sobota, 15 czerwca 2013

Podróż śladami Jamesa Bonda - Siena

San Galgano
       
Gdy w niedzielę rano otworzyłem oczy i wyjrzałem prze okno, od razu byłem w świetnym nastroju. Jestem w Toskanii, za oknem mam piękny pejzaż, świeci słońce. To nic, że na zewnątrz nie jest zbyt ciepło, a w pokoju wręcz zimno jak w psiarni. Ogrzewanie ma jakieś kaprysy i po paru minutach pracy całkowicie się wyłącza i bez kuksańca samo nie ruszy.
       Przed domem spotykałem właściciela, ma na imię Bruno. Zna tylko jeden język: włoski. Ja niestety tego języka nie znam. Mimo wszystko udaje nam się jakoś porozumieć. Co to znaczy mieć dobre chęci, dzieją się wtedy rzeczy niemożliwe. Bruno zainteresował się naszymi planami na najbliższy tydzień. Kiedy dowiedział się, że właśnie na dzisiaj mamy zaplanowane zwiedzanie Sieny, zaproponowała żebyśmy nie jechali superstrada, tylko boczną drogą nr 73 i przy okazji odwiedzili również Monticiano i San Galgano. Czemu nie. Czy gdzieś nam się spieszy? Z resztą San Galgano i tak miałem w planie, tyle, że w nieco innej konfiguracji.


       Do Monticiano trafiamy bez problemów, w końcu wystarczyło tylko jechać wskazaną drogą. Jest niedzielne przedpołudnie, ładny, słoneczny dzień, choć temperatura, jak to w Toskanii, niezbyt wysoka, raptem 16 stopni. Pierwsze wrażenie? Cisza i spokój, które wprost zatrzymują człowieka. Ruchy same się spowalniają. Mam wrażenie jakbyśmy weszli przez ekran kinowy do jakiegoś starego włoskiego filmu o włoskiej prowincji. Wychodzimy na starusieńką 500-tkę. Niewielu ludzi, parę osób w knajpce popija kawę. Rozglądamy się dokoła, chłoniemy pierwsze doznania. 


       To bardzo małe miasto, około 1500 mieszkańców. Ale historię ma i owszem, całkiem długą. Pierwsze zapiski o tym mieście pochodzą z 1189 roku. Przy ryneczku natrafiamy na pomnik poświęcony jakimś wydarzeniom z okresu I wojny światowej, niestety niewiele udaje mi się zrozumieć z napisów na nim umieszczonych. Kawałek dalej chluba miasteczka, Chiesa dei Santi Giusto e Clemente, czyli kościół z epoki romańskiej. Wchodzimy w typowo włoskie wąskie uliczki. Jak w filmie. I te prania suszące się na sznurkach. I te ozdóbki przy drzwiach.  Tak. Ten klimat mi odpowiada.
     

       Całe szczęście, że przed wyjazdem kupiłem sobie do mojego Nikona D300 obiektyw szerokokątny Nikkor 18-35 mm f/3,5-4,5. Co prawda nie jest to topowy model Nikkora, ale w tych ciasnych zaułkach przydaje się niesamowicie. Kończymy rundkę po mieście. Wracamy do lokaliku, który wypatrzyliśmy na początku, z resztą, chyba jedyny czynny o tej porze, aby napić się kawy i zjeść coś słodkiego. Cały personel lokalu to jeden pan, który obsługiwał właśnie cztery włoszki kupujące wino. Jedna niezdecydowana kobieta na zakupach to już tragedia, a co powiedzieć o czterech? Po dłuższym, bardzo długim, bliżej nieokreślonym czasie oczekiwania, kiedy to pan nie odezwał się do nas nawet słowem, poddaliśmy się i postanowiliśmy napić się kawy na następnym przystanku.


       Następny przystanek to San Galgano. Nieco trzeba było zboczyć z drogi nr 73, ale nie było żadnych problemów z odnalezieniem, dojazd jest bardzo dobrze oznakowany, na miejscu duży parking, a miejsce docelowe, opactwo Cystersów widoczne z daleka. Budowla wybudowana przez cysterskich mnichów na cześć św. Galgano, jest naprawdę imponująca. I prowadzi do niej, a jakże, cedrowa aleja. Część obiektu funkcjonuje jako niewielkie muzeum. Zasadnicza część nie posiada zadaszenia, co czyni ją jeszcze bardziej niesamowitą. I te strzeliste kolumny, a każda zwieńczona inną główką. Budowla wprawia w zdumienie. Mimo, że tu t tam kręci się parę osób, to nie przeszkadza, by na chwilę się zatrzymać i zadumać. Zabawnie to wygląda, bo większość ludzi chodzi z wysoko zadartą głową i wpatruje się w sufit, którego nie ma.


       W pobliżu opactwa, oddalona raptem 200, znajduje się bardzo ciekawa pustelnia. To XII wieczna rotunda niesamowitą kopułą pozbawioną żeber. Została zbudowana aby pochować ciało Galgano Guidottiego, który najpierw był rycerzem, a później poświęcił się sprawom duchowym. W środku rotundy jest spory głaz a w nim wbity miecz. To właśnie Galgano, gdy podjął decyzję o zerwaniu ze świeckim życiem, wbił swój miecz w ten głaz. Budowla jest zupełnie niezwykła, odnajdujemy w niej kawał historii Italii, od Etrusków, przez rzymian, po klasycyzm i renesans, no i ta hipnotyzująca kopuła. Wszystko zrobione jest dokładnie tak by sprzyjało kontemplacji. Wychodzę na zewnątrz wyciszony, pełen myśli o wiekach minionych, a tu słyszę ryk potężnych silników. Na placyku, tuż przed rotundą, stała pani stęplująca karty uczestników jakiegoś rajdu turystycznego i co chwilę podjeżdżała jakaś sportowa bryka albo wielki motor. W ułamku sekundy wracamy, chcąc nie chcąc, do XXI wieku.


       Ale teraz, to już na pewno musimy napić się kawy i jeść coś słodkiego. Idziemy do położonego nieopodal lokaliku. Po drodze mijamy parę prezentującą kilka sów. Każda innego gatunku, a wszystkie na sznurkach. Jeden z ptaków jest szczególnie dobrze wytresowany i za parę euro można sobie zrobić z nim zdjęcie. Bardzo przykry widok. Nie godzę się z takim traktowaniem zwierząt. Piękne ptaki, ale nie robię im żadnych zdjęć, to taki mój cichy protest. Idziemy do kafejki.
       Pijąc kawę w nieco polowych warunkach zastanawiałem się nad dwoma sprawami. Po pierwsze, czy jest możliwe, aby trafić we Włoszech na niedobrą kawę. Piłem kawę w tym kraju w różnych miejscach, ale nieodmiennie, zawsze, ten napój jest tu co najmniej bardzo dobry. Pewnie, gdybym jednak trafił na taką niedobrą kawę, byłbym bardzo zdziwiony. Druga sprawa, o której tam rozmyślałem też dotyczyła kawy, a konkretnie jej ceny. Czy to góry, czy Mediolan, czy jakaś stacja paliwowa, czy San Galgano, espresso wszędzie kosztuje 1 – 1,3 euro. Piękny kraj.

W drodze do Sieny - w Toskanii co kawałek trafia się na jakieś starożytności.
       Posileni strawą duchową i materialną ruszamy na podbój Sieny. To zupełnie inny świat. Wszędzie pełno ludzi, wszędzie gwar. O rany, przecież to jeszcze nie sezon. Co tu musi się dziać w pełni sezonu? To musi być prawdziwy kataklizm.


       Siena to całkiem spore miasto. Miasto i gmina Siena liczą sobie ok 54 500 mieszkańców. Chodząc po ulicach Sieny ma się wrażenie, że jest ich kilkakrotnie więcej. Przede wszystkim jednak, w tym mieście doskonale odczuwa się bogactwo materialne i duchowe tego kraju. Można by spędzić tu dwa, może trzy dni, wypełnione po brzegi ciekawymi wrażeniami. Nie, nie będziemy biegać, byle tylko zaliczyć jak najwięcej. Decydujemy się zobaczyć tylko kilka miejsc, ale bez pośpiechu. Zaczynamy od Piazza del Campo i mieszczącego się przy nim Palazzo Pubblico. Już sam budynek jest imponujący, a jak się wejdzie do środka to można doznać oczopląsu od wspaniałości dzieł sztuki, które się w nim znajdują. No cóż, był nawet taki okres w historii, gdy Siena konkurowała z Florencją.


       Przy Palazzo Pubblico znajduje się Torre Mangia, wspaniała wieża, górująca nad całym miastem. Ponieważ wieże ratuszowe często miały odzwierciedlać prestiż władz lokalnych, to starano się by były one jak najwyższe. Torre Mangia  razem ze zwieńczeniem mierzy sobie 102 m. Gdy wreszcie wdrapałem się na najwyżej położony taras i rozejrzałem się dokoła, przyszło mi do głowy, że niezwykłe zbiory zgromadzone w Museo Civico znajdującym się w Palazzo Pubblico ze względu na swoje bogactwo są nie do zapamiętania po jednorazowej wizycie, ale widok z Torre Mangia jest nie do zapomnienia.


       Z wieży mieliśmy doskonały widok na Piazza del Campo, rynek w kształcie muszli. W 1347 r wybrukowano środkową część rynku i podzielono ją liniami na dziewięć części, symbolizującymi Radę Dziewięciu, najwyższy urząd w republice sieneńskiej. Do dzisiaj, dwa razy do roku odbywają się na Campo szalone wyścigi konne. A może ktoś pamięta Quantum of Solace? Akacja dzieje się jednocześnie w tajemniczych podziemiach i … właśnie na Piazza del Campo. W podziemiach M przesłuchuje złoczyńcę, który w pewnym momencie zostaje oswobodzony przez przekupionych pracowników MI6 a M zostaje postrzelona. Złoczyńca ucieka, a w pogoń za nim rusza Bond, James Bond. Równocześnie u góry rozgrywa się szalona gonitwa Palio, ku uciesze licznie zgromadzonej publiczności. W pewnym momencie wyścig przenosi się na plac, a później na niezwykła sieneńskie dachy. Akcje obu wydarzę rozgrywają się w niesamowitym tempie. Uff, aż aż zawrotu głowy można dostać.  
       Po zejściu na dół, przysiedliśmy w kafejce, nieopodal Fonte Gaia, by podelektować się widokiem placu od dołu. Sienna, a Piazza del Campo, to świat przystosowany pod turystów. Nic więc dziwnego, że ceny w kafejce były też odpowiednio wyższy niż gdzie indziej, ale koniecznie trzeba tu przysiąść i napawać się tym niezwykłym widokiem.
       Kolejny punkt programu to oczywiście katedra. Niezwykła katedra w biało-czarne pasy. Przyglądając się rzeźbom zdobiącym budowle, wspaniałym mozaikom, trudno nie wpaść w zachwyt. A co by było, gdyby bieg dziejów nie zniweczył szalonych planów rozbudowy katedry?


       Historycznie rzecz biorąc Siena składała się z trzech dzielnic usadowionych na trzech wzgórzach: di Citta, di Camollia i di San Martino. Te z kolei dzieliły się na poddzielnice(contrade), których razem było 59. Do naszych czasów przetrwało 17. Na czele każdej z nich stoi capitano, urzędnik posiadający władzę administracyjną i sądowniczą. Każda z contrade posiada własny herb. To właśnie contrade wystawiają swojego jeźdźca i konia do słynnego wyścigu na Piazza del Campo. Od jakiegoś czasu ograniczono liczbę uczestników wyścigu do 10, dla tego w każdej kolejnej gonitwie jest inny skład.


       Kiedy już wycofywaliśmy się z Piazza del Duomo aby wracać do smochodu najpierw usłyszeliśmy bębniarzy, którzy wygrywali kapitalne rytmy na swoich instrumentach. Zaciekawieni, zaczęliśmy podążać w kierunku skąd pochodziły dźwięki, usłyszeliśmy trębaczy. Przyspieszyliśmy kroku i wyszliśmy na barwny pochód prowadzony właśnie przez bębniarzy ubranych w historyczne stroje. Za nimi ludzie podobnie przyodziani. Dalej faceci wymachujący chorągwiami i trębacze. Co pewien czas bębniarze przestawali grać, grali tylko trębacze, a cały tłum w pochodzie zaczynał śpiewać jakieś pieśni, które jak nie trudno było zauważyć, były im doskonale znane. Śpiewali, ale jak śpiewali, aż ciarki po plecach przechodziły. Dołączyliśmy do pochodu i poszliśmy z nimi. Po symbolice chorągwi oraz oznakowaniu na budynkach, szybko zorientowaliśmy się, że jesteśmy w dzielnicy smoka a ci ludzie są mieszkańcami tej dzielnicy. Pochód zakończył się na placu przed ratuszem tej dzielnicy. Ale odjazd! Po takich wrażeniach mogliśmy już wracać do naszego zameczku.


Jeszcze jedno spojrzenie na Sienę.

środa, 12 czerwca 2013

TOSKANIA - GRADOBICIE NA POWITANIE




       Każdy ma jakieś marzenia. Niektórzy mają ich wiele, przynajmniej po jednym w każdej dziedzinie życia, czasami więcej. Nie da się bez nich żyć. Jednak najfajniejszy jest ten moment, gdy przystępujemy do realizacji swoich marzeń i stopniowo, a czasami gwałtownie, przybierają one realne kształty. Niekiedy pojawiają się wątpliwości, obawy, strach. Tak wiele po realizacji naszych marzeń oczekujemy, a jeśli się okaże, że nie jest tak, jak się tego spodziewaliśmy? Co będzie jeśli spotka nas rozczarowanie?  Może, więc, niech marzenia pozostaną marzeniami, nie ryzykujmy, skoro są takie piękne? Nie. Ja raczej nie mam takich wątpliwości, jeśli o czymś marzę, to bardzo chcę spełnienia tych marzeń. Kiedy wreszcie mi się to udaje, czuję się znakomicie, bez względu na to, czy chodziło o coś poważnego, czy tylko o jakiś miły drobiazg.
        Realizując swoje podróżnicze pasje, też staram się realizować jakieś marzenia. Wtedy jest szczególnie przyjemnie. W ostatnich dniach maja, wybrałem się właśnie na taką wycieczkę, będącą realizacja marzenia o zobaczeniu tak mocno wychwalanej Toskanii. Wiele się o niej nasłuchałem, i zawsze były to bardzo pochlebne opinie. Podobno koniec maja, początek czerwca to doskonały moment na taką eskapadę. Na etapie przygotowań spotkało mnie rozczarowanie, którego smak niestety już dobrze znam. W tydzień na pewno nie da się ani zobaczyć całej Toskanii, ani, tym bardziej jej poznać. To jest całkiem spory region, z wprost niesłychanym nagromadzeniem ciekawych miejsc. To prawie 23 000 km2 powierzchni, 3,5 mln mieszkańców. To tak znane miasta jak Florencja (stolica regionu), Livorno, Pisa, Siena, Arezzo, Pistoia i wiele innych. To także archipelag toskański z Elbą na czele. Np. z Pistoi do Grosseto odległość wynosi 174 km. No dobrze, ograniczymy się tylko do południowej części regionu. Nie, nie, tego też nie da się zrobić. No dobrze, to pojedziemy na tydzień i będziemy chłonąć co się da!!!
       Ze Szczecina do Roccastrada, gdzie wynajęliśmy sobie lokum jest nieco ponad 1500 km. Nie będziemy się więc katować jazdą całej trasy w jeden dzień, tylko, tradycyjnie przy takich odległościach, rozłożymy na dwa etapy. Jako punkt pośredni wybieramy miasto Steinach am Brenner ze względu na jego dobrą, z naszego punktu widzenia, odległość od Szczecina oraz atrakcyjną cenę hotelu, który znaleźliśmy w tym mieście. Argumentacja raczej taka sobie, ale puki co musiała wystarczyć. O miasteczku nic nie wiemy, poza tym, że leży tuż przed słynną przełęczą Brenner. Nic nie szkodzi.



       Jazda po niemieckich autostradach minęła nam szybko, udało nam się nie utknąć w żadnym korku. Jedynie pogoda nas nieco niepokoiła. Wszak to późna wiosna, a tu raptem kilka stopni ciepła. Co chwilę coś popaduje. Drzewa rosnące trochę wyżej w górach jakieś takie białe, jakby przyprószone cukrem pudrem, Austriacy lubią przecież takie słodkie widoczki. Tak czy siak, docieramy do Hotelu Post. Z zewnątrz nic specjalnego. Obsługa okazuje się zupełnie sympatyczna, właścicielka była nawet niedawno w Szczecinie będąc na wczasach w Niemczech na wyspie Uznam. Robi się bardzo ciepła atmosfera. Pani zaprasza nas wieczorem na do restauracji na małą potańcówkę przy lokalnej muzyce. To może być nawet interesujące.
       Najpierw, jednak, wybieramy się na spacer po mieście. Nie jest to wielka metropolia, 3360 mieszkańców, ale jak dla mnie nieźle. Od pierwszych kroków czuć tu niezwykły spokój. Jeśli ktoś lubi pławić się w wielkomiejskim gwarze, to nie jest to miejsce dla niego. Jak na tak niewielkie miasteczko jest tu sporo hoteli, jest serwis narciarski. Można się domyślać, że Steinach, może stanowić bazę wypadową w pobliskie góry. Idąc ulicą podziwiamy wszystko to, czego spodziewaliśmy się po małym austriackim miasteczku. Jest schludnie, przytulnie i kolorowo. Ale niemal dosłownie nad miastem góruje gigantyczny wiadukt autostrady A 13. Sprawia to niezmiernie dziwne wrażenie. Jakbyśmy siedzieli w maleńkim, przytulnym, dziecięcym pokoju pełnym najróżniejszych kolorowych zabawek i przez dziurkę od klucza obserwowali jakiś straszny świat gigantów. Tu jest cieplutko i bezpiecznie, a tam wiruje ogromny, oszalały świat. Wprowadza to jakiś niepokój. Idąc dalej trafiamy na cmentarz. Tu też wszystko jest uporządkowane i wypielęgnowane. Chciało by się zawołać: aż pachnie świeżością! Ale to cmentarz. Naszą uwagę przyciąga bardzo duża ilość metaloplastyki na grobach. Wszystkie elementy wykonane bardzo starannie, wręcz z wielkim kunsztem. Na niektórych grobach ozdoby mają związek z tym, czym zmarły zajmował się za życia. Spoglądam w zadumie na groby, a w tle widzę ten wielki wiadukt z pędzącymi samochodami. Czy to zestawienie nie jest symboliczne?  


       Pogoda jakoś nie chce się poprawić. Powoli wracamy do hotelu. Po otwarciu drzwi natychmiast orientujemy się, że zapowiadana imprez się już rozpoczęła. Większość uczestników to osoby  będące już w drugiej połowie życia. Część z nich ubrana jest w tradycyjne stroje. Muzyka, grana przez kilka osób, też naturalnie bardzo tradycyjna. Zainteresowało nas to wydarzenie, więc zamówiliśmy coś ciepłego do picia i zajęliśmy ostatni wolny stolik. To było niezłe, i ta muzyka i te tańce. Po jakimś czasie moja żoneczka też nabrała ochoty na pląsy. Niestety, ja nie odważyłem się na naśladowanie, poruszających się  z gracją Austriaków. Dziewczyny, zaczęły więc zabawę same, beze mnie. Z resztą, wśród gospodarzy też było wiele par damsko-damskich. Mężczyźni jak widać, to raczej towar deficytowy. Znajomej, która tańczyła z moją żonką, te podrygi nie bardzo wychodziły, więc jedna z miejscowych pań się ulitowała i udzieliła kilku lekcji o co w tym tańcu chodzi. Bo ten taniec to takie dziwne połączenie sztywności i miękkości. Korpus pozostaje niemal cały czas, zupełnie prosty, jakby tancerz połknął kij od szczotki. Z drugiej jednak strony, kroki, które wykonują są bardzo miękkie i eleganckie. Kiedy pomyślałem sobie, że mamy sporo szczęścia trafiając na taki fajny, ciekawy wieczór, akurat taki, jak powinien być na rozpoczęcie urlopu, do hotelowego holu wtłoczyła się spora grupa turystów z … Szanghaju! Ale historia. Oni też byli nieco zaskoczeni widząc tę potańcówkę. Natychmiast powyciągali aparaty fotograficzne i zaczęli strzelać fotki. Po krótkiej chwili udali się jednak na spoczynek, ale nie wszyscy. Kilka osób zostało. A jedna włączyła się nawet do zabawy. To dopiero egzotyka: dama z Szanghaju usiłująca tańczyć austriackie ludowe tańce. Świat może być naprawdę piękny, gdyby tylko co chwilę jakiś nawiedzony kacyk nie próbował mieszać ludziom w głowach.
       W sobotni poranek wyruszmy nieśpiesznie w dalszą drogę. Pozostało nam ok 600 km, głównie autostradami, nie ma więc powodu do pośpiechu. Pogoda co prawda wciąż pod zdechłym Azorem, mimo to za oknami samochodu widać fantastyczne góry i poprzyklejane do nich zamki, kościoły, czy po prostu jakieś domy. Naszej dzielnej załodze udziela się fotograficzne szaleństwo. Wszystko dookoła robi takie niesamowite wrażenie, że zupełnie nie ma znaczenia, że te zdjęcia, robione przez szybę samochodu, przy wciąż padającym deszczu, nie będą zapewne należały do specjalnie udanych.



       Po przekroczeniu granicy, góry ciągną się znacznie dalej niż się tego spodziewaliśmy. Dzięki temu podróż jest jeszcze przyjemniejsza. Włoskie autostrady są całkiem przyzwoite. Momentami wzrasta znacząco natężenie ruchu, ale podobnie, jak poprzedniego dnia płynnie posuwamy się do przodu. Miłe zaskoczenie spotyka mnie przy bramkach wyjazdowych z autostrady. Za przejechanie ok 450 km płacimy 32 euro. To wcale nie jest drożej niż w Polsce. Wiem, wiem, w Niemczech nie płaci się nic, a w Austrii 9 euro za 10 dni, ale po tych wszystkich opowieściach jakie słyszałem wcześnie, te 32 euro wydały mi się całkiem umiarkowaną opłatą. A może to nasze autostrady są tak drogie, że żadne inne nie są w stanie nas zaskoczyć?
       W dokumentacji, którą dostaliśmy z firmy Interchalet, pośredniczącej z wynajęciu naszego mieszkanka w Roccastrada, Dowiedzieliśmy się, że bardzo użyteczne będzie posłużenie się współrzędnymi geograficznymi przy ustawianiu nawigacji. W pierwszej chwili nawet nie zwróciłem uwagi na to zdanie, nie bardzo wiedziałem o co może chodzić. Dopiero po dotarciu „na miejsce”, gdzie to nawigacja uparcie chciała nas wysadzić gdzieś w polu, w okolicach niewielkiego mostku, zrozumiałem, że jest tu jakiś hak. Czyżby ktoś zrobił nas w konia i wynajął nam miejsce pod mostem? Owszem, ze zdjęć zamieszczonych w internecie wynikało, że będziemy mieszkać poza miastem, ale na tych zdjęciach był, całkiem interesująco zapowiadający się budynek. Zacząłem jeszcze raz wczytywać się w opis dojazdu. Już wiadomo, że nawigacja nigdzie nas nie doprowadzi. Ale zarówno ze wskazań nawigacji, jak i z opisu wynikało, że jesteśmy blisko celu. Wypatrzyłem w polu jakieś domostwo. Niestety to nie to. Ludzie, których tam spotkałem, nie mówili ani słowa po angielsku. Gdy pokazałem im kartkę z adresem, też nie od razu skojarzyli o co chodzi. W końcu jednak pokazali mi w którym kierunku należy jechać, tyle, że nie było tam żadnej drogi. Mając jednak wskazówkę od tych ludzi i wskazówki z Interchalet, mniej więcej wiedziałem czego szukam. Skręciliśmy w jakąś boczną, wyboistą drogę wśród gęstych drzew. Nasza nawigacja nie miała zielonego pojęcia o jej istnieniu. Powolutku, powolutku i w końcu naszym oczom ukazał się widok, który pamiętaliśmy ze zdjęć w internecie. Byliśmy na miejscu. Szybko wcisnąłem w nawigacji przycisk „oznacz miejsce”, aby w następnych dniach mieć precyzyjnie zaznaczone, gdzie mamy dojechać.
       Powitała nas dama w naszym wieku w towarzystwie młodego człowieka, jak się okazało jej syna. Pani rozmawiała tylko po włosku. Młodzian co nieco po angielsku. Tak czy owak jakoś się porozumieliśmy. Zostaliśmy oprowadzeni po mieszkaniu, które było częścią XIII wiecznego zameczku. Spisaliśmy licznik gazowy, pani przyjęła kaucję, mogliśmy zaczynać nasze wakacje w słoneczne Toskanii, w czasie najpiękniejszej pory roku. Wjechałem z parkingu na niewielki dziedziniec abyśmy nie musieli zbyt daleko nosić bagaży (niecałe 20 m – strasznie daleko). W tym czasie nadciągnęła wielka czarna chmura. Jeszcze nie rozpakowaliśmy naszych bagaży, gdy najpierw zaczęło padać, potem lać i wiać, a w końcu przyszło solidne gradobicie.



       Po rozlokowaniu się i zaspokojeniu głodu, wreszcie mogliśmy spokojnie rozejrzeć się po naszym zameczku. Oprócz nas, było tylko jeszcze jedne małżeństwo z Niemiec. 



       Tak, to był ten obiekt o którego chcieliśmy przyjechać i na żywo był równie urokliwy jak na zdjęciach. Cudne miejsce. Zameczek na szczycie wzniesienia. Otoczony bujną roślinnością. Jakaś niewielka winnica, mały gaj oliwny i w oddali, na kolejnym wzniesieniu Roccastrada. Trochę daleko do miasteczka, ale jakoś sobie damy radę.


     
        Oczywiście na pierwszą wycieczkę, do Roccastrada, idziemy na piechotę. Jest jeszcze dalej niż nam się wydawało. Na szczęście częściowo się rozpogodziło. Zarówno droga do miasta, jak i ulice w samym mieście to ciągłe wspinanie się lub schodzenie w dół. Ani kawałka płaskiej drogi. Natychmiast, po dotarciu do celu zaczęły się ochy i achy, bo faktycznie to była ta Toskania z naszych marzeń. Wąskie uliczki, wspinające się to w górę, to w opadające mocno w dół. Jakieś tajemnicze przejścia między domami.



 A po wejściu na szczyt wzniesienia znaleźliśmy się na tarasie widokowym, skąd było widać równie nasz zameczek, ale przede wszystkim mogliśmy pierwszy raz nacieszyć się niezwykłymi, zapierającymi dech w piersiach, toskańskimi pejzażami. Wzgórze za wzgórzem, winnice, aleje z cyprysów i sosen parasolowatych. Tak to jest co sobie wymarzyłem.


       Chyba za bardzo się cieszyłem, bo znowu chmury zaciągnęły całe niebo i zaczęło padać. Chcieliśmy się skryć w jakiejś kafejce. Nie ma ich w Roccastrada zbyt wiele, a te nieliczne, które są i były otwarte były pełne. Ludziska siedzieli przed włączonymi telewizorami i oglądali finał Ligi Mistrzów: Borussia – Bayern. Deszcz nie zamierzał przestać padać, mimo wszystko zaczęliśmy się wycofywać w kierunku naszego zameczku. Ku naszemu wielkiemu szczęściu, już poza ścisłym „centrum” natrafiliśmy na wyjątkowo fajną knajpkę, do tego bez telewizora, więc znalazło się i dla nas miejsce. Nie od razu mogłem w pełni docenić walory tego miejsca, bo gdy weszliśmy do środka, momentalnie zaparowały mi okulary i niewiele mogłem dostrzec. Zamówiliśmy winko i zestaw serowo-szynkowy. Delektowaliśmy się chwilą. W tym momencie naprawdę poczułem, że faktycznie jestem w Toskanii.

       


       Co było do wypicia, wypiliśmy. Co było do zjedzenia, zjedliśmy. A deszcz nie chciał odpuścić. Tyle tylko, że już zrobiło się zupełnie ciemno, a nasza tajemnicza droga, nieznana nawigacji była pozbawiona jakiegokolwiek oświetlenia. Szliśmy niemal na oślep, tylko od czasu do czasu wspomagając się światłem telefonów. Nie jest to jednak najlepsze światło w tych warunkach. Jak przygoda, to przygoda!!! I tylko w słonecznej Toskanii.




wtorek, 11 czerwca 2013

Regaty o Puchar Magnolii 2013

       

       Wiosna w tym roku specjalnie wielkoduszna nie jest. Najpierw spore opóźnienie w przygotowaniach do sezonu żeglarskiego.  Później, przeważnie, wciąż zimno i mokro. Wreszcie na koniec pierwszej dekady czerwca, chmury nad Szczecinem się rozstąpiły, mimo, że pół Europy zmaga się z ulewami i powodziami,  i zrobiło się pięknie. Jakoś tak to wyszło, że akurat był termin Regat o Puchar Magnolii. 
       
Nazwodawczyni s/y Magnolia
       Co za radość, będzie w końcu, tak mocno oczekiwana sposobność, w rywalizacji z innymi jachtami, sprawdzić jak też udało nam się poskładać po zimie, naszego Rudzika.  Co innego, takie sobie pływanie szuwarowe, a co innego prawdziwe ściganie. Nie ma co z resztą owijać w bawełnę, my po prostu lubimy się regacić. Nie mamy regatowej maszyny, ale sam dreszczyk rywalizacji, to jest to!


       Gdy w sobotę rano przyszliśmy na przystań wiatru było jak na lekarstwo. Dla naszej łódki słabe wiatry są korzystne, no ale bez przesady, przy flaucie to nawet my nie ruszymy bez kataryny. Chyba, że na wiosłach, obawiam się jednak, że biorąc pod uwagę kondycję fizyczną naszej trójki, to na pagajach zbyt daleko byśmy nie dopłynęli. Nie było jednak widać po uczestnikach wielkiego zmartwienia. To dopiero początek sezonu i ludziska bardzo chętnie wdawali się w pogawędki, tworzyli tratwy i degustowali to i owo. 

Sędzia pilnie obserwuje co się dzieje.
       Sędzia regat, Jerzy Kaczor, odroczył start o godzinę. Co chwilę kursował swoją motorówką i przestawiał boje. W końcu zaczęło delikatnie powiewać. I został puszczony pierwszy wyścig.


       W sobotę zostały rozegrane trzy wyścigi. Oczywiście poza zasięgiem wszystkich było Antidotum, ale co do tego, że tak będzie, nikt nie miał wątpliwości. Po prostu nie było dla niego równorzędnych konkurentów. Natomiast moje wielkie uznanie wzbudziło Kiwi i Om. Jachty, i owszem bardzo przyzwoite, ale nie odbiegające jakoś nadzwyczajnie od innych, a jednak dystansujące konkurentów bardzo wyraźnie. Kolejny raz potwierdziło się, że sam sprzęt to nie wszystko, potrzebni są jeszcze odpowiedni ludzi. A skiperzy tych jachtów, jak było widać, to prawdziwe majstry!
       Ku naszemu miłemu zaskoczeniu, nasza karina, też poruszała się bardzo żwawo. Pierwszy wyścig był bardzo dobry, świetnie wyszedł nam start, co przy krótkiej trasie miało istotne znaczenie. Nieco gorzej poszło w drugim biegu. Ale najciekawszy pierwszego dnia, był bieg trzeci. Dwa pierwsze popłynęliśmy pod względem taktycznym całkiem przyzwoicie a w trzecim biegu, jakieś licho podkusiło nas aby do pierwszej boi popłynąć innym halsem. Na wodzie nie było żadnych istotnych zmian, po pierwszych wyścigach było widać, że pierwotny wybór był dobry, a mimo wszystko popłynęliśmy inaczej. Nie trudno się domyślić, że wyszła z tego wielka lipa. Tylko jak to wytłumaczyć? Niby, trzech poważnych, doświadczonych facetów, a ni z tego, ni z owego wykonują jakieś dziwne manewry. To musiał być jakiś złośliwy chochlik, który ukryły się w bakiście i podszeptywał nam niezbyt rozsądne pomysły.

Na starcie bywało gorąco.
       Na niedzielę przewidziano jeden wyścig. Tym razem czekaliśmy na start jeszcze dłużej. Cisza, cisza, cisza … Wreszcie, na końcówkach swoich okazałych uszu poczułem, leciusieńkie muśnięcia wiatru. Chyba i sędzia też to wyczuł bo puścił ostatni wyścig Regat o Puchar Magnolii 2013. Aż wszyscy się spojrzeli w kierunku sędziego, gdy usłyszeli potężne plum, a to wielki kamień z serca spadł Jerzemu, że jednak ostatni wyścig się odbędzie. W trakcie wyścigu wiatr nieco stężał i mieliśmy bardzo ładne ściganie. Dla nas tym bardziej przyjemne, że tym razem popłynęliśmy na maksimum możliwości nasze łódeczki. Byliśmy bezwzględnie w czołówce, a w klasie przegraliśmy tylko z bardzo dobrymi, Kiwi i Omem. W rezultacie, ostatecznie w klasie III KWR zajęliśmy 3 miejsce, na 10 startujących, wyprzedzając kilku niezłych konkurentów. Nie ukrywam, że sprawiło mi to wielką frajdę. Równie wiele przyjemności sprawiło mi, jak jeden z doświadczonych żeglarzy docenił nasze pływanie, pytając, dla czego nasza karina pływa szybciej niż inne kariny.

Żeglarze to wolni ludzie, więc każdy płynie w inną stronę.
       Jak zwykle, zabrałem na łódkę mojego Nikona D300. Jednak warunki do zdjęć były fatalne. Słońce prosto nad głową, prawie żadnych chmur nad głową i bardzo kiepska przezroczystość powietrza, jakby jakiś smog wisiał nad miastem i okolicą, albo ktoś odpalił stado starych, zdezelowanych trabantów. Robiłem kolejne zdjęcia mając poczucie beznadziejności. Przecież z góry było wiadomo, że nic z tego nie będzie. Ale czy można, mimo wszystko, nie zrobić dokumentacji takich fajnych regat?

Antidotum na czele.

piątek, 10 maja 2013

CZECHY MAŁOMIASTECZKOWE.

VRCHLABI



     Układanie planu wycieczki, to świetna zabawa sama w sobie. Czasami u podstaw takiego planowania leżą jakieś konkretne założenia a czasami po prostu intuicja lekko wsparta jakąś wizją. I często tak się dzieje, że te planowanie intuicyjne okazuje się tak bardzo trafione, jakby były poprzedzone wielodniowymi studiami strategicznymi. Sprawdziło się to tak wiele razy, że zaczynam wierzyć, że działa tu jakieś tajemnicze prawo. Prawo skutku bez specjalnej przyczyny. Tak też stało się przy okazji naszego ostatniego dnia pobytu w Czechach. Ponieważ rano popadywał deszcz, prognozy były nie za ciekawe, zrezygnowaliśmy z pójścia w góry i przygotowaliśmy plan awaryjny: intrygujące małe miasteczka – Hostinne, Jilemnice, Vrchlabi. Dla czego intygujące? Nie wiem, tak mi się wydawało. Dla czego w takiej kolejności? Robiąc małą pętlę, tak jest po kolei. Dla czego rozpoczynamy  od Hostinne a nie od Vrchlabi? Tak mi pasowało. Prawda, że argumenty mocne?

HOSTINNE
       Zaczynamy więc od Hostinne, historycznego miasta, założonego najprawdopodobniej przez Przemysława Ottokara II w XIII wieku. Pierwsza wzmianka o tym mieście w dokumentach pochodzi z 1270 roku. Miasto zostało pierwotnie obwarowane drewnianą palisadą a następnie kamiennym murem typu śląskiego z fosą. Obwarowania świetnie się sprawdziły w czasie wojen husyckich, kiedy to w 1424 roku miasto oblegane było bezskutecznie przez husytów pod dowództwem samego Jana Žižka. Okres największego rozkwitu przypada na lata panowania rodziny Wallensteinów (Valdsteinów). W 1610 miasto zostało zniszczone przez pożar i odbudowane za sprawą Hansa Krzysztofa z Wallensteinu. W okresie tym zaproszono tu wybitnego budowniczego włoskiego pochodzenia Carla Valmadi, który osobiście kierował rekonstrukcją wszystkich wyznaczonych renesansowych budowli.  Mamy tu gotycki zamek, przebudowany w XVI wieku w stylu renesansowym. Od XIX wieku znajduje się na jego miejscu papiernia! Miasto Hostinné znane jest ze swojej długoletniej tradycji produkcji i przetwórstwa papieru. Pierwsza papiernia została założona przez braci Kiesling w roku 1835 właśnie w budynkach dawnego zamku. Trzy lata później kupił ją kupiec papierniczy Franciszek Lorenz, który przystąpił do spółki z nowo przybyłymi ekspertami w produkcji papieru Juliusem Eichmannem oraz Gustawem Lorenzem. Wspólnie stworzyli nowoczesną oraz dobrze prosperującą firmę. W kolejnych latach Julius Eichmann usamodzielnił się i założył własną papiernię w dolnej części miasta, która stała się podstawą budowy współczesnej nowoczesnej firmy Karkonoskie Papiernie S.A. Duże znaczenie dla rozwoju przemysłu w mieście miało uruchomienie trasy kolejowej Velký Osek - Trutnov, zbudowanej w latach 1869 - 1871 przebiegającej przez Hostinné. W roku 1872 powstała gazownia oraz browar parowy, w roku 1881 fabryka skrobi, w roku 1884 fabryka maszyn i żeliwa. W roku 1893 zbudowano przędzalnie jedwabiu a w roku 1894 mechaniczną tkalnię. Obecnie w mieście oraz jego okolicach rozwinięty jest przemysł papierniczy oraz przemysł włókienniczy.


       Do miasta, dokładnie na jego rynek, dojeżdżamy posiłkując się nawigacją. Nawigacja, jak to nawigacja, lubi od czasu do czasu wyprowadzić w pole, ale tym razem doprowadziła nas do rzymskich kolosów, najbardziej charakterystycznego elementu tutejszego rynku. Co prawda te posągi bardziej przypominają Shreka, niż rzymskich legionistów,ponieważ jednak mają po 5 metrów wysokości od razu rzucają się w oczy. Przy okazji odwracają w pierwszej chwili uwagę od samego ratusza, którego są ozdobą, a który to budunek należy do najciekawszych w mieście. Renesansowy ratusz znajdujący się na zachodniej stronie rynku zbudowany został na fundamentach dwóch gotyckich domów. Pierwsze wzmianki o budowli pochodzą z pierwszej połowy XV wieku. W roku 1525 do budynku ratusza dobudowano renesansową wieżę ratuszową. Po pożarze w roku 1610 została ona odbudowana przez włoskiego budowniczego Carola Valmadina oraz ozdobiona techniką sgraffito. Technika ta polega na nakładaniu kolejnych, kolorowych warstw tynku i zeskrobywaniu fragmentów warstw wierzchnich w czasie, kiedy one jeszcze nie zaschły. Poprzez odsłanianie warstw wcześniej nałożonych powstaje dwuwarstwowy lub wielowarstwowy wzór. Na przedniej stronie wieży w jej narożach znajdują się wspomniane wyżej postacie olbrzymów o wysokości 4,80 m. Są to rycerze w rzymskich zbrojach. Zostali oni tam umieszczeni w roku 1641. Do górnej części wieży zamontowano w roku 1789 zegar. Ratusz był kilkakrotnie przebudowywany i z biegiem czasu zmieniał swój wygląd. Ostatnia i najbardziej znacząca przebudowa została przeprowadzona w roku 1912, kiedy odrestaurowano sgraffito mocno uszkodzone w poprzednich latach. Fasada wieży ozdobiona jest malunkiem herbu miejskiego z roku 1759. Wieża zwieńczona jest galerią oraz barokową kopułą z świetlikiem. Ostatnia rekonstrukcja budynku miała miejsce w roku 2002. W pasażu ratusza zachowało się okno do mazhauzu domu z późnogotyckim portalem. W cokole głównego wejścia umieszczono łokieć czeski i łokieć śląski, które są dowodem bogatej działalności gospodarczej miasta w dawnych czasach. Warto wspomnieć również o dużej mapie Karkonoszy z roku 1933 stworzonej przez R.Bienerta z Liberca, w skali 1: 25 000.


     Będąc na rynku warto też zwrócić uwagę na znajdującą się na środku rynku wczesnobarokową kolumnę morową pochodzącą z roku 1678. Poleciła ją zbudować żona właściciela ziemskiego Sibylla Lamboy jako ochronę miasta przed zarazą. Podstawa kolumny morowej jest sześciokątna, a jej naroża ozdobione są figurami świętych: Św. Antonina, Św. Jana Nepomucena, Św. Rocha, Św. Franciszka, Św. Sebastiana oraz Św. Ignacego. We wnęce w dolnej części umieszczona jest rzeźba Św. Rozalii – patronki chorych na zarazę. U stóp kolumny znajdują się herby rodziny Lamboy oraz figura Maryi Panny chroniącej dzieci swoim płaszczem. W najwyższej części słupa umieszczona jest kolejna figura Maryi Panny.
       Opuszczamy rynek i zaczynamy kręcić się po okolicy. To co widzimy, jest bardziej niż przygnębiające. Jakkby wszystko się rozpadało. Jakby miasto nie miało, całej tej wspaniałej historii. Tutaj trzeba mieć bardzo silny charakter by znaleść w sobie nieco optymizmu.
       Idziemy kawałek dalej, do dawnego klasztoru franciszkańskiego, w którym obecnie znajduje się muzeum. Już w roku 1651 ówczesny właściciel majątku Hostinné, zubożały holenderski szlachcic William Lamboy, zamierzał zaprosić do miasta Hostinné któryś z zakonów. Po nieudanej próbie z Jezuitami wybór padł na zakon Franciszkanów. Otrzymali oni małą kaplicę cmentarną z roku 1598 za dolną bramą miejską. Z biegiem lat rozbudowali kaplicę i dostawili do niej własny klasztor. Kamień węgielny pod budowę obiektu położono w roku 1678 a jego budowę ukończono w roku 1684. Z czasem klasztorny kościół nie był w stanie pomieścić coraz większej liczby pielgrzymów, z tego też względu podjęto decyzję o jego dalszej rozbudowie. W roku 1743 wyburzono północną ścianę kościoła i dobudowano drugą nawę. Pod nawą główną świątyni znajduje się krypta ze szczątkami członków roku Lamboy. Współczesna dwunawowa budowla jest unikatowa i nie ma odpowiadającego stylu w Europie Środkowej. Dziś na terenie dawnego kościoła klasztornego znajduje się unikalna kolekcja gipsowych odlewów antycznych rzeźb pochodzących z roku 1912.  Trochę nie  wykazaliśmy się refleksem, niby doświadczeni turyści, a wybierają się do muzemum w poniedziałek. Kto to słyszał. Wszystko pozamykane na cztery spusty. Oglądamy więc budynek z zewnątrz i wchodzimy do przyklasztornego parku, w którym wciąż jeszcze można dostrzec ślady dawnej świetności.


       Okrężną drogą  wracamy do rynku. Tuż obok ratusza wypatrujemy maleńką, skromą cukiernię. Zdaje się, że została ona zrobiona w dawnej bramie. Zamawiamy dwa desery i espresso. Chwila odpoczynku i zadumy nad tym co widzieliśmy. Nie liczą się dawne zasługi, ważne jest tylko to, co znaczysz w danej chwili. Przegrani nikogo nie interesują.

JILEMNICE
             Ruszamy do miejscowości Jilemnice. Nazwa miasta wywodzi się od znajdującego się w herbie drzewa, które po polsku znaczy wiąz a po czesku jilm. Nawigacja znowu doprowadza nas prosto na rynek. Wysiadamy i od razu zauważamy, że tu jest jakoś inaczej. Elewacje zdecydowanie bogatsze, bardziej gwarno. Tu też widać liczne ślady długiej historii ale jakoś inaczej. Powstało na początku XIV wieku jako gospodarcze centrum rozległych dóbr stepanickich, będących w posiadaniu rodu Waldsteinów. Rozwój Jilemnicy uległ zahamowaniu po roku 1492, kiedy Waldsteinowie miasto i resztę dóbr rozdzielili na dwie samodzielne części.
Z XV wieku pochodzą pierwsze wzmianki o jilemnickich kopalniach, w następnym stuleciu wspominano o rozwiniętym tu płóciennictwie.
W roku 1634 miasto zostało spalone przez Szwedów. Skutki wojny trzydziestoletniej dla miasta i okolicy były katastrofalne. Jilemnice straciły wielką część swojego zaplecza gospodarczego, na długie lata zerwaniu uległy kontakty handlowe. Miasto tak zubożało, że budowa skromnej drewnianej szkoły w roku 1638 i ponownie w 1683 wymagała współpracy obu części rozdzielonych dóbr i odsprzedania części gminnego majątku.
       Zdecydowany zwrot ku lepszemu nastał dopiero w roku 1701, kiedy obie części ziemskiego majątku z powrotem zostały połączone z miastem w rękach jednego właściciela - magackiego rodu Harrachów, którego członkowie potrafili prowadzić prężną i progresywną politykę gospodarczą. Harrachovie postawili przede wszystkim na włókiennictwo.Muzeum Karkonoskie w Jilemnicy do dziś przechowuje próbki ręcznej przędzy z początku XIX w. Aż trudno uwierzyć, że 296 metrów tej przędzy waży tylko jeden gram! Do dziś jest to jedna z najdelikatniejszych przędzy lnianych na świecie.
       Po rozejrzeniu się po rynku, zaczynamy zataczać kręgi wokół niego. Trafiamy na Zvedawą Uličkę (ciekawską), nazywaną tak, ze względu na ustawienie wszystkich domów pod pewnym kątem w stosunku do ulicy. Miało to ułatwić obserwowanie tego co się na niej dzieje. Bardzo przytulny zaułek.


       W pewnym momencie naszą uwagę przykuwa bardzo okazały i efektowny budynek. Okazuje się, że to szkoła. Przypomnieliśmy sobie, że i w tym mieście i w innych wcześniej zwiedzanych, budynki szkolne sprawiały na nas dobre wrażenie. Szacunek i uznanie.
       Krążąc po Jilemnicach nie sposób nie dotrzeć do dawnego pałacu Harrachów a obecnie Muzeum Karkonoskiego. Poniedziałek! Dziękujemy bardzo, pospacerujemy po parku. Ale budynek jest piękny.


       Przestawiamy nawigację i jedziemy do Vrchlabi. Tu wszystko jest inaczej. Nawigacja nie doprowadza nas do celu. Główna ulica centrum totalnie rozkopana. Gdzieś w pobliżu znajdujemy jakiś parking, najdroższy ze wszystkich, z których korzystaliśmy w Czechach. Dookoła pełno ludzi, ruch, gwar, łomot maszyn drogowych. Mimo, że nie jest to bardzo duże miasto, liczy sobie ok. 13500 mieszkańców, jest największe z odwiedzanych tego dnia. Nie jest takie ładne jak Jilemnice. Jakieś takie bałaganiarskie ale tętniące życiem. Punktem dominacyjnym miasta jest zamek umieszczpny w miejskim parku, którego budowę rozpoczął w 1546 roku Krzysztof Gendorf z Gendorfu. Zamek został zbudowany w stylu renesansowym. Obok niego znajdują się inne zabytkowe budowle, w jednej z nich, bezpośrednio sąsiadującej z zamkiem, siedzibę ma policja. Niewątpliwą atrakcją jest przypałacowy park. Podobnie jak reszta miasta tętni życiem, widać jak ludzie są stęsknieni słońca i ciepła. Pełno w nim babć z wnuczkami i mam z dziećmi. Pełno młodych ludzi.

VRCHLABI
       Pierwotnie zamek był otoczony rowem o szerokości 12 m. Do zamku wtedy moża był dostać się za pomocą trzech mostów. Dla turystów udostępniona jest tylko sień wejściowa obok której można podziwiać przepięknie zdobione drzwi. Obecnie pomieszczenia zamkowe wykorzystuje Rada Miasta. W wielkiej sieni zamkowej na ścianach zobaczymy cztery malowidła przedstawiające cztery ostatnie niedźwiedzie upolowane po czeskiej stronie. Ostatni z nich został zabity 16 września 1726 roku. Upolowano go w Sedmidoli, głębokiej i malowniczej dolinie, której dnem płynie Łaba oraz Biała Łaba. Dolina Sedmidoli jest ze wszystkich stron otoczona wysokimi górami, jedynie na południu, wraz z wodami Łaby można przebić się do Szpindlerowego Młyna. Jedyną pozostałością z tamtych czasów jest renesancyjny piec kaflowy pochodzący z sali rycerskiej a dziś stojący w sali narad i posiedzeń. Piec jest zdobiony metodą majoliki jako pierwszy w ziemiach czeskich. Kafle mają biblijną tematykę i wyryty rok budowy tego pieca-1545.
       Pierwsze wzmianki o czeskiej osadzie pod nazwą Vrchlabi pochodzą z XIV wieku. Wtedy wieś należała do władyków noszących nazwisko Hasek z Vrchlabi, którzy mieli swoją siedzibę w drewnianej twierdzy z wałami ochronnymi i fosą.
Na początku XVI wieku, kiedy te tereny były pod panowaniem Krzysztofa Gendorfa miasto otrzymało z rąk cesarza Ferdynanda I prawo szybu odkrywczego. 6-go października 1533 roku Vrchlabi otrzymało również z rąk cesarza Ferdynanda I dyplom górniczego miasta z własnym herbem i prawami miasta. Górnictwo wyniosło w tamtych czasach Vrchlabi na wyżyny rozwojowe. Krzysztof Gendorf wybudował nowy kościół z kamienia i plebanię. Zorganizował cerkiew, zbudował szkołę i przytułek dla ubogich. Sprowadził do miasta niemieckich fachowców w dziedzinie górnictwa i hutnictwa. W latach 1546-1548 wybudował renesansowy zamek. W 1624 roku cały ten rejon został kupiony przez Albrechta z Waldsztejna. W czasach jego panowania Vrchlabi przeżywa swoje najlepsze lata rozwoju. Po jego śmierci cały majątek uległ konfiskacie. W 1635 roku rejon ten został podarowany przez cesarza Ferdynanda II hrabiemu Rudolfovi Morzinovi jako wynagrodzenie za służbę w armii w wojnie przeciw Turcji i Szwecji. Także w 1882 roku całe włości przechodzą w ręce rodu Czermin-Morzin. Na życie w Vrchalbi miała ogromny wpływ wojna o Śląsk w latach 1740-1745 oraz wojna 7-letnia w latach 1756-1763. W okresie wojny o dziedzictwo bawarskie pomiędzy Marią Teresą a Józefem II przeciw Prusom w latach 1778-1779 wyżyny leżące na wchód od miasta stały się punktem oporu przeciwko pruskim wojskom starającym się przeniknąć w głąb Czech. W drugiej połowie XIX wieku Vrchlabi należało do grupy najbardziej rozwiniętych miast w monarchii austro-węgierskiej.


       Tak więc Vrchlabi zdecydowanie różni się od zdecydowanie mniejszych i bardziej przytulnych Hostinne i Jilemnice. Trzeba jeszcze sprawdzić jak z tutejszą gastronomią. Rezygnujemy z eleganckich i nowoczesnych lokali. Szukamy czegoś bardziej tradycyjnego. Malutkim domu wypatrujemy wejścia do dwóch lokali. Jeden z nich reklamuje się, że oferuje tradycyjne czeskie dania. Wchodzimy, a przed nami tylko jakiś ponury 4-5 metrowy korytarz, na końcu którego są drzwi, w powietrzu unosi się silny zapach papierosów. Wycofujemy się. Wchodzimy w kolejne drzwi, prowadzące, jak informuje tabliczka przy wejściu, do Labe Restaurace. I znowu to samo, długi, wąski korytarz, tyle że jaśniejszy. Ula nie  wierzy, że trzeba iść do końca tym korytarzem i otwiera pierwsze drzwi z prawej, bez żadnego oznaczenia. I wchodzi prosto do … kuchni. Chyba jednak trzeba iść do końca korytarza. Otwieramy kolejne drzwi i mamy przed sobą malutką salkę z pięcioma stolikami, a za oknem podwórko na które również można wyjść. Całość urządzona bardziej niż skromnie sprzętami, chyba z lat sześćdziesiątych. No dobra, prosimy kartę. Nazwy dań wyglądają jakoś znajomo, tyle, że nie brzmią jak nazwy dań czeskich. Ponieważ pan, który obsługuje wydaje się być sympatyczny i jeszcze wzywa szefową na pomoc, gdy pytami co poleca tutejsza kuchnia, decydujemy się skosztować tutejszych dań. Zamawiamy, a jakże, ruskij barszcz, pelmeni, manty, čeburek i piwo. Serwują tu piwo Bernard. Czy ktoś słyszał w Polsce o takim browarze? Ja, przyznaję, że do tej pory nie miałem okazji jego spróbować. Już pierwszy łyk pokazuje, że mamy do czynienia  z bardzo dobrym piwem. Ale odkrycie. Zanim pojawiają się dania, kelner przynosi miseczkę orzeszków ziemnych. Niebawem pojawiają się też zamówione dania. Wyglądają smakowicie i takoż smakują. Bardzo dobre i wystarczająco obfite. Nie tylko nazwy brzmią z rosyjska ale smaki również nawiązują do tych znanych z kuchni rosyjskiej. Może są nieco ostrzej przyprawione niż tego, które do tej pory mieliśmy okazję konsumować. Wszystko warte polecenia. Na koniec jeszcze jedna niespodzianka: to zdecydowanie najtańszy lokal jaki przez cały tydzień odwiedziliśmy w Czechach.


środa, 8 maja 2013

TRZY PEREŁKI W JEDEN DZIEŃ



       W czasie podróży po nieznanych miejscach różnie się układa. Bywają dni ciekawsze i mniej ciekawe. Ale czasami zdarzają się takie, które pozostają w pamięci na bardzo długo. Na pewno takim dniem będzie piąty dzień naszego pobytu w Czechach.
       Zaczęliśmy dzień od zejścia do podziemi. Jaskinie to fascynujący świat, dostarczający zupełnie niezwykłych wrażeń. Jeżeli tylko jest możliwość zwiedzenia jakiejś jaskini, zawsze robię to z wielką przyjemnością. W tej części Czech, którą zwiedzamy, zbyt wielu jaskiń niestety nie ma. Ale jednak coś ciekawego udało się znaleźć. Bozkovskie jaskinie dolomitowe. To w zasadzie dwie jaskinie, stara i nowa.
Wejście do jaskini znajduje się niedaleko wioski Bozkov, od której wzięła swoją nazwę. W wiosce jest niedrogi parking oraz coś w rodzaju fast-foodu. Wiekiego wyboru to tam nie ma, ale jest bardzo swojska atmosfera. Pierwszy głód można zaspokoić. Przy wejściu do jaskini jest budynek z kasami, wystawą poświęconą jaskini, pamiątkami i sanitariatami. W bezpośrednim sąsiedztwie jeszcze jeden sklep z pamiątkami i kiosk gastronomiczny.
Do jaskini wchodzi się z przewodnikiem. Akurat tak się pięknie złożyło, że w tym czasie co my, jeszcze tylko jedna, trzyosobowa rodzina czekała na wejście. Do tego byli to Polacy. Sympatyczna pani przewodniczka przygotowała w swoim magnetofonie polskojęzyczny komentarz i ruszyliśmy. Żadnej grupy bezpośrednio przed nami, żadnej za nami. Tylko nasza szóstka. Powoli, nieśpiesznie podziwialiśmy fantastyczny świat podziemi. Jaskinia Bozkovska ma  długości ponad 1000 metrów. Jest to największy znany systemem jaskiniowy w północno-wschodnich Czechach. Charakteryzuje się bogatym występowaniem ław kwarcowych, gzymsów i listew, nie brak dekoracji stalaktytowej czy trawertynowej. Najciekawszym odcinkiem trasy są fragmenty przy akwenach wodnych, tworzone przez małe jeziorka a na zakończenie zwiedzania czeka największe podziemne jezioro w Czechach z krystalicznie niebieskozieloną wodą. Kolor tej wody jest po prostu hipnotyczny. Absolutnie niezwykły.
      Co ciekawe, Bozkowskie Jaskinie odkryto dopiero w 1947 roku podczas eksploracji kamieniołomu dolomitu. W 1958 odkryto Nową Jaskinię. Dla turystów udostępnioną ją w 1969 roku. Nastąpiło to po znacznym obniżeniu poziomu wody w jaskiniach i przystosowaniu jej do zwiedzania. Do tego czasu, tj do momentu obniżenia poziomu wody o 5 metrów, było tu największe jezioro jaskiniowe w Czechach, o powierzchni 320 m2 i głębokości 7 m. Trzeba przyznać, że wykonano w niej wiele pracy by turyści mogli komfortowo  ją zwiedzać. Wszystko dopracowane jest w najmniejszych szczegółach. Choć w jednym miejscu okazało się, że przygotowujący podziemne korytarze nie uwzględnili ludzi o moich rozmiarach i zahaczyłem głową o „strop”. Na szczęście nie spowodowało to poważniejszych ruchów skalnych i jaskinia się nie zawaliła. I całe szczęście, bo jeszcze parę osób będzie mogło ją odwiedzić, a warto.


       Pogoda w czasie tego wyjazdu zbyt łaskawa dla nas nie była. Chyba jednak natura doceniła naszą determinację w poznawaniu nowych miejsc, bo po wyjściu z chłodnej jaskini, jakby trochę się przejaśniło i nawet nieco ociepliło. A może tylko mi się tak wydawało, bo temperatura pod ziemią jest taka, że na wierzchu przeważnie jest zdecydowanie cieplej. Bez względu na to jak było, ruszyliśmy do Czeskiego Raju. Niestety czas gnał dramatycznie szybko. Musieliśmy wybrać jakąś część tego regionu. Oczywiście postawiliśmy na Prachovskie Skały. Mamy mało czasu, a w przewodniku piszą, że trzeba je zobaczyć koniecznie. Skoro tak, to nie mamy wyboru.
       Z drogi niewiele widać. Ot, rośnie sobie las. Ale jak podjedzie się bliżej … To jest po prostu niesamowite. Po Adrszpaskim Skalnym Mieście myślałem, że to już jest maksimum tego, co w tym rejonie Czech można zobaczyć. A tu kolejna niespodzianka. Prachowskie Skały, to coś innego, ale równie zachwycającego. Można by powiedzieć, że to taki bardzo duży podmiejski park ze skałami wznoszącymi się pionowo do góry po kilkadziesiąt metrów. Obszar Skał Prachowskich zajmuje powierzchnię 243,4 ha. 31 grudnia 1933r. został uznany za Państwowy Rezerwat Przyrody. Teren jest zagospodarowany, ale jest zdecydowanie bardziej surowo niż w Adrszpaskim Skalnym Mieście. Schody są, ale z kamieni jako tako obrobionych, a nie zbite z drewna. Metalowe barierki chroniące zbyt rozgorączkowanych turystów przed zrobieniem tego jednego kroku za daleko. Choć oczywiście widzieliśmy chętnych do naśladowania górskich kozic, byli to trzej dżentelmeni z Rosji.
Jednak dużo bardziej imponujący był pan z dwójką malutkich dzieci w nosidełkach. Jedno na brzuchu, drugie na plecach. Gdy przeciskali się przez bardzo wąską i dosyć długą szczelinę, tatuś zapytał czy jest dobrze, czy nic się nie stało. Rozradowanych maluch z nosidełka na plecach odkrzyknął: dobrze! Niesamowite. Tak samo niesamowite, jak samo miejsce.
W górę i w dół. Co chwilę jakiś punkt widokowy, a w dole maleńkie ludzkie postacie. Skały Prachowskie mają bardzo długą tradycję wspinaczek górskich. Jej początki sięgają roku 1907, kiedy to studenci jiczińskiego gimnazjum założyli Koło Wspinaczkowe " Prachow "- pierwsze działające na obszarze obecnej Republiki Czeskiej stowarzyszenie wspinaczkowe. Prachovskie Skały, naprawdę, koniecznie trzeba zobaczyć.


       A jak już jesteśmy w okolicy Prachova, to nie sposób nie wpaść na piwo do Jicina, zawsze to okazja do spotkania z legendarnym rozbójnikiem Rumcajsem. Czasami można go spotkać w jego warsztacie szewskim (Rumcajsova ševcovna), albo w którejś z restauracji, których przy rynku i w okolicy jest całkiem sporo. A propos restauracji, do Jičina przyjechaliśmy dosyć późno, więc zwiedzanie rozpoczęliśmy od zjedzenia obiadu. Rzuciliśmy okiem do jednego lokalu, do drugiego, jakoś nam nie przypadły do gustu. W końcu trafiliśmy do Restaurace u Andela. Wyglądała bardzo „po czesku”. Lekko ponure wnętrze, duża sala dla palących, znacznie mniejsza dla niepalących i mrukliwy kelner. Z tymi kelnerami w Czechach, to ciekawa sprawa. Raczej się nie uśmiechają, niewiele mówią, ciekawe czy tak są szkoleni, czy są dobierani z takimi specyficznymi predyspozycjami? Zamówiliśmy rusky boršč, zapeceny veprovy steak se žampionami, staroceske oblozene zeli houskovy a bramborovy knedlik (uzena a veprova plec, kachna, klobasa) no i Staropramen. Bez dwóch zdań, jedzenie było wyborne. Ale najzabawniejsze było to, że po powrocie do naszej kwatery, przeglądając z pewnym opóźnieniem Zielony Przewodnik Michelina - Czechy, na stronach poświęconych Jičinovi, wymienione są spośród bardzo wielu, tylko dwie restauracje w tym mieście: „U Šuku” i … „U Andela”. To się nazywa, mieć nosa do knajp.


       Spacer po mieście obowiązkowo należy rozpocząć od rynku, przy którym jest nie tylko warsztat Rumcajsa. Miasto ma swoją bogatą historię, której śladów znajdziemy niemało. Co ciekawe, pierwotnie, w 1300 r. prawa miejskie nadano wiosce Stare Misto, położonej ok. 3,5 km na południe od Jičina. Dopiero później przeniesiono je na obecny Jičin. Od 1316 było to miasto prywatne, należące m.in. do Vartenberków, Valdšteinów, Jerzego z Podebradów, Trčków z Lipy. To właśnie za panowania tych ostatnich, od 1487 r. nastał okres rozkwitu miasta. Zaczęto budować murowane domy oraz mury miejskie. Jičin zawdzięcza też bardzo wiele Valdšteinowi, którego imieniem nazwano rynek miejski. W 1813 podpisano tu antynapoleońskie Święte Przymierze pomiędzy władcami Prus (król Fryderyk Wilhelm III) i Rosji (car Aleksander I) (nie jestem pewien, czy przypadkiem nie było tam też trzeciego władcy – cesarza Austrii, jak przy późniejszym porozumieniu).
Rynek otoczony jest kamienicami z przełomu XVIII i XIX wieku. Wato zajrzeć w różne zakamarki, np. dziedziniec zamkowy. Albo przejść między zamkiem i kościołem św, Jakuba aby wyjść na niewielki, ale bardzo ładny ogród zamkowy. No i coś co mnie szczególnie urzeka na rynkach większości czeskich miast, te arkady. Jakie to klimatyczne i jakie praktyczne, szczególnie gdy pogoda jest taka jak w czasie tegorocznej majówki. No i jeszcze te mozaiki na chodnikach! Komu w dzisiejszych czasach chce się jeszcze bawić w takie misterne układanki?
       Na koniec pobytu w Jičinie, jeszcze jeden obowiązkowy punkt programu. Koniecznie trzeba wstąpić do Zameckej Restaurace, i zjeść przepyszne ciasto czekoladowe. Coś w rodzaju musu. Do tego espresso podawane w stylu wiedeńskim czyli z wodą do popicia. Jak dla mnie hit kulinarny tego wyjazdu!

Polecany post

SŁOWACKI RAJ DLA STATECZNYCH LUDZI.

1.     CINGOV NA START             Słowacki Raj geograficznie nosi nazwę Krasu Spisko-Gemerskiego, a geomorfologicznie zaliczany je...