu wzgórza i dokładnie ukryte wśród drzew. Najlepiej to widać jadąc gondolką z dolnej stacji Marillewa 900 do góry, bo gdy się idzie drogą, to zawsze widać tylko niewielki fragment całości. Jest tutaj nawet basen i parę innych udogodnień. O ile basen jest w cenie, to sauna i masarze są dodatkowo płatne. Hotel posiada też własną narciarnię, w której każda szafka, stosownej wielkości, przypisana jest do konkretnego pokoju, co niewątpliwie jest bardzo wygodne. Pierwszego dnia musieliśmy nieco pokluczyć po korytarzach tej dziwacznej budowli by dotrzeć do przechowali nart i butów narciarskich. Niestety pan w recepcji zapomniał nas poinformować jak to jest tu zorganizowane. A zorganizowane jest całkiem fajnie, tylko trzeba gościom to powiedzieć.


       Ponieważ do najbliższego miasteczka, nijaka Mezzana jest kilkanaście kilometrów, hotel oferuje program apres-ski, niestety tylko po włosku. Mieliśmy okazję trafić, na ostatnie trzy dni karnawału i jak się okazało jest to we Włoszech czas intensywnego imprezowania, ze śpiewami i różnymi zabawami, a wtorkowa kolacja miała uroczysty charakter.
       Hotel Solaria ma też dwa solidne atutu. Szczególnie jednej z nich bardzo przypadł nam do gustu – położenie tuż przy stacji kolejki gondolowej, którą szybko dojeżdżamy do stacji pośredniej Marillewa 1400, a stąd już kolejną gondolą do serca ośrodka narciarskiego Marillewa, połączonego z Folgaridą i Madonną di Campiglio. Żadnego dojeżdżania skibusami czy własnym samochodem. A z powrotem dojeżdża się na nartach pod same drzwi narciarni. Lepiej już nie można.
       Drugi duży plus, to wyżywienie, choć tu już pojawiają się pewne drobne zastrzeżenia. Posiłki w tym hotelu to prawdziwa pułapka. Wybór jest bardzo bogaty. Są mięsa, są wędliny i sery, mnóstwo warzyw i słodkości. Na obiad do wyboru kilkanaście potraw i wino bez ograniczeń. I tylko ta kawa do śniadania. Jak Włosi mogą serwować największe paskudztwo świata – neskę. Toć to przecież straszna plama na honorze narodu słynącego z wyśmienitej kawy. No i jajecznica chłodnawa, to też niekoniecznie jest moje ulubione danie. Ale boczuś był wyśmienity. W ogóle trudno tu znaleźć nawet wśród dań obiadowych, potrawy naprawdę ciepłe. Podobno Włosi tak mają. Powiadają, że typowa włoszka rozpoczyna przygotowywanie obiadu tuż po śniadaniu, aby potrawy mogły zdążyć przestygnąć zanim mąż wróci z pracy.
       W kwestii wbijania się w buty narciarskie, od ostatniego roku nic się niestety nie zmieniło. To jest prawdziwe wyzwanie. Drugiego dnia za namową mojej żonki poddałem się i poszedłem do wypożyczalni sprzętu wypożyczyć sobie inne buty. Dlaczego nie zrobiłem tego wcześniej?! Okazuje się, że moje wspaniałe Rosigniole mimo właściwej długości, maja wąską skorupę i w ogóle to bardziej nadają się do wyczynu niż do jazdy amatorskiej. Pan wyciągnął jakieś zwykłe, nieodznaczające się niczym niezwykłym buty Dalbello i świat znowu nabrał kolorów. I tylko po co tak się męczyłem przez dwa sezony! Po co doprowadziłem do uszkodzenia jednego z nerwów w stopie? Jednak to chyba prawda, że człowiek uczy się całe życie a i tak umiera głupi, no może trochę mniej głupi.  


        Pogoda nam dopisała wyśmienicie. Od razu, pierwszego dnia piękny dzień, świeci słońce, nad nami błękitne niebo, kilka stopni powyżej zera i niemal bezwietrznie. Wymarzone warunki, szczególnie jak na pierwszy dzień, kiedy trzeba się rozjeździć. W czwartek cały dzień pada śnieg, ale jeden dzień to nie problem
       Naszymi hotelowymi gondolkami docieramy każdego dnia do głównych gondolek Marillewy, wyciągu nr 20 o nazwie Panciana o długości 1937 m i wywożących na o 438 metrów wyżej. Oho! Tu jest już zwykle całkiem spora kolejka. Przesuwa się jednak dosyć sprawnie. Panowie z obsługi w eleganckich czarnych kurtkach z żółtymi wstawkami, z reklamą Audi, z uśmiechem na ustach pomagają co bardziej niezdarnym turystom zapakować narty i wgramolić się do gondolki. Aby jednak na dobre rozpocząć szusowanie musimy zjechać kawałeczek do wyciągu nr 7, czyli Orso Bruno o długości 1473 m, który wywiezie nas jeszcze 316 metrów wyżej. No i tutaj zawsze jest największa kolejka, to jedno, na szczęście z niewielu, wąskich gardeł w tym kompleksie ośrodków.  Nie ma jednak wyjścia i trzeba grzecznie ustawić się w ogonku i swoje odczekać. Dobry humor, miłe pogaduszki i piękna pogoda sprawiają, że nawet się nie zauważy jak długo to trwa. I po kolejnych 5 minutach, bo tyle jedzie wyciąg, dojeżdża się na Monte Vigo (2179 m npm) . Trasą nr 10 – Malghette, o długości 2000 m kierujemy się w kierunku Madonny di Campiglio.
       Pod koniec Malghette jest sympatyczna knajpka, jak większość tutaj, o nazwie Malga Vigo. Ponieważ dotarcie na szczyt góry o wysokości ponad 2000 m to jednak jest wyzwanie, szczególnie pierwszego dnia, uznaliśmy zgodnie, że musimy przepłukać gardła. Tym bardziej, że odwiedzanie górskich knajpek jest nieodłącznym elementem prawdziwie udanego wyjazdu narciarskiego. Więc z wielką przyjemnością wypiłem szklaneczkę Aperol Spritz, co jeszcze bardziej poprawiło mi, i tak już doskonały nastrój.


       Zmierzamy na Groste, więc kolejny wyciąg to Genciana Express o długości 1570 metrów i przewyższeniu 384 m. A później długi, szeroki i łagodny zjazd (ponad 3700 m) do Madonna di Campiglio. Przeskok przez mosteczek spajający dwie części ośrodka Madonna i wsiadamy do gondolki, która wywiezie na Groste. Łączna długość tej kolejki to 5598m. I w ciągu 19 minut, mamy więc czas zjeść obiad, poczytać i zdrzemnąć się odrobinę, znajdujemy się o blisko 800 metrów wyżej. Passo Groste położone jest na wysokości 2444 m n.p.m. Cudowne miejsce, zapierający dech w piersiach widok z imponującą Pietra Grande (2936 m n.p.m.) w tle. No i oczywiście kapitalne trasy zjazdowe, np. nr 60 – Graffer o długości 4830 m. Obok niesamowity Ursus Snowpark, wymarzone miejsce dla miłośników szaleństw na desce. Zjeżdżając sześćdziesiątką, można jednak nie jechać do końca  tylko zatrzymać się przy dolnej stacji wyciągu nr 47 – Groste Express i wciągnąć się do znakomitej trasy nr 61 – Corna Rossa, szusowanie po której to najczystsza przyjemność.
       Zwykle, jak przystało na pana w moim wieku, zsuwam się statecznie ze stoków, wybierając czerwone szlaki, nie rozpędzając się do zbyt dużych prędkości. Po co się męczyć, po co się pocić. Jak pokazuje bardzo dobra aplikacja Ski Tracks, moje maksymalne prędkości mieszczą się w przedziale 69-75 km/h. Kiedy jednak już się dobrze rozjeżdżę, to czasami jakiś diabełek się odzywa i kusi do skoku w bok. A połączone obszary Marilewy-Folgaridy-Madonny dają taką możliwość, oj dają. Właśnie w drodze powrotnej z Groste jest jedna z takich sposobności. Zjeżdżamy sobie piękną, szeroką trasą nr 73 Spinale Diretta (3500 m długości), gdy nagle pojawia się przed nami znaczek informujący, że po lewej jest traska nr 75, och, to jedna z moich ulubionych. Puszczam więc elegancko panie przodem czerwoną 73 prowadzącą w tym miejscu łagodnym łukiem, a sam po cichutku, myk, myk, skręcam w lewo i … wow! Nachylenie stoku i szerokość sprawiają, że prawie zawsze są tu doskonałe warunki. Nie ma metrowych muld, śnieg się nie roztapia. Śmieję się sam do siebie z radości.


       Nie wszystkie czarne trasy są tak przyjazne. W drodze powrotnej do Marilewy sprawdzam trasę nr 75 – Amazzonia. Straszny mordochlast! Trasa, jak to czarna, jest dosyć wymagająca a do tego wystawiona na słońce od wschodu i południa. W rezultacie zmagam się megamuldami z bardzo mokrego śniegu. Jakoś nie znajduję najmniejszej przyjemności w tej zabawie. Więc, jeśli mogę, to radzę unikać tej trasy po godzinie dwunastej, szczególnie w słoneczne dni z dodatnimi temperaturami. Szkoda zdrowia. Jak ktoś ma ochotę jeszcze się dojeździć na jakiejś czarnej, to może to zrobić np. na trasie nr 37 – Little Grizzly. Też nie należy ona do długich, ma raptem 810 m długości, ale ma taki kąt nachylenia, że można na niej cieszyć się jazdą. Do tego, ze względu na kierunek ekspozycji, zachowuje ona dobry stan, praktycznie do końca dnia.


       Gastronomia we Włoskich Alpach dostarcza bardzo miłych wrażeń. Obiektów jest dużo i każdy znajdzie coś dla siebie. Rifugio Stoppani al Groste to pyszne calimero i wyjątkowy wybór jak na Włochy herbat. Np. bardzo dobra i aromatyczna caribbean paradise firmy Whittington. Czy Rifugio Orso Bruno na Monte Vigo, gdzie serwują świetną pizzę z pieca. Szczególnie polecam prosciutto e fungi. Właściciele tego lokalu zauważyli, że Polacy stanowią tu bardzo znaczący odsetek gości, więc w menu znalazła się również pizza polska. A miłośnikom rustykalnych klimatów polecam odwiedziny w toalecie togo lokalu. Niewiele jest już miejsc w Europie, gdzie spotka się taką toaletę. Zapewne urzędnicy europejscy wkrótce zakażą takich ekstrawagancji więc trzeba się pośpieszyć z odwiedzinami. Jednak prawdziwe zagłębie gastronomiczne to Malghet Aut. Mamy tam do wyboru Rosa Alpina, Rifugio Albasini i Chalet Degli Angeli. Zazwyczaj wybieramy ten ostatni, ale to raczej kwestia sentymentu.


       Dojazd z Monte Vigo do Malghet Aut jest też całkiem sympatyczny. Trasy o średnim stopniu trudności, lub łatwe do tego nachylone od słońca w porze obiadowej i popołudniowej, więc przez cały dzień są w bardzo przyzwoitym stanie. Są więc warte polecenia na drugą połowę dnia, kiedy to większość z nas odczuwa już pewne zmęczenie i ryzyko ulegnięcia wypadkowi jest większe. Dla nas dodatkowo korzystne jest również to, że możemy stąd szybko powrócić na Monte Vigo skąd zjeżdżamy już bezpośrednio do naszego hotelu Solaria. Możemy więc sobie pozwolić nawet na drobną ekstrawagancję stosunkowo późnego powrotu, byle tylko zdążyć na ostatni wyjazd na Monte Vigo, a później to już tylko z górki. 5500 m zjazdu do narciarni.
       Czas, jak to czas, mija bardzo szybko. A na urlopie jeszcze szybciej. Pięć pięknych dni i jeden nieco mniej piękny znowu pozostawiają niedosyt. Jeszcze by się pojeździło, jeszcze by się pobiesiadowało. Pozostało ileś tam nieodwiedzonych tras. Ani razu nie skorzystaliśmy z hotelowego basenu. Ciągle brakowało na coś czasu. Z drugiej jednak strony, takie powolne życie, bez napinania się, to jest to co w tej chwili bardzo mi odpowiada. Po co się gdzieś śpieszyć? Po co gonić miraże? Można cieszyć się chwilą i podziwiać piękno włoskich Alp i popijać coś pysznego, wedle uznania. Już tęsknię za kolejnym wyjazdem.



Postaw mi kawę na buycoffee.to

niedziela, 5 sierpnia 2018

54 ERT - SŁONECZNE REGATY




Piątek

       Rozpoczynamy 54 Etapowe Regaty Turystyczne. Główna impreza tego rodzaju w sezonie. Spore zmiany w przebiegu trasy a zatem również organizacji w stosunku do minionych lat. Ciekawe jak to wyjdzie, wygląda ciekawie. Choć rozpoczęcie regat w Szczecinie, bez zaproponowania żeglarzom solidnej marchewki wydaje się dosyć ryzykownym przedsięwzięciem. Iza Kidacka, komandor regat dogadała się w sprawie bezpłatnego postoju jachtów uczestniczących w regatach w North East Marina. Zorganizowała wystawę fotografii Gminy Zachodniopomorskiego Szlaku Żeglarskiego na stulecie odzyskania niepodległości w Starej Rzeźni aby nadać całemu przedsięwzięciu wyższej rangi. Na rozpoczęcie przybył prezes ZOZŻ pan Zalewski i kilka innych zaproszonych osób. I tylko żeglarzy zabrakło. Skoro pierwszy wyścig na trasie Trzebież – Świnoujście miał się odbyć w sobotę, to zdecydowana większość uczestników uznała, że trzeba płynąć od razu do rozkopanej Trzebieży. Tak więc ani otwarcie, ani zaplanowana parada jachtów w okolicach Wałów Chrobrego niespecjalnie się udały. Ponieważ nasza załoga uczestniczyła w większości zaplanowanych punktów programu, do Trzebieży dotarliśmy już późnym wieczorem. Radosne powitanie przez kolegów i długa biesiada z nawiązką zrekompensowała nam stres po wydarzeniach w Szczecinie.


Sobota
       Właściwe, oficjalne otwarcie, z wciągnięciem flagi na maszt i odegraniem hymnu odbyło się dopiero w Trzebieży. Te poranne godziny, gdy wszystkich już zżera przedstartowa niecierpliwość, a tu trzeba czekać do południa na zaproszonych gości zawsze są bardzo trudne. Większość coś tam burczy pod nosem. No cóż, co cesarskie to trzeba oddać cesarzowi, nie ma rady. Iza Kidacka stara się jak może aby jakoś to przyśpieszyć, udaje się jednak urwać tylko 15 minut.
       Sam wyścig bardzo przyjemny. Lekki wiatr, piękne słońce, czego chcieć więcej. W takich warunkach nawet ciągłe halsowanie pod wiatr jest przyjemnością. My tradycyjnie przegrywamy etap do Świnoujścia. Płyniemy jak zwykle, jak zwykle swoją droga i wyjątkowo na mniejszym grocie, co kończy się klapą. Chyba trzeba by coś zmienić, tylko nie wiadomo co. Etap w naszej grupie wygrywa Liveli, co raczej trudno uznać za niespodziankę, bo to jacht zupełnie innej kategorii. Konkretnie ośmiometrowy Helsman 26, jacht zdecydowanie lepiej przystosowany do regat do tego o 2 metry dłuższy i tego nie zniweluje żaden przelicznik.
       Co prawda w Świnoujściu nikt nie interesuje Etapowymi Regatami Turystycznymi, ale i tak wydarzył się cud! Po raz pierwszy odkąd biorę udział w tej imprezie udało się załatwić z szefostwem mariny, że zarezerwowano dla uczestników regat cztery keje. Mało tego personel mariny dopilnował, aby faktycznie nikt tego nie zajął. Wielkie słowa uznania, tym bardziej, że nie wszyscy żeglarze spoza regat chcieli to respektować. Żeglarz z Niemiec zrobił nawet awanturę, że on płaci i ma w nosie rezerwację. Ładny przykład kultury zamożnego Niemca. Brawo chłopaki z mariny.


Niedziela
       Iza konsekwentnie organizuje poranne odprawy kapitanów. Chce aby zawsze wszystko było jasne i aktualne. Wydaje się jednak, że żeby nie wiadomo jak się starała i tak do znacznej grupy żeglarzy nie dotrze. Te odprawy to świetny materiał na mocny program satyryczny. Przed wszystkim ludzie nie słuchają. Jak tylko coś im przyjdzie do głowy, zadają pytanie nie czekając na koniec wypowiedzi prowadzącej odprawę. Często zdarza się, że pytania dotyczą tego co już zostało wyjaśnione, tylko pytający nie zauważył, że to już było. Spóźnienia na odprawę to norma. Okej, to się może zdarzyć. Tylko po co tak mocno manifestować swoje spóźnienie jakimś pytaniem od rzeczy. Jak już się spóźniłeś to siedź cicho i na koniec wypytaj kolegów.
       Niedzielny poranek wita nas flautą. Wypływamy w rejon startu i zgodnie z przewidywaniami, start zostaje przesunięty o półtorej godziny. Odpalamy silniki i płyniemy w kierunku Dziwnowa. Kiedy pojawia się cień nadziei na wiatr sędzia ustawia linię startu i ruszamy. Mimo plażowej pogody nie obyło się bez incydentu na starcie. Ktoś tam wymusił pierwszeństwo na Sharkim. O rety, cóż za orację wygłosił kpt. Wolski. Nie wystarczyło krzyknąć prawy, ewentualnie zmienić nieco kurs. Biedny winowajca usłyszał wiele informacji na swój temat. Najłagodniejsze z określeń jakie padło, to kmiot. Gdzie my jesteśmy? Na regatach turystycznych? Przecież oba jachty ze względu na bardzo słaby wiatr miały mocno ograniczoną manewrowość. Część jachtów, chyba większość, popłynęła w morze, nieliczne blisko brzegu, a my środkiem. Nie trudno się domyślić, że mimo bardzo dobrego startu, szybko nasza pozycja ulegała pogorszeniu. W rezultacie byliśmy czwarci, również za Dobrawą, naszym jedynym bezpośrednim konkurentem. Liveli było oczywiście pierwsze.
       Postój przy kei miejskiej w Dziwnowie to totalna porażka. Ale zawsze władze miasta starają się przyjąć żeglarzy przyzwoicie. Jest drobny poczęstunek. Jest ceremonia wręczenia nagród z udziałem burmistrza lub jego zastępcy. Inaczej mówiąc, robią co mogą zrobić w istniejących warunkach. Szkoda, że nie mogą dorobić się porządnej mariny. Ta która niedawno powstała w zasadzie jest niedostępna. A zatem jak co roku, po zakończeniu ceremonii przenosimy się do mariny w Kamieniu Pomorskim. Różnica polega jedynie na tym, że połączyliśmy trzy jachty, Dobrawę, Trzeciego i Rudzika w tratwę i w takim wesołym towarzystwie odbyliśmy tę przejażdżkę.
       Na miejsce przybyliśmy już po zachodzie Słońca. I nie byłoby żadnego problemu, gdyby nie hausboaty, coraz liczniej występujące w naszych marinach. Ludzie w nich mieszkający mają dziwne zwyczaje cumownicze. Dało się to zauważyć wcześniej w Świnoujściu. Otóż oprócz cum do swojego y-bomu, względnie do brzegu, rozciągają cumy do sąsiednich y-bomów. I o ile w dzień, gdy cumy są dobrze widoczne, to co najwyżej człowiek się irytuje, że ktoś tak cenne miejsca parkingowe blokuje, to po zmroku robi się to po prostu niebezpieczne.
       Kamień Pomorski i jego marina to naprawdę piękne miejsce. Chyba najładniejsze na szlaku Etapowych Regat Turystycznych.


Poniedziałek

       Zalew Kamieński oferuje niemal zawsze solidne wiatry. I to się nie zmienia – na szczęście. Do tego naturalny trójkąt z drobnymi przeszkodami w postaci rozciągniętych sieci. Dzięki temu wyścigi na tym akwenie są szybkie i pasjonujące. Bardzo je lubię.
       Tak, tak, wiem. Będzie solidny poczęstunek, jak to w Kamieniu. Ale na rybkę do Zubowicza i tak trzeba iść. Przystawka z łososia marynowanego, bardzo zacna porcja sandacza z frytkami, surówką i kilkoma małosolnymi. No po prostu nie mogę sobie tego odmówić. Na chwilę odwiedziła nas Kasia z Trzeciego, która w tym roku nie płynie lecz opiekuje się wnukiem. Przywiozła dla mnie w prezencie pyszne grzyby marynowane, wyjątkowo trafiony prezent.
       Władze Kamienia Pomorskiego zawsze bardzo się starają, aby zakończenie etapu w ich marinie było przyjemne. Są więc nagrody dla zwycięzców – w naszej klasie ponownie pierwsze miejsce dla Liveli. Jest też poczęstunek: całkiem przyzwoita kiełbasa z grilla i piwo. Iza uruchamia kolejną odsłonę konkursu muzycznego. Reszty dopełniając urocze okoliczności przyrody. W marinowej knajpce zalegamy w leżakach i zamawiamy sobie po drinku. Później po jeszcze jednym drinku. Później po jeszcze jednym. Nie są drogie, ale mamy rażenie z każdą kolejką są słabsze i coraz bardziej białe i przezroczyste bez względu na skład. Skoro tak to zmieniamy miejsce popasu. Żeglarze to wieczni wędrowcy. Szczególnie wieczorami w marinie. Przenoszą się z biesiady na jednym jachcie na biesiadę na innym jachcie, i na jeszcze innym jachcie. W końcu wylądowaliśmy na bardzo gościnnym Hafgolanie, gdzie dotrwaliśmy już do końca tego wieczoru.


Wtorek
       Nowość w przebiegu ERT. Nie ma swobodnego przejścia do Wolina. Ta zmiana bardzo mi się podoba. To zawsze był taki dzień bez sensu. Do tego włodarze tego zacnego grodu, bardzo mili ludzie nie mieli za co wręczać nagród. Co prawda zawsze coś tam wymyślili, ale to nie było to. Owszem, Wolin jest w planie ale nieco później.
       Dzień rozpoczynamy zatem powrotem do Dziwnowa i oczekiwaniem na otwarcie mostu. Zawsze, bez względu na porę dnia, przejście takiej dużej kawalkady jachtów przez otwarty most w Dziwnowie gromadzi sporę grupę obserwatorów. Szkoda, że te setki zdjęć zrobionych w tym czasie, nie trafia do nas.
       Na starcie mamy całkiem przyjemny wiaterek. Niestety tym razem start zupełnie nam nie wyszedł. Gdzieś się zamotaliśmy i w ognie stawki zostaliśmy. Zanim dotarliśmy do boi rozprowadzającej już niewiele jachtów było za nami. Tym razem jednak zmieniamy strategię i płyniemy w morze. Po zwrocie okazuje się, że zaczynamy nawet niektórych doganiać. Tymczasem wiatr słabnie. Jest taki aby-aby. Rywal z naszej grupy Res Navalis, który do tej pory nam dokładał, do tego mający zdecydowanie lepszy przelicznik, nie wytrzymał nerwowo kiedy go wyprzedziłem. Założył spinakera?! Zdaje się, że w świadectwie KWR nie ma zgłoszonego spinakera. I w ogóle ten żagiel jakoś do tego jachtu nie pasuje. Czy ja go kiedyś nie widziałem na jakiejś mantrze? No cóż, szybko nas dogonił i odjechał. Zgłaszać protest czy nie zgłaszać? Oto jest pytanie. Nie zgłaszamy. Albo ktoś ma w sobie to coś albo nie. A przecież to są regaty turystyczne. Nasz spinaker jakoś na tym kursie słabo pracuje. Znowu tracimy do konkurencji. Krótko przed metą Res Navalis zrzucił spinaker. Ciekawe dla czego? Znowu jesteśmy na mecie trzeci.
       A w Świnoujściu znowu czekają na nas zarezerwowane keje. Bardzo to miłe.


Środa

       54 ERT przejdą do historii jako regaty odstępstw od otartej tradycji. Kolejne takie zdarzenie miało miejsce właśnie w środę rano. Po odprawie kapitanów, która odbyła się jak zwykle o ósmej rano, obyła się ceremonia wręczenia nagród za etap z Dziwnowa do Świnoujścia. Nagrody wręczał pan zastępca prezydenta. Towarzyszyło mu kilka osób z urzędu. Piękna pogoda, miła atmosfera i kolejne dziewięć pucharów dla jachtów płynących w klasie NHC. Nigdy jeszcze żadna klasa nie była tak dopieszczana jak NHC w tym roku. Nawet w czasach, gdy w regatach brało udział dużo więcej jachtów niż obecnie. Oj, bardzo komuś zależy na wypromowaniu tej dziwacznej formuły.
       Droga ze Świnoujścia na Zalew strasznie się dłuży. Dwie godziny płynięcia na silniku. Zawartość czaszki wpada w rezonans. To tak mniej więcej jak ingrediencje drinka w szejkerze. Kiedy wreszcie wypływamy na Zalew okazuje się, że wiatru są śladowe ilości. Miny mamy coraz bardziej wisielcze. Coś tam jednak podmuchuje i Iza puszcza wyścig. Próbujemy płynąć za najszybszym w naszej klasie Liveli. Nie jesteśmy jednak w stanie płynąć tak ostro jak oni. Mamy problem, by po ostatnim zwrocie wyjść na boję rozprowadzającą. Ostrzymy na granicy rozsądku. I w stosunkowo niewielkiej odległości od boi po lewej pojawia się jacht idący lewym halsem, ale ani myśli respektować prawo drogi. A któż to jest? Res Navalis – na konkurent z klasy. Jakieś fatum, czy co? Kolega grzecznie kręci karne kółka. Dla nas to jednak marna pociecha. Przy tak słabym wietrze kończy się to dla nas olbrzymimi stratami i koniecznością wykonania kilku dodatkowych zwrotów. Liveli odpłynęło w siną dal.





       Po boi rozprowadzającej przed nami długi hals, prawie spinakerowy. Tyle że siła wiatru jest na pograniczu oddechu konającego gruźlika. Nam mimo wszystko jakoś udało się w tym wszystkim odnaleźć i zaczęliśmy nawet wyprzedzać niektórych konkurentów. Znaleźliśmy się tuż przy Liveli. Choć odrobina radości. Przy tym wietrze załogi snujących się obok siebie jachtów prowadziły wesołe pogawędki. W odpowiedzi na pytanie o prędkość, ktoś odpowiedział: „stoimy tak samo szybko jak wy!”. Kilka jachtów zgłosiło przez radio wycofanie z wyścigu. Wiatr zaczął delikatnie odkręcać, stawał się coraz ostrzejszy. Nie mamy genakera, a nasza genua jest raczej przyciężkawa na takie warunki. Znowu zaczęliśmy tracić. Ale to nie koniec. Wiatr nie tylko zaczął zmieniać kierunek ale i nabrał nieco mocy. Znowu pięknie się żeglowało, tyle że nasi główni konkurencji uciekli nam zdecydowanie.
       W Wolinie przyjmują żeglarzy serdecznie. Na poczęstunek żurek i bigos. Nagrody, upominki i dużo dobrego humoru. Pan burmistrz, gorący lokalny patriota i miłośnik historii, mógłby snuć opowieści bez końca. A robi to tak fajnie, że z przyjemnością się go słuch. Marina w Wolinie to też świetne miejsce dla miłośników wspólnego śpiewania. Nic więc dziwnego, że impreza przeciągnęła się do późna w nocy. A w tak zwanym międzyczasie przyszedł do nas kolega z Res Navalis ze zgrzewką piwa w ramach przeprosin za poranny incydent. Nie da się ukryć, że miłe są takie gesty.


Czwartek

       Patrząc na proponowaną w programie trasę Wolin – Trzebież, można było skrzywić się z niesmakiem – krótka prościzna, a przy wiejących ostatnio wiatrach do pokonania jednym halsem. A tu kolejna niespodzianka. Iza proponuje zmianę. Daleko wysunięta na wiatr boja rozprowadzająca i dodana jako kolejny punkt na trasie boja KWS. I Już jest pięknie, i już jest ciekawie. Brawo pani sędzia! To był naprawdę fajny wyścig, trzeba było się wykazać różnymi elementami wiedzy żeglarskiej. W miarę upływu czasu wiatr się wzmagał. W pewnym momencie wyrwaliśmy się z postawieniem spinakera, bo już, już był prawie baksztag. A tu masz ci babko placek – wiatr wrócił na poprzednie, z góry upatrzone pozycje. Trzeba było wrócić do gieni. I tak sobie spokojnie dopłynęliśmy do Trzebieży, radując się przyjemnością żeglowania. A tu zamieszanie. Po przypłynięciu statku komisji, przeczytaliśmy na tablicy z wynikami, że Res Nawalis ma DNF-a. Jasna gwintałka, to nie my! Nie składaliśmy żadnego protestu. Okazało się, że to Liveli złożył protest techniczny. Po jego rozpatrzeniu został on jednak odrzucony. Po prostu Liveli pierwszy raz w tych regatach przegrał z kimś z naszej grupy i chyba ciężko było mu się z tym pogodzić.
       Ponieważ w porcie już zupełnie nie było miejsca, zacumowaliśmy od strony basenu żeglarskiego. Akurat wiał zachodni wiatr. Mieliśmy okazję przypomnieć sobie co było najsłabszą stroną tej mariny. Nie trzeba było wypływać na wielkie wody, by przy byle wietrze od zachodu poczuć się jak na środku oceanu w czasie sztormu. Ciekawe czy zostanie ten problem jakoś rozwiązany w przebudowywanej marinie?
       Podsumowanie etapu do Trzebieży od kilku lat odbywa się w restauracji Portowa, a dokładniej w jej ogródku. Ten ogród ta taki niemal dosłowny ogród a nie kilka stolików z parasolami ustawionych na chodniku przed lokalem. Kiedyś był tam spory ogród przydomowy, teraz zaadaptowano go dla potrzeb restauracji, pozostawiając jednak sporo drzewek owocowych. Nic więc dziwnego, że chodząc między stolikami zostałem zaatakowany przez jabłonkę. Na szczęście potraktowała mnie łagodnie. Jest to zdecydowanie najprzyjemniejsze miejsce na nasze poetapowe imprezy. Rozdanie nagród odbywa się w bardzo przyjemnej atmosferze. Wszystko połączone jest z poczęstunkiem. Burmistrz Polic, pan Władysław Diakun, tym razem w towarzystwie swoich dwóch zastępców, również była obecny. Pan Diakun jest wielkim przyjacielem żeglarzy. Nie ogranicza się do ufundowania i wręczenia pucharów. Wieloletnią tradycją jest obdarowywanie przez niego prezentami dzieci i młodzieży biorącej udział w ERT. W tym roku znalazły się również upominki dla zwierzaków płynących na jachtach. A że pan burmistrze jest człowiekiem pełnym energii i poczucia humoru, nic dziwnego, że i żeglarze go lubią.




Piątek

       Piątkowy etap to dosyć ciekawy wyścig na Roztoce Odrzańskiej. Co prawda przy tak słabym wietrze jaki był rano, dwukrotne przecięcie toru wodnego było dosyć niebezpieczne, ale na szczęście nic złego się nie stało mimo dużego ruchu na farwaterze. Znalazł się jeden wyjątkowo nerwowy kapitan, który mocno otrąbił kawalkadę ERT, no ale bycie kapitanem statku nie oznacza automatycznie bycia rozsądnym człowiekiem.
       Ruszamy do boi rozprowadzającej ustawionej prawie pod Stepnicą. Pewnie z brzegu to wygląda bardzo ładnie. Wydawało się, że do pierwszej boi będzie kurs spinakerowy. Jak postawiliśmy spinakera, wiatr zaczął odkręcać. Hmm, to już bywało. W końcu płyniemy bajdewindem. No i zaczęła się walka z myślami: ściągać tego spinakera czy nie? Czy to tylko chwilowa odwrotka czy nie? No ale po boi, jeśli kierunek wiatru się utrzyma będzie kurs spinakerowy. Jeśli się utrzyma! Do boi jest już niedaleko, no to piłujemy. Oczywiście sporo tracimy na prędkości, licząc na to że po zwrocie będzie pięknie. My robimy zwrot, i wiatr również. Znowu wykonujemy jakieś dziwne ruchy żaglami. Wiatr, który na moment zawiał nieco mocniej, znowu słabnie. Mimo wszystko całkiem dobrze nam idzie. Ale nie wolno się cieszyć, zanim nie minie linii mety. Szczególnie na akwenie takim jak Roztoka Odrzańska. Nagle wpadamy w wielkie pole kapuchy. Wykonujemy kolejne zwroty, ale coraz mocniej czuć, że jacht nie płynie. W końcu, zupełnie zrezygnowani, decydujemy się zrobić wstecza by zrzucić zielsko. Jacht znowu ruszył do przodu. Tyle, że za nami już prawie nikogo nie było.
       Gmina Stepnica i jej burmistrz również należą do tych sprzyjających żeglarzom. Jest więc bardzo smaczny poczęstunek – karkówka z ziemniakami i surówką, są puchary, jest koncert. Słowem – jest fajnie. Ale przebojem tego dnia, a właściwie nocy jest zaćmienie Księżyca. Wszyscy obserwują, niektórzy próbują fotografować lub filmować. Faktycznie zjawisko niesamowite. Chyba najładniejsze, najbardziej efektowne, jakie do tej pory oglądałem „gołym okiem”. A dla czego nie zrobiłem żadnego zdjęcia? Tego nie wie nikt.


Sobota

       Ostatni dzień 54 Etapowych Regat turystycznych. To był naprawdę świetny pomysł aby kończyć regaty w sobotę. Niedziela będzie dniem powrotu do codziennej rzeczywistości, taki buforek. Bardzo proszę, tak trzymać!!!
       Na sobotę został tylko przelot do Szczecina, gdzie miała się odbyć ceremonia zamknięcia. Fakt, że to tylko przelot, bez żadnego ścigania, sprawił że wiele jachtów już do Szczecina nie popłynęło. Szczególnie koledzy ze Świnoujścia, Kamienia Pomorskiego czy Dziwnowa, mają ze stolicy województwa bardzo daleką drogę. I wydaje mi się, że organizatorzy zauważyli ten fakt. Zobaczymy jak to będzie za rok.
       Droga ze Stepnicy do Szczecina, mimo, że się nie ścigaliśmy, a może również dlatego, nie była łatwa. Długi dystans, upał 30 stopni i zmęczenie wieczorem po ostatnim wyścigu, sprawiły, że było to prawdziwe wyzwanie. Na wszelki wypadek mieliśmy ze sobą dwie 1,5 litrowe butelki gazowane Żywca, które wydatnie przyczyniły się do szczęśliwego dotarcia do North East Marina, gdzie zaplanowana była uroczystość zakończenia.
       No cóż, North East Marina, to bardzo przyjemne miejsce, dobrze położone, szczególnie dla żeglarzy przybywających z daleka i chcących zwiedzić Szczecin. Co prawda otoczenie, to na wyspie Grodzkiej, jeszcze wiele pozostawia do życzenie, ale mimo wszystko jest fajnie. Organizatorzy tym razem postarali się aby było i ładnie i przyjemnie, z tych trzynastu ERT, na jakich byłem, najlepiej. Na wejście kawa, herbata, mnóstwo zimnych napojów owocowych, owoce i ciasto. Były stoli i krzesełka. Zacieniona scena do rozdania nagród. Słowem wszystko jak należy. Byli też oficjele z panem posłem Nitrasem na czele. Prezes Zalewski musiał też odczytać długą listę sponsorów.
       Jeśli chodzi o zwycięzców to raczej nie mogło być niespodzianki bo po prostu niektóre jacht są zdecydowanie szybsze od większości stawki a do tego za ich sterami zasiadają świetni żeglarze. Trochę zasmuciło mnie bardzo lekceważące potraktowanie klas KWR, które dla potrzeb ogólnej klasyfikacji połączono w jedną klasę i przyznano tylko nagrody dla trzech pierwszych jachtów w łącznej klasyfikacji. I tu miała miejsce pewna niespodzianka. Gdy pani sędzia Iza wyczytała jacht Trzeci i skipera Krzyśka Dąbrowskiego był krótki moment dezorientacji. Przecież on nie wygrał swojej II klasy KWR. Dopiero po chwili do wszystkich, przynajmniej tych zainteresowanych, dotarło co powiedziała Iza. To nie nagrody w poszczególnych klasach! Tak czy owak, ogromne gratulacje dla Krzyśka!
       Z jakichś niezrozumiałych przyczyn od jakiego czasu bardzo mocno forsuje się formułę NHC. Jest ona strasznie mętna i nigdy nie wiadomo jaki osiągnie się w danym wyścigu wynik. Dopiero jak komputer poprzelicza, jednemu odejmie, drugiemu doda i zmiksuje człowiek wynik otrzymuje. Skoro jednak na każdym etapie i na zakończenie regat, aż dziewięć jachtów dostawały puchary to kierunek, w którym zmierzamy jest jasny. A że władza może robić co chce, to i pewnie NHC zdominuje wszystko.
       Komandor regat i zarazem główny sędzia, Iza Kidacka przez całe regaty bardzo dzielnie zmagała się z niesfornym towarzystwem i mimo drobnych potknięć bardzo sprawnie poprowadziła całą imprezę. Dobrze, że jeszcze komuś się chce, bo ja nawet za dopłatą bym się tego nie podjął. Gratuluję i dziękuję.
       Pani Laura, właścicielka Starej Rzeźni, bardzo zaangażowana w różne przedsięwzięcia kulturalne i miłośniczka żeglarstwa, zaprosiła do siebie na poczęstunek, wszak z mariny North East Marina do Starej Rzeźni raptem kilka kroków. I tu najbardziej objawiła się nieszczęsność pomysłu na zagospodarowanie soboty. Już tylko kompletne niedobitki skorzystały z tego zaproszenia. A szkoda, bo Stara Rzeźnia to bardzo urocze miejsce, które polecam każdemu, kto zawędruje w tamte okolice. Jak widać zamiany zaproponowana na 54 ERT uatrakcyjniły regaty przez odejście od przez lata powtarzanej trasy ale niektóre punkty programu należałoby jednak zmienić. Rzecz, na którą również zwróciło uwagę wielu uczestników regat, to fakt, że przy tak poprowadzonej trasie, wyjątkowo dużo pływaliśmy na silniku.
       No to koniec 54 Etapowych Regaty Turystycznych. Z niecierpliwością czekam na następne.



czwartek, 19 lipca 2018

KORNATY I OKOLICE





       Nawigacja w żeglarstwie to bardzo ważna rzecz. Można by rzec, jedna z najważniejszych. Co prawda słyszy się zewsząd, że od upowszechnienia się nawigacji satelitarnej, sztuka ta mocno podupadła, to jednak jej rola pozostała bez zmian. Zmieniły się tylko narzędzia. Mimo pewnych braków jakoś sobie radzę w tej kwestii. Nie odbywam przecież wielkich oceanicznych wypraw. Tym niemniej przed każdym kolejnym etapem żeglugi, na wszelki wypadek przyglądam się zwykłej, papierowej mapie. 
       W jeździe samochodem kilka razy zdarzyło się, że urządzenie GPS zawiodło. Jak chociaż w podróży do Toskanii, że nawigacja zakończyła swoją pracę na moście wśród pól i lasów, proponując nam nocleg pod mostem. Były też inne ciekawe przypadki i w rezultacie przykazałem sobie, aby jednak każdą trasę przygotować sobie w sposób tradycyjny, a elektronikę traktować jako coś pomocniczego i ułatwiającego życie. Niekiedy jednak miewam problemy z samodyscypliną i jakoś nie udaje mi się odpowiednio przygotować do podróży i jadę całkowicie zawierzając GPS-owi. I przeważnie to są te przypadki, kiedy życie postanawia zweryfikować jakość przygotowania do drogi, mrucząc sobie pod nosem: „no, chłopie, jakżeś taki mądry to zaraz cię sprawdzę”. No i dostaję mokrą ścierą z prawa, z lewa ...
       Tym razem na nocleg pośredni w drodze do Chorwacji wybraliśmy sobie, a właściwie wybrał Wojtek, hotel Amarilis znajdujący się w Netretić, przy ul. Vinski Vrh 68c, czyli niedalako Karlovaca. No cóż Wojtek jechał z Ustronia i miał jakieś 500 km mniej do przejechania niż my. Dla nas było to 1300 km, czyli zdecydowanie więcej niż zwykle planujemy sami. Początkowo jechałem korzystając z normalnej nawigacji samochodowej Mio. Już był późny wieczór gdy zadzwonił Wojtek z pytaniem jak daleko jeszcze mamy do celu. Wg naszej nawigacji było to już tylko 12 km. Wreszcie  doprowadziła nas do jakiejś wioski i gdy owa się już skończyła, poinformowała nas, że dotarliśmy do celu. Niestety nigdzie nie dostrzegłem ani hotelu Amarilis ani żadnej informacji na jego temat. Ponieważ miejsce wydawało mi się cokolwiek dziwne uruchomiłem zainstalowaną w telefonie nawigację NaviEkspert.  Ta była uprzejma poinformować mnie, że do Netretiċ mamy 58 kilometrów. Dochodziła właśnie północ. Nie pozostało nam nic innego jak zawrócić w kierunku Karlovacza. Pusta, choć dosyć kręta droga, późna pora, więc jechałem sobie dosyć swobodnie. Nawet nie przekraczałem specjalnie dozwolonej prędkości. Co najwyżej 10-20 km/h. A tu za kolejnym zakrętem policja. Oczywiście zostaliśmy zatrzymani do kontroli. Zdaje się, że moja zmęczona twarz i papier z adresem poszukiwanego hotelu sprawiły, że panowie poprzestali na odnotowaniu kontroli. Mogliśmy jechać dalej. Byliśmy już niemal u celu jak znowu okazało się, że nawigacja prowadzi nas nie całkiem precyzyjnie. Musieliśmy znowu się nieco cofać aby znaleźć drogę, która miała nas doprowadzić do celu. Ale droga niepokojąco zaczęła zmieniać swój charakter, by w końcu zamienić się w leśny dukt. Wokół nas dziki las, opuszczone, rozpadające się nieliczne zabudowania i coraz węższa leśna droga. Ale i ona niebawem się skończyła. Rad, nierad, wycofuję się. Po chwili łapię lewą stroną rozmokłe gliniaste pobocze. Stoimy. Bieżnik opon szybko zabił się gliną i tyle było z jazdy. Zaczęłem znosić z okolicznych ruin kawałki desek aby stworzyć jakiś podkład. W tzw międzyczasie  zadzwoniliśmy do Wojtka aby przyjechała nam pomóc. Ponieważ dwie dotychczasowe nawigacje wyprowadziły nas na manowce, uruchomiłem nawigację Google. Zrobiłem zdjęcie dojazdu z hotelu Amarilis do miejsca, w którym się znajdowaliśmy i wysłałem je Wojtkowi aby mógł nas odnaleźć. Okazało się, że i ta nawigacja jakoś słabo radzi sobie z tym miejscem i Wojtek miał problem, będąc bardzo blisko, aby nas odnaleźć. W końcu zaczął trąbić i moja dzielna żoneczka wyszła mu naprzeciw. Ja w tym czasie walczyłem ze stopniowym lewarowaniem. Trzeba było choćby odrobinę unieść samochód aby podłożyć pod lewarek jakąś solidną podstawę, bo inaczej podnośnik po prostu zapadał się w ziemi. Wojtkowi udało się dotrzeć do nas. Pod lewarkiem znalazł się spory kawałek dechy. Można było na tyle unieść Jumpusia, że dało się podłożyć deski pod koło. Zabity gliną bieżnik, mokre deski, nie było łatwo ruszyć z miejsca. Wojtek i Ula dzielnie wspomagali silnik i jakoś poszło. Jeszcze tylko trzeba nawrócić. Z pomocą dwojga uważnych par oczu, mimo ciemności udało mi się drugi raz nie wpakować w błoto i mogliśmy jechać za Wojtkiem do hotelu. Dochodziła 3 w nocy.  A nawigacja, ta trzecia, co chwila: „zawróć jeśli to możliwe”, „skręć w lewo” (w pole), itd. Aż do samego Amarilisa.
       Późna pora przyjazdu i wczesna pora wyjazdu sprawiły, że niewiele mogę powiedzieć o hotelu i jego otoczeniu. Pokoje były o.k., nawet przyjemne. Sala restauracyjna ładna. Śniadanie przyzwoite. Cena za pokój dwuosobowy za noc 395 kun. Niestety nie chcieli nam obniżyć ceny z tytułu przespania jedynie 3 godzin. (oczywiście żart – będąc tam, nawet nie przyszło mi do głowy pytać o coś takiego).



       Niewątpliwym pozytywem tego, że w sobotę przebyliśmy taki kawał drogi, było to, że w miarę wcześnie byliśmy w ACI Marina Trogir. Jakież to przyjemne uczucie, kiedy wreszcie stanie się na parkingu przy marinie i można zanurzyć się w ten żeglarski nieśpieszny rytm życia. Trudy podróży znikają. Już tylko radość z tego co przed nami. Co prawda załoga trochę nieobyta ze zwyczajami w firmach charterowych już by chciała objąć we władanie przeznaczony dla nas jacht i nieco się niecierpliwi. A to trzeba po prostu wyluzować. Załatwić sprawy w biurze, w tym oczywiście wszelkie opłaty, tzw charter pack 250 euro, taksa turystyczna 1,15 euro za osobę, za dzień. No cóż, jak się chce żeglować na tak dużym jachcie, to trzeba się liczyć, że wszystko będzie nieco więcej kosztowało. Później trzeba poczekać na kogoś z firmy czarterowej, tym razem jest to Waypoint. Okazuje się, że jedna z trzech ubikacji jest zapchana. Jedna butla gazowa jest pusta. Trzeba poczekać aż wszystko będzie jak należy. Wtedy można się wnosić. Na powitanie butelka wina od Waypoint. Jedna na dziesięć osób?
       Mamy do dyspozycji Bavarię 50 Cruiser o imieniu Danica. Akurat na 10-cio osobową załogę. Jacht jest dosyć stary, z 2005 roku, co widać gołym okiem. Ma pięć kabin, trzy toalety i obszerną messę. Rolowana genua i grot. Ster strumieniowy. Chartploter niestety tylko w kabinie. Zamówione kamizelki w dziecięcych rozmiarach dostarczone. Jest nawet ogrzewanie Webasto, liczę jednak na to, że nie będzie potrzebne. Wszystko mimo swego wieku działa jak należy. Dzięki doświadczeniu Uli i bardzo sprawnej pracy reszty załogi, nieprzebrane zapasy prowiantu i pozostały bagaż szybko znajdują swoje właściwe miejsce.



       Krótka odprawa przedrejsowa. Rzut oka na prognozę pogody i możemy opuścić 
marinę. Trogir co prawda należy do najładniejszych miast w Chorwacji, ale jego zwiedzanie zostawimy sobie na koniec. Teraz chcemy jak najszybciej opuścić miasto i znaleźć się na łonie przyrody. Jest już 1730 więc daleko nie dopłyniemy. Nie o to wszak chodzi aby dopłynąć na koniec świata. Na razie zależy mi aby spędzić wieczór w kameralnej i relaksowej atmosferze. Prognoza pogody daje nadzieję na spokojny nocleg w Uvala Krknjas przy wyspie Drvenik Veli. Bardzo lubię to miejsce. Może ta zatoka nie jest najlepiej osłonięta, ale w warunkach zapowiadanych na najbliższe 12 godzin nie ma to specjalnego znaczenia. Gdy tam docieramy, jest już parę jachtów. Wszystkie jednak w bezpiecznej odległości, nikt nikomu nie będzie zaglądał do kokpitu. Natomiast woda mieniąca się różnymi odcieniami błękitów, szmaragdów i lazuru jest po prostu obezwładniająca. Część załogi natychmiast po zakotwiczeniu wskakują do wody. Inni z pewnym ociąganiem. Nie jest zbyt ciepło. Jakby zawiła nad nami ogromna, lodowata ośmiornica, która objęła nas swoimi mackami. Tym niemniej radości jest co niemiara. Pozostaję na jachcie aby obserwować jak ustawi się jacht i jak będzie pracować kotwica. Po chwili nasza Danica rozpoczyna myszkowanie na kotwicy w rytmie zgodnym z innymi jachtami. Rufą ustawia się do wysepki Krknjas Veli a dziobem patrzy w morze. Pozwalam sobie zrzucić ponton na wodę i z moim dzielnym Nikonem wyruszam na fotograficzne łowy. Jest pięknie. W końcu wszyscy kończą harce w wodzie lub na wodzie i rozpoczynamy biesiadę. Cisza, spokój, piękne widoki, cudny nastrój. Wyznaczam wachty kotwiczne. Pojawia się jacht o tajemniczej nazwie Mystic. Kilkakrotnie próbuje rzucić kotwicę i za każdym razem robi to tak jakby chciał doprowadzić do zwarcia z innym jachtem, jak rasowy bokser. Jakoś jednak szczęśliwie nikogo nie udało mu się trafić. W nocy wiatr się obrócił o 180 stopni, a razem z nim, jak na komendę obróciły się wszystkie kotwiczące jachty. Zatem oddaliliśmy się od brzegu o ok 30 m. Jak to mawiają, co się odwlecze to nie uciecze. Akurat miałem wachtę od czwartej do szóstej, gdy gdzieś koło piątej zauważyłem ruch na Mysticu. Ocho, szykują się do odejścia. Sternik był tak zaaferowany tym co robi człowiek wybierający kotwicę, że nie zauważył nawet jak ich jacht cichutko skrada się rufą do najbliżej stojącej innej jednostki, rozłożystego katamarana. I buuum! Jest, trafiony. Mała panika. Mocno w przód. Odpłynęli, jednak po chwili zawrócili i zrobili kółko wokół trafionego jacht. Zdaje się, że dziury w kadłubie nie było, przynajmniej widocznej z daleka, więc sobie popłynęli. A swoją drogą, to niezła impreza musiała być na tym upolowanym jachcie, że nikt się nie pojawił na pokładzie.



                    Na wodzie wciąż jeszcze w miarę spokojnie, więc postanawiamy zjeść śniadanie w trakcie płynięcia. Kotwicę podnosimy o 0730 i obieramy kierunek na wyspę Murter. Do przepłynięcia nieco ponad 35 MM. Przed południem pojawia się wiatr. Niestety wieje prosto w nos. Na razie nie stawiamy żagli, powoli oswajamy się z morskimi warunkami. Planujemy także zrobienie przerwy w jakiejś miłej zatoce. Skiper zamyka oczy i palcem trafia na mapie na wyspę Tijat i zatokęTijascica. No może nie zupełnie tak było, ale faktycznie wpływamy w tę zatokę. Są tam boje, przy których można bezpiecznie stanąć i miło spędzić czas. Ku mojemu zaskoczeniu, mimo, że to jeszcze czerwiec, panuje w zatoce spory tłok. Udaje nam się jednak znaleźć ostatnią wolną boję. Mamy skrócony o połowę bosak, więc łapanie boi z dziobu jest mocno utrudnione. Podchodzę więc rufą. Chłopaki łapią boję i klops. Boja ucieka im z ręki, bo jacht sunie do przodu. Bardzo wolno, ale jednak. Tym razem to ja jednak sknociłem manewr. Chcąc przyhamować przed boją dałem silnik wprzód. Jacht nie tylko wyhamował, ale nawet ruszył do przodu. Bardzo, bardzo wolno, ale do przodu, a ja go nie przytrzymałem i boja nam uciekła. Przy następnym podejściu się poprawiłem i już bez problemy zacumowaliśmy.  Na brzegu jest jakaś knajpka, której naganiacze krążą między jachtami zachęcając do odwiedzenia ich lokalu. My jednak nie mamy zamiaru z tego zaproszenia, bo załoga zaplanowała na obiad prawdziwy rarytas – mięso z gilla. Na samą myśl o takiej pychocie dostałem ślinotoku. Wojtek, Krzysiek i Darek zapakowali wszystko co trzeba do pontonu i … chcieli popłynąć na brzeg aby ugrillować wyśmienite mięso. Tyle, że po krótkiej chwili silnik przestał działać i ani myślał dalej współpracować. Mimo usilnych starań Wojtka, sternika pneumatycznej jednostki pływającej, nic się nie zmieniało. Wojtek zawrócił więc do jachtu aby znaleźć rozwiązanie problemu. Na szczęście nie trzeba było długo szukać. Po prostu i ten silnik, jak wszystkie inne silniki spalinowe, zdecydowanie lepiej pracuje jak ma otwarty dopływ paliwa do silnika. Obserwowaliśmy z jachtu jak nasi koledzy znaleźli sobie fajną półeczkę skalną nad brzegiem zatoki, gdzie rozstawili sprzęt do grillowania. Było jednak na tyle daleko, że nie widzieliśmy co tam się dzieje. Czekaliśmy, czekaliśmy i czekaliśmy …. Zaczęliśmy coś tam sobie podjadać, bo wszyscy już fest zgłodnieli. W końcu po dwóch godzinach przypłynął Darek z pierwszą porcją mięsiwa. Zdaje się, że jakoś te grillowanie naszym mistrzom ceremonii nie szło zbyt dobrze. Nic tam, pierwsze porcje dla dzieci i kobiet. Panie były nawet tak miłe, że i dla mnie znalazł się kawałek. Cóż za szczęście! Właśnie wylegiwałem się w salonie, gdy usłyszałem dziwne odgłosy i okrzyki. To chłopaki przywieźli drugą porcję mięsa, tyle że Darek wysiadając z pontonu, wpadł na pomysł aby poczęstować przywiezionymi smakołykami Neptuna. A że Neptun wielki jest, to porcję całą dostał, nawet razem z garnkiem. A co, nie będziemy żałować Neptunowi.  Kiedy dojedliśmy co było do dojedzenia i zaczęliśmy szykować się do dalszej drogi zauważyłem, że kotwicowisko wokół nas opustoszało. Zupełnie jak w restauracjach na stokach narciarskich. Wpada szarańcza koło pierwszej, dziki tłum, gonitwa za miejscami, a o trzeciej jest niemal zupełnie pusto. Znaczy się, żeglarze wpadli do zatoki Tijascica na małe conieco i dalej jazda.
       Neptun dobrze nakarmiony przez Darka wziął się solidnie do roboty. Wiało między 22 a 27 knotów. Co prawda trochę Darek się nie dogadał z potężnym Olimpijczykiem i wiało nam prosto w nos. Trochę nam się już śpieszyło do mariny Jezera, więc pomykaliśmy na silniku. Tym niemniej dla nienawykłej do takich warunków załogi to i tak była wystarczająca dawka emocji. Oczywiście z kulminacją w marinie gdzie nie było łatwo manewrować naszą pięćdziesiątką mając przy podchodzeniu do kei boczny wiatr. Ale załoga spisała się na medal. Z gracją i bardzo skutecznie pracowała wolnymi obijaczami nie dopuszczając do choćby najmniejszego zarysowania Danicy.  Szczególnie Małgosia wykonała doskonałą akcję chroniąc nasz jacht przed kotwicą sąsiada. Dzielniaki!



       Jezera to miejscowość licząca ok 1200 miszkańców, zdecydowanie nastawiona na turystykę. Stąd nie dziwi obecność w tej miejscowości mariny chorwackiego potentata: ACI. A jak ACI to można się spodziewać bardzo przyzwoitego poziomu i adekwatnie wysokich cen. Za Danicę zapłaciliśmy 741 kun, czyli nieco ponad 100 euro. Marina jest całkiem spora może pomieścić 190 jachtów. Mimo, że brak w niej przytulności którą można znaleźć w niektórych innych marinach, to jest całkiem przyjemnie. Drobną niedogodnością było to, że stojąc przy ostatnim pirsie mieliśmy dosyć daleko do sanitariatów.
       Nasz postój w marinie ACI Jezera wypadł na niedzielę 24 czerwca. Tym, którzy choć trochę interesują się piłką kopaną, nie trzeba przypominać, że był to czas mistrzostw świata i dzień meczu Polska Kostaryka. Co prawda nie mieliśmy na jachcie telewizora, ale uruchomiłem laptopa z polskim internetem, dzięki czemu mieliśmy dostęp do TVP Sport. Koledzy przygotowali jak należy stół. Były przekąski i, oczywiście napitki. I tak oto, pełni wiary i optymizmu, zasiedliśmy w saloniku i rozpoczęliśmy oglądanie. Pierwszy wyparował optymizm. Później jakoś chyłkiem umknęła wiara. I ostały się jeno trunki. (Jeśli ktoś nie pamięta, było 0 : 3). Na szczęście w miłym towarzystwie, nie takie smutki można spokojnie ukoić. A z resztą co miał powiedzieć Luigi, rodowity Włoch, którego drużyna odpadła w eliminacjach?



       Na poniedziałek nie mieliśmy specjalnie ambitnych planów. Miejsce docelowe to Veli Iż, czyli ok 32 NM do przepłynięcia.  Nie śpieszyliśmy się zatem rano nadmiernie. Wyruszyliśmy o 1000.  Wiatr wiał z podobną siłą jak poprzedniego dnia, tyle że nieco zmienił kierunek. Tak więc jak tylko wyszliśmy zza cypla Rat Rat (to nie błąd). Ustawiliśmy żagle początkowo na motyla, później przeszliśmy na prawy hals i zasuwaliśmy pięknym baksztagiem, nieco później wiatr doszedł do połówki, w sumie więc można powiedzieć, że niemal całą drogę pokonaliśmy jednym halsem i do tego z prędkością przekraczająca momentami 9 knotów. Żagle wreszcie solidnie wypełnione wiatrem. Dziób dosłownie rozcinał fale. To była naprawdę super jazda. Całkiem spory jacht i taka prędkość. Czy to przypadkiem nie była zasługa Darka, który obdarował Neptuna takimi pysznościami? Do celu dotarliśmy o 1620.



       Po emocjach związanych z cudownym żeglowaniem, Veli Iż jawi się jak oaza spokoju. Bo i tak faktycznie jest. Niewielkie miasteczko, ok 800 mieszkańców, na wyspie Iż. Doskonałe miejsce do relaksu z bardzo długą historią. Niestety, poza pozostałościami starożytnych osad, nie zachowały się świadectwa minionych lat. Jedyny widoczny  obiekt to kościół św. Marii z X wieku. Ale za to są liczne konoby. Nie zwiedziłem ich wszystkich, więc trudno mi się wypowiadać na temat tego, która jest najlepsza. Trzykrotnie za to biesiadowałem w Lanternie i za każdym razem byłem ukontentowany. Tym razem zdecydowałem się na jagnięcinę. Szkoda, że porcja nie była większa. A przecież byłem po smakowitym spaghetti z owocami morza zebranymi na miejscu, przygotowanym przez Luigiego.  Marina, raczej skromna, nie należy do tych wystrzałowych, ale ma wszystko co przeciętnemu żeglarzowi potrzebne, a przy tym za niewygórowaną cenę. Za nasz, w końcu nie najmniejszy jacht zapłaciliśmy 540 kun.   



       We wtorek, mimo że nie było specjalnego pośpiechu, cumy oddaliśmy już o 0900. Mało tego, zdążyliśmy jeszcze rano zrobić prawdziwą sesję fotograficzną w okolicznościowych koszulkach. Wypłynęliśmy przy prawie bezwietrznej pogodzie. Nawet sobie pomyślałem, że wszystko wraca do chorwackiej normy. A tu niespodzianka! Dosłownie po kilku minutach zaczęło wiać. Nieco słabiej niż w ciągu dwóch ostatnich dni, ale 12-17 knotów wystarczyło aby Danica przemieszczała się całkiem żwawo. Do tego zmiany wiatru były dla nas bardzo sprzyjające. Najpierw bardzo przyjemny baksztag, później pełny bajdewind, a po opłynięciu wyspy Brscak i obraniu kursu 180 fordewind, dzięki któremu mogliśmy pożeglować na motyla. Kolejny piękny dzień pod żaglami.



       Około południa dotarliśmy do zatoki Pantera. Trochę mieliśmy problemu ze złapaniem złośliwej, uciekającej boi. Ale jakoś się udało ją złapać. To miejsce jest stworzone do plażowania i biesiadowania. Zrzuciliśmy ponton, zamocowaliśmy silnik i zaczęła się zabawa. Część załogi została przetransportowana na mierzeję oddzielającą zatokę od otwartego morza. Część załogi wybrała się do wioski Veli Rat po zakupy. Dotarli na miejsce 10 minut po czasie i tyle było z zakupów. Trzeba było tę wyprawę ponowić później, po przerwie na sjestę. Niektórzy na mierzeję popłynęli wpław. Wszedłem do wody w płetwach, ale nie wziąłem ze sobą żadnego obuwia i po wyjściu na brzeg poruszałem się niczym bociek brodzący po bagnie, bo chodzenie na boso nie wchodziło w grę. Okazało się, że po drugiej stronie mierzei woda jest nawet cieplejsza. Do tego spore połacie płytkiej plaży z piaszczystym dnem. Jak na Malediwach, Panie! A później pogaduchy przy cudownie kolorowym zachodzie Słońca. I nawet to, że za postój na boi płaci się 340 kun za dobę nie zmieni mojego bardzo pozytywnego nastawienia do tego miejsca.  



       W środę rano opuszczamy niezwykłą Zatokę Pantery. Opływamy naszą lagunę od drugiej strony i wypływamy na otwarte morze po zachodniej stronie wyspy Dugi Otok. Przepływamy w pobliżu latarni, którą poprzedniego dnia oglądaliśmy od drugiej strony. I znowu mamy piękny wiatr. Początkowo 24-26 kn, później 12-18, od tyłu. Mimo, że już wyruszyliśmy, wciąż się zastanawiam, gdzie zrobić następny postój. Kusi mnie Zatoka Mir i kotwicowisko przy wysepkach Donji Skolj i Burnji Skolj na południowo-wschodnim krańcu Dugiego Otoku. Nie byłem tam jeszcze i bardzo bym chciał sprawdzić jak tam jest. Ale z pewnością nie dotankujemy tam wody a wskaźnik ilości wody na naszej Bavarce nie jest, najdelikatniej rzecz ujmując, nie są specjalnie precyzyjne. A załogę mamy mieszaną, plus dwie małe dziewczynki. Jako alternatywę rozważam marinę ACI Žut na wyspie Žut. Byłem już tam. Z drugiej strony jest tam woda a … a miejsce jest po prostu magiczne. Przepadam za nim. No więc Žut. Opływamy cały Dugi Otok od góry do dołu po prawej burcie mając „wielką” wodę. Podziwiamy srogo wyglądające urwiste brzegi wyspy. 



Przeciskamy się między Dugim Otokiem i Kornatem, no tak prawie. Bo tak naprawdę po prawej burcie mamy najpierw małą wyspę o nazwie Aba Vela a później nieco większą Katinę, za którymi to przyczajony jest Kornat. Całe to przejście jest bardzo atrakcyjne dla oka. Kilka wysp, kulminacja zwężenia, czyli Prolaz Proversa Mala i kolejnych kilka wysp.



       W końcu okrążamy północno-zachodni kraniec wyspy Žut, wpływamy do zatoki Žut i stajemy w marinie Žut. No! Zaszaleli Chorwaci z tymi nazwami. Marina znajduje się na końcu dosyć dużej zatoki, otoczonej wysokimi wzniesieniami. Jest niesamowicie przytulna. Dodatkowo tajemniczości temu miejscu dodają napisy informujące w jakich godzinach jest dostępny prąd oraz o tym, że można zatankować tylko 100 litrów pitnej wody na jacht. Tego ostatniego nikt zresztą nie sprawdza. Ba, na słupkach nie ma zainstalowanych wodomierzy. Na szczęście okazało się, że nie potrzebujemy zbyt dużo wody dotankować, więc nie męczyły mnie wyrzuty sumienia. Opłata za postój 50-cio stopowym jachtem 690 kun za dobę.
       W marinie Zut jest też Ristorante Žut. Nikt nie będzie miał wątpliwości gdzie owa ristorante się znajduje. I tu pojawia się piasek między zębami. I wcale nie chodzi o ceny. Trudno się spodziewać żeby w lokalu tak zlokalizowanym ceny były jak w szczecińskim paszteciku. Samo dowożenie zaopatrzenia to spore wyzwanie logistyczne. Ale obsługa … Pani naburmuszona i kompletnie niezainteresowana klientami. Taka samotna czarna, gradowa chmura błąkająca się po błękitnym niebie. I wcale nie byliśmy tam późnym popołudniem kiedy ludzi jest najwięcej. Poszliśmy tam krótko po przypłynięciu, gdzieś ok 15-15.30. Na szczęście jagnięcina, którą sobie zamówiłem była całkiem przyzwoita, co i tak nie zatarło do końca nieprzyjemnego wrażenia z kontaktu z panią kelnerką.



       Žut to też bardzo przyjemne miejsce do kąpieli. W naszej ekipie największym miłośnikiem kąpieli morskich okazał się Wojtek. Nawet dzieci nie mogły z nim w tej kategorii konkurować. Nawet kupił sobie przed rejsem krótką piankę by móc w jeszcze bardziej komfortowych warunkach oddawać się pławieniu w Adriatyku. Pewnie fajnie mu się w niej pływało, tyle że przy skalistych chorwackich plażach szybko pojawiły się na niej pierwsze skazy. Tak czy siak przyjemnie jest spędzić nieco czasu w wodzie morskiej. W Žucie jest też druga atrakcja, która jednak wymaga pewnego wysiłku. Otóż marina otoczona jest, jako się już rzekło, dosyć wysokimi wzniesieniami. To najwyższe ma 161 metrów stromo wypiętrzone tuż za mariną. Koniecznie trzeba na nie wejść i to koniecznie przed zachodem Słońca. O.K. wiąże się to z ryzykiem, że serce wyskoczy nam przez gardło. Trzeba co chwilę robić przystanki aby wyrównać oddech. Tym bardziej, że ścieżki nie są zbyt starannie wytyczone i czasami, trzeba się chwilę zastanowić, czy jeszcze idziemy ścieżką, czy już nie. Tym razem trafiła nam się dodatkowa atrakcja w postaci tęczy rozpościerającej się ponad zatoką Žut. Ale jak już się wejdzie na górę, to widok na  rozrzucone po morzu wyspy, wysepki i zatoki odbijające promienie zachodzącego Słońca jest po prostu fantastyczny. Jedyna rzecz jaką należy wtedy zrobić, to sobie usiąść i cieszyć się tym widokiem. Ja oczywiście tak zrobiłem, do tego jeszcze wciąż łapałem kolejne ujęcia w nieprawdopodobnych barwach. Istne szaleństwo. Jak przyszło do schodzenia, to się zorientowałem, że jest już ciemno. Jak przystało na doświadczonego turystę, oczywiście nie miałem ze sobą żadnej latarki. Ścieżki były już zupełnie niewidoczne, więc maszerowałem na „azymut”.



       Czwartek rozpoczął się nietypowo jak na nasze peregrynacje po Chorwacji. Nie wiem, czy to Luigi, czy Krzysiek, ale ktoś wypatrzył ostrygi. Nasz niestrudzony „wodołaz” Wojtek szybko znalazł się w wodzie i zaczął z mozołem odłupywać kolejne sztuki. Kiedy już „połów” znalazł się na pokładzie okazało się, że nie ma zbyt wielu chętnych do ich spożywania. Oczywiście Luigi zajadał się nimi ze smakiem. Mina Werki gdy wciągnęła ostrygę – bezcenna. Niewiele brakowało, a połowa załogi oddałaby śniadanie Neptunowi. No dobra, to tyle w temacie ostryg. Lepiej już płyńmy do Tribunj.



       I znowu mamy wiatr. I znowu fordewind. Naprawdę Neptun musiał być zadowolony z darkowego poczęstunku, bo jak pływam po Adriatyku od 2008 roku, to jeszcze nie miałem tak wyśmienitych warunków wiatrowych. Wypłynęliśmy z Žutu 0 1000 a na miejscu byliśmy o 1400. Okrążyliśmy grzecznie wyspę Logorum. Jakoś nie miałem ochoty sprawdzać czy Danica przejdzie przesmykiem między Lukovnikiem i Logorum. I tak nie było nam dane spokojnie zacumować.  Wiatr się wyraźnie wzmógł i wiał prostopadle do prawej burty. Przy pierwszym podejściu wyraźnie znosiło nas na sąsiedni jacht, więc się wycofałem. Drugie podejście było zdecydowanie lepsze, ale pojawiły się problemy z łapaniem muringu. Ster strumieniowy miał problemy z przepchnięciem dziobu pod wiatr. Na szczęście mieliśmy już złapany muring. I nagle trzask prask i mamy końcówkę brzegową muringa na śrubie. Teraz dopiero rozpoczęły się zmagania. Kolejne próby. Kolejny wysiłek. Dopiero założenie długiej liny na dziobie i poprowadzenie jej pod możliwie dużym kontem na brzeg umożliwiło wyprostowanie jachtu, tak by stał prostopadle do kei. No to teraz pora na ten nieszczęsny muring. Nasz nieoceniony wodołaz Wojtek na ochotnika się zgłosił, że wyplącze go ze śruby. Długo się biedaczysko męczył. Okazało się, że nawet mimo ucięcia cienkiej końcówki nie było to takie proste. W końcu jednak byliśmy uwolnieni. Niestety, jak się później okazało, Wojtek przypłacił to nieprzyjemnym przeziębieniem. Spisał się jednak na medal.



       Uff. Można wreszcie usiąść, odsapnąć, popatrzyć na Tribunj i wypić szklaneczkę jakiegoś pokrzepiacza. Staliśmy przy miejskiej kei, tuż przy ciągnących się wzdłuż całego nabrzeża ogródkach gastronomicznych. Oczywiście nie ma tu takich udogodnień jak w marinach z prawdziwego zdarzenia, ale prąd i woda są. I jest fantastyczny klimat. Z jachtu dosłownie dwa kroki do stolika, przy którym można się wygodnie rozsiąść i wysączyć piwko. Opłata za postój 450 kun. Kiedy już wszyscy ochłonęli i odsapnęli stwierdziliśmy, że skoro jesteśmy w Chorwacji, to najwyższa poro pójść na pizzę. Koledzy zrobili szybki rekonesans i wybór padł na Cafe-Pizzeria Šuština. Okazało się, że był to bardzo dobry wybór. Na stole wylądowało kilka rodzajów pizzy i wszystkie został spałaszowane ze smakiem. Teraz można wybrać się na spacer po mieście. Najatrakcyjniejsza część, to ta na maleńkiej wysepce połączonej ze stałym lądem kamiennym mostkiem. Chyba w żadnym miejscu nie zjedliśmy tyle lodów co tutaj. Zaraz za mostkiem jest lodziarnia prowadzona przez ojca i syna. Obaj bardzo pogodni, wręcz radośni. I za każdym razem dają większą porcję niż się zamawia. Kolejne odwiedziny w Tribunj i kolejne spotkanie z kapelą chodzącą od knajpy do knajpy i przygrywającą biesiadnikom do kolacji. Robią to naprawdę fajnie. Bardzo miłe miejsce.
      No i przyszedł piątek. Ostatni dzień pływania. Wiatr towarzyszy nam do samego końca. Na początku rejsu obiecałem nagrodę w postaci dużej porcji lodów dla tego kto pierwszy wypatrzy delfiny. Minął już prawie tydzień a tu nic. Ani śladu po tych sympatycznych ssakach. I oto, tego ostatniego dnia gapiąc się w morze z nostalgią, spowodowaną myślami o końcu rejsu, spostrzegłem znajome sylwetki. Gdy zwróciłem na nie uwagę załodze, na jachcie zapanowało wyraźne ożywienie, wręcz radość. A nagroda? No dobra, w Trogirze kupię sobie lody.



       Końcowe manewry w Trogirze, przy stacji paliwowej i w marinie ACI przebiegły już bez większych emocji. Co prawda przypłynęliśmy na tyle wcześnie, że chłopaki z Waypoint nieco się spóźnili. Wysadziłem jednak spokojnie Krzyśka na keję i już. Koniec rejsu!
       Przekazanie jachtu odbyło się równie przyjemnie i bezstresowo jak przyjęcie. Mogliśmy iść w miasto. A warto, bo Trogir jest bardzo interesujący. Jak zwykle zaczęliśmy od targowiska z produktami lokalnymi. Zakupy były na tyle ciężkie, że wróciłem z nimi na jacht, aby móc swobodnie cieszyć się urokami tego zabytkowego miasta. Przysiedliśmy na placu Jana Pawła II na drinka, później jeszcze jednego. I koniec. Do następnego. 




Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...