niedziela, 23 listopada 2014

Mericha - zmasowany atak pcheł.

       
MERICHA

       Pierwszy poranek na jachcie zaskakuje widokiem dookoła nas. To dzieje się naprawdę? Stoimy sobie w niewielkiej zatoce. Już jasno, ale słońce jeszcze nie wyszło. Światło jest miękkie i ciepłe. Na brzegu jakieś małe, białe domki. Przy kei parę jachtów i łodzie rybackie. Z drugiej strony morze, po prawej jakiś skrawek lądu, nieco dalej po lewej kolejny, a jeszcze dalej, już mocno zamglony, kolejny. Jak w tawernianych opowieściach żeglarskich. Jest cudny nastrój, cisza i spokój. A najważniejsze, że to wszystko jest w rzeczywistości. Stoimy na kotwicy koło Perdiki i za parę chwil ruszymy w kierunku Cyklad, naszym celem będzie Mericha na Kythnos, mamy więc do przepłynięcia ok. 50 Mm.
       Nasz Sun Odyssey regatową maszyną nie jest. Mamy więc przed sobą parę godzin żeglowania. Jak to zwykle na początku spore emocje, wybuchy śmiechu i kolejne toasty. Do tego piękna pogoda, no może za mało wiatru. Tomek znika w „otchłani” kambuza, by po jakimś czasie wyłonić się z magicznie pachnącymi i równie wykwintnie wyglądającymi nadziewanymi paprykami. Każda kolejna chwila spędzona na jachcie sprawia, że żeglarstwo podoba mi się coraz bardziej. Wyobrażacie to sobie: Morze Egejskie, jacht sun odyssey 40,3, piękna słoneczna pogoda, przepyszne nadziewane papryki z ociekającym po brodzie sosem i schłodzone greckie białe wino? Życie jest piękne.


       Uwielbiam jak jest ciepło. Dobrze znoszę wysokie temperatury. Nawet jeśli trochę się spocę w niczym mi to nie przeszkadza. Moi koledzy uznali jednak, że tego dnia było jednak nieco za ciepło i się zaczęło. Znacie pewnie tę historię z polewaniem się lodowatą wodą i wyzywaniem kogoś kolejnego, aby zrobił to samo. No i właśnie coś takiego miało miejsce na naszym Adrigo. Drobna różnica polegała na tym, że woda nie była lodowata, a czerpana prosto z cieplutkiego Morza Egejskiego. Ale polewanie było solidne i nawet nie jeden raz, do tego w różnych konstelacjach choć głównym polewaczem był Romciu K. Kubeł za kubłem, morskiej wody z niebywałym wdziękiem wylewał na rozgrzane głowy.


      Mądrzy ludzie powiadają, że każda, nawet najdłuższa droga rozpoczyna się od pierwszego kroku. A można też dodać, że stawiając systematycznie kolejne kroki, choćby niewielkie, w końcu dotrze się do wyznaczonego celu. Co i nam jeszcze raz się udało. Pokazała się wyspa Kythnos i z chwili na chwilę stawała się coraz większa. Niekiedy wiąże się z Kythnos z nereidami, morskimi boginkami niezwykłej urody, córkami Nereasza. Były uosobieniem morskich fal. Żyły w głębinach, przesiadując na złotych tronach w pałacu swojego ojca. Umilały też swym śpiewem życie Amfitrycie, żonie Posejdona. Choć takie zupełnie bez skazy to one nie były. Bo jak Kasjopea pochwaliła się, że jest od nich piękniejsza, to nereidy załatwiły u Posejdona okrutną zemstę. W wyniku, której to, o mało nie została pożarta przez strasznego smoka  Andromeda, córka Kasjopei, w ostatniej chwili ocalona przez bohaterskiego Perseusza. Innym razem uczestniczyły w porwaniu Europy przez starego zbereźnika Zeusa. Zdaje się, że i w tym przypadku dała znać o sobie kobieca zawiść, wszak Europa uchodziła w owym czasie za najpiękniejszą z niewiast.  


       Na Kythnos byłem już dwukrotnie. Za pierwszym razem właśnie w Mericha a za drugim w Loutra. Choć na pierwszy rzut oka Kythnos to nic specjalnego, łysa, pofałdowana przestrzeń, to jednak, oba dotychczasowe pobyty na tej wyspie były bardzo ciekawe i bardzo przyjemne. (wpis na blogu: „Zatoka Pechowców” z 19.11.2011). Co najważniejsze, choć przewodniki turystyczne wspominają zaledwie o kilku interesujących miejscach, to ja wciąż mam niewiele spośród nich na rozkładzie.  Wciąż nie widziałem: Chora-Kythnos (8 km od Mericha), Marouli – najstarsze znane osiedle ludzkie na Cykladach 4500 p.ne,  Kastro Orias, Driopida – średniowieczna stolica, jaskinia Katafiki – wiązana z nereidami. Kiedyś Kythnos to miejsce wydobycia rudy żelaza, teraz pozostały już wspomnienia. Za to wciąż są jeszcze termy – dawna nazwa wyspy to Thermia. Jak wcześniej zauważyłem wyspa ma długą historię, typową dla wysp cykladzkich: w starożytności należała do Związku Morskiego, w 1207 opanowana przez Wenecję, w 1537 przez Turków, od 1821 przyłączyła się do walk wyzwoleńczych i 1832 wraz z innymi wyspami przyłączyła się do Grecji
       Wpływamy do zatoki o tej samej nazwie co miejscowość, Mericha.  Port Mericha -  37o23,7’N 024o23,8’E, jest bardzo przyjemnym, nieźle osłoniętym portem. Ku mojemu sporemu zaskoczeniu port jest pełniutki. Nie ma jeszcze osiemnastej, jest koniec września, a my z wielkim trudem wypatrujemy ostatnie wolne miejsce, w które wciskam się, nie mając najmniejszego zapasu. Obijacze z trudem mieszczą się między łódkami. Kiedy byłem tu kilka lat temu, przypłynęliśmy późnym wieczorem, a przy kei nawet ćwierć miejsc nie było zajętych. Co prawda na północ od Mericha są niezłe kotwicowiska ale zawsze to lepiej stać w pocie. Oprócz tego, że w porcie jest straszny tłok, większych zmian nie widzę. I owszem zainstalowano dystrybutory wody i prądu, ale jakoś trudno znaleźć osobę sprzedającą do nich karty magnetyczne. Dalej też nie ma żadnych sanitariatów ani natrysków. W tej kwestii Grecy są bardzo konsekwentni, nie robią nic. Bo i po co, turyści i tak przyjadą. Jak widać mają rację. Nawiasem mówiąc, do rana nie udało się zdybać kogoś sprzedającego karty magnetyczne. Ktoś jednak wypatrzył, że jeden z kranów jest dostępny bez karty. Co prawda był on dosyć daleko, ale wspólnymi siłami z Rosjanami stojącymi przy naszej lewej burcie, udało nam się do niego podłączyć i zatankować dwa sprawne zbiorniki na wodę.
       Jako pierwsza na przechadzkę w kierunku „centrum” wybrała się Ula. Po powrocie poinformowała, że znalazła sympatyczną knajpkę, która nazywa się Yalos, ze stolikami na plaży i do tego z ofertą gratisów: sznaps dla wszystkich, lody dla wszystkich i … danie główne dla skipera. Czy można oprzeć się takiej ofercie. Wbiliśmy się w wyjściowe uniformy i udaliśmy się na kolację. Najszybciej na stole pojawiło się białe wino domowe, tym razem w oryginalnych butelkach. Później przyjechały dania. Ula zażyczyła sobie mieszankę z wielkich krewetek, kalmarów, ośmiornic i takich tam. Ponoć smaczne. Ja sobie zawinszowałem  jagnięcinę w sosie. Nie powalające, ale też bez żadnych zastrzeżeń. Natomiast pozostała czwórka kierowana telepatią, czy też stadnym instynktem, zamówiła typowo greckie danie o powszechnie znanej nazwie moussaka. O ile nazwa jest powszechnie znana, to okazało się, że poza Romkiem S., pozostała trójka nie wiedziała co zamawia.  A moussaka to rodzaj zapiekanki na bazie bakłażanów, czasami również zimniaków i mielonego mięsa z sosem beszamelowym, przyrządzana na dużej blasze a następnie dzielona na porcje. Zdaje się, że danie nie przypadło do gustu moim kolegom. I chociaż Romek S. zapewniał, że ta którą jadł kiedyś była gorsza, a ta jest całkiem niezła, to jakoś nikogo nie przekonał. Już do końca rejsu moussaka pozostała przedmiotem licznych żartów.  

Knajpki na plaży
       Przy stoliku w restauracji na plaży siedziało sześć osób, z czego czterech dżentelmenów to najwyższej klasy dezynsektorzy. Podziwialiśmy piękno kończącego się dnia patrząc na wody zatoki i jej otoczenie. W pewnym momencie ktoś stwierdził, że „obudziły” się komary. Po chwili jednak ktoś skonstatował, że te komary konsają tylko w nogi. Eee!? Pchły. Komary zamieniły się w pchły. Czterech dezynsektorów oraz reszta gości stali się obiektem zmasowanego ataku greckich pcheł. No tak dookoła nas była niezliczona ilość kotów kręcących się między stolikami. O ile początkowo wzbudzały one powszechną sympatię, to po odkryciu pchlej inwazji, również i koty przestały nam się wydawać miłe. Obsługa w tym lokalu poruszała się wyjątkowo wolno. Oczekiwanie na gratisowe lody i pożegnalne sznapsy stało się wyjątkowo irytujące. Rozważaliśmy nawet rezygnację z tych prezentów. Ale czy godzi się zrezygnować z darmochy. No nie, nigdy!
       Po niezwykle interesującej kolacji wróciliśmy na łódkę. Dobyliśmy jakąś flaszeczkę i delektowaliśmy się życiem siedząc w kokpicie. Po lewej burcie mieliśmy wesołych Rosjan, pływających podobnie jak my na czarterowym jachcie. Po prawej natomiast dwóch chłopaków na prywatnym jachcie, chyba z Niemiec lub któregoś z krajów skandynawskich. Trzecim członkiem tamtej załogi był kot. Chłopaki wychodząc wieczorem poszukać sobie towarzystwa na noc, poprosili nas byśmy zwrócili uwagę, czy kot nie przeszedł na nasz jacht. I faktycznie po jakimś czasie kociak zaczął przeskakiwać do nas. Za którymś razem udało mu się nawet wskoczyć do messy. Z początku staraliśmy się jak najdelikatniej przekładać zwierzaka z powrotem. Ten jednak uparcie wracał. W końcu zaczęliśmy po prostu przerzucać go na jego macierzystą jednostkę. Ten jednak dalej nic sobie z tego nie robił. Nie wiem ile razy musieliśmy go ekspediować w drogę powrotną, zanim mu się znudziło przełażenie do nas.

       Powoli układamy się do snu. Pozbyliśmy się kota, odparliśmy atak pcheł. Jutro przed nami kolejna wyspa. I tylko tuż przed zaśnięciem, zakolebała mi się w głowie myśl, że oto znowu niewiele zobaczyłem na Kythnos. I co? Trzeba będzie tu przypłynąć jeszcze raz. Nie ma innego wyjścia.


niedziela, 16 listopada 2014

ATENY – NIEMILKNĄCY ZGIEŁK ULICY


      
Niewielki, wąski balkon na czwartym piętrze, pięciu dorosłych facetów siedzących na czym się da i jak się da, jakaś flaszeczka z czymś dobrym i piekielny jazgot ulicy. Tam w dole, na ogromnej, wielopasmowej arterii, każdy kierowca uważa za swój obowiązek nacisnąć klakson przynajmniej raz na pół minuty. Jest ich tam tysiące, pojazdów przelewających się w różnych kierunkach, tworzą niesamowitą kakofonię świdrującą mózg do samego środka i przenikającą na wylot. W innej sytuacji natychmiast uciekłbym z tego balkonu, ryglując drzwi jak tylko można najmocniej. Pewnie nawet zapomniałbym o flaszce. Ale nie tu i nie w tym momencie. Bo to jest hotel Galxy przy Poseidon Avenue w Atenach, a my mamy spędzić w nim ostatnią noc przed naszym rejsem po Morzu Egejskim. Jesteśmy tak naładowani emocjami, że nic nam nie przeszkadza. Przecież jutro wypływamy. Tylko jeszcze te kilkanaście godzin i … No właśnie: kilkanaście godzin, a tu każdy już by chciał ruszać. W tak zwanym międzyczasie dowiadujemy się, że łódka którą mieliśmy płynąć, Bavaria 36 s/y Monomachos, ma poważne uszkodzenie i w związku z tym dostaniemy jacht typu Sun Odyssey 40.3, s/y Adrigo. Moje dotychczasowe doświadczenia z francuskimi jachtami nie były najlepsze, ale na wszelki wypadek nie mówię tego głośno. Natomiast ożywienie wywołuje fakt, że przygotowane przeze mnie okolicznościowe koszulki będą miały nie całkiem adekwatny do okoliczności napis. Akwen i czas są w porządku, tylko jednostka inna. Z całą pewnością na aukcjach kolekcjonerskich w Londynie czy Nowym Jorku te koszulki będą osiągały niebotyczne ceny.
       Sala śniadaniowa w hotelu Galaxy znajduje się na ostatnim piętrze, skąd rozpościera się piękny widok na Zatokę Sarońską. Jeszcze tylko leniwe śniadanko, nawet przyzwoite, i zbieramy się. Teraz już nikt nie myśli o oczekiwaniu. Trzeba przetransportować bagaże do mariny, załatwić formalności, uzupełnić zaopatrzenie i w końcu odebrać łódkę. Aby usprawnić ostatnie przygotowania dzielimy się obowiązkami. Bagaże trafiają na pirs nr 8, przy którym stoi przygotowywany dla nas s/y Adrigo. Ula, Tomek i Romek K. uzupełniają w pobliskim Carrefour zakupy. Ja udaję się do baraku, w którym znajduje się biuro MG Yacht, naszego czarterodawcy. Buda ledwo się trzyma, pełna prowizorka, trwająca długie lata. Pełen luz, na szczęście jest pojemnik z wodą pitną. Wszystko ślimaczy się niemiłosiernie. Pojawiają się jakieś dziwne problemy z kartą kredytową. Po bardzo długiej chwili okazuje się, że to mój bank, Citi blokuje transakcję w trosce o moje pieniądze. Gdzieś po pół godzinie dzwoni do mnie ktoś z banku aby się upewnić, czy faktycznie chciałem dokonać takiej transakcji. Wszystko fajnie, tylko wcześniej nikt mnie nie uprzedzał o takiej procedurze. W końcu jednak pomyślnie kończymy załatwianie formalności i pan z MG Yacht zaoferował podwiezienie samochodem na jacht. Bardzo miło z jego strony, bo Marina Alimos vel Kalamaki do małych nie należy, przewidziana jest na ok 1000 jednostek i przejście od pirsu 3 do pirsu 8 to niezły spacer.

W Grecji keje tętnią życiem. 
       W marinie spotykamy naszych przyjaciół z Wrocławia, którzy właśnie kończą swój dwutygodniowy rejs. Bardzo sympatyczne są takie spotkania. Przysiadamy w przymarinowej kafejce, słońce przyjemnie grzeje, sączymy cokolwiek. Można by tak siedzieć i gawędzić całymi godzinami, wymieniać się doświadczeniami, snuć morskie opowieści. Niestety, jak już bym chciał przejąć w końcu tego Adrigo i wyruszyć na spotkanie naszej przygody. A tu wciąż na coś muszę czekać. No tak, przecież sam, dawno temu napisałem, że podstawowa umiejętność żeglarska to cierpliwe czekanie. No to czekaj chłopie!
       Zjawia się w końcu całkiem sympatyczny człowiek, z jakimś młodym pomocnikiem. Nazywa się Nikos i jak się okazuje, jest właścicielem Adrigo i jeszcze dwóch innych jachtów. Strasznie długi jest ten łańcuch pośredników. Nic dziwnego, że tyle to kosztuje. Sama łódka sprawia dobre wrażenie, jest zadbana, wszystko na swoim miejscu i prawie niczego jej nie brakuje. To „prawie”, to brak rolera grota. Jest Lasy Jack, który jakoś specjalnie mnie nie uszczęśliwia, szczególnie na takiej, całkiem niemałej jednostce. Ale co tam, damy radę. Nikos pokazuje dokładnie co i gdzie jest na jachcie. Pewnie i tak połowy nie będę pamiętał. Szczęśliwie docieramy do finału procedury.  Romciu (K) częstuje Greków Tatrzańskim Czajem, Tomek dorzuca kabanosy i robi się bardzo przyjemnie. Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze pożegnać Nikosa, gdy pojawili się Basia i Darek, nasi wrocławscy przyjaciele. Zatem wspólnie wznieśliśmy toast za „rejsa”, oddając należną działkę Neptunowi, choć zapewne Grecy powiedzieliby Posejdonowi. Trzeba okazać mu należny szacunek, bo potrafi on mocno naprzeszkadzać żeglarzom. Ale jak ktoś miał takie trudne dzieciństwo to nic dziwnego, że i sam bywa niekiedy trudny.

Brzeg Eginy poszarpany trójzębem Posejdona
       Posejdon już od narodzin miał pod górkę. Własny ojciec, Kronos, połknął go, bo przepowiednia mówiła, że Kronos zostanie pozbawiony władzy przez własne potomstwo. Niektórzy powiadają, że zamiast malutkiego Posejdona podsunięto strasznemu ojcu muła, a niemowlę ukryto na Rodos gdzie się wychowywał. Później podobną sztuczkę wykonano z młodszym bratem Posejdona, Zeusem, który po dorośnięciu, wspólnie z Metydą (roztropność, przebiegłość), zaaplikowali Kronosowi napój powodujący wymioty i w ten sposób oswobodzono starsze rodzeństwo: Hestię, Demeter, Herę, Hadesa i prawdopodobnie Posejdona, czyli późniejszych wielkich bogów olimpijskich. Panowanie nad morzami, przypadło Posejdonowi w wyniku losowania. Ale to dopiero po wygranej wojnie, wtedy też Posejdon otrzymał swój wspaniały trójząb, prezent od uwolnionych z kronosowej niewoli Cyklopów. A później to już normalnie. Na imprezie urządzonej przez wielkiego Okeanosa na Naksos, poznał swoją przyszłą żonę Amfitrytę. Nie od razu piękna bogini zgodziła się na ożenek z bogiem mórz i oceanów, ale jak tu odmówić komuś, kto jako posłańców i mediatorów wysyła tak urocze stworzenia jak delfiny. W ogóle świat wokół Posejdona był piękny, nic więc dziwnego, że ulegał jego urokom. Pojawia się zatem przy jego boku i Toosa, i Gaia, i Euryala, i Tyro, i Meduza (z tej miłości powstał Pegaz), i Klito, i Chrysogena i nawet Demeter, z którego to związku pojawił się boski koń Arion. Posejdon chętnie też „uczestniczył” w życiu śmiertelnych. M.in. wspólnie z Apollonem zbudowali mury Troi. Mimo to w wojnie trojańskiej wspierał Greków. Jednak był bardzo zniesmaczony ich zachowaniem  po zwycięstwie więc postanowił nieco im podokuczać w czasie ich drogi powrotnej. Jedynie Nestor, Filoklet, Diomedesi i Idomenes, którzy w całym tym szaleństwie potrafili zachować się godnie nie byli niepokojeni przez Posejdona. A już najbardziej bogu mórz podpadł Odyseusz, który oślepił cyklopa Polifema. W sumie Posejdon należał do najważniejszych bogów starożytnej Grecji. Bo jak pisał mistrz Jan Parandowski: „Posejdon jednym spojrzeniem ciemnych oczu uśmierza bałwany, a burze niesforne precz rozpędza.” A do tego choć „przed jego gniewem drży ziemia, morze i człowiek …on pamięta o malutkim ptaszku, zimorodku. Po słotach listopadowych nastają w grudniu dni ciepłe i łagodne, właśnie w czasie, kiedy samiczka zimorodka wysiaduje jajka w gnieździe pływającym. Dla jej spokoju Posejdon wygładza fale i poskramia wiatry.” Nic więc dziwnego, że tak wielkim szacunkiem darzyli Posejdona Grecy i wyprawiali mu co dwa lata, od 582 r p.n.e. wspaniałe igrzyska istmijskie.
       Igrzyska istmijskie odbywały się w Isthmos na Przesmyku Korynckim. Były to trzecie co do ważności igrzyska ogólnohelleńskie, po olimpijskich i pytyjskich. W ich skład wchodziły zawody gimnastyczne, hippiczne oraz muzyczne. Były one kontynuowane w czasach rzymskich. Od 228 roku p.n.e. zaczęli brać w nich udział Rzymianie. Igrzyska zaczęły gromadzić widzów z całego Imperium. Tam właśnie w roku 67 n.e. Neron ogłosił wolność Grecji i uwolnienie jej od wszelkich podatków. Jak sobie uświadamiam w jakich warunkach i przy pomocy jakich środków transportu, podróżowali starożytni Grecy, by wziąć udział w kolejnych igrzyskach odbywających się w różnych miejscach tego państwa, to jestem pełen wielkiego uznania dla ich umiejętności i determinacji.  

Perdika
       Pierwszego dnia Posejdon był dla nas bardzo łagodny, więc  szybko i spokojnie dopływamy do pistacjowej wyspy, Eginy. To bardzo interesująca wyspa, niestety położona zbyt blisko Aten, w związku z czym jest w weekendy oblężona przez Ateńczyków. Właśnie mamy sobotnie późne popołudnie.  Opływamy wyspę od strony wschodniej. Przed nami urokliwa zatoka Agia Marina, skąd kilka lat wcześniej wspinaliśmy się do doskonale zachowanej i świetnie położonej świątyni Afai. (jest taki wpis na moim blogu z 2011: Egina – wyspa tuż przed metą, gdzie zdałem relację z tamtego pobytu). Nawet kiedyś spędziliśmy w tej zatoce noc, jednak gdyby chciał przyjść meltemi, to to miejsce nie jest specjalnie komfortowe. Choć zatoka jest piękna i godna polecenia na krótki postój i kąpielkę. Płyniemy dalej, naszym celem jest Perdika, inne wyjątkowo urocze miejsce na Eginie. To maleńki port po południowo zachodniej stronie wyspy (37o41,4 N; 023o27 E) schowany w niewielkiej zatoce. Jest dobrze widoczny i podejście nie nastręcza trudności.  Okazuje się, że wszystkie miejsca przy kejach są już zajęte. Nie będziemy mogli poszwędać się po nadbrzeżnej uliczce, kuszącej wieloma ciekawymi lokalami, nie odwiedzimy też plaży z parasolami pokrytymi trzciną. Trudno.
       Rzucamy kotwicę w zatoce. Jest tu tak nastrojowo, że nie mam ochoty szukać innego miejsca. Jakże tu inaczej niż w Atenach. A kiedy coś tam sobie podjadamy i popijamy w świetle zachodzącego słońca jest super. I nawet zbyt głośna momentami impreza na jednym z jachtów stojących w porcie nie jest w stanie tego zepsuć. Teraz mogę powiedzieć, że naprawdę rozpoczęliśmy nasz rejs. Czuć tę prawdziwą magię żeglarstwa i Grecji, tej wyspiarskiej Grecji.



poniedziałek, 8 września 2014

50 Etapowe Regaty Turystyczne

       


       Kiedy oddajemy cumy rozpoczynając podróż do Trzebieży na Etapowe Regaty Turystyczne, już pięćdziesiąte, nachodzą mnie różne bardzo przyjemne uczucia: radości, swobody przedregatowej ekscytacji. Zupełnie tak, jakbym wyruszał w nie wiadomo jak wielki rejs. A to jest przecież, raptem osiem dni, które mijają z prędkością TGV. Ani się obejrzę a będzie już po wszystkim. Tylko siedem wyścigów, i dla tego każdy bardzo ważny. Jeśli się myśli o zajęciu dobrego miejsca, nie można żadnego z nich odpuścić. W naszej grupie jachty Trzeci Krzyśka Dąbrowskiego i Whisky Maćka Szuberli są poza konkurencją. Z pozostałymi można powalczyć. Większość konkurentów znamy, niewiadomą jest jedynie Fragles. Jacht szwedzkiej konstrukcji JOJ 20, mający 6 m długości, czyli tak samo jak nasza Carina, a przy tym niewiarygodnie dobry współczynnik KWR 1,0684. Duży znak zapytania.
       Organizator regat się zmienił, tym razem całością zawiaduje Piotr Stelmarczyk, ale uroczystość otwarcia niczym nie różniła się od poprzednich. Schemat dokładnie ten sam od lat, bo i czego można by wymagać. Tylko jakoś tłoczniej. Magia jubileuszu zrobiła swoje, w momencie rozpoczęcia ceremonii otwarcia regat, organizatorzy mogli pochwalić się 98 zapisanymi jednostkami. Najbardziej nas interesująca grupa III KWR zgromadziła 10 jednostek będzie więc fajna zabawa.


       Z reguły wyścigi z Trzebieży do Świnoujścia nie mają zbyt ciekawej historii. Trasa, zawsze ta sama, jest bardzo prosta, a i wiatry niezbyt komplikują sytuację. Tym razem było podobnie, choć nie dało się przelecieć całego etapu jednym halsem jak to często bywało. No i zaczęliśmy regaty od poszukiwania własnej drogi. Niestety, ta metoda w ostatnich latach nam nie służy i jakimś dziwnym trafem, na metę przypływają szybciej od nas dryfujące śmiecie. Nie inaczej było i tym razem. Z wielkim trudem udało nam się dopłynąć do mety na 5 miejscu. Musieliśmy uznać wyższość nie tylko faworytów naszej grupy ale również Sowy Piotra Sosnowskiego i Ermy Kuby Wilczyńskiego. Kiedy w końcu dotarliśmy do Świnoujścia, miejsce do zacumowania znaleźliśmy tylko dzięki koleżeństwu z Trzeciego. Marina była pełniusieńka. Choć trzeba przyznać, że marina w Świnoujściu jest całkiem spora i zupełnie przyzwoita, to jednak w środku sezonu, gdy do innych żeglarzy dołączy setka jachtów biorących udział w regatach, to i ona nie wytrzymuje i pęka w szwach. Jeszcze później przypłynął Camelot, jacht komisji sędziowskiej, długo jeszcze zbierający spóźnione, regatowe niedobitki. Od kiedy biorę udział w ERT nie przypominam sobie tak efektownego statku komisji regatowej. Camelot to zbudowany w 1982 na Florydzie jacht typu nautical 56. Prezentuje się bardzo stylowo a przy tym, w stosunku do płaskodennych jachtów motorowych, najczęściej pełniących do tej pory rolę jednostki komisji, zdecydowanie lepiej znosi silniejsze falowanie. 

         
       Pierwszy dzień pobytu w Świnoujściu wyglądał, jakby to nie były największe w regionie , a może i nie tylko, regaty amatorskie. Zupełnie nikogo nie interesowało, że pojawiła się tak liczna flotylla jachtów. Nikt nie pomyślał aby zarezerwować miejsce dla Camelota, który wylądował w rezultacie na końcu zachodniej kei, czyli na końcu świata. Dla tych co nie mieli ze sobą rowerów, czyli chyba dla wszystkich uczestników regat, oznaczało to wielką wyprawę w celu sprawdzenia wyników etapu. Ponieważ nam udało się zacumować na końcu wschodniej  strony basenu portowego, należeliśmy do tych szczęśliwców, którzy wprawę do Camelota musieli rozkładać na dwa dni, bo w jeden dzień przebycie drogi tam i z powrotem było niewykonalne. Nawet wyprawa do sanitariatów to duże wyzwanie. Czy naprawdę nie można ustawić kilku toi-toi przy końcu mariny, aby nie trzeba było za każdym razem pokonywać tych kilometrów? Organizator regat oraz władze miasta zadbały o to by rozczarowanie żeglarzy w pierwszym dniu było jak najpełniejsze i nawet przysłowiowej kiełbasy z grilla nie było. Choć może to i lepiej, bo akurat w Świnoujściu w ubiegłym roku ta kiełbasa była najgorsza jaką kiedykolwiek jadłem. Być może więc stało się tak z troski o nasze podniebienia.  


       Drugi dzień 50 ERT to  wyścig o Błękitną Wstęgę Zatoki Pomorskiej. Rano, po zapoznaniu się z prognozą pogody brać żeglarska była nieco zaniepokojona. Prognoza obiecuje 6 B. Zapowiada się niezła zabawa. Na początek, przed wyjściem z mariny, wszyscy refują żagle. Wypływamy za główki i cóż za niespodzianka. Fale i owszem są, ale wiatru aby, aby. Wszyscy do żagli, trzeba się natychmiast rozrefować, bo na tych kawałkach szmatek nie da się płynąć.


       Sam wyścig o Błękitną Wstęgę  został ustawiony jak należy. Natura też swoje zrobiła. W rezultacie bok trójkąta wzdłuż brzegu, a zatem i wzdłuż plaży, okazał się bokiem prawie spinakerowym, więc ludziska opalający się na plaży mieli ładne widowisko. Wiatr nawet nieco stężał, ale nie na tyle co w prognozie. Odbył się więc ciekawy i szybki wyścig. Dwa razy trójkąt, trochę walki ze spinakerami i genakerami, bo chodzące od czasu do czasu mocniejsze szkwały sterowały niektórymi jachtami wedle własnego uznania. Drugi wyścig i drugie zwycięstwo, w naszej klasie Krzyśka Dąbrowskiego na Trzecim. Zgodnie z przewidywaniami Trzeci pewnie zmierza po zwycięstwo. Nam wydawało się, że płyniemy całkiem przyzwoicie, też zgodnie z planem na trzecim miejscu. Jakież było nasze zdziwienie wieczorem, gdy na tablicy wyników zobaczyliśmy, że drugie miejsce zajął Fragles. Na mecie byliśmy co prawda przed nim, podobnie jak Whisky, ale okazało się, że nasza przewaga była zdecydowanie za mała i dzięki niezwykle korzystnemu współczynnikowi, to właśnie on jest drugi! Trochę nam miny zrzedły, trochę powietrze uszło. W czasie powrotu wiatr już wzmógł się na dobre.


       Pierwszy dzień w Świnoujściu minął raczej smętnie. Liczyliśmy jednak, że skoro to jubileuszowe ERT, to drugi dzień przyniesie coś ekstra. No cóż … Jakby to ująć aby nikogo nie urazić? Najlepiej wypadł pan prezydent Janusz Żmurkiewicz, elegancki, bardzo sympatyczny pan. Do  tego zapowiedział dalsze inwestycje w marinie, co spotkało się z uznaniem żeglarzy. Tym bardziej, że najważniejszą z inwestycji jest drugi budynek socjalny, po zachodniej stronie basenu portowego. Pan prezydent zauważył również, że wczasowicze mieli ładny spektakl i poprosił aby któraś z załóg w przyszłym roku dokooptowała go do załogi. I na tyle by było w kwestii jubileuszowych fajerwerków. Nie zaglądałem kolegom do miseczek, ale to co ja dostałem, a co miało być zupą gulaszową, w niczym, no może poza kolorem, nie przypominało tego smakowitego dania. Jeszcze w trakcie wydawani posiłku rozpoczął swój koncert duet o nazwie Shanties Team. Nie wiem, czy ci ludzie byli bardzo zmęczeni, czy po prostu nie w formie, ale wypadli wprost żałośnie. Do tego jeszcze te kiczowate stroje. Tragedia! Trudno powiedzieć co było gorsze, zupa gulaszowa czy Shanties Team, ale ogólnie czarna rozpacz, jak ta chmura, która nadciągnęła nad Świnoujście.       

       Wiatr rozhulał się na dobre. Następnego dnia zamiast wyścigu do Dziwnowa, mieliśmy przymusowy postój w Świnoujściu. Sędzia nie zdecydował się na puszczenie wyścigu przy zapowiadanym 6-7 B z NE. I chyba słusznie zrobił. Na wtorek za to zapowiedział nietypowy wyścig do Wolina.  Niestety konsekwencją odwołania wyścigu do Dziwnowa była istotna zmiana w programie całych regat, z pominięciem Kamienia Pom. włącznie. Sądząc po rozmowach na kei i na jachtach, gdzie odbywały się liczne spotkania, właśnie wizyty w Kamieniu wszyscy najbardziej żałowali. Piękna marina, wyjątkowo przychylni żeglarzom włodarze miasta i kapitalna atmosfera. No cóż, trzeba będzie poczekać do następnego roku.    

     
       No i co mają robić biedni żeglarze przez cały dzień bez pływania? Nie wiadomo co z sobą zrobić. Co chwilę spojrzenie na zegarek. Spowolnione ruchy, by każda czynność zajęła jak najwięcej czasu, by w końcu ten dzień się skończył. Spacer do miasta. Może zajrzymy do jakiejś knajpy? Neptun? Dobrze brzmi, wygląda … tak sobie, bez specjalnego charakteru, ale schludnie, trochę jak w jadłodajni w elektrowni, nic przytulności. Do tego zbyt głośna muzyka. W porównaniu jednak do poprzednio mijanych lokali, ten mimo wszystko zrobił na nas najlepsze wrażenie. Nie miałem tego dnia specjalnych preferencji, więc zdecydowałem się na to co poleca szef kuchni czyli szaszłyk. Powiedzmy, że był dosyć poprawny, tak na trzy z plusem. Deser lodowy z mixem owocowym, zaledwie na podobnym poziomie. Kilka wizyt w lodziarniach Castellari w Szczecinie sprawiło, że moje oczekiwania w stosunku do lodów są jednak zdecydowanie wyższe. Jeżeli do tego dodać słabiutką, znudzoną kelnerkę, to ocena lokalu wypada tak sobie. Typowy nadmorski lokal, nastawiony na jednorazowego klienta, który i tak tu raczej nie wróci, bo za kilka dni wróci do swojej rodzinnej miejscowości. Być może ten brak troski o klientów wynika z dużej ilości gości zza zachodniej granicy, dla których ten lokal w porównaniu do różnych bud i innych tymczasowych obiektów, jawi się jako niezwykle porządny.   
       Powoli ten strasznie długi dzień dobiegał końca. Jednak im bliżej wieczora tym robiło się zimniej. Wieczorem siedząc skulony w kokpicie Rudzika, ubrany w T-shirt, polarową koszulę i puchową kamizelkę zdałem sobie sprawę dlaczego tak lubię żeglowanie po Morzu Śródziemnym. Zdecydowanie jestem stworzeniem ciepłolubnym. Nie lubię kiedy zęby dzwonią mi o zęby. Ale dobra wiadomość była taka, że ten gnuśny dzień dobiegał końca.


       Czwarty dzień regat przywitał nas chłodem i gęstą mgłą. Prognoza pogody zapowiadała wiatry N-NE, więc niektórzy już od rana zacierali ręce na szybki i gładki przelot do Wolina. Jeden z kolegów nawet określił to mianem królewskiego przelotu. I faktycznie, gdy płynęliśmy Kanałem Piastowskim, mieliśmy bardzo sprzyjający i niezbyt mocny wiatr. Jednak coś zaczęło się łamać jeszcze przed startem. Duża część uczestników zdecydowanie zaspała i spóźniła się na start. Komisja sędziowska okazała się bardzo wyrozumiała i odroczyła o godzinę rozpoczęcie wyścigu, za co z resztą później usłyszała dużo cierpkich słów. Ja co prawda nic nie mówiłem, ale faktycznie, co prawda nikt nikomu nie broni biesiadowania do białego rana, ale na start wypadałoby stawić się punktualnie, tym bardziej, że warunki były sprzyjające. Były sprzyjające, ale to zaczęło się szybko zmieniać. Zmienił się i kierunek wiatru i jego siła. Trasa wyścigu, jak na ERT ustawiona ciekawie, trochę w dół Zalewu, trochę w górę i znowu w dół. Trochę pełnym wiatrem, trochę pod wiatr. A ten skubaniec rozkręcał się i rozkręcał. A my jak zwykle na pełnych żaglach. Jak się bawić to się bawić. Na pełniaku jazda jak na górskiej kolejce, pod wiatr ostry taniec z talią grota. Wypuszczanie i wybieranie. Już, już nas przygniata i chce obrócić, luzuję. Wstajemy i płyniemy, wybieram, ale tylko na moment. I tak raz za razem. Na pełniaku zyskiwaliśmy, na ostrych traciliśmy. No cóż, brak sprytnego refpatentu jeszcze raz dał znać o sobie. Pod każdym względem to był chyba najciekawszy etap 50 ERT. Nieźle się umęczyłem, ale to było coś. Na mecie okazało się, że zajęliśmy w naszej grupie trzecie miejsce, co pozwoliło nam przesunąć się też na trzecie w grupie w generalce. Tradycyjnie pierwszy był s/y Trzeci, a drugi s/y Whisky. Nudy!  No, chyba, że to my bylibyśmy tymi ciągłymi zwycięzcami. To zupełnie co innego.   


       W końcu docieramy do Wolina, a tam spore zmiany. Powstał nowy basen jachtowy, marina się rozrosła. Niestety nie został dokończony domek klubowy, jednak Wolinianie zrobili co można aby postój w ich marinie nie był zbytnio uciążliwy. Można powiedzieć, że byliśmy w marinie z widokiem na przyszłość, choć przyszłość bliżej nieokreśloną. Na tablicy budowlanej termin zakończenia prac to 31.05.2014, a tu już końcówka lipca tegoż 2014. Mimo wszystko widać, że miasto się zmienia. Nie tylko marina ale też budują się nowe kamieniczki, uporządkowano plac przy kościele p.w. św. Mikołaja, powstało nowe targowisko. Robi się coraz przyjemniej.   


       Czy trudno jest zupełnie nic nie robić? Gdzieś słyszałem, że bardzo trudno. A mi to nie sprawia trudności, przynajmniej w pewnym zakresie. Ale jak by to było na dłuższym dystansie? Rozmyślałem tak sobie leżąc w kokpicie, w czasie kolejnego niewyścigowego dnia. Zmiana trasy regat sprawiła, że w Wolinie mieliśmy kolejny dzień pasjonującego wyczekiwania na lepsze jutro. Była więc wizyta na targu, był spacer po mieście, była wizyta w kościele p.w. św. Mikołaja, który jak się okazuje ma długą i ciekawą historię. Najpierw pod patronatem zakonu Cysterek (od 1288 roku), od 1535 roku kościół został przejęty przez protestantów, po II wojnie światowej, zniszczony w 80 %, znowu powrócił do kościoła rzymsko-katolickiego.


       Drugie popołudnie w Wolinie to wreszcie powrót do pierwotnego programu regat, choć z miłym uzupełnieniem ze strony burmistrza Wolina, pana Eugeniusza Jasiewicza. W czasie popołudniowego spotkania z panem burmistrzem, okazało się, że gospodarz miasta wykazał się refleksem i w związku z tym, że ostatni etap kończył się w Wolinie, ufundował puchar za 50 miejsce na etapie do Wolina i dwie nagrody dla samotników. Bardzo to sympatyczne i z poczuciem humoru, tym bardziej, że nagrodzonymi okazali się dwaj nieco starsi dżentelmeni. Jeden z Polski, drugie z Niemiec.  Do tego, jak zwykle w Wolinie pyszna zupa, świetny chleb ze smalcem i kiszone ogórki. I tylko ten zespół ludowo-lokalny. Sympatyczni ludzie, doskonale bawiący się tym co robią, ale nie na tą imprezę. Były próby poderwania braci żeglarskiej do wspólnej zabawy, niestety bez powodzenia.


       Po części oficjalnej, tradycyjnie zaczęły się zajęcia w podgrupach. Koleżeństwo z Whisky zaproponowało grilla, co spotkało się z bardzo przychylnym przyjęciem zaproszonych załóg. Początkowo grill miał być ustawiony przy kei, w pobliżu naszych jachtów. Ktoś jednak wpadł na pomysł, że znacznie wygodniej będzie nam biesiadować przy stołach rozstawionych przy namiastce domku klubowego. Szybko więc zajęliśmy miejsca i znieśliśmy najróżniejsze smakowite wiktuały. Początkowe zadowolenie z niezwykłej zmyślności szybko jednak zaczęło ustępować, gdy wokół nas szybko zaczęło się zagęszczać. Okazało się, że organizatorzy właśnie w tym miejscu zaplanowali pogadankę o trymowaniu żagli a później koncert na skrzypcach w wykonaniu Henia Widery. Nastrój prysł jak bańka mydlana. Nasze miny zmieniły się jak u sześciolatka, który znajduje pod choinką zamiast wymarzonego smartfona, jakże praktyczne o tej porze roku, wełniane skarpetki.    
       W czwartek rano odbyła się jak zwykle odprawa. Niespodziankę była natomiast wizyta pana burmistrza, który przybył, aby jeszcze raz życzyć żeglarzom pomyślności i zaprosić ich do odwiedzania Wolina. Ładny gest.


       Sam wyścig z Wolina do nowego Warpna nie był specjalnie pasjonujący. Co prawda wiatr był dosyć silny, ale cały czas praktycznie jednym halsem. Najpierw poniosło nas gdzieś zbyt blisko południowego brzegu, co okazało się dużą pomyłką. Później, na ostatnim odcinku, nie chciało się nam stawiać spinakera, bo za krótki odcinek, w rezultacie klapa na mecie, siódme miejsce. Hippo przeliczył nas o dwie sekundy! Jeszcze większą porażkę w tym wyścigu poniósł „Trzeci”, który został sklasyfikowany na 9 miejscu. Wyścig wygrał Fragles przed Ermą. Chociaż na moment podniosło to temperaturę rywalizacji w naszej grupie.


      Kawalkada ok. stu jachtów bardzo dokładnie zapełniła marinę w Nowym Warpnie. Upychanie jachtów we wszystkie możliwe i niemożliwe sposoby przypominało deptanie kapusty. Wzdłuż, wszerz, w poprzek. Jak się komu udało. Ale to już taka tradycja w Nowym Warpnie. No a same miasto coraz piękniejsze. Zawsze należało do moich ulubionych na trasie Etapowych Regat Turystycznych, ale teraz jeszcze bardziej. Do tego można dodać miłe powitanie miejscowych włodarzy i fajny poczęstunek. Jednak, co najważniejsze, zmienia się i sama przystań za sprawą nowych dzierżawców. Raczej nigdy nie będzie to wielki port jachtowy, tym niemniej może to bardzo przytulna, z fajną atmosferą, marina dla tych co uciekają od zgiełku. Ludzie, odwiedzajcie Nowe Warpno!


       Klapa w wyścigu z Wolina do Nowego Warpna spowodowała, że do kolejnego etapu, kończącego się w Stepnicy, przygotowaliśmy się nieco staranniej. A wyścig był niesamowity. Początkowo wydawał się łatwy. Wiatr był słaby. Nic nie zapowiadało końcowych emocji. Tym czasem dobrze przemyślany i konsekwentnie realizowany plan, sprawił, że płynęliśmy bardzo dobrze. Kiedy przyszło do zmiany halsu, okazało się, że zrobiliśmy to w bardzo dobrym momencie. Wiatr zaczął wyraźnie się wzmagać. Duże jachty zdecydowanie przyśpieszyły. Mimo to w przejściu przy Chełminku byliśmy bardzo wysoko w klasyfikacji. Wiatr zaczął utrudniać mniejszym jachtom przejście na Roztokę. Nam udało się to zrobić bardzo sprawnie. Niestety warunki stawały się coraz bardziej sprzyjające dla wielkich. Zaczęli wyprzedzać nas jeden po drugim . Znowu zaczęło się ujeżdżanie Rudzika. Jak strasznie, ten niedługi przecież, dystans zaczął mi się dłużyć. Gdzie ta cholerna meta?! Wyprzedził nas Trzeci i kilka jachtów z innych grup. Wreszcie meta i niecierpliwe oczekiwanie na wyniki. Tym razem wyjątkowo długie, bo jachty rozpłynęły się po całym zalewie. Jak się później okazało, niektórzy zrezygnowali ze względu na warunki pogodowe,  z przepychania się między Chełminkiem i Wyspą Refulacyjną i od razu popłynęli do Trzebieży.   

   
       Czekając na wyniki, jednocześnie pakowałem się, gdyż dla mnie przedostatni etap regat był ostatnim. Ze Stepnicy odebrała mnie żonka. Krótka wizyta w domu. Przepakowanie torby i w drogę do Chorwacji. Następnego dnia miałem przejąć jacht w Splicie. Ale to już zupełnie inna historia.
       W końcu,  już byłem w Niemczech, przyszło potwierdzenie wyników etapu.  Wygraliśmy w naszej grupie! Trzeci co prawda wyprzedził nas przed metą, ale miał zbyt małą przewagę i zdołaliśmy go przeliczyć. Dzięki temu umocniliśmy się w generalce na trzecim miejscu.
       Bardzo żałowałem, że nie mogłem uczestniczyć w ostatnim etapie regat. No cóż, czasami tak bywa. Mimo, że byłem bardzo rozczarowany oprawą 50 ERT, to ja po prostu bardzo lubię tę imprezę. A oprawa? Była po prostu nędzna, absolutnie nie na miarę takiego jubileuszu. Choćby w porównaniu z ubiegłym rokiem, gdzie m.in. były trzy bardzo dobre koncerty: Quftry, Andrzej Korycki, Stary Szmugler. A w tym roku? Bez komentarza. Natomiast duże słowa uznania można wyrazić pod adresem głównego sędziego, Tomasza Paterkowskiego, który mimo różnych przeciwności losu, całkiem sprawnie to wszystko przeprowadził.    

       Znowu trzeba czekać cały rok na następne ERT. No dobra, poczekam i z wielką przyjemnością wezmę w nich udział. Byle tylko nie było kolizji terminów najważniejszych w naszym rejonie regat, bo z tym różnie bywa. A bardzo bym tego nie chciał, bo mam już zaproszenie na inną, bardzo ciekawą imprezę …. 

A Nowe Warpno wciąż piękniej.

wtorek, 15 lipca 2014

ZIELONE WZGÓRZA NAD SOLINĄ I SZERSZEŃ

      


       Jak to miło, gdy ktoś z przyjaciół kupuje sobie jacht. Cieszę się tym, prawie tak samo jakbym kupował swój własny. Stwarza to okazję do spędzenia czasu w miłym towarzystwie, robiąc to co się lubi. Więc gdy nadeszła taka wieść, to nic że z drugiego końca Polski, to szczerze się ucieszyłem. Romek kupił sobie Twistera 780, i jak to prawdziwy przyjaciel zaprosił mnie na pływanie. Trochę czasu minęło, gdy w końcu zapakowałem się, i nie tylko siebie, w Tourana i śmignąłem w Bieszczady. Tak, tak, Romkowy Szerszeń stacjonuje na Solinie. Coś tam słyszałem o tym akwenie, ale nie miałem do tej pory okazji sprawdzić osobiście jak tam jest. Z tym większą więc ciekawością tam jechałem.
       Zanim jednak dane nam było wejść na pokład Szerszenia, spędziliśmy kilkanaście nader przyjemnych godzin w Dobieszynie pod Krosnem u naszego zacnego gospodarza. Wszystko odbyło się zgodnie z dobrą staropolską tradycją, aż trudno było wstać od stołu. Pojawiło się nawet zagrożenie, że jacht będzie znacząco przeciążony.
       Przejazd z Krosna do Polańczyka, to nawet w dzień wolny od pracy, jest sporym wyzwaniem. Droga wąska, kręta i prowadząca przez nieskończoną ilość miejscowości. Do tego dzikie tłumy spragnionych wypoczynku w Bieszczadach. Patrząc zza szyb samochodu na te liczne nowowybudowane imponujące domostwa i na te w budowie, trzeba przyznać, że ten region naszego kraju wygląda bardzo przyzwoicie.   
       Polańczyk niczym się nie różni od innych typowo turystycznych miejscowości. Tysiące ludzi chodzących bez sensu we wszystkie strony, jakieś budy z pamiątkami, mnogość najróżniejszych sklepów, i koszmarna ilość reklamowych tablic, banerów itp. Jeden wielki zgiełk. A przy tym, mimo wszystko, klimat kurortu. Na szczęcie nie zatrzymujemy się na dłużej. Uzupełnimy jedynie zakupy w aptece i jedziemy dalej.
       Fajne klimaty zaczynają się już na drodze dojazdowej do promu wożącego na Wyspę Energetyków. Wąziutka,  kręta, gęsto porośnięta po obu stronach,  z dużym zainteresowaniem wychylamy głowy usiłując dostrzec odpowiednio wcześniej czy z naprzeciwka nie jedzie jakiś dżigit. Choć to oczywiście tylko nasze chciejstwo, bo gdyby naprawdę ktoś wyskoczyłby zza zakrętu z większa prędkością, to czasu na reakcję byłoby bardzo niewiele. Szybko jednak wyłania się przeprawa promowa. Jakoś nie ma do niej kolejki. Zdaje się, że dla żeglarzy to jeszcze nie jest zbyt zachęcająca pogoda. To może i lepiej, choć wyjątkowo zimne jak na końcówkę czerwca noce, mnie również nieco niepokoją. Na promie mieszczą się dwa samochody. Miejscowy Charon pobiera niewielką opłatę, niestety nie pozwolono mi zapłacić za swój przejazd, więc nie wiem ile ta opłata wynosi. Wiem jedynie, że dla osób trzymających jachty na wyspie ta opłata jest obniżona.


       Przystań na Wyspie Energetyków robi bardzo dobre wrażenie. Jest ładnie położona i wydaje się bardzo kameralna, akurat taka jakie lubię. Są nawet wydzielone dwa baseny do pływania. Ich stan jednak nie jest najlepszy. Nie wiem tylko czy to ze względu na ich stan nie było chętnych do kąpieli, czy też permanentny brak chętnych sprawił, że zostały one nieco zapuszczone. Prawdziwym jednak mankamentem tej przystani jest kompletny brak zaplecza sanitarnego. No cóż, w dzisiejszych czasach coś takiego dyskwalifikuje marinę. Tym bardziej jest to dziwne, że stacjonuje tu nawet niewielka flotylla jachtów czarterowych.
       W końcu wkraczamy na Szerszenia. Wgląda bardzo zachęcająco. Zgrabna sylwetka sugerująca niejakie aspiracje regatowe. Szerszeń to  Twister 780. Jego długość zawarta jest w nazwie. Długość linii wodnej 7,20m , szerokość 2,70m, zanurzenie bez miecza 0,35m, wypór 2200 kg, powierzchnia żagli 34 m2, duży i wygodny kokpit. Teoretycznie rejestrowany jest na 6 + 2 osoby załogi. Jednym słowem całkiem sympatyczna jednostka. Wyposażenie wnętrza zrobione pod indywidualne zamówienie, ponieważ skorupa była „uzbrajana” już na miejscu. Pewnie jeszcze z rok, może dwa będą moi przyjaciele dopracowywali szczegóły, ale pływać można zupełnie spokojnie.  Jakoś tam rozdzielamy kolej, ształujemy zaopatrzenie i jesteśmy gotowi do wypłynięcia.


       Niewiele brakowało bym dał na początek niezłe przedstawienie. Odpychając jacht od kei, jakoś źle stanąłem na jachcie i w rezultacie byłem bliski  wpadnięcia do wody. Ale obciach. Nigdy do tej pory coś takiego mi się nie zdarzyło. Jacht odpływa, a ja wiszę za burtą, uczepiony za relingi jedną nogą i jedną ręką. Spokojnie i bardzo wolno jakoś przeciągam się na pokład. Skończyło się tylko na drobnych zadrapaniach. Oj! Taki stary, a takie głupoty mu w głowie.   
       Wiatr nie jest zbyt mocny. Wieje najczęściej od fordewindu do połówki jednej i drugiej. Szybko zapoznaję się z tym z czego podobno znane jest Jezioro Solińskie, z niesamowitą zmiennością kierunku wiatru. Jak to mawiają żeglarze, wiatr kręci jak cholera. A właściwie to dla czego mówi się „kręci jak cholera”, a nie np. „jak Heinego-Medina?  Płyniemy dzisiaj na Chrewt, czyli do Zatoki Potoku Czarnego, czyli do jednego z najodleglejszych zakątków Jeziora Solińskiego.
        Jezioro Solińskie to zaporowy zbiornik wodny położony w przepięknej okolicy. Od pierwszych chwil pobytu można się w tym miejscu zakochać. Jest zupełnie inne od Jeziora Dąbskiego, na którym pływam na co dzień. Solińskie otoczone jest zalesionymi wzgórzami, Dąbskie leży na zupełnej równinie w obrębie Szczecina. Dąbskie ma powierzchnię 54 km2, a Solińskie 22 km2, a więc mniej niż połowę powierzchni Dąbskiego Ale to Solińskie ma zdecydowanie bardziej urozmaiconą linię brzegową, której długość dochodzi do150 km. No i głębokości, Dąbskie jest bardzo płytkie, o czym przekonał się już nie jeden żeglarz wbijając balast w dno. Oblicza się, że objętość Solińskiego wynosi 500 mln m3, a Dąbskiego ok 130 mln m3. Itd., itd. Wszystko jest inne, dwa różne światy. Popływamy zobaczymy.


       Nigdy nie złapałem bakcyla wędkowania. Zupełnie tego nie rozumiem i nie czuję, w związku z tym nic a nic się na tym nie znam. Tymczasem na Solinie aż się roi od wędkarzy. Na brzegu i nie tylko, aż gęsto. Pod koniec dnia dopłynęliśmy do Łokcia, tego w okolicach Chrewtu.  Tam również wędkarz przy wędkarzu. Jakież było moje zdziwienie, gdy nagle z brzegu usłyszałem jakieś krzyki i machanie rękami. O co chodzi? Moi koledzy poinformowali mnie, że chyba zahaczyliśmy o żyłkę. Tak daleko od brzegu? No dobra, szybko miecz i ster do góry. O.K. udało się. W życiu bym nie pomyślał, że żyłki wędkarzy mogą być tak daleko od brzegu. Znowu jakiś krzyk i wymachiwanie rękoma. O rety co to jest? Czyżbyśmy znowu coś ciągnęli? Powtarzamy operację z mieczem i sterem. Nic nie widać. Jednak krzyki z brzegu są dosyć agresywne. Opuszczamy miecz i ster i płyniemy dalej … bum i stoimy. Mielizna. Znowu miecz i ster do góry. Zawracamy, chyba nie w tę stronę mieliśmy płynąć. W tym czasie od brzegu odpłynęła łódka i kieruje się w naszą stronę. No to poczekamy, zobaczymy o co chodzi. Panowie, mocno już zaprawieni, wołają, że wciągnęliśmy im wędkę do wody. ??? Robi się sytuacja patowa. Staramy się zachować spokój ale panowie są coraz bardziej agresywni, a cena utraconego sprzętu z minuty na minutę rośnie. Dochodzi w końcu do 2500 zł. Filip próbuje załagodzić sprawę koniakiem i jakąś rekompensatą finansową, ale kwoty podawane przez panów są lekko szokujące. Jedyne co udaje nam się uzgodnić, to to, że jeśli panowie chcą, to najlepiej będzie jak zadzwonią po policję i ta niech rozstrzygnie spór. Jednak rozmowa, tego najbardziej agresywnego dżentelmena, z policją wyglądała jakoś dziwnie. Podobno policjanci stwierdzili, że nie przypłyną, bo jest za niski poziom wody i że wędkarze mają wziąć nasze dowody i nas spisać. Za niski dla motorówki? Oni mają nas spisać? Na takie dictum włączył się Kamil, który niczym doświadczony prawnik wyjaśnił panom, że nie mają najmniejszego prawa do podejmowania takich czynności. Tamci uznali, że mamy na pokładzie prawnika. Sytuacja była dosyć nieprzyjemna, ale ja z trudem powstrzymywałem się od śmiechu. Następnie nasz adwersarz stwierdził, że policjanci kazali abyśmy napisali oświadczenie o zniszczeniu sprzętu. Czy on na pewno rozmawiał z policją?  Sytuacja stawała się coraz bardziej groteskowa. W tym momencie, z innej łódki zaczęto wołać, że odnaleźli zaginioną wędkę. Jednak dla jej właściciela to nie był żaden argument, bo wędka która wpadła do wody, do niczego już się nie nadaje. O, ho, zdaje się, że z tym panem do żadnego porozumienia nie dojdziemy. To i my stajemy się bardziej nieprzejednani, choć cały czas staramy się zachować spokój. A nasz prawnik jest w swoim żywiole, rozwija się i rozwija. Był już bliski tworzenia nowych aktów prawnych. Panowie w końcu rezygnują, choć nie do końca. Robią nam zdjęcia i zapowiadają jakieś konsekwencje prawne. A my też robimy im i naszej porysowanej burcie zdjęcia, zapowiadając wystąpienie o odszkodowanie za porysowanie burty Szerszenia przez ich łódkę, której nie zabezpieczyli dobijając do nas. Sytuacja zupełnie irracjonalna, przecież ostatecznie nic się nie stało, tylko jakiś pieniacz musiał się dowartościować, ale niestety humor mi zepsuła.
       Opuszczamy tę część Jeziora Solińskiego bez żalu. Opływamy cypel Berestyszcze i wpływamy do Zatoki Potoku Czarnego. Rozglądamy się za miejscem na nocleg. Nie jest tu aż tak ładnie jak we wcześniejszych fragmentach jeziora, ale też nie jest źle. Już kilka łódek cumuje w okolicy przy brzegu, kilka stoi na kotwicy kilkadziesiąt metrów od brzegu. Znajdujemy bez trudu miejsce dla siebie. Miecz i ster znowu w górę i wjeżdżamy na brzeg. To jest fajne w jachtach mieczowych, że można je bez problemu wyciągnąć na brzeg. Oczywiście jakieś cumy również wiążemy. Pierwszy kontakt z brzegiem nie jest najprzyjemniejszy. To co wydawało się piękną piaszczystą plaż, okazuje się błotnistą mazią. To jednak w niczym nam nie przeszkadza. No, może poza tym, że jutro trzeba będzie zrobić wielkie mycie pokładu.

                
       Kiedy, jako tako sklarowaliśmy łódkę i ustawiliśmy namiocik można było zająć się ogniskiem i grillem. Powoli zapadał zmrok. Kiełbasa i boczek powoli się dopiekały. Jakieś tam trunki z dalekiej Szkocji przelewały się z naczynia do naczynia by za chwilę trafić niespodziewanie do czyjegoś gardła. Niebo od zachodu nabierało ciepłych barw. Nad ośrodkiem, gdzieś tam nad Chrewtem, unosiły się mgły po odkomarzaniu. Zrobiło się bardzo nastrojowo, mimo, że temperatura dosyć znacznie się obniżyła. Kto miał ochotę, mógł się dogrzać przy ognisku. Siedziałem sobie na jakiejś kłodzie i podziwiałem to co mnie otaczało. Zaraz mi się przypomniała piosenka „Zielone wzgórza nad Soliną” Wojciecha Gąsowskiego.
„Zielone wzgórza nad Soliną i zapomniany ścieżek ślad
Flotylle chmur znad lasów płyną, wędrowne ptaki goni wiatr
A dalej widzisz już horyzont, do nas z odległych wraca stron
I to już wieczór nad Soliną i cisza, która zna mój dom
Nad rzeką noc, w uliczce snu liczy ogniki gwiazd
Uśmiechnij się, na pewno wrócisz tu nie jeden raz
Zielone wzgórza nad Soliną okrywa szarym płaszczem zmrok
Nie żegnaj się, choć lato minie spotkamy się tu znów za rok.


        
Tak, tu naprawdę można stać się romantykiem.
       Romantyczny nastrój nieco zniknął gdy zaczęliśmy układać się do snu. Nam przypadła koja rufowa. Rany Julek, kto to wymyślił, aby w tej trumnie spały dwie osoby w poprzek. Co ten człowiek zażywał w czasie projektowania tej łódki. I w ogóle co to miało znaczyć te 6 + 2? Żeby wykazać się takim optymizmem, trzeba być pod wpływem wyjątkowo mocnych specyfików. Na szczęście nas było tylko sześcioro, więc pomijając tę nieszczęsną koję rufową, nie było tak źle. Mam dobry sen. Przykładem gdziekolwiek głowę do poduchy i śpię do rana. Wcisnąłem się więc w głąb dziury i zasnąłem. Musiałem jedynie uważać, aby przewracając się z boku na bok nie unosić za wysoko głowy i łokci, żeby się nie poobijać o „sufit”.


       Pobudka to zawsze jeden z bardziej dramatycznych momentów dnia. A im bardziej udany był wieczór, tym trudniejszy bywa ranek. Filip miał wrażenie, że w nocy ktoś usiadł mu na głowie. Okazało się, że był to jedynie „morderczy kac”. No i tak powoli i ze sporym trudem, udało nam się zacząć kolejny dzień. Na Chrewcie wybudowano nową restaurację, usadowioną na dosyć wysokim wzniesieniu tuż przy jeziorze. Perspektywa zobaczenia co to takiego wydała się wszystkim na tyle interesująca, że po pierwszym śniadaniu na jachcie, drugie śniadania postanowiliśmy zjeść właśnie tam. I znowu parkowanie na plaży. To jest faktycznie zabawne. Zdecydowanie mniej zabawne było podejście z plaży do restauracji, pod te całkiem strome podejście. Dla żeglarza jest to nie lada wyzwanie. Całymi dniami się siedzi, aż tu nagle trzeba wspinać się ze sto metrów pod niemal pionową górę. Kto to słyszał? 


Ale było warto. Ostoja Spokoju, bo tak się ów lokal nazywa, zrobiła na nas dobre wrażenie. Piękny, przestronny obiekt z bali. Z kapitalnymi widokami na jezioro. Jedzenie też przyzwoite. Trochę tam jeszcze czuć chłodem. Od razu widać, że jest to coś zupełnie nowego, jeszcze nie ma klimatu, ale jest warte polecenia. Przy okazji warto zauważyć, że jest to obiekt, którego budowę w znacznym stopniu dofinansowano z funduszy unijnych. I co ważniejsze, tabliczek z informacją o dofinansowaniu środkami unijnymi znajdziemy w okolicy więcej.   
       Kolejny nocleg zaplanowany był w marinie Krośnieńskiego Związku Żeglarskiego. Inaczej mówiąc znowu mieliśmy do przepłynięcia niemal całe jezioro. Poprzedniego dnia wydawało mi się, że zapoznałem się ze zmiennością wiatrów solińskich. Okazało się, że byłem w błędzie. Tego dnia to dopiero była zabawa. Nie tylko wszystkie możliwe kierunki, ale też i bardzo zróżnicowana siła. Od minimalnych podmuchów do całkiem rześkich szkwałów. Przy lekkich wiatrach Szerszeń pływa wprost majestatycznie. Prawie nie ma przechyłów. Sunie sobie lekko do przodu sztywno trzymając pion. Ale gdy tylko wiatr odpowiednio się wzmocnił, nasz twister kładł się ochoczo, bez żadnej gry wstępnej, dość głęboko na burtę. Tutaj praca talią grota ma zdecydowanie większe znaczenie niż na Rudziku. Ot taka drobna różnica w stosunku do jachtów balastowych, do których jestem przyzwyczajony.

  
       Przystań KZŻ to już zdecydowanie inny poziom, niż ta na Wyspie Energetyków. Woda i prąd na kei, sanitariaty, prysznice. Tylko zapomnieli w piecu napalić by noc była cieplejsza. Tak więc dla przeciętnego amatora żeglarstwa, warunki w zupełności wystarczające. Po sąsiedzku, tuż za płotem, w ośrodku Unitry można coś przekąsić. Nie omieszkaliśmy z tej możliwości skorzystać. Większość wycieczki zdecydowała się na pstrąga, ja, ponieważ nie lubię wydłubywania ości, zamówiłem karkówkę z grilla. Do tego naturalnie napój chmielowy. Jedzenie okazało się całkiem smaczne. Stoły w tawernie duże i solidne, przy których może zasiąść i 10 osób. I bardzo dobrze, bo sprzyja to dobrej biesiadzie. Można wtedy spotkać ludzi, którzy są tutejszymi legendami, lub choćby o nich porozmawiać. Jak w każdym miejscu i tu nie brakuje takich. Wręcz można by powiedzieć, że tych legend jest tu nieco więcej, wszak to Solina. Najpierw spotkaliśmy pana Andrzeja, człowieka, który na dobre związał swoje życie z Soliną bo wziął się za czarterowanie jachtów. Jest na miejscu cały czas, zna chyba wszystkich i odwrotnie. Nasi koledzy napomknęli coś o Moby Dicku, a pan Andrzej pokazał, że siedzi dwa stoły dalej w swoim charakterystycznym białym kapelusiku. Moby Dick, to nazwa jachtu Ryszarda Deręgowskiego, od którego wziął się jego pseudonim. Chwilę później Rysiek przysiadł się do nas. Już po kilku chwilach zorientowałem się, że można by z nim przesiedzieć całą noc słuchając solińskich opowieści. Inną powszechnie znaną osobą jest Abstynent. Ten pseudonim także pochodzi od nazwy łodzi. A może odwrotnie. Ale dla czego? Tego nie wie nikt. Wśród różnych opowieści, można m.in. dowiedzieć się, że żegluje z dziećmi z zespołem Dawna. No cóż zbyt krótko tam byliśmy by mocniej wniknąć w tamtejsze środowisko. Ale jak widać warto, bo jak wszędzie nie brakuje tam ciekawych ludzi. A w tle cały czas słychać było jakiś duet strasznie się męczący przygrywaniem do kolacji. No i co? „Zielone wzgórza nad Soliną” też były. Kilka par próbowało nawet tańczyć.


       Śniadanie w marinie KZŻ było bardzo przyjemne, bo na jachcie i przy całkiem znośnej pogodzie. Ale też dodatkowo było przyjemnie bo większość kręcących się po kei ludzi wzajemnie się pozdrawiała, większość się znała. Ogólnie mało czerwcowa pogoda sprawiła, że byli sami swoi. Turystów jak na lekarstwo. No chyba, że jacyś szaleńcy ze Szczecina.
       Plan na trzeci dzień żeglowania po Solinie to odwiedzenie głównej atrakcji, czyli zapory. Pogoda dalej jednak niepewna. Nawet trochę popadało. Nie było jednak czasu na rozczulanie się nad sobą. Po południu mamy się już pakować i wracać do Dobieszyna.
       Z przystani KZŻ do Przystani Wodnej Komandor gdzie zamierzaliśmy zostawić łódkę na czas zwiedzania zapory jest przysłowiowy rzut beretem. Przy przystani Komandor jest miejsce może na pięć jachtów, ale zapewne za sprawą pogody, gdy tam dopłynęliśmy, byliśmy pierwsi. Po chwili dopłynął jeszcze jeden jacht i to wszystko. Bardzo miło, ale wystarczyło przejść kilkadziesiąt metrów i wejść do Jawora i świat się odmienił. Prawdziwy odpust. Tłum ludzi, dziesiątki, a może setki straganów, knajpa przy knajpie, mnogość kolorowych reklam. Skąd ci ludzie się tu wzięli? Akurat była wczesna pora obiadowa więc za poleceniem Romka wstąpiliśmy do jednej z knajpek o nietuzinkowej nazwie Sztygarka Hetmańska (cokolwiek to znaczy). Choć z zewnątrz tego nie widać, jest to cały kombinat gastronomiczno-rozrywkowy. Na szczęście cześć restauracyjna jest tak wydzielona i zaaranżowana, że sprawia wrażenie dosyć przytulnej. Najważniejsze jednak, że serwowane tam jedzenie jest bardzo przyzwoite.


       Po wyjściu ze Sztygarki Hetmańskiej okazało się, że nie doceniłem wielkości tego pstrokatego jarmarku. W końcu jednak udało nam się dotrzeć do zapory. Niesamowita konstrukcja. Została zbudowana w latach 1960 – 1968. Ale pierwszy projekt budowy zapory wodnej opracował profesor Karol Pomianowski już w 1921 roku. Tama solińska ma 664 m długości i 82 metry wysokości. To największa budowla hydrotechniczna w Polsce. Wewnątrz zapory na czterech poziomach biegną galerie komunikacyjno-kontrolne o łącznej długości blisko 2,1 km. Zaporę można zwiedzać od wewnątrz. Niestety okazało się, że udział w takich wycieczkach trzeba sobie rezerwować ze sporym wyprzedzeniem, bo chętnych na nie jest bardzo wielu. Jakby ktoś był zainteresowany, to warto najpierw zadzwonić na numer 13 492 12 75 i sobie zarezerwować miejsce.

  
       Spacerując po koronie zapory zrozumiałem, a właściwie zobaczyłem, co przyciąga te tłumy wędkarzy. Przy samej zaporze, tuż pod powierzchnią wody, pływały „taaaakie ryby”. Nawet na niewędkarzu robi to niesamowite wrażenie. Zła wiadomość jest taka, że jest wyznaczony pas 500 metrowy zakazu wędkowania przy zaporze. Zawsze jednak można liczyć, że któryś z tych wielkich okazów wypłynie przez nieuwagę gdzieś dalej i da się złapać. 
      Wracamy. Do przystani na Wyspie Energetyków jest niedaleko. Czas na krótkie podsumowanie. Jezioro Solińskie jest po prostu pięknie położone. Można bez końca delektować się krajobrazami. Wieczorne ognisko na brzegu, to coś kapitalnego. Ale dla żeglarza ważne są też inne czynniki. Najważniejszy z nich to wiatr. Tutaj, jak szalony gna on za swoim ogonem i nigdy nie wiadomo, z której strony za chwilę zawieje. Jeżeli komuś marzy się żeglowanie w siną dal, to na pewno nie tutaj. Właśnie dla tego, choć bardzo mi się Solina podoba i chętnie tam wrócę niejeden raz, ale to z zupełnie innych powodów, to od strony czysto żeglarskiej wolę Jezioro Dąbskie, nie mówiąc już o większych akwenach. 


       Twister 780, czyli Romkowy Szerszeń, to bardzo przyzwoity jacht. Pewnie chłopaki jeszcze przez jakiś czas będą go dostrajać pod swoje upodobania. W miarę zdobywania doświadczeń coś tam będą zmieniać. Oczywiście w warunkach Jeziora Solińskiego bardzo przydatny jest podnoszono miecz i ster dzięki czemu można do woli korzystać z uroków cumowania przy brzegu, siedzenia wieczorami przy ognisku i cieszenia się widokiem wzgórz nad Soliną. Co do projektu wnętrza, to faktycznie kogoś strasznie poniosło. Jest to jacht dla pięciu osób i tyle. 

       Z rozmyślań wyrwał mnie widok szybko zbliżającej się przystani na Wyspie Energetyków. Szybkie porządki na jachcie. Kilka słów zamienionych z sympatycznym  bosmanem. Okazało się, że kiedyś, dawno temu żeglował po Dąbskim, dużym płaskim jeziorze. Jednak jakiś diabełek przekory we mnie siedzi i już chciałem powiedzieć, że przecież wszystkie jeziora są płaskie, ale się powstrzymałem. Przecież doskonale wiedziałem o co mu chodzi i że ma rację. Zaniosłem rzeczy do samochodu, którego karoseria, przez te trzy dni pokryła się bardzo grubą warstwą różnych lepkich cieczy spadających z okolicznych drzew, ptasich odchodów i różnych śmieci, które do tego się poprzyklejały. No cóż, środowisko naturalne. Kończymy pakowanie i ruszamy ku gościnnym dobieszyńskim progom, gdzie już czeka stół uginający się od smakołyków i gdzie można w czystej łazience, pod prysznicem z cieplutką wodą spłukać z siebie dorobek ostatnich trzech dni.


Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...